Share
Go down

Opowieści

on Sob Sty 10, 2015 11:33 pm
Opowiadanie 28 lipca 1974 roku
x x x


Ostatnio zmieniony przez Sahir Nailah dnia Wto Paź 20, 2015 8:07 pm, w całości zmieniany 2 razy





Szczerze mówiąc
Nie wiem jak Ty - mało ludziom wierzę.
"Żył żartem, pił serio" napisz mi na grobie
Szczerze mówiąc.


Re: Opowieści

on Nie Sty 11, 2015 3:10 pm
Opowiadanie mojego autorstwa. Zastrzegam, że napisane zostało około 5 lat temu, a więc nie jest zbyt górnolotnej jakości.

Pomarańczowe płomyki ognia prowadziły taniec pod sporej wielkości kotłem, w którym coś się warzyło. Rozgrzewały owe „coś” coraz bardziej, sprawiając, że na jego powierzchnię co jakiś czas zaczynały wypływać przezroczyste, sporej wielkości bąble.
- Idealnie…
Czarny Pan nachylił się nad przygotowaną przez siebie substancją, która była głównym elementem jego nowego, wspaniałomyślnego planu. Uśmiechnął się z triumfem. No to teraz po Potterze i tym całym Dropsie… wreszcie pokażę im, kto tu rządzi, ot!
Odwrócił się, szukając wzrokiem wcześniej przygotowanej przez siebie, pustej fiolki. Oczywiście musiał załatwić ją sam, bo powierzyć coś TAK boskiego któremuś z jego podwładnych byłoby porównywalne z zapuszczeniem sobie włosów na Elvisa. Tak nawiasem mówiąc, to kochał słuchać jego piosenek w wannie, ale cicho – i tak jest najgroźniejszym czarnoksiężnikiem świata.
Podniósł ją, a następnie nachylił nad żółtawą cieczą, uważając, aby przypadkiem niczego nie schrzanić. Co jak co, ale ostatnie próby zabicia Pottera nie wychodziły mu najlepiej.
Dobrze, skupienie…
Zmarszczył lekko prawą brew, wiedząc, że przy tym wygląda jeszcze bardziej seksi, niż normalnie, i wlał „cosia” do flakonika.
I wtedy rozległ się wybuch.
Otworzył oczy.

Miał cholernego kaca… głowa bolała go niemiłosiernie, choć nie przypominał sobie, aby dzień wcześniej urządzał jakąś balangę. Właściwie to nie pamiętał nic, co robił poprzedniego dnia…
Leżał na jakiejś zniszczonej ławce,”twarzą” do jej oparcia. Jedna ręka swobodnie z niej zwisała, druga natomiast podpierała jego idealną głowę. Podniósł się, co okazało się nie być zbyt mądre – spadł z hukiem na ziemię.
- Nosz kur…
- Ty, Lizak, spójrz, jaki ćpun! Łehehe….
Voldemort nie był pewien, czy aby słuch go nie zawodzi… ponownie uchylił powieki, a jego oczom ukazał się obraz dwóch, łysych, młodych chłopaków z pryszczami na twarzach. Dodatkowo nosili czarno-różowe dresy, po których niemal od razu stwierdził, że czarodziejami to oni nie są…
- Kurwa, Gamel, to się na mnie patrzy!
Voldzina podniosła się z prędkością światła, sięgając za swój płaszcz po różdżkę, jednak ze zdziwieniem stwierdził, że jego boskiego ubrania już nie było –przyodziany był natomiast w identyczny strój, co te dwa osobniki płci męskiej, tyle, że w odcieni czerni.
- Kurwa, Lizak, on jest, kurwa, z innej drużyny, kurwa!
– No to będzie wpierdol…
Osiłki szarpnęły go za ramiona i odrzuciły o tą samą ławkę, na której znalazł się w tym dziwnym miejscu. Dopiero teraz zauważył, że jest to jakieś szare blokowisko, zamazane napisami JP na 100%, H.W.D.P… cholera… nie dość, że znalazł się w świecie mugoli, to jeszcze jest gnębiony przez tych marnych popaprańców! On, najpotężniejszy człowiek świata!
- Czy wy wiecie, kim ja jestem?! – ryknął, a ptaki z pobliskiego drzewa poleciały w górę. Wszystkie były czarne jak smoła.
- Tak! Chujem od anty JP!
V. zamrugał kilkakrotnie. Jakie JP? Czyżby im chodziło o…
Salazarze, jak on mógł być tak głupi! Przecież wiadomo, że ta część mugoli była „jebać Potter’a”! Wystarczy spojrzeć na ich zaniedbane ziemie, na mrok panujący w tej okolicy… oh, jak dobrze było wiedzieć, że nawet w takich szujach ma poparcie!
- Ależ ja jestem JP! Jebać Potter’a, o!
Dresy najpierw spojrzały po sobie ze zdziwieniem, jednak za chwilę wyszczerzyły się szeroko, ukazując szczerbate, odpadające zęby.
- Ano, to witaj w drużynie! No ba, że te chuje z policji czytają Potter’a! Widziałem ich raz! – rzekł dumnie Lizak, na co Gamel pokiwał głową.
Tom ucieszył się niezmiernie, że jego potęga szerzy się AŻ tak. Oczywiście wiedział, że rządzi, jednakże nie miał pojęcia, że zajdzie to tak daleko…
Jego nowi koledzy ściągnęli z niego jego wcześniejszy, czarny dres i założyli identyczny, jak ten ich: w dumnych, różowo-czarnych barwach. Och, jakże mu było dobrze… poczuł się jeszcze bardziej mocarny, niż wcześniej. A poza tym, wreszcie przestał denerwować go swój problem z brakiem włosów – tutaj wszyscy chodzili ścięci na łyso. Czuł się jak… jak… w domu! Normalnie, aż przestał liczyć się fakt, że jest półkrwi.
Siedzieli pod klatką jednego z tych szarych bloków, wszyscy paląc papierosy. No, wszyscy, prócz Voldzinki.
- Chcesz ognia? – spytał jeden z dresów, jeszcze bardziej zasyfiały na twarzy, niż reszta.
- Wybacz… co chcę? – Voldemort zdziwił się nieco jego pytaniem.
- No, ognia! Czy szlugę ci mam odpalić… – mruknął dres, unosząc jedną z brwi. Riddle zmieszał się lekko, widząc, że wyszedł na idiotę… ale oczywiście boskiego idiotę, tak.
- Tak, tak! Dawaj! Zaraz sobie dmuchnę i…
Przerwał, bo wszyscy patrzyli na niego jak na skończonego debila. Zdenerwował się.
- No o co wam chodzi?! No, o co?! To ta łysina, prawda?! NO WIEDZIAŁEM, WIEDZIAŁEM!…
- Ty, gościu, wyluzuj… niech cię tak klata nie swędzi… masz, odpal se… – powiedział najbardziej blady dres ze wszystkich, podając Voldzinie zapalniczkę. Była z zajebistym, biało-czarnym znaczkiem „JP”. Tom zapalił papierosa, zaciągając się. Co prawda wyglądał przy tym co najmniej dziwnie, a jego oczy zaczerwieniły się jeszcze bardziej, niż normalnie, ale dresy wolały już nie dodawać nic od siebie. W końcu ich nowy kolega był nieco drażliwy…
Siedzieli tak przez jakąś godzinę, wypalając coraz to nowe fajki. Nagle na horyzoncie pojawił się Lizak, pchając wózek z napisem „żuczek”. W jego środku znajdowały się skrzynki, w których chłopak wiózł nic innego, jak piwo. Wszyscy, gdy tylko go ujrzeli, niesamowicie się ucieszyli. Podbiegli do wózka i wyciągnęli (każdy po jednym) jakiegoś browara, otwierając go za pomocą zębów. Tylko Voldemort został przy klatce, nie wiedząc, co to za rytuał.
Dresy zbliżyły się do niego, gdy nagle Lizak sobie coś uświadomił:
- Kurwa… zapomniałem, kurwa, o tobie! – powiedział, wskazując na Voldzinę.
- No jak żeś zapomniał?!… – rozległy się dźwięki niezadowolenia wśród innych dresiarzy.
- No… ehh, dam ci połowę ze swojego browara, okej, ziom? – rzekł Lizak, poklepując pana V. po plecach, co zaowocowało tym, że ten fiknął kozła „twarzą” na beton. Jednakże nie zrobił sobie nic – przecież nos i tak miał już spłaszczony.
- Dobra, dajcie mu jakiś kubek, nie wiem… w coś muszę mu polać, nie?
Dresy spojrzały po sobie.
- Ja nie mam kubków… stara wszystkie do Wisły wrzuciła, aby się myły…
- No, ja też…
- I ja…
Voldzina nie przejął się tym jednak, gdyż właśnie wtedy, gdy przewrócił się na „twarz”, znalazł nieco zardzewiałą puszkę, z dziurą z jednej strony.
- Chłopaki! Tu mi nalejcie!
Tak też zrobili.
Tom przyłożył puszkę do ust, oczywiście okaleczając się przy tym, i pociągnął łyka…
Otworzył oczy.

Cholera… czy to był… sen?
Podniósł się, stwierdzając, że sen to jednak nie był – wciąż znajdował się w pokoju, gdzie wcześniej warzył eliksir. Teraz jednak świeciło się w nim światło, a ktoś krzątał się po nim, najwyraźniej sprzątając. Zerknął na swoje ubranie… toć to różowo-czarny dres!
- Panie… kiedy następnym razem będziesz chciał, aby uwarzyć eliksir, najpierw zgłoś się do mnie… – mruknął Severus Snape, odkładając wyczyszczony kociołek na miejsce.



Erin Potter
"Only the dead have seen the end of war."

Re: Opowieści

on Nie Sty 11, 2015 7:32 pm
To może nie opowiadanie ani nic, ale opowieść! Opowieść niesamowita! Napisana bardzo dawno temu przez pewne dwie chore osoby, które nadal są na tym forum i pisały kiedyś na nk. A oto i te dzieło!
"MALTRETOWANI REPORTERZY! LILY LUNA W AKCJI!"

Ostatnio, zaniepokojeni waszymi doniesieniami, postanowiliśmy zbadać całą sprawę dotyczącą sławnej LILY LUNY  - łamaczki serc wielu, wielu, wielu... no, nieważne. W każdym razie, podobno jest to strasznie napalona dziewica...
Ktoś: Psst! Ona nie jest dziewicą!
Reportaż: No jak to?
Ktoś: Debilu skończony! Miałeś najpierw przeczytać reportaż!
R: Ale jak ja mam czytać sam siebie?
K: ...
R: W każdym razie [uśmiechając się czarująco], postanowiliśmy wysłać reportera w jej miejsce zamieszkania. Żeby nie ujawnić jego tożsamości, przebraliśmy go w czerwonego kapturka...
K: Taak, z sraczkowatym kapturkiem.
R: Nie moja wina, że miałem akurat zatwardzenie.
K: [zonk]
R: Ciągnąc dalej... nasz Kapturek dotarł wreszcie do jej drzwi. Były mahoniowe, a centralnie w rogu po ukosie i na lewo miały klamkę. Reporter nawet nie zdążył zapukać, gdy otworzyła mu sama Lily Luna w swojej okazałości - jej zdjęcia u nas w galerii - i uśmiechnęła się. Pociągnęła go na przedpokój i ściągnęła mu dolną część ubrania... i... no.... ekhem... zrobiła mu... no... ten teges, no...
K: [spożywając lody]
R: [rozbrajający uśmiech] No właśnie, dzięki, Ktosiu.
K: To może teraz zaprosimy na wywiad z jednym z jej ofiar... dzień dobry, panie...?
?: [z trzęsącymi się rękoma i... wszystkim] K-Kaziu-uu.
K: Ahh, Kaziu, cóż za wdzięczne imię.
Kaziu: [zawzięcie milczy]
K: Noo... [ponagla ruchem głowy]
Kaziu: No... no dobra, dobra! Nie miałem nic mówić, bo ona mnie zmusiła! Kazała być cicho, bo inaczej miała na mnie nasłać zmutowane ogórki w kisielu truskawkowym!
R: ...hę?
Kaziu: Tak, tak, dobrze słyszycie! Ona je hoduje! I wszystkich nimi maltretuje! A wieczorami objada się nimi obmyślając plan, jak tu zdobyć kolejnego! [panikując] Ja na prawdę nie wiedziałem... nie wiedziałem... mówiła mi, że... że... jest dziewicą! [wybuchając płaczem]
K: ym. [podając mu chusteczkę]
Kaziu: [chlupocze w chusteczkę]
R: No więc... emm.... ee... yyy.... [nerwowo puszczając oczko jednym okiem] dziękujemy na dziś! I zapraszamy do naszej galerii!

UWAGA! DYREKTOR ALBUS DUMBLEDORE ZGŁOSIŁ NAM ZAGINIĘCIE ARGUSA FILCH'A, WOŹNEGO HOGWARTU. JEŚLI KTOKOLWIEK BĘDZIE POSIADAŁ JAKIEŚ INFORMACJE NA JEGO TEMAT, TO PROSZĘ DO NAS NAPISAĆ!

redakcja Proroka Codziennego


"FILCH ODNALEZIONY! LILY LUNA: JA TYLKO ZMYWAŁAM NACZYNIA!"

R: [uroczy uśmiech] dzień dobry państwu! Dziś będziemy omawiać zniknięcie woźnego Argusa Filcha, dżentelmena o niespotykanej urodzie. Mamy przyjemność poznać świadka, który odnalazł pana Filcha! Powitajmy gorącymi oklaskami Syriusza Bl...
Ktoś: Ej, miało być bez żadnych danych osobowych!
R: Dobrze więc... dajmy same imię. Syriusz [poprawiając moherowy beret]
S: no wreszcie... no więc, kiedy zaciągnęła mnie do swojego domu...
R: [zdezorientowany] Ale kto?
S: no Lily Luna.
K&Kaziu: ZNOWU ONA?!
R: [patrząc na Kazia] a ty tu skąd?
Kaziu: ja... ja... wolałbym nie odpowiadać na to pytanie... [chowając coś za plecami]
R: CO TO?!
Kaziu: co co to?
K: [wyrywa mu to z ręki] AHA! to zmutowany ogórek w kisielu truskawkowym!
WSZYSCY: [wciągając powietrze i patrząc na niego oskarżycielsko]
Kaziu: no...no co? nie powiedziałem, że ich nie lubię. [wżerając ogórka]
S: MOŻE WRESZCIE ZAJMIECIE SIĘ GŁÓWNĄ SPRAWĄ, CO?!
R: ahh, no rzeczywiście [niewinnie się uśmiechając]
S: ...
K: ...
R: ...
Kaziu: [chlupocze z ogórka]
WSZYSCY: [zonk]
S: no więc... ee... na początku nie wiedziałem, o co biega... miała mi tylko dać odpisać zadanie z transmutacji... ALE NIE! Ona rozebrała siebie, a potem mnie... więc się pytam: 'o co biega?', a ona... [patrząc na swoje włosy jak u Snape'a z łezką w oku]...rzuciła na mnie całe wiadro smalcu z wątróbkami, bo podobno to jej... no... UŁATWIA... no i zaczęła mnie gwałcić, gadając, bym był delikatny, bo to jej pierwszy raz! [wybuchając płaczem]
R: [podając mu chusteczki] sami państwo widzą, jaki biedny to chłopak...
S: na dodatek teraz wyglądam jak Smark! [łkając cicho] i już nie chce mnie nawet Pamela Anderson! wie pan, przewodnicząca mojego fanklubu! [ocierając łzy]
R: biedaczek z ciebie, chłopcze... a jak na to twoi koledzy?
S: Wyzywają mnie...jedynie Rogacz mnie pociesza i... i... DAJE SOCZEK CAPPY!
R: [wzrusza się] ma pan tak wspaniałego przyjaciela... pozazdrościć, na prawdę...
Kaziu: [smarkając w ogórka]
K: [obrzydzając się]
S: dziękuję... no, więc gdy byłem w jej domu i ona mnie gwałciła, usłyszałem dziwne jęki dochodzące z szafy...
R: [wcina kasztanki] domyśla się pan, kto to mógł być?
S: Tak! Od razu poznałem te jęki! Wie pan, słyszałem je nie raz i wiedziałem, że to na pewno Argus Filch! W końcu tylko on sapie jak lokomotywa po ciężkim wypadku... [częstuje się kasztankiem]
Widownia: OUOUOUOU!
R: proszę mówić dalej... śmiało!
S: No i bardzo głośno krzyczał, że ma już dość jej zapaleńczych myśli i nie będą już się kochać w sedesie, bo omal nie złamał se ostatnio nogi, gdy zahaczył o tego jej jednego zmutowanego ogórka w kisielu truskawkowych, co go w kiblu spuściła...
Kaziu: [foch]
R: dziękujemy panu i obiecujemy, że nasi super agenci... [pojawiają się masywni faceci w kostiumach pielęgniarek i pończochach] ...próbują uratować pana Filcha.
S: [zawał]
Ktoś: [zabrał Syriusza do domu na ciepłe klopsiki]
R: Dziękujemy państwu! [machając i pijąc melisę] zapraszamy do galerii!

Redakcja Proroka Codziennego




Rain down
from a great height
Sponsored content

Re: Opowieści

Powrót do góry
Similar topics
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach