Share
Go down

Fontanna

on Pon Lis 18, 2013 3:04 pm
First topic message reminder :

Ustawiona pod posągiem, dość wysoka, z której woda spływa jak z wodospadu, przyjemnie szemrząc, wyłączana na zimę.


Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984

Re: Fontanna

on Sob Kwi 18, 2015 11:16 pm
Więc teraz tak – marmurowy posąg ulepiony z ludzkiego ciała, Biała Karta, która stoi i czeka na zapełnienie jej, Posąg, który czeka, aż ktoś weźmie w dłonie kajdany i założy na jego nadgarstki, by pociągnąć go za sobą – gdyby tylko zapach mógł informować o wszystkim, Otchłań oczu, które pożerały niebo i skradały światu bezbrzeżne marzenia o rozłożeniu skrzydeł, których nigdy mieć nie będą, jaka rasa ograniczona przyciąganiem ziemskim, zaraz przeniosłaby się na tą Białą Kartę, która tak naprawdę wcale na zapisanie nie czekała i nie była tym Posągiem, który chciał być zniewolony – wręcz przeciwnie! - tak jak droga opatrzona jest znakiem" Uwaga!", tak i ta Karta zalewa się czerwienią i przeklęta broni się, by czasem nikt nie ośmielił się wylać na nią choćby kropelki tuszu, cóż dopiero mówić o postawieniu słowa! Tak i Posąg woli pozostać marmurem czystym, nieskażonym dotykiem, doskonały w tej postaci, w jakiej pozostawił go szalony rzeźbiarz, co dawno zniknął z pola jego widzenia i nie zamierzał wrócić po ludzkie arcydzieło wypielęgnowane własnymi dłońmi.
Nie miało to jednak większego znaczenia.
Dla instynktu Nailaha wszystko, co wolne i nieskażone równało się z celem destrukcji.
Dwóch obserwatorów – jeden w centrum zainteresowania, pośród plotek, niechęci i nienawiści w niego wymierzoną i ten drugi, który ciągle przemyka bokiem, nie zwracając na siebie większej uwagi (och, czyżby?) i szukający pośród codzienności istot niecodziennych – czy właśnie tak to wygląda? Heh, o nietypowe jednostki bardzo trudno, czyż nie, Biała, Splamiona Karto? Zwłaszcza, kiedy poznało się zbyt wiele istnień i wypisało wszelakie cechy charakteru w odpowiednio uporządkowane szufladki, posiadając całe wielkie biblioteki w aktualnej pozycji na temat... ludzkości. Wiesz, do jakiego banalnego wniosku to prowadzi?
W swej ludzkości jesteś jeszcze mniej ludzki od tego wampira, który otoczył się chyba niewidzialnym polem siłowym, by w promieniu przynajmniej pięciu metrów od niego nikt nie wpadł na pomysł przeszkadzania mu w jego śnie na jawie.
Nailah z irytacją przymknął w końcu powieki i ściągnął brwi – chcąc nie chcąc – jego niemagiczna magia zawiodła go kompletnie, tak jak i błogi spokój został naruszony – nie to, żeby zbrodnią było podchodzenie do niego... a może właśnie to jednak była zbrodnia? Nikt tego prawa nie spisał, chyba właśnie dlatego to niepisane jest najbardziej okrutne, wszak gdzież tu zdobyć informacje na jego temat? Czarnowłosy wykrzywił się z niezadowoleniem – przestrzeń została naruszona, o zgrozo! - w dodatku dany osobnik płci męskiej najwyraźniej wcale nie myślał o ruszeniu się stąd i wyjścia spod ewentualnego mikroklimatu nazywanego "strefą wpierdolu"... i aż przykro było myśleć, że sam musiałeś się zmusić do tego, by rzeczywiście nie wstać i nie przelać całego swego chujowego nastroju na najbliższego osobnika, który zadziałał na twoje wampirze zmysły. Och, to naprawdę było równie banalne, o wiele mniej skomplikowane, niż wam się wydaje – kierował Nailahem czysty głód, którego zaspokoić nie miał możliwości, zwłaszcza nie teraz, kiedy za nim, niczym smród po gaciach, nadal sunęła sprawa z błoni, a on musiał ją doskonale gładko załatwić, by tutaj zostać... by nadal móc bawić się z małym Puchonkiem, dumnie zwącym się Smokiem, a którego on raczej zwykł nazywać w swym umyśle, Pchłą – zwłaszcza, kiedy, jak wspomniałem, nastrój miał naprawdę nieprzyjemny, a to z czystej złośliwości, czystej przekory... i mimo wszystko nie było to w tym niczego negatywnego, żebyśmy źle się nie zrozumieli. Uniósł się w końcu i skierował błędny wzrok na Gampa – osobę, którą ledwo co kojarzył z twarzy sprzed dwóch lat, kiedy chodził jeszcze z aktualnym VII rocznikiem na zajęcia – zdaje się, że mieli parę zajęć razem..? A może pomyliłeś jego facjatę z czyjąś inną? Tak czy siak – imienia i nazwiska nie potrafiłeś mu przypasować, nawet jeśli była to ćmica bólu połączonego z pragnieniem. Odetchnąłeś i oparłeś dłoń na czole.
- Będziesz tu tak stał i gapił się w przestrzeń przez resztę dnia? - Zawarczałeś w końcu w jego kierunku, zjeżdżając oczyma z jego twarzy na jego pierś, by dojrzeć emblemat reprezentujący jego dom.


Ostatnio zmieniony przez Sahir Nailah dnia Nie Kwi 19, 2015 3:24 am, w całości zmieniany 1 raz





Szczerze mówiąc
Nie wiem jak Ty - mało ludziom wierzę.
"Żył żartem, pił serio" napisz mi na grobie
Szczerze mówiąc.


Re: Fontanna

on Nie Kwi 19, 2015 2:29 am
Hmm, no nie wiem. Może teraz i ja powinenem pokusić się o jakąś rozbudowaną, niezrozumiałą i pozbawioną dla większości jakiegokolwiek sensu metaforę? Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że w moim wykonaniu wyszedłby z tego jedynie pseudo literacki bełkot, kompletnie niepokrywający się z tym, co tak naprawdę chciałbym przekazać. Może więc odpuszczę sobie zbędne porównania.
Wszystko, co wolne i nieskażone zawsze było celem destrukcji, nie tylko dla Nailaha. Tylko, no własnie, czy tak naprawdę można było cokolwiek określić tym mianem? Albo, tym bardziej, kogokolwiek? Ja sam nigdy nie uważałem się za czystą białą kartę, co to, to nie. Po prostu, starałem się nie plamić jej bardziej, niż było to konieczne. Nie byłem aż tak naiwny, żeby wierzyć, że mogę żyć kompletnie obok wszystkiego. Chciałem mieć jedynie jak najwięcej tej wolności, która była w pewnym sensie realna. Nawet, jeżeli była formą wolności jedynie w moim mniemaniu.
Zabawne. Różniło nas tak wiele, jak tylko można było sobie wyobrazić. To, jak postrzegali nas inni. Ty byłeś tym złym, ja - pozornie nieszkodliwym. To, jakie mieliśmy życie w przeszłości. Twoje nie było lekkie, moje - pozornie idealne. To, jak... Z resztą. Nie ma sensu wymieniać. Byliśmy inni praktycznie na każdej możliwej płaszczyźnie. Ale, mimo wszystko, mimo tych różnic, mieliśmy coś wspólnego. Może nawet więcej, niż mogło nam się wydawać. A może o wiele mniej. Ale jednak coś nas łączyło.
Nie szukałem nietypowych jednostek. Ot, byłem jedynie trochę zawiedziony, że takowych nie spotykam, a to różnica. Bo, masz rację, trudno o takich ludzi. Koniec końców i tak prawie każdy okazuje się równie banalny, co reszta.
Głos chłopaka sprawił, że instynktownie odwróciłem się w jego stronę, marszcząc lekko brwi.
Cóż, nie zamierzałem mu przeszkadzać. Ale nie zamierzałem też przepraszać, jeśli jednak to zrobiłem. Skorzystałem jednak z okazji, żeby ustalić, kim on tak właściwie jest. Hmm, gdybym tylko dokładnie słuchał wszystkich krążących po zamku plotek, z pewnością bym go rozpoznał. Ale nie słuchałem. Nie mogłem więc wiedzieć, że to waśnie on przyczynił się do paru raczej przykrych wydarzeń, jakie miały ostatnio miejsce w Hogwarcie. Kto wie, może zachowałbym się wówczas inaczej?
- Może - odpowiedziałem tylko. Widziałem jak jego wzrok przesuwa się na węża widniejącego na mojej piersi. Cóż, nie on pierwszy i nie ostatni oceni mnie zapewne przez pryzmat tego herbu. Tylko, czy jego opinia będzie miała jakiekolwiek znaczenie? Czy opinia kogokolwiek ma jakiekolwiek znaczenie? No właśnie.




I'm sick of not having the courage to be an absolute nobody

Re: Fontanna

on Nie Kwi 19, 2015 2:59 am
Nabranie oddechu, uniesienie czerni oczu spowrotem na zwierciadła duszy rozmówcy i – zastój, chwila przerwy. Nie ma mrugania, nie ma oddychania – w tej sekundzie dwa całkowicie różne światy obijają się o siebie, zgrzytają między sobą, sypiąc iskry przez ostrość krawędzi tego, który duszy nie mógł posiadać.
Otchłań nie mogła mieć duszy.
Wreszcie – coś się zaczyna dziać – wypuszcza powietrze z płuc i rezygnuje z walki na spojrzenia, w której, niczym zwierze, rasowy drapieżni od urodzenia, drapał pazurami zewnętrzną powłokę jestestwa tego, który przed nim stał – mówiąc wprost: gdyby spojrzenie mogło zabijać, jego wykraczałoby wysoce ponad sztukę mordu, najpierw ze sprawnością zamrażając, potem wypełniając po brzegi te czyste naczynie strachem, by dopiero na samym końcu porywać w miejsce, gdzie zaczynało się rozumieć, dlaczego czerń nie była barwą. Oddaję jej koronę i berło, by mogła objąć cały wszechświat ramionami. Nie znajdziesz w niej łagodnej księżnej, ni gorącej kochanki – będzie zawsze nieosiągalną, niemożliwą do dotknięcia królową, która w sobie niosła dzieci; ich imiona? Tajemnica i Strach... Mężem jej będzie Śmierć, och – albo raczej Żoną, skoro ta zwykła podawać się za Siostrę Sahira Nailaha, chodząc za nim krok za krokiem, z kościstą dłonią opartą na jego barku.
W tym opuszczeniu spojrzenia, w pochyleniu się, była rezygnacja z tej walki i kompletne odpuszczenie sobie, bo tak naprawdę – cóż niby miałbyś mu zrobić? Zwyzywać go za to, że ta po prostu chodził sobie po dziedzińcu, obok fontanny? Och, mógłbyś, naturalnie – mógłbyś nawet się podnieść i naskoczyć na niego z pięściami, zamiast z roztargnieniem przejeżdżać palcami po miękkich, kruczych kosmykach włosów opadających ci teraz na twarz, zamiast zderzać się z rzeczywistością, że tak naprawdę wcale NIE MOŻESZ tego zrobić, jeśli zamierzasz brnąć prosto do swego celu. Szkoda tylko, że oprócz pozbawionego emocji stwierdzenia, że tego dokonasz, nic innego cię nie pchało.
Ledwo swą wolą sięgałeś ponad porcelanową lalkę.
- Łaał... - Zakpiłeś, unosząc jeden kącik wąskich warg w górę, by razem z nim unieść na powrót swój podbródek, zaczesując włosy do tyłu, które zaraz rozsypały się każdy w swoim kierunku, w paradoksalnie zwanym "nieładzie twórczym". - "Może". - Powtórzyłeś za Archibaldem w doskonale ironicznym stylu, mrukliwie, pod nosem, ale doskonale dla niego słyszalnie, przecież stał tuż obok. - Tak cholernie nietypowe, że aż nie mam na to riposty... - Zakończyłeś, pozbywając się przywdzianej na twarz maski – doprawdy, kiedy zacząłeś się na wszystkich po kolei wyżywać? Kiedy z idealnej ostoi spokoju zamieniłeś się w tykającą bombę zegarową? Dobrze wiedziałeś, kiedy – mogłeś podać dokładną datę, miesiąc, rok... chociaż nie godzinę, aż tak magicznej kreski w tym wszystkim nie było... Może, skoro już jesteśmy przy "uspakajaniu się", to jednak ty go przeprosisz i zaprosisz do pogawędki? Nie, oczywiście, że tego nie zrobisz – zamarłeś z obojętnym spojrzeniem wbitym w kostkę brukową – dobrze, że chociaż poruszałeś palcami, obijając je lekko o udo, bo wyglądało to tak, jakbyś nawet nie oddychał.
Wolność i czystość wzbudza żądzę destrukcji najczęściej z jednego, prostego powodu.
Z zazdrości.
Wzrok Archibalda Gampa, Ślizgona przy tobie stojącego... był przenikliwy. Bardzo przenikliwy. Lecz to nie to nakazało ci się poddać w tym pojedynku.
Poddać nakazało ci się to, że nie znalazłeś tam oczekiwanych emocji strachu, obrzydzenia, niechęci, czy tym podobnych... nie było tam niczego oceniającego, czy raczej: nie było tam JUŻ GOTOWEJ oceny.
Zupełnie jakbyś... to Ty był tą Białą Kartą.





Szczerze mówiąc
Nie wiem jak Ty - mało ludziom wierzę.
"Żył żartem, pił serio" napisz mi na grobie
Szczerze mówiąc.


Re: Fontanna

on Nie Kwi 19, 2015 6:36 pm
Właściwie, to mógłbym po prostu stamtąd odejść. Ani ja nie szukałem towarzystwa, ani on nie wydawał się być zadowolony z mojej obecności. Taka kolej rzeczy byłaby więc logiczna. Ale jednak nie odszedłem. Dlaczego? Nie wiem. Tak, tak, znowu nie wiem. Powinniście już przywyknąć. Najbardziej uniwersalne i najczęściej używane przeze mnie wytłumaczenie.
W każdym razie, hmm... Może to dlatego, że gdzieś tam czułem, że trafiłem właśnie na jedną z tych nietypowych jednostek, które, mimo że ich nie szukałem, chciałem spotykać. Trochę bez sensu, prawda?
Słysząc jego słowa... No właśnie. Miało mnie to urazić? Sprowokować? Zmusić do odejścia? A może nic z tych rzeczy? Może było to jego zwyczajne zachowanie, nie mające żadnego głębszego celu? Cóż. Skąd mogłem wiedzieć?
Nie chcąc jednak wdawać się w żadne słowne przepychanki, ani nic w ten deseń, uniosłem jedynie nieznacznie brwi i również odwróciłem wzrok.
A własnie. Trochę mnie to zaskoczyło. To, że on jako pierwszy wycofał się z tego "pojedynku". Chociaż, to chyba złe sowo. W końcu nie zamierzałem się z nim pojedynkować w żaden sposób. No, w każdym razie, pierwszy opuścił wzrok. Dziwne. Zawsze to ja pierwszy odpuszczałem.
Nie mógł znaleźć w moim wzroku tego, czego oczekiwał. No bo, niby dlaczego? Nie mogłem się go bać. Nie mogłem czuć do niego niechęci, czy obrzydzenia. Nie mogłem czuć pogardy. Bo go po prostu nie znałem.
A gdybym jednak słuchał plotek? Gdybym wiedział, do czego był zdolny? Albo raczej, co zrobił? Widzicie... Nie wiem. Znowu. Ale w tym przypadku, akurat mam prawo. Bo, z jednej strony, dla mnie każdy na starcie był równy. Nie oceniałem ludzi na podstawie tego, jacy byli dla innych. Liczyło się to, jacy byli dla mnie. Każdy zaczynał wiec z takiej samej pozycji.
Ale, z drugiej strony... Nigdy nie miałem do czynienia z mordercą. To znaczy, mam nadzieję. Nigdy nie obcowałem z kimś, kto odebrał życie drugiemu człowiekowi. No i właśnie, co gdybym o tym wiedział? Niby to nie mnie zabił. Niby nawet nie znałem tamtych ludzi. W żaden sposób mnie to nie dotyczyło. No, ale, mimo wszystko, zabił. Nie wiem. Ciężko mi powiedzieć, czy taka wiedza nie miałaby żadnego wpływu na to, jak go postrzegałem.
Ale na szczęście nie musiałem się tym martwić. Nic o nim nie wiedziałem. Na razie. Był więc, no własnie, taką czystą kartą. I nikt, oprócz niego, nie miał wpływu na to, czym się zapełni.




I'm sick of not having the courage to be an absolute nobody

Re: Fontanna

on Nie Kwi 19, 2015 7:30 pm
Rzeczywiście bardzo wiele niewiadomych skrywało się w twej głowie, Archibaldzie – jak więc tutaj nie nazywać cię Bielą? Byłeś jak pisarz, który ma pustkę w umyśle, zeszyt przed sobą, pióro w ręce i spogląda na zakrytego przed nim, Wielkiego Gracza, który w tym rozdaniu decydował o wszystkich kartach – nie zrobiłeś nic od siebie, oczekiwałeś – dlatego, jak nie nazwać cię Posągiem? Chłodnym, który kalkuluje, zamiast poddać się emocjom, ale za szybko nie ocenia – spisujesz dłonią, w której trzymasz pióro, na bieżąco odpowiedzi na bodźce, na ostre słowa, na karty, którymi Rozdający zagrywa – twa bierność... nic dziwnego, że do szaleństwa doprowadza takie osoby jak Caroline Rockers, która bez przerwy walczyła o to, by nie być ignorowaną i byś zamiast pokazywał jej słowa "Nie wiem" na jednej ze stron, zaczynał bazgrać stalówką bez ładu i składu, gdy w twe serce wpompowywana zostawała coraz to większa ilość jadu. Tym nie mniej – Caroline, z twego domu, była wszak bardzo nietypową jednostką, która w żadnym aspekcie nie zlewała się z tłem – Szkarłatna Królowa, co się zowie, o skroniach udekorowanych Cierniową koroną, Zwycięstwo, które wiedzie za sobą jeźdźców do wojny... Niesamowicie zjawiskowa istota, czyż nie?
Myślenie torami "nie czuć niechęci, ponieważ kogoś się nie zna", było złotem w czystej postaci – gdyby wszyscy tak myśleli, nie byłoby problemu ze zjawiskiem bardzo powszechnym, a nazywanym "nietolerancją", z którą niewiele osób walczyło – większość wręcz wolała nakręcać na nią wszystkich wokół, tak właśnie rodziła się nienawiść w najczystszej postaci – czy to do czarnych, czy to do tych, którzy, jak przystało na idealną rodzinę, nie chodzili do Kościoła, czy też do... wampirów. O ile mniej wojen by było, o ile mniej śmierci i jak spokojny byłby nasz świat? Jak widzicie – jest to niestety czyste gdybanie i pozostanie na zawsze w fazie gdybań – nietolerancja jest, była i będzie, tak samo jak i będą plotki, pomówienia i tak dalej, i tak dalej... musielibyśmy przeprogramować większą część społeczeństwa, a obawiam się, że jeszcze ludzkość nie dotarła do tak znakomitego poziomu rozwoju.
Dlaczego jedna, rzeczywiście zastanawiające, nie wstał, nie poszedł w swoją stronę..? Dlaczego tkwisz w bezruchu, Archibaldzie, skoro napięcie rośnie, gdy cisza obkleja wasze ciała pozorami niezrozumienia i wzajemnej niechęci..? W Nailahu czaiła się rezygnacja ze spierania się o to, kto miałby tutaj zostać – rezygnował z tej walki, którą zapewne normalnie by podjął, a którą teraz w sobie temperował, zamykając w pudełeczku we własnym wnętrzu, by w odpowiednim czasie ją wypuścić – na samego siebie, taki był zawsze tryb jego działania w braku umiejętności radzenia sobie z jakimikolwiek emocjami, lecz teraz nie nie o tym. Sam wampir kochał ciszę – zawsze uważał, że wyrażała ona o wiele więcej, niż słowa, którymi można się było dowolnie bawić i manipulować nimi w przeróżne sposoby, tak, by kończyć na tym, aby nigdy nie wyjść na kłamcę – w końcu niedopowiedzenia nie były fałszem – pozostawały po prostu przemilczeniami.
- Tak więc, panie Ślizgonie..? - Odezwał się w końcu spokojnie po dłuższej chwili, która, w jego wypadku, napięcie przekształciła w idylliczną ostoję, w której rzeczy nieprzyjemne bardzo łatwo było zmienić w te przyjemniejsze, jeśli tylko potrafiło się przekonać do tego swój własny umysł – to wcale nie jest takie skomplikowane, wierzcie mi. - Spacerek z nudów pod zachmurzonym niebem? - Mogliby sobie tak milczeć do usranej śmierci (albo raczej do momentu, w którym deszcz by ich w końcu nie przegonił), ale dlaczego niby nie poddać się sposobności wymiany kilku chociażby zdań? Nawet jakbyś miał gadać do siebie – to chociaż pozornie mówiłeś do niego, nawet gdyby nie odpowiadał, zawsze wychodziłeś na mniejszego świra niż w chwilach gadania do lustra, tak przykładowo... Sięgnąłeś do kieszeni w poszukiwaniu paczki papierosów i zaglądnąłeś do wymiętego pudełeczka, nawet nie rozglądając się uprzednio na boki w poszukiwaniu ewentualnego nauczyciela albo, co gorsza!, woźnego – było ci to tak kompletnie obojętne, czy dostaniesz szlaban, czy nie, że dorównywałeś Archibaldowi z jego pozytywnym "nie wiem", choć dobrze skrytym w jego wnętrzu...
Z aparycji Archibald Gamp wydawał się chłopakiem, który doskonale wie, czego chce.
- Nie żebym wyszedł na czepialskiego, aczkolwiek po ostatnich wydarzeniach na błoniach spacery po świeżym powietrzu stały się podejrzanie niepopularne...





Szczerze mówiąc
Nie wiem jak Ty - mało ludziom wierzę.
"Żył żartem, pił serio" napisz mi na grobie
Szczerze mówiąc.


Re: Fontanna

on Pon Kwi 20, 2015 8:44 pm
Jak uważasz. Możesz nazywać mnie Bielą, Posągiem, czy jak tam jeszcze chcesz. Dla mnie to i tak bez znaczenia.
A Caroline... Cóż. Ciekawa osoba, nie powiem. Zdecydowanie była Królową. Albo raczej - chciała nią być. I, moim zdaniem,  własnie to było w niej najbardziej fascynujące. Nie to, jaka była, jak się zachowywała. Ale dlaczego. Dlaczego tak bardzo potrzebowała tej korony, tych wszystkich tytułów, nie mogąc pozostać jedynie Caroline Rockers. Dlaczego tak bardzo potrzebowała bycia zauważoną i osoby obojętne, jak ja, doprowadzały ją do szaleństwa. Dla Ciebie była zjawiskową istotą. Dla mnie najbardziej zjawiskowe w niej było to, jak bardzo starała się, by tak właśnie ją postrzegano. I, tak, wiem, że nie ona jedna się o to starała, mnóstwo osób chciało być kimś wyjątkowym. Ale w jej przypadku ta potrzeba wydawała się być zdecydowanie silniejsza. Chociaż, kto wie? Może w rzeczywistości faktycznie była Królową, a ja tylko, jak zawsze, niepotrzebnie doszukiwałem się w tym wszystkim drugiego dna?
O, nietolerancja jest problemem, zdecydowanie. Ale, moim zdaniem, nie wynika tylko z tego, że ludzie nie starają się poznać innych, zanim ich ocenią, że robią to zbyt pochopnie. Tylko z tego, że w ogóle to robią. Że zamiast skupić się na sobie, tak bardzo interesują ich wszyscy wokół. I, nie, nie mówię tu o tym, że każdy nagle powinien zmienić się w odizolowanego od reszty samotnika. Chodzi mi o to, że nawet ci, którzy starają się poznać kogoś, bardzo rzadko próbują go zrozumieć. Ale tak naprawdę zrozumieć. Bo to często jest trudne. Czasem nawet niemożliwe. A ludzie z natury czują niechęć do tego, czego nie rozumieją. Bo miedzy poznaniem a zrozumieniem jest kolosalna przepaść. Ale większość tego nie wie i daje sobie prawo do wystawiania opinii na podstawie samych suchych faktów. Jakby po prostu nie mogli tych faktów przyjąć do wiadomości, bez zbędnych osądów. Eh, dobra, bo jeszcze parę zdań i sam się w tym wszystkim pogubię.
Oho, chłopak jednak postanowił podtrzymać rozmowę.
- Mniej więcej - odpowiedziałem tylko. Jak zwykle, krótko, zwięźle, ale niekoniecznie na temat. Tak, wiem. Byłem wymarzonym kompanem do rozmów.
Mógłbym powiedzieć, że ja też kochałem ciszę, ale chyba nie w tym sęk. To znaczy, jasne, miała w sobie coś niezwykłego. Ja po prostu nie lubiłem nadmiaru słów. I nie dlatego, że można było nimi manipulować, ale dlatego, że same w sobie były kompletnie bezwartościowe. Z resztą, nigdy nie skupiałem się za bardzo na tym, co mówili inni. Koncentrowałem się na tym, jak to robią i jak się przy tym zachowują. Bo paradoksalnie to własnie te wszystkie pozawerbalne komunikaty mówiły najwięcej.
- Sugerujesz, że powinienem obawiać się, że w najbliższych krzakach może czaić się jakiś morderca? - spytałem, lekko unosząc brwi. To nawet trochę zabawne, ale spora część uczniów własnie tego się chyba bała. Że jak tylko wystawią głowę z zamku, to ktoś ciśnie w nich Avadą. No, jakby nie mógł tego zrobić w murach Hogwartu. Nie, żebym ja był super odważny, wręcz przeciwnie. Ale nie popadajmy w paranoję. Nie wiem, co dokładnie stało się na błoniach. To znaczy, nawet unikając plotek nie dało się przeoczyć, że przelało się tam sporo krwi. I nie myślcie, że mówię o tym tak lekko, śmierć zawsze mnie przygnębiała, może nawet w pewnym stopniu przerażała. Ale, jak już wspomniałem, nie popadajmy w paranoję.




I'm sick of not having the courage to be an absolute nobody

Re: Fontanna

on Wto Kwi 21, 2015 1:56 pm
Miano, jak miano, huh? Kogo by ono interesowało, płynące z obcych warg, kiedy zamiast stając się doskonałym odzwierciedleniem jestestwa jest po prostu kolejnym, idiotycznym słowem przypisanym do sylwetki. Pozwolenie na to nazewnictwo jest jednak całkowicie zbędne. Widzieliście kiedyś, żeby narrator sprzeczał się z postacią o to, jak ją nazywać? Obłęd! A jednak dywaguję właśnie z niepokornie-pokornym Archibaldem Gampem (już sam nie wiem; ten Widzący Wiele, niczym Legolas wyrwany prosto z trylogii Tolkiena, nie jest jednak tak miękki jak plastelina, by naginać go wedle swej woli, wręcz przeciwnie – irytująco gładko się ze wszystkiego wyślizguje... Winna obojętność!), więc w sumie już niewiele powinno mnie zaskakiwać...
Cóż więc powiesz nam o Caroline, Sahirze, hmm..? Czarnowłosy dawno wyszedł z etapu zastanawienia się, dlaczego taka się stała, ba! - nawet ongiś jej współczuł, przecież pamiętał ją jeszcze gdy była spokojniejsza, cichsza – było więc jasnym, że musiało się jej przytrafić coś, co ją odmieniło. A teraz? Teraz było mu to kompletnie obojętne. Była dla niego tylko i wyłącznie zjawiskowa, ponieważ dostarczała rozrywki, ponieważ można było się z nią bezkarnie poprzerzucać czarnomagicznymi zaklęciami wiedząc, że nie poleci z płaczem do nauczyciela, można było ją gryźć i ranić jej dumę, by upadała coraz niżej i samemu dać się poniżać i razem z nią osiągać dno. Królowa w Cierniowej Koronie, która domagała się atencji. Pomiędzy nimi dwoma chyba nigdy nie będzie w miarę "w porządku". Wiesz, ona naprawdę cierpiała – w samotności, w ciszy, kiedy jej ojciec znajdował się na łożu śmierci, kiedy matka ją katowała, a dwóch braci poszło w świat kompletnie nie interesując się losem młodszej siostrzyczki – historia kompletnie zapomniana, której nikt nie znał i pewnie nikt nie pozna... Jedna z wielu tych, które gnuśniały w kompletnej czerni, doprowadzając tego, o kim książka ta pisana była, do kompletnej ruiny.
Uniosłeś się nieznacznie i spojrzałeś uważnie na boki, by zaraz zatoczyć dłonią niedbały krąg, flegmatycznie, w której trzymałeś zapalniczkę, licząc na to, że jeszcze coś tam paliwa zostało i nie zaskoczy cię akurat teraz jego brakiem, kiedy nie miałeś przy sobie różdżki – wszyscy wszak znamy złośliwość rzeczy martwych, czyż nie? Uwielbiają się psuć w najmniej odpowiednich momentach...
- Sądząc po tłumach w ostatnich dniach, raczej większość się tego obawia. - I to nawet dobrze, może do pustych móżdżków wreszcie dotarło to, że bezpieczeństwo jest względne wszędzie? Nie istnieje coś takiego jak bezpieczeństwo. Niech się boją, skurwiele. Niech czmychają w obawie, że w plecy dotrze do nich zielony blask, dlaczego niby nie? To było zabawne... To była naprawdę przednia zabawa, która napełniała wnętrze ponurą satysfakcją i sprawiała, że na wąskich wargach błąkał się samotny uśmiech, niby kompletnie nic nie znaczący, przeznaczony w zrozumieniu tylko do jego posiadacza wraz z tysiącem kłamstw i ułud, którymi się otaczał – och, kochał to! Naprawdę to kochał. Tajemnice, niedomówienia, manipulacje... mógł się oplatać nimi jak najdroższym prześcieradłem z jedwabiu po gorącej nocy z kochanką, chłonąc perfumowaną woń niewieściego ciała i nie dbają o to, że wszystko ma swoją cenę – sprzedał już za nie całą swoją duszę – teraz czekała na niego wieczność w bezpiecznej, ciężkiej czerni, która lepszą była towarzyszką od niejednego człowieka.
Mimo to nadal z ludźmi rozmawiał.
- Nie oskarżam cię o strach. W twoich oczach go nie. - Wreszcie odwrócił twarz spowrotem na swojego rozmówcę, ponownie krzyżując z nim spojrzenie, ale już go nie opuścił – wokół Archibalda unosiła się tak samo dziwnie nienaruszalna przestrzeń, jak wokół ciebie, nic dziwnego, że w pierwszym momencie z twojej perspektywy posypały się iskry – naprawdę uważam to za żart, jak pod pewnymi względami byliście do siebie podobni i nic dziwnego, że do tej pory nie mieliście szansy na jakąkolwiek wymianę zdań, pomijając, że uczniów w Hogwarcie jest tyle, że ciężko ze wszystkimi się spotkać i porozmawiać... - Lecz może powinieneś się bać? - Ciągle się uśmiechałeś, delikatnie, z kroplą arogancji w tej przedziwnej miksturze enigmatyczności, chłonąc Otchłanią zwierciadła dusz nieznanego ci z imienia Ślizgona. Co zaś oznaczało dla ciebie to, że nosi na piersi symbol zielonego węża? Tyle, że jest zapewne czystej krwi, ale co oznacza czysta krew? Dajcie spokój... Tak czy siak – jest czarodziejem... czyli zwykłą muchą, którą można rozdeptać butem, jednym z tych, którym można poderżnąć gardło i sycić się wonią krwi i jej czerwienią, która wreszcie przerywała codzienność...
Nie, stop.
O czym ty myślisz?
Sahir przymrużył powieki na drobny moment, zanim wrócił do zajmowania się swoim papierosem, którego gładko przekręcał między palcami do tej pory – wsunął go w wargi i odpalił za entym razem zapalniczkę na krzemień, który nie był skłonny do natychmiastowej współpracy z... kimś, kto ciągle zadziwia mnie, że przeżył jak dotąd jedynie 17 lat, doświadczenia na karku mając tyle, że wystarczyłoby spokojnie dla trzydziestolatka.





Szczerze mówiąc
Nie wiem jak Ty - mało ludziom wierzę.
"Żył żartem, pił serio" napisz mi na grobie
Szczerze mówiąc.


Re: Fontanna

on Pią Kwi 24, 2015 2:19 am
Dobrze, dobrze, panie narratorze, nie będę się już wypowiadał na temat pańskich działań, czy to z aprobatą, czy bez. Może to faktycznie zbędne? Może chociaż oszczędzi nam to niepotrzebnych, eee… dywagacji? Hmm, przynajmniej nauczyłem się jakiegoś nowego słowa.
Może temat Caroline też powinniśmy zostawić? Odnoszę wrażenie, że za nią nie przepadasz. Chociaż, to pewnie i tak mało powiedziane. W każdym razie, jaki jest sens skupiać się na kimś, kogo się nie lubi? Nigdy tego nie rozumiałem. Po co w ogóle poświęcać czas na myślenie o takich osobach i przy okazji psuć sobie humor? Kiedy ja spotykałem kogoś, kto nie przypadł mi do gustu, po prostu starałem się nie wchodzić z nim w niepotrzebne interakcje. Bo po co? To tak jakbym codziennie kupował marchewki, mimo że ich nie lubię. To byłoby równie bezsensowne, nie? I wiem, wiem, znów jakiś trywialny przykład. Zbyt uproszczony, nieżyciowy. Ale kto powiedział, że życie jest od tego, żeby je sobie utrudniać?
Ale może znów się mylę i to wcale nie jest tak, że za nią nie przepadasz? Może to kolejna z tych super dziwnych relacji, w których nikt nie ma pojęcia o co chodzi? Albo przynajmniej ja nie mam pojęcia. Tak, jest masa rzeczy których nie rozumiem. O, jak chociażby to, dlaczego poniżanie takiej Caroline sprawiało Ci przyjemność? Dlaczego poniżanie kogokolwiek sprawiało komukolwiek przyjemność? Cierpienie samo w sobie było bardzo przygnębiające. Moim zdaniem, oczywiście. I nigdy nie potrafiłem dostrzec w nim żadnej satysfakcji, nawet jeśli dotyczyłoby największego wroga.
- Widać nie należę do tej większości – odpowiedziałem.
Ale, wiecie co? Gówno prawda. Chociaż, nie no, może trochę prawda. Sam już nie wiem. No bo niby ten strach, akurat w tym przypadku, wydawał mi się trochę na wyrost. Ale to nie wynikało z tego, że byłem odważny. Nie, prawdę mówiąc, byłem tchórzem. Ale byłem bardzo dziwnym typem tchórza. Bo niby się bałem, ale z drugiej strony, nie wiem, może bałem się tego tylko w teorii? Trochę bez sensu, nie? Bałem się o swoje życie, nie myślcie, że było mi obojętne, ale kiedy przychodziło co do czego, to jakoś o tym wszytym nie myślałem. To znaczy myślałem, ale właśnie tylko w sferze myśli to pozostawało. Eh, bez sensu.
W każdym razie, na pewno nie byłem odważny. A przynajmniej się za takiego nie uważałem.
- Może powinienem – przytaknąłem raczej machinalnie, ignorując część o braku strachu w oczach. Hmm, to może jednak nie byłem tchórzem? Albo, raczej, może byłem dobrze zamaskowanym tchórzem?
Najbardziej cieszyłem się teraz z tego, że nie miałem pojęcia, o czym Sahir myślał. Gdybym miał dostęp do tego wszystkiego, wówczas, słowo daję, jakąkolwiek wzmiankę o tym, że pod jakimkolwiek względem jesteśmy do siebie podobni uznałbym za wielką obelgę.
Ale na szczęście nie wiedziałem. Nie mogłem więc się w sumie w takim razie cieszyć z tego, że nie wiem. No i właściwie, może to poprzednie stwierdzenie też było zbyt pochopne? No bo mówiłem, wielu rzeczy nie rozumiem. Ale czy to od razu powód, żeby je potępiać? Nawet, jeśli chodzi o jakąś niepojętą rządzę krwi i chęć zadawania cierpienia?




I'm sick of not having the courage to be an absolute nobody

Re: Fontanna

on Pią Kwi 24, 2015 3:19 pm
O, widzicie go? Znowu się ze mną przedrzeźnia! Ależ synu, dyskutuj, dyskutuj – bez dyskusji świat byłyby niezwykle cichym miejscem, nawet jeśli mają to być dyskusje tylko i wyłącznie w twojej głowie... czy też gdzieś na poziomie boskim, hehe, no wiesz, jestem w tym świecie niczym Bóg – szkoda tylko, że nie wszechwiedzący, bo to, co powiesz, o czym pomyślisz, pozostawało dla mnie zakryte, a wiadome tylko dla Twojego Boga, tego drugiego narratora po drugiej stronie, która pomaga ci istnieć, poruszać się i wprowadzać twą wolę w to uniwersum, nadając ci trójwymiarowości. Gdybyśmy więc, przypuszczalnie, poruszali się twoim torem rozumowania, w którym porzucamy większość tematów – ta cisza, ta zwięzłość, tego pragniesz? Spokoju, w którym nikt nie będzie zmuszał twej owiniętej firaną obojętności duszy do... rozważań? Do wybierania strony, do zgadzania się bądź niezgadzania, zgodnie z sumieniem, zgodnie z systemem wartości... Posiadasz w ogóle jakikolwiek system wartości? Bardzo łatwo zwątpić w człowieka, kiedy ciągle wzrusza ramionami i mówi, jak mu to wszystko obojętne.
Przykład marchewki jest akurat, w swej banalności, bardzo trafny! Z tym, że marchewka nie człowiek – nie żyje, nie da się z nią porozmawiać... nieistotne, pomińmy ten szczegół (szczegół?) - widzisz, z kupowaniem marchewki, której się nie lubi, nienawidzi całym sobą, jest tak, że można wziąć nóż i posiekać ją na drobne kawałki, a potem z satysfakcją rozsypać jej kawałeczki na wietrze, wrzucić do toalety i spuścić ze ściekami, pogrzebać w ziemi iii tak dalej... oczywiście jest to pewien rodzaj masochizmu i nie da się ukryć, iż po tą znienawidzoną marchewkę sięga się do oporu... I będzie się sięgać, dopóki albo on, Sahir, albo ona, Caroline, nie będą martwi – działa tutaj naturalne, magnetyczne przyciąganie między dwoma silnymi drapieżnikami, które walczą o swoje terytorium – pojmujesz to, czy w twoim zblazowaniu nie jesteś w stanie pomiarkować się w zaangażowaniu tak silnym, że gotuje krew w żyłach?
- Widać nigdy nie dotknęła cię bezpośrednio Śmierć. - Odbił pałeczkę, zaciągając się dymem zmiętolonego papierosa i wyciągnął nogi przed siebie, nieco zjeżdżając ze stopnia fontanny, na którym siedział, wsłuchując się w szum fontanny i nie spuszczając oka ze swego rozmówcy, co do któego jeszcze nie zdecydowałeś, czy jest ciekawy i warty uwagi, czy też nie – miał w sobie jakiś dystans, nie ten oczywisty, bezpośredni dla twego jestestwa... cały wydawał się... dziwny. Szary na kompletnie inny sposób niż tłum wokół. Wszak strach? Bardzo względna rzecz, odkrywana w momentach, kiedy dochodziło do realnego zagrożenia – czy kiedykolwiek ktoś rzucił Avadą w tego chłopaka..? Och, sprawdziłbyś, bardzo chętnie, jego reakcję – niestety nie miałeś różdżki i obawiałeś się, że to by nie posłużyło aktualnej sprawie w próbach bronienia się przed wywaleniem ze szkoły, ba! - przed Azkabanem... ale byłeś tak jebanie pewny siebie, że gdyby ktoś mógł odczytać twoje myśli, to chyba mógłby ci tylko wpuścić taki wpierdol, żebyś się nie pozbierał przynajmniej do końca tygodnia i nie miał tego aroganckiego uśmieszku, lub tej przedziwnie spokojnego wyrazu twarzy.
Tylko że nikt nie zaglądał do tego piekła, którym była twoja głowa.
- Może... - wymruczałeś z zamyśleniem, otoczony siwym dymem – jakie to szczęście, że nauczyciele też woleli się dzisiaj pochować w szkole i nawet po Irytku nie było śladu... - Może tak naprawdę nie rozumiesz, czym strach jest.
Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że potępienie żądzy przelewu krwi jest całowicie naturalne i to dobrze, gdy występuje – w jakiś sposób świadczy to o tym, że osoba, z którą rozmawiamy, nie jest chora psychicznie, prawda? W końcu zdrowi ludzie nie chcieli mordować... Całkowicie więc rozumiem – dlatego też za żartem objawiło mi się to porównanie, zdecydowanie o wiele bardziej pasujące go zamierzchłej przeszłości, o której nikt już nie pamiętał, o której nikt nie mówił – najprościej było wskazać palcem tego, kto morduje, czyni szkodę, mówiąc: to On, ten zły, ten Diabeł! – i dobrze. Niech tak pozostanie. Społeczeństwo zawsze potrzebowało osób, na których barkach spoczywałaby odpowiedzialność za całe zło, które im się przytrafiało.
- Strach to tylko teoria naszych obaw zebranych w wyimaginowane cienie w naszej głowie, które nie nabiorą rzeczywistych kształtów, dopóki nie pojawi się odpowiedni zapalnik... - Strzepałeś popiół z krańca papierosa.





Szczerze mówiąc
Nie wiem jak Ty - mało ludziom wierzę.
"Żył żartem, pił serio" napisz mi na grobie
Szczerze mówiąc.


Re: Fontanna

on Nie Kwi 26, 2015 2:06 am
Dobrze więc, możemy spróbować. Tylko widzisz, to nie dlatego nie lubię dyskusji. Nie chodzi tutaj o pragnienie ciszy czy zwięzłości. Problem polega na tym, że większość ludzi tak naprawdę nie potrafi  dyskutować. Bo gdyby to miało prowadzić do rozważań, przemyśleń, to proszę bardzo, czemu nie, możemy dyskutować. Niestety, zazwyczaj prowadzi to tylko do konfliktów. Większość ludzi jest przekonana o swojej nieomylności. I nie, nie zrozum mnie źle, nie widzę nic złego w tym, że ktoś jest pewny swojego zdania. Problem pojawia się, kiedy ci wszyscy ludzie nie są w stanie zaakceptować tego, że ktoś może mieć inne zdanie. I że ono wcale nie jest gorsze, jest po prostu inne. I zamiast przedstawić swoje argumenty i pozwolić „przeciwnikowi” je przemyśleć, jednocześnie analizując te podane przez niego, starają się wręcz narzucić drugiej stronie swoje racje. I vice versa. Chociaż nie, nie zawsze. Istniej jeszcze ta druga grupa. Która zawsze zgadza się z „przeciwnikiem”, zawsze przytakuje, nigdy nie broni swojego zdania, czasem nawet go nie ma. I, odpowiadając przy okazji na Twoje pytanie, nie, nie należę do tej drugiej grupy. Mam swoje zdanie, mam swój system wartości, mam swoje poglądy. Tyle, że nie czuję potrzeby manifestowania ich. Ani narzucania komukolwiek. Dlatego nie należę też do tej pierwszej grupy. Wzruszając ramionami i mówiąc, że coś mi jest obojętne, często właśnie o to mi chodzi. Bo większość banalnych „problemów” jest właśnie tak banalna, że nie ma dla mnie większej różnicy, kto podejmie w ich sprawie decyzję. Nawet, jeśli w pewnym stopniu dotyczą mnie. Ale czasem mam na myśli to, że po prostu akceptuję Twoje poglądy, jakie by nie były, oczywiście dopóki w tej sferze poglądów pozostają, jednocześnie i tak obstając przy swoich. A to, że Ty, czy ktokolwiek inny, może odbierać to w inny sposób… Cóż, nie ma to raczej dla mnie znaczenia.
Serio? Nie spodziewałem się, że pociągniesz ten przykład z marchewką. No, ale dobra. Tylko widzisz, dla mnie to wciąż bez sensu. Kupować marchewkę, żeby ją zniszczyć? Jednocześnie budząc w sobie masę negatywnych emocji? Nie, stop. Podobno nie ma czegoś takiego, jak negatywne emocje. Mogą być co najwyżej destruktywne. Więc, jednocześnie budząc w sobie masę destruktywnych emocji? Pytasz, czy jestem w stanie to pojąć. Otóż, nie. Bo o co tak naprawdę walczycie? O wyimaginowane terytorium? O władzę, której tak na dobrą sprawę żadne z was nie ma? O nic nie znaczącą przewagę? Wiem, że Caroline uważa, że to ja żyję w uproszczonym, odrealnionym świecie. Ale na dobrą sprawę, to ten jej, albo raczej wasz, jest jeszcze dalszy od rzeczywistości. I, jak dla mnie, kompletnie bezsensowny.
Ale, wróćmy do mojej obojętnej postawy. Róbcie, co tam chcecie, ja nie muszę tego rozumieć.
- I myślisz, że wszyscy właśnie dlatego się boją? Bo dotknęła ich bezpośrednio śmierć? – spytałem. Ha, nie macie pojęcia, jak bliski byłem tego, żeby powiedzieć „może” albo „masz rację”. Chociaż nie, od tej strony zdążyliście już mnie poznać. Ale widzicie, zaciekawiło mnie to. No bo, czy śmierci mogą bać się tylko ci, których bezpośrednio dotknęła? I inaczej, czy wszyscy, których bezpośrednio dotknęła, będą się jej bać? Racja, ja osobiście nie miałem z nią do tej pory styczności. Nie bezpośrednio. Ale kto wie, może wówczas faktycznie bardziej bym się obawiał? A może wręcz przeciwnie? W końcu, wiecie, zetknięcie z czymś raz, czasem daje takie dziwne poczucie pewności.
- Może nie rozumiem – odparłem, tym razem krótko, jak zazwyczaj. Choć nie do końca się z tym zgadzałem.
Właściwie masz rację. Stwierdzenie, że w jakimś tam stopniu jesteśmy podobni, było zbyt pochopne. Ba, skoro siebie nazywasz Czernią, a mnie w jakiś tam sposób przyrównałeś do Bieli, to może to jest właściwy trop? Nie dość, że nie jesteśmy podobni, to jesteśmy kompletnie różni? Albo może z Tobą jest podobnie jak z Caroline? Może żyjemy na tak różnych płaszczyznach, że jakiekolwiek porównania w ogóle nie mają sensu?
- Ile ludzi, tyle definicji – powiedziałem. No bo, czy w gruncie rzeczy, strach nie był czymś na tyle złożonym i, mimo wszystko, subiektywnym, żeby każdy mógł pojmować go inaczej?




I'm sick of not having the courage to be an absolute nobody

Re: Fontanna

on Pon Kwi 27, 2015 1:32 am
- Nie. - Skoro już jesteśmy przy bardzo rzeczowych odpowiedziach, to proszę bardzo, oto i ona: bardzo krótka i bardzo rzeczowa na pytanie, czy naprawdę tak myśli. Nie myślał – co nie znaczy, że nie myślał w ogóle, proszę nie łapać mnie za słówka..! Bo tak naprawdę ilu z tych kurdupli tak naprawdę poczuło oddech twej siostry na swoim karku? Niemal żaden. Byli jak takie laleczki z porcelany, którym do nóżek i rączek przywiązuje się sznureczki – jasne, że nie możemy nimi poruszać bezpośrednio, wszak nawet Nailah nie miał samego siebie za Boga, wyraźnie widział zagrożenie wokół siebie i doskonale wiedział, że nie jest on tutaj jedynym, który ma coś do powiedzenia (i nie chodzi tutaj nawet o bezpośrednie nawiązanie do Szkarłatnej Królowej) – nie próbował bawić się w stwórce, wiecie – zawsze był fatalny z transmutacji, więc chyba można mu to wybaczyć... - Boją się, bo są pierdolonymi tchórzami. - Nailah uśmiechnął się z rozbawieniem i obejrzał na Archibalda, strzepując popiół z krańca papierosa, wyraźnie wprawiony w lepszy nastrój, niż na samym początku, kiedy ze swojej strony posłał pierwsze słowa w jego stronę – miał ochotę wziąć parę igieł i powbijać w tego chłopaczka, chociaż, czemu..? Chyba po prostu wyzwalał takie instynkty, był zbyt spokojny, zbyt oszczędny w słowach, chciało się go sprawdzać dalej i dalej, by coś dał od siebie, by okazał chociaż jedną emocję – to by zaś sprawiło, że samemu by się emocje czuło. To nadal byłby przykład tej marchewki – dla ciebie to bez sensu, dla takich jak on to satysfakcjonujące i nie miało nawet grama z destrukcyjnych emocji – no, może potem (o ile w ogóle), gdy łapała czkawka czegoś tak irracjonalnego, jak sumienie – ale to maleńka płotka w oceanie przyjemności, w którym można się zanurzyć zadając cierpienie – tak to jest, kiedy zna się niemal tylko je i już dawno ożeniło się z Upadkiem. - Aczkolwiek... – wskazał papierosem na Archibalda, skinąwszy głową – Są jeszcze tacy, którzy się nie boją, po zaznaniu smaku ust Śmierci. I tacy, którzy się nie boją, ponieważ, nawet jeśli widzą, co się dzieje wokół nich... Nie zaczną odczuwać paniki, póki Kostuchna nie wyciągnie po nich palców. – Czarnowłosy podniósł się i uczynił dwa kroki w stronę zabawiającego go Ślizgona – i musiał przyznać, całkiem nieźle się bawiło, nawet w tej oszczędności słów i informacji. To tak w ramach podsumowania, w ramach tego, że Nailah w sumie lubił gadać i bawić się słowami, plotąc nimi, co tylko zechciał – byle tylko nie było to kłamstwo – owszem, zastosował je, by wyjść na swoje w pewnej kwestii, ale bez przesady, wolał trzymać się zasady, tej jednej, stalowej... chyba już teraz tylko dlatego, by mieć jeszcze więcej funu z zabawy słowami.
Krukon nabrał więcej powietrza w płuca, powoli je wypuszczając – brzuch bolał go ciągle tak niemiłosiernie, że czasami się zastanawiał, jakim cudem jest w stanie trzeźwo myśleć i czy zaraz nie padnie zemdlony na bruk – był głodny, był niezadowolony, był zmęczony – to wszystko na raz czyniło z niego w zasadzie bardzo potulną owieczkę... a z drugiej strony bestię, która podrażniona rzucała się do gardła. I jak zwykle tylko fart sprawiał, na jaki jego nastrój się natrafiło – ten lepszy, czy ten gorszy.
- Jasssne... - Jawnie wykpiłeś to jego "jasne", najwyraźniej mało sobie jednak robiąc z tego, że to On jest tutaj z domu węża, a ty Kruka – powinniście się zamienić szatami, gwarantuję, że wasze charakterki wtedy by się idealnie wpasowały w godło waszego domu – och, czułbyś się... jak w "domu", tam, u Zielonych, prawda, Sahirze? Gniazdo Żmij – Ty, Kot, w Gnieździe Żmij... ot, który posiadał własną truciznę i bardzo chętnie by się nią podzielił z marnymi podróbkami węży, jeśli tylko spróbowałyby podejść.
Chłopak odwrócił się, by podejść do kosza i zgasić niedopałek na kamieniu, zanim go tam wyrzuciłeś – znowu cały śmierdziałeś, słowo daję, nie znosiłeś tego zapachu – a jednocześnie lubiłeś bardzo, ponieważ zagłuszał wszystkie inne wonie... i nie wiedziałeś, dlaczego sam akt palenia był po prostu kojący.
- Idealny z ciebie rozmówca, co? Musisz mieć w cholerę szerokie grono znajomych. - Wymruczałeś, ale nie na tyle cicho, by nie zostać dosłyszanym, znowu obracając się w stronę chłopaka, wsunąwszy dłonie w kieszenie płaszcza.
Aż do pierwszej kropli, która rozbiła się na brukowanej kostce.
Nikt nie pozostał na dziedzińcu.
[z/t x2]





Szczerze mówiąc
Nie wiem jak Ty - mało ludziom wierzę.
"Żył żartem, pił serio" napisz mi na grobie
Szczerze mówiąc.


Re: Fontanna

on Nie Maj 17, 2015 4:50 pm
Choćbym starał się ze wszystkich sił, to szczerze wątpię, by udało mi się wepchnąć fontannę na dziedzińcu zamku w ligę o nazwie "opuszczona" - nie była opuszczona, nie była pusta, nie była nawet zaciszna - ustawiona na środku dziedzińca pluskała wodą, kiedy już skrzaty, dosłownie z dnia na dzień, pewnie pracując nocą, oczyściły po długiej i srogiej zimie, po której wiosna miała nadesłać zbawienną łunę. W niej chciano się topić. Topić, zagłębiać, rozpryskiwać wokół kwiaty podniesione z łąk i zapomnieć o śmierci, o tragediach, o śledztwie i rygorach, które zaczynały coraz mocniejszymi pętlami obejmować szyje uczniów - więc co tutaj robił Sahir Nailah, który zawsze, niczym dachowiec, skakał po nie swoich płotach, byleby tylko były jak najbardziej oddalone od zbyt natrętnej bytności ludzkiej, jaka wchodziła mu pod miękkie łapy, którymi bezszelestnie wspinał się po dachach, spoglądając na całe to zamieszanie ze swoich własnych punktów do siedzenia - te zaś, przecież wszyscy o tym wiecie, mili Czytelnicy, bardzo mocno wpływają na punkt widzenia.
Tak też było.
Oddzielała go od ludzi jakaś niewidzialna aura, która rozprzestrzeniała się wokół niego półkulą i nie pozwalała podejść na bliżej, niż pięć metrów, by czarne macki jego aury nie zagarnęły go serdecznego uścisku i nie powiodły prosto na spotkanie z jego łagodną siostrą, co ciągle czuwała za jego plecami, trzymając kościstą dłoń na jego barku - Śmierć była wyczuwalna w jego otoczeniu nie w tym najbanalniejszym, fizycznym rozumieniu, a zupełnie podświadomym, który rozprowadzał się ciarkami po karku u tych mniej wytrzymałych, a zarazem bardziej wyczulonych na pozaziemskie zjawiska - te duchowe, których nie dojrzymy oczyma, chyba że będziemy spoglądać oczyma duszy. Co robił? Przyszedł, stanął nad fontanną i robił tyle samo, co nic, wodząc otchłaniami oczu po misternie rzeźbionej fontannie i wsłuchując się w gwar rozmów i szelest wody - wystarczyło, by podszedł, żeby większość uczniów wstała i odeszła w swoją stronę - ktoś przerażony i wolący nie znajdować się w zasięgu zgubnego wpływu jego jestestwa, inni zniechęceni, jeszcze inni obojętni, po prostu pociągnięci przez znajomych szeptami, że lepiej nie przebywać w towarzystwie wampira, który zamieszany był w tyle przykrych wydarzeń. Który zaraz przecież mógł obnażyć kły i zamienić chyba co najmniej w jakiegoś potwora, który zaprowadzi zupełną pożogę i zniszczenie - nie żeby była to wizja kompletnie niemożliwa... Lecz aktualnie mocno rozfantazjowana.
Takim sposobem wokół fontanny zrobiło się pusto, kiedy wolno sunąca Otchłań, co pożerała wszystko na swej drodze, nie pozostawiając światu nawet metra kwadratowego dla samego siebie, pozbawiając go tajemnic i przenikając przez największe grzechy, które w ciężką glebę wpompował Bóg, zatrzymała się na wodzie - tej poruszanej, lekko falującej, w której ledwo co dostrzegał swoją bladą niby śnieg sylwetkę przybraną w czerń, o kruczych włosach częściowo przysłaniających twarz i opadających na oczy - po błoniach nie pozostała na niej rysa, chociaż Nailah nie wyglądał w nawet najmniejszej części zdrowo.
I zdrowo wcale się nie czuł.
Chłodne powietrze rozwiewało jego kosmyki i długi płaszcz z emblematem Ravenclawu, niosąc ze sobą orzeźwiającą bryzę wody i zapach lasu, w którym chciało się zatonąć - zamknął powieki, wciągając głęboko powietrze w płuca, zaplatając ręce na klatce piersiowej - gdyby tylko można było wędrować razem z Zefirem, ciekawe, dokąd by się dotarło..? Czy istnieje gdzieś tam, poza granicami, jakiś świat, który można poukładać według własnych marzeń z góry na dół? Ten Eden, do którego każdy chce zaglądnąć choć na chwilę, a gdy już zajrzy, nie chce się wracać, o którym marzą wszyscy, nawet jeśli nie są do końca tego świadomi - czy można być tak nieszczęśliwym i tego marzenia o lepszym jutrze nie posiadać? O życiu po śmierci, które było jedyną słodyczą w całej goryczy aktu, którym przesiąknęły te mury, śpiewające lamenty razem z pluskaniem każdej kropli, która przechodziła przez mechanizm fontanny i wpadała spowrotem do zbiornika, połączona z innymi i tworząca wymyślne łuki, które przerywał czasami mocniejszy podmuch powietrza.
Chyba bardziej nieszczęśliwy jest ten, co nie ma perspektyw na życie, niż ten, który chce umrzeć.





Szczerze mówiąc
Nie wiem jak Ty - mało ludziom wierzę.
"Żył żartem, pił serio" napisz mi na grobie
Szczerze mówiąc.


Re: Fontanna

on Pon Maj 18, 2015 12:03 am
Czasami są takie chwile, kiedy nie potrafisz usiedzieć w zamkniętym pomieszczeniu. Kiedy czujesz, że znajdujesz się klatce, która wciąż się kurczy i kurczy. Kiedy zaczyna brakować Ci powietrza. Nie jesteś w stanie wziąć pełnego oddechu, a każdy kolejny jest coraz trudniejszy. Kiedy ogarnia Cię przerażenie i uciekasz. Omijasz wszystkich i wszystko. Chcesz po porostu znaleźć miejsce gdzie poczujesz się wolny. Chociaż w najmniejszym stopniu…
To był jeden z tych dni.
Liv słyszała o wydarzeniach na błoniach, ale nie znała żadnych szczegółów. Nie brała udziału w bitwie. Zapewne dlatego, że nie było jej wtedy w Hogwarcie. Problemy rodzinne sprawiły, że musiała opuścić zamek i wrócić na pewien czas do domu. Jednak czy gdyby była na miejscu, miałaby odwagę stawić czoła niebezpieczeństwu? Czy może schowałaby się, marząc, aby nikt sobie o niej nie przypomniał? Gdy teraz się nad tym zastanawiała, bez zawahania odpowiedziałaby, że stanęłaby razem z bliskimi do walki. Jednak nie mogła mieć całkowitej pewności. To są tylko słowa. Ludzie w obliczu zagrożenia robią różne rzeczy, czasem nie podobne do nich. Podejmują decyzję, których, w normalnych warunkach, nawet nie braliby pod uwagę.
Uczniowie cały czas rozmawiali tylko o tym wydarzeniu. Ogromna tragedia. Nikogo nie powinno to dziwić. Jednak Gryfonka uciekała od tematu masakry na błoniach. Ten cały smutek, żal, żałoba i strach przygniatały ją. Zaciskały pętle na jej szyi i powoli dusiły. Współczuła wszystkim, którzy stracili kogoś, którzy zostali rani, ale nie potrafiła wciąż słuchać o tym. Chciała, aby wszyscy zamilkli. Zbyt dużo działo się w ogół niej. Potrzebowała chwili ciszy i spokoju.
Brunetka bezszelestnie poruszała się po zamku. Nawet nie wiedziała kiedy znalazła się przed placem z fontanną. Ku jej zdziwieniu, miejsce było opustoszałe. Przynajmniej tak jej się wydawało. Gdy wyszła z korytarza poczuła jakby znalazła się w niewidzialnej bańce. W bańce, w której mogła spokojnie oddychać, w której nic jej nie przytłaczało. Jakby znalazła się w swojej bezpiecznej przystani. Czy to nie jest dziwne? Przecież znajduje się przy fontannie, przy której siedziała tysiące razy i nigdy wcześniej nie czuła się tak jak dzisiaj. Czy to złudzenie? Czy w podświadomości stworzyła sobie tą bańkę? Bardzo powoli zbliżyła się do fontanny, bała się, że gdy zrobi jakiś gwałtowny ruch to uczucie zniknie, a potrzebowała go…
Dopiero teraz, w tym momencie, zauważyła, że nie jest sama. Po chwili poznała również kim jest osoba stojąca naprzeciwko niej. Jak mogłaby nie znać… Chłopak z Ravenclawu, jej rocznik. Nie miała pojęcia czy usłyszał ją. Stał tam z zamkniętymi oczami, a ona, nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Jednak nie wiele było trzeba. Nie minęła sekunda a ich spojrzenia się spotkały, a bańka…
Bańka pękła.

Re: Fontanna

on Pon Maj 18, 2015 12:59 pm
Jaka to była klatka? Z jak ciężkiego metalu ją stworzono i jak wiele światła do niej dochodziło? Jak grube były pręty, przez które kazano ci obserwować świat - a może wepchnięto cię do izolatki, powiedziano, że więcej nie spojrzysz w oczy przyjaciołom i znajomym, że musisz, dla własnego, podejrzanego dobra,w niej zostać - wokół tylko śmierć i pożoga, śmierć i pożoga... Niedotrzymane obietnice, rozczarowujące wyjścia - wracasz,a tutaj zamiast uśmiechu witają cię opuszczone głowy - może naet nikt nie powitał, hm? Liv Mendez - czy masz kogoś, kto zauważył twoją długą nieobecność szkołę? Czy masz tutaj kogokolwiek, komu zależy, czy może ty również odtrącasz wszystko dłonią i spoglądasz jedynie na edukację, która w przyszłości ma ci zapewnić jakąś bytność na tej ziemi, sprawić, że będą ludzie na ciebie spoglądać i oceniać nie przez pryzmat tego, jaki piękny potrafisz mieć uśmiech, ani jak niesamowicie twoje oczy potrafią odbijać otoczenie, nosząc w sobie głębię ciepła, tylko przez pryzmat tego, jak dobrze wykonujesz swoją pracę. Oznaczą numerkiem, dadzą dowód do ręki, mówiąc, że od dzisiaj jesteś "Taka a taka" - twoje problemy nie będą wtedy nikogo interesować... Więc może teraz chociaż kogoś interesują? Spotkałem wielu ludzi, nie każdy z nich miał w sobie coś przyciągającego, magnetyczną osobowość, że tak poważę się to nazwać, która sprawiała, że chciało się wracać do niej i spędzać z nią czas - wiesz, drogi czytelniku, to działało tak, jak z ulubionymi słodyczami - możemy się nimi opychać do woli, w pewnym momencie mamy przesyt... ale prędzej czy później znowu do nich wracamy. Może to trochę jednak nieudane porównanie? Takie... materialistyczne! Tak bardzo nieodpowiednie przy możliwości rozważania tego, że Ty, droga córo narratorki po drugiej stronie ekranu, czujesz, że nie możesz oddychać - może więc... udałoby nam się nauczyć cię tej czynności od nowa, nawet jeśli miałabyś pooddychać tylko parę chwil? Los potrafi nam rzucać pod nogi niespodziewane zdarzenia i sądzę, że masz jeszcze okazję na wspaniałe przygody - trzeba dać jednak temu losowi szansę i spróbować strącić mary obsiadające barki, które przeszkadzały normalnie funkcjonować - łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Jeszcze łatwiej napisać i nie robić nic.
Tak i twoje miękkie kroki, prawie niesłyszalne, zagłuszane przez miękką muzykę natury, w oddali naruszaną przez czyjeś rozmowy gdzieś na brzegach dziedzińca, przeszkadzane przez spojrzenia na twoim karku, kiedy jak nienormalna wchodziłaś w terytorium drapieżnika, w którym musiał on zwrócić na ciebie uwagę, jakieś oddalone kroki - metr za metrem, bez pośpiechu przebywana odległość na świeżym powietrzu, które tchnęło w człowieka nowe życie.
Do momentu, kiedy powieki czarnowłosego chłopaka nie otworzyły się. Do momentu, kiedy bezdenna otchłań nie skrzyżowała się z oczami dziewczyny. Oczy, niby zwierciadła duszy (więc on nie ma duszy?), które trudno było nazywać ludzkimi, spoglądające z jakąś wyższością, z jakąś niechęcią, jakby wznosił się na zupełnie innym piedestale - a przecież tak na dobrą sprawę nic w tych oczach nie było widać, cienie i obrazy ledwo co się w nich odbijały, jakby sam świat bał się doń zaglądać, by nie zaplątać się w czerni, której nie było końca, a która chętnie by go pożarła, nie pozostawiając cegiełki na cegiełce i spoglądały tylko, jak płoną marne resztki nagiej ziemi. Przecież na jego twarzy nie gościły niby żadne uczucia.
- Będziesz się tak gapić? Jestem zwierzątkiem w zoo? - Spokojny głos przesiąknięty był chłodem i niechęcią, która została w nią wymierzona, choć przecież prócz mijania się na lekcjach nigdy nie zetknęli się jak dotąd poza nimi - zresztą nie było to aż takie dziwne, w końcu rocznikowo Nailah powinien teraz chodzić do VII klasy, a mimo to doskonale pamiętał jej twarz, imię i nazwisko - należała do tych nielicznych, którzy już początkowo mieli w sobie to coś, co przyciągało... a może to tylko uroda, to spaczenie na jej punkcie, kiedy chciało się przypatrywać obiektom naturalnie obdarzonym wdziękiem i urokiem - Liv Mendez miała w sobie coś... bardzo niewinnego. Zupełnie jakby jej Anioł Stróż ciągle trzymał jej dłoń na barku, tak jak o bark Nailaha opierała się dłoń Kostuchny - pewnie teraz te dwa pozaziemskie byty krzyżowały ze sobą spojrzenia - tutaj nawet żadne dźwięki zdawały się nie docierać, do tego maleńkiego przylądka samotnej ziemi, którą Nailah na własne zawołanie tworzył, by mógł oddychać.
Nie dało się tej banalnej czynności wykonywać pośród ułomnego, szarego tłumu.





Szczerze mówiąc
Nie wiem jak Ty - mało ludziom wierzę.
"Żył żartem, pił serio" napisz mi na grobie
Szczerze mówiąc.


Re: Fontanna

on Sro Maj 20, 2015 5:16 pm
Już teraz oczekują, że będzie taka i taka. Musi wpasować się w ramy, nie może się wyróżniać. Nie powinna. Osaczają z każdej strony, wpędzają w róg. A ona nie potrafi się sprzeciwić, więc udaje. Nie ma tyle siły by rozbić mur za sobą, który da jej wolność. W zawiązku z tym, poddaje się, zakłada różne maski i ma nadzieję, że to działa, że ludzie to kupują, że potrafi kłamać. Z czasem, miała nadzieje, że doszła z tym do perfekcji. Nauczyła się nie okazywać słabości, ukrywała swoje uczucia, szczególnie te które można było wykorzystać przeciwko niej. Stała się kimś innym. Chyba nikt nie znał jej naprawdę. Każdy poznał stworzoną przez nią postać. To jest męczące, bardzo. Udawanie kogoś, kto tylko w małym stopniu jest do Ciebie podobny, odbiera siły... Człowiek traci zasilanie, bateria jest na stanie wyczerpania. Kiedy nie ma dopływu nowej energii przestaje się patrzeć na to kim powinno się być. Przestaje się oszukiwać, zrzuca się wszystkie maski. Staje się zupełnie nagim. Co wtedy robi Liv? Ucieka. Odizolowuje się od ludzi. Unika ich. Są dla niej niebezpieczeństwem. Boi się, że zostanie zraniona, że rozpadnie się na tysiące kawałków i już nigdy nie ułoży spójnej całości. Tak było przy spotkaniu z Alex. Chwila nie uwagi i była w niebezpieczeństwie. Była bliska śmierci. Upadek ze wzgórza… Cudowne zakończenie swojego żywota. Jednak wciąż stąpa po tej ziemi. Żyje. Drugi raz była bliska Śmierci. Kolejny raz zatańczyła z nią krótki taniec. Może właśnie dlatego teraz stała wpatrzona w chłopaka i nie byłą wstanie się poruszyć. Wypowiedzieć jakiegoś słowa. Czuła przy nim Śmierć. Czyżby kolejny raz chciała się z nią zmierzyć, ułożyć kolejny układ choreograficzny? Być może i ostatni?
Krukon zawsze był dla Gryfonki ogromną tajemnicą. Na zajęciach zawsze znajdował się na uboczu, rzadko kiedy się wychylał. Cichy, mroczny, tajemniczy. Był dla niej kimś, kto potrafi uciekać od ram, od klatek tworzonych przez ludzi. Jednak zawsze go omijała, nigdy nie siadała w pobliżu chłopaka, jakby czuła, że nie skończy się to dla niej najlepiej. Bała się, że samo przebywanie zbyt blisko takiej osoby sprawi, że za bardzo pokocha wolność, że nie będzie potrafiła powrócić. A będąc sobą czekało ją mnóstwo rozczarowania, bólu i cierpienia. Wydawało jej się, że nie jest na tyle silna by się z tym zmierzyć. Więc uciekała. Czy oznacza to, że jest tchórzem?
Drgnęła gdy chłopak się odezwał. Wyczuła jego chłód i niechęć. Miała ochotę odejść bez słowa, ale nie potrafiła. Wszystko krzyczało w niej by powiedziała zwykłe przepraszam i ruszyła na błonia, tak jak chciała od samego początku. Jednak wciąż tam stała jakby czerń jego oczu przyciągała i nie pozwalała kolejny raz się wycofać.
- Prze… - zawahała się na chwilę. Przepraszam. Nie oczywiście, że nie… Tylko… - Kolejny raz zaczęła się tłumaczyć. Zawsze to robiła. Jakby wszystkiemu była winna. Ona po prostu, nigdy nikogo nie chciała skrzywdzić. Jako ona czy też ta druga. To ją zawsze charakteryzowało. Nienawidziła ranić innych. Zadawać im ból. Brała wszystko na siebie, wiedząc, że zniesie to, udając kogoś kim nie jest.
Oderwała od niego spojrzenie i wbiła wzrok w swoje trampki. Później wskazała za siebie, jakby chciała wszystko wytłumaczyć. Jednak zrezygnowała. Nie było sensu.
- Myślałam, że nikogo tu nie ma – odpowiedziała prawie szeptem. – Znaczy… Na początku zdziwiłam się, że nikogo nie ma... Zawsze plac był przeludniony… - zamilkła. Cóż więcej mogła powiedzieć. Czyżby wszyscy znikli bo chłopak się pojawił? Pomyślała o tym, ale nie powiedziała tego na głos. Podniosła wzrok i znów na niego spojrzała.
Wiedziała, że spotkała się z kimś zupełnie innym, różnym od niej. Jednak czy nie mówią, że przeciwieństwa się przyciągają? Spotkała się z mrokiem, z ciemnością, która ją wzywała. Prawdziwą ją. Stała tam, bez maski, czekając na kolejny cios. Ogarniał ją chłód, pogarda, niechęć. Jednak nie potrafiła uciekać. Przyjmowała wszystko na siebie, kolejny raz, wmawiając sobie, że to ona zawiniła. Jednak gdy tylko nabierze więcej sił, założy swoją maskę i blizny zniknął. Przynajmniej dla innych. A ona… Ona jakoś to zniesie. Jak zawsze.
Sponsored content

Re: Fontanna

Powrót do góry
Similar topics
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach