Zapraszamy serdecznie do przyłączenia się do przygody!


CalendarCalendar  IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  GrupyGrupy  FAQFAQ  

Share | 
 

 [uczennica] Kathleen Wright

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Kathleen Wright
avatar


avatar
Martwy †

PisanieTemat: [uczennica] Kathleen Wright   Nie Sty 04, 2015 11:26 pm

Imię i nazwisko: Kathleen Wright
Data urodzenia: 10.04.1961 r.
Data zgonu: 31.05.1978 r.
Powód zgonu: Zmiażdżenie części organów wewnętrznych przez Wierzbę Bijącą.
Czystość krwi: Półkrwi
Dom w Hogwarcie: Ravenclaw
Różdżka:
Ollivander to człowiek, któremu rodzina Wright'ów ufała. Każdy członek ich rodziny zakupywał u niego różdżki. Przed rozpoczęciem swojej nauki w Hogwarcie, Kathleen również musiała zadbać o to, by nie jechać tam z pustymi rękami. Wraz z ojcem udali się do sklepu owego człowieka, gdy przebywali na Pokątnej, robiąc zakupy do szkoły dla dziewczynki. Ledwo zdążyli przekroczyć próg i dało się słyszeć dziwne uderzenia. Jakby coś próbowało wydostać się z zamknięcia.
- Pan Wright! I jak widzę młoda latorośl waszego rodu. Oh tak, już słyszę różdżkę, która lgnie do niej. Tylko, gdzie ona się ukryła... - Mężczyzna szybko przeszukiwał góry pudełek w poszukiwaniu tego jednego. Podążając za dziwnym dźwiękiem, dotarł wreszcie do niej. Pojawił  się przy swoich klientach w mgnieniu oka i podał zawartość jedenastolatce. Czarnowłose maleństwo patrzyło na mężczyznę zaskoczonymi oczyma. To była Kate. Ta prawdziwa, a nie jej współlokatorka, bądź jak miała w zwyczaju zwać, gdy miała zły humor - intruz. Trzymała więc w dłoni różdżkę, czekając na czyjąkolwiek reakcje.
- Ciekawe, ciekawe... Sztywna, 11 i 3/4 calowa z winorośli. Niezbyt popularne drewno, które silnie reaguje na czarodzieja, który jest dopasowany do niego. Tak, jak to się stało gdy wchodziliście. Ale rdzeń... fascynujące. Jad bazyliszka. Jest niewiele takich różdżek, gdyż mogą czynić sporo szkód. Otumaniają. Radzę uważać, by ten skarb się nie pogubił w życiu - Ollivander mówił z niezwykłą pasją, jak i fanatyzmem. Naprawdę wiedział wszystko o swoim fachu. I przerażał tym ojca Kathleen mimo całego szacunku jakim go darzył.
- Nie lepiej dać jej po prostu inną? - Mężczyzna okłamywał się, że z jego dzieckiem wszystko w porządku. W końcu kto by chciał myśleć o czymś złym? Funkcjonowała normalnie. To mu wystarczało, bo nie miał zamiaru dostrzegać tego, co nie pasuje do tej układanki. Miał córkę i w sumie tylko ona mu pozostała. Nic więcej się nie liczyło prócz tego, że ma być żywa.
- Mogę znaleźć, ale nie musi już ona do niej należeć. Ani też służyć tak, jak powinna - odrzekł ten drugi. Nie dostrzegał nic dziwnego w niebezpieczeństwie płynącym z użytkowania różdżki, którą obecnie podarował dziecku. Magia nie jest za darmo, a czy się płaci mniej, czy więcej to kwestia zupełnie inna. Dla niego to były jego cuda, które przynosiły ze sobą bagaż odpowiedzialności. Kochał je mimo każdej wady, niczym własnych potomków.
- Tato! Nie róbmy problemu. Sądzę, że możemy ją spokojnie zabrać. W końcu dobry czarodziej poradzi sobie z każdą różdżką, a chyba taka będę, prawda? - Kathleen uśmiechała się do ojca, robiąc minę błyszczącą jak gwiazdy na niebie. Szkoda tylko, że ta jaźń to już Leen, której bardzo zależało na tym, by się nie nudzić. Bo może w jakimś sensie były dwie, ale wbrew pozorom tworzą jedną całość, bo to Kate ją sama stworzyła. Wciąż jedna osoba, która podzieliła się na pół, bo gdzieś tam głęboko marzyła o zmianach w swoimi skrzywdzonym żywocie. O adrenalinach, przygodach, zaskoczeniach.

Widok z Ain Eingarp:
Największe pragnienia są niezwykłe. Często sami ich nie znamy. A gdy masz pakiet dwa w jednym to ciężko dostrzec cokolwiek. Tym bardziej, że teoretycznie bardzo dobrze wiesz, iż nie tworzysz dwóch oddzielnych ludzi. To jakaś część Ciebie, która rozpoczęła samodzielne życie w Twoim ciele. Odmawiając współpracy. A ty nie wiesz ani jak, ani dlaczego. To po prostu jest i się dzieje. Przejmuje władze, a ty masz pełną świadomość, że to się dzieję. Wiesz, że istnieje, ale nie masz pojęcia co robi, gdy to trwa. Jedyne, co wspólne to ten widok. Jedno marzenie.
Żyć tak, by być szczęśliwym. Śmiać się i płakać, wiedząc że ktoś rozumie ten okrutny podział. Nie zadaje pytań dlaczego raz jest taka, a innym razem wywrócona do góry nogami. Jest obok nie mówiąc nic niewygodnego w tym temacie. Nie potrzebuje znajomości genezy tej dolegliwości, która towarzyszy jej całe życie. To właśnie widzi. Ludzi, którzy są obok. Bez żadnego powodu, który miałby ich przyprowadzić. Bez jakiegokolwiek "ale". Nie ma zwątpienia, przeszkody nie są mu straszne. Zbliża się do tego jednego ciała w którym żyją dwie istoty.  I zostaje mimo tego wszystkiego. Widząc, że raz jest w stanie opowiadać mu o książce, a ponownie zapytana będzie zarzekać się, że jej nie czytała. Innym będzie śpiewać niezwykłą serenadę, a po czasie okaże się, że nie potrafi śpiewać. A Ci, których właśnie dostrzega Kathleen - zignorują to.
Jakby tak właśnie wyglądała normalność. Odnajdą sposób w tym ogromnym szaleństwie na to, by chociaż polubić zmienność tej dziewczyny. Jej nieprzewidywalność, podział duszy, serca i rozumu na te dwie cząstki.
Zauważą, że i Kate i Leen to nie dwie różne, a jedna panna Wright, która gdzieś w swojej przeszłości zmuszona była się rozłamać. Los zdecydował tak, a nie inaczej, stawiając zadanie przed ludźmi dookoła. Które w odbiciu tego lustra zostało wykonane.
Nawet jeśli nie uda się ich już ponownie złączyć to będzie mogła żyć, jak jedna. Z tymi samymi znajomymi, przyjaciółmi, miłościami. Tak banalnie, ale na miarę człowieka  są jego marzenia. Królowie chcą większego terytorium, szlachta władzy, mieszczanie pieniędzy, a plebs godnego i normalnego życia, którego wyżej postawieni nie doceniają.

Podsumowanie dotychczasowej nauki w Hogwarcie:
Gdy jesteś jak jabłko podzielone na pół, którego wnętrze smakuje zupełnie inaczej od tego drugiego to wszystko powinno być perfekcyjne. Kate zna się bardzo dobrze na Historii Magii, którą z radością od zawsze odkrywała. Równie dobrze szło jej z Transmutacją. W tych dziedzinach jest naprawdę dobra. Zaś Leen... wiadomo. Nie jest jednak pewnym czy przekornie wmawia się, że wcale nie lubi tamtych lekcji, czy też rzeczywiście tak jest. Ta cześć owocu zwanym w pełni Kathleen umiłowała sobie Astronomię i Zaklęcia. Nie wspominając ani słowem o tym, że nie tyle OPCM, co sama Czarna Magia wydaje się ciekawa dla tej strony.  Nie licząc jednej cechy wspólnej, której ukryć się nie da - strachu przed wysokością, czyli też lataniem na miotle nie ma zbyt wielu podobieństw w kwestii nauki. Całościowo wyszłoby na to, że oto narodziło się cudowne dziecko, które ze wszystkiego jest geniuszem. Niestety nie mogło być zbyt pięknie. Ideały nie istnieją i tak oto dotrzeć trzeba do tej części, która stwarza problemy. Niby każda z tych dwóch świadomości jest dobra w czym innym. Idąc ku zniszczeniu całej pięknej wizji trzeba powiedzieć, że nie da się kontrolować tego, kiedy dana część tej nieszczęsnej postrzępionej duszy przejmie kontrole. Co oznacza tyle, iż często ta z nich, która sobie z czymś nie radzi, siedzi na danej lekcji. A gdy to dzieje się w trakcie zajęć i nagle następuje to jest tylko gorzej. Wtedy już kompletnie nie wiadomo, co ma się robić i puff, cały potencjał pryska. Nigdy jednak dotychczas nie było bardzo źle. W końcu przechodzi do następnych klas. I to nie tak najgorzej. Wiadomo - samych Wybitnych to nie ma, ale gdyby się tak zastanowić to w tych warunkach jest wręcz geniuszem. Zresztą to osóbka nie głupia. Wręcz przeciwnie! W obu odsłonach jest nad wyraz bystra i sama chętnie zdobywa każdą wiedzę. I jej to wychodzi. Trochę sprytu oraz mądrości i każda lekcja nawet z tymi uciążliwymi zmianami staje się znośna, a nawet interesująca. Trzeba w końcu sobie jakoś radzić.

Przykładowy Post:
Wszystko zaczęło się tutaj, w Dolinie Godryka. Ta stara czarodziejska osada jest miejscem zamieszkania wielu czarodziejów. Ród Wright zamieszkuję ją już bardzo długo. Żyją z pokolenia na pokolenie w tym samym domu. Jednym z ich bardziej znanych przodków, którego historia zapamiętała to  Bowman Wright - twórca pierwszego złotego znicza. Czas jego życia minął dawno temu, ale rodzina nie zapomniała. W końcu wszyscy urodzeni i dołączający do rodziny zostają wpisani na drzewo genealogiczne trzymane na ścianie strychu i trochę ciężko byłoby to przeoczyć. Kathleen nie była wyjątkiem. Żywot Wright był pod tym względem bardzo monotonny. Żyli w tych ścianach zawsze. Jakoś los chciał, że byli jedynakami, więc nie było kłótni o nic, a szczególnie na temat podziału majątku. Nowością były narodziny dziewczęcia. To się nie zdarzało. Było więc wiadomo od początku, że będzie wyjątkowa. I te oto początki były bardzo dobre. Nie istniał jeszcze podział na Kate i Leen. Miała oboje rodziców i jak każde dziecko była po prostu szczęśliwa. Ominęła ją także przyjemność noszenia imienia Rowena, jak początkowo wymarzył sobie jej ojciec. Była dziewczynką bardzo szczupłą o czarnych włosach i brązowych oczach, a tak zgodnie z zebranymi informacjami wyglądała sama Ravenclaw, co poskutkowało tym pragnieniem. Ostatecznie została Kathleen, która w wieku 8 lat umiała ograć własnego ojca w Szachy czarodziejów. Wszyscy dookoła byli przekonani o tym, że to maleństwo odniesie sukces.
A potem ten złoty czas dla Wright'ów został przerwany. Koniec z grą w jakiekolwiek szachy, czytaniem jednej z pierwszych wersji Baśni Barda Beedle'a, jak i wysłuchiwania historii o przodkach, których imiona Kathleen znała na pamieć. Wszystko to straciło sens.
Był 30 dzień marca roku 1972. Dokładnie 10 urodziny kruszynki, którą wydali na świat Antoine i Beatrice. Nie dało się ich jednak świętować za dnia. Matka jest pracownicą Departamentu Tajemnic, czyli jako Niewymowna nie ma zbyt wiele czasu. Ojciec zaś jako pracownik Szpitala Św. Munga na oddziale Urazów pozaklęciowych nie mógł pozostawiać tych biedaków w potrzebie. Tym samym początek dnia spędziła u koleżanek, a gdy rodziciele wrócili do domu, przybyli również inni członkowie rodziny, by razem świętować ten ważny dzień. Przyjęcie przebiegało tak, jak każdej dziesięcioletniej dziewczynki. Bo co niby dziwnego może w tym wszystkim być? Jedzenie, śmiechy, rozmowy i oczywiście prezenty. Dostała między innymi pierwszą miotłę oraz bransoletkę z zawieszką w kształcie półksiężyca. Zawalona paczkami śmiała się i bawiła podarunkami. Gdy skończyła, zaczęła rozglądać się za swoją mamą. Każdy czas z nią był istotny dla tej młodej duszyczki, bo nie przesiadywała jak co niektóre matki w domu. Chciała pracować na siebie, a nie zdawać na łaskę kogokolwiek, nawet swojego własnego męża. Przez co dziewczynka nie miała typowej kury domowej w jej postaci i nie mogła przybiegać do niej ze wszystkim. W urodziny szczególnie chciała być obok niej. Była jej wzorem do którego dążyła. Ideałem, który był piękny, ale często nieosiągalny. Aż stał się wreszcie zwykłym wspomnieniem i niczym więcej.
Szła po schodach do góry. Pani Wright często przesiadywała na strychu i czytała stare pamiętniki. Było ich tam od groma i zawierały najróżniejsze historie. Było to lepsze niż najpiękniejsze powieści, bo każde opisane w nich zdarzenie naprawdę miało miejsce. Z tego powodu Kathleen od razu się tam udała.
Niestety to, co zobaczyła przechodziło jej oczekiwania.
Na starej, drewnianej podłodze leżała nieruchomo jej matka i tylko niewielka strużka krwi, spływała po jej policzku. Kawałek dalej od niej leżała połamana różdżka. I oczywiście okno było otwarte na oścież wpuszczając do środka silny wiatr, który rozwiewał włosy martwej kobiety na wszystkie strony. Wyglądało to upiornie, ale to mało powiedziane.
Dziesięciolatka nawet nie krzyknęła. Po prostu nogi ugięły się pod nią, aby po chwili widzieć już tylko ciemność. Przebudziła się później w swoim łóżku. Nikogo przy niej nie było. Sądziła, że to wszystko się jej przyśniło. Postanowiła posiedzieć trochę i użyć wyobraźni. Wymyślała drugą siebie z którą mogłaby się bawić i uzupełniałaby ją. Jedynakom często brakuje towarzystwa. Taki już ich los, że muszą sami zapewniać sobie rozrywkę.
Nazwała ją Leen. Można powiedzieć, że zwyczajnie stała się jej przeciwieństwem. Spontaniczna, przesadnie pewna siebie, odważna, miała "gadane", lubiła ryzyko. To główne cechy jakie posiadała, a które tak bardzo chciała mieć dziewczyna. Wyobrażała sobie, co by powiedziała jej, gdyby obecnie ją odwiedziła. Jakich słów użyłaby na określenie zdarzeń jakie, jak sądziła, nigdy nie miały miejsca.
Nagle jednak coś zwróciło jej uwagę.
Miała na dłoni bransoletkę, którą otrzymała od mamy w urodzeni. Wtedy zdała sobie sprawę z tego, że to nie był tylko sen. Wszystko wydarzyło się naprawdę. Z przerażeniem wyskoczyła z łóżka, wmawiając sobie, że musi być jak Leen. Że przecież uratowali mamę. Jej tata zajmował się pomaganiem ludziom. To wydawało się logiczne i oczywiste, że wszystko musi być dobrze. Tak jej codziennie mówili. "Nigdy Cię nie zostawimy. Księżniczki w końcu żyją długo i szczęśliwie, prawda?". A ona wtedy potakiwała. I co to przyniosło? Tylko cierpienie.
Biegała jak opętana, szukając kogokolwiek, po posiadłości. W salonie zastała swojego ojca wraz z kilkoma innymi mężczyznami. Kate była przekonana, że to ktoś z Ministerstwa Magii, a ich wizyty nigdy nie oznaczały nic dobrego. Wraz z ich pojawieniem przybywały złe wieści. Ta konkretne informacja była jednak najgorszą ze wszystkich możliwych. Nie zdążyła nawet dobrze przekroczyć progu pomieszczenia, gdy usłyszała "Beatrice została zamordowana". Nawet dzieci rozumieją takie komunikaty. Ona posypała się, słysząc to. Uciekła stamtąd i płakała na strychu, gdzie odnalazła ciało swojej rodzicielki. Miejsce nie wywoływało złych wspomnień mimo tego, że zginęła właśnie tam. Pamiętała to wszystko, co wydarzyło się wcześniej i to było silniejsze oraz bardziej okrutne, bo wspominała to, co na zawsze utraciła.
W tym momencie zaczęła wcielać się w swoją Leen. Ktoś musiał się trzymać w tej rodzinie, gdyż ojciec zajmował się od owej chwili tylko pracą i praktycznie nie bywał w domu. Wiązał się z jego ukochaną zbyt mocno, by mógł w nim przebywać długo, a równocześnie nie potrafił zwyczajnie go opuścić. Próbowała być twarda tak, jak stworzona w jej umyśle postać.
Wtedy jeszcze nie miała pojęcia, że ta część jej duszy, której została twórcą i powołała do życia, wystąpi przeciw niej. A raczej wraz z nią. Odczepi się i sama będzie egzystowała. W jej ciele, jako współlokator, intruz, gość, czy jakkolwiek się to nazwie. Zaczęło się jednak. Przestała panować nad Leen. Raz pojawiała się Kate, a innym razem jej druga, stworzona połówka. Jednak, gdy jedna panowała to druga nie miała pojęcia o tym, co się dzieję. Dosłownie "urywał się film". Mugole to zjawisko wywołane silną traumą nazywają Dysocjacyjnym Zaburzeniem Tożsamości. Nikt tego nie zauważył, a może nie chciał widzieć? Jedna Tiara Przydziału rozumiała na swój sposób, co się stało z tym dzieckiem.
- Tak... Panna Wright... gdzie by Cię tutaj dać... - Kapelusz dumał tak przez jakiś czas. Los chciał, że akurat przy tym obecna była właścicielka swojego ciała. Moment był stresujący dla przeciętnego ucznia, a gdy mowa o kimś, kto od roku żył z rozdwojeniem jaźni, to problem rósł do niebotycznych rozmiarów. "Wytrzymam, czy zaraz będzie tu Leen?" - to pytanie stało się już codziennością.
- Wiem! - Tym jednym słowem zwróciła się do niej Tiara, tylko po to, by znowu pomilczeć przez jakiś czas. Wreszcie zaczęła mówić to, co musiała usłyszeć dziewczyna.
- Jesteś przyjacielska, cenisz sobie spokój, a także nie dajesz się łatwo pokonać. Rodzaj pracusia, który doskonali samego siebie. Z drugiej zaś strony pojawia się inna część Ciebie pod postacią zwaną Leen. Nie bez powodu zaczęła egzystować. Chcesz być odważna. Działać czynnie i nie kryć się w bezpiecznym cieniu, jakby się mogło wydawać. Dlatego ona taka jest. Łączy was zaś bystrość i otwartość umysłu, który przeważa nad wszystkim. Mimo tego, że jesteś stała i planujesz wszystko, a druga Twoja część spontaniczna,  to obie macie w sobie mądrość i pragnienie jej pogłębiania. Logicznie myślicie, umieć znaleźć wyjście z wielu sytuacji. Kreatywne i sprytne w swoich działaniach ukrywania podziału waszej wspólnej duszy - Już liczyła na to, że usłyszy wymarzone słowo. Nazwę domu. Jakiegokolwiek, byleby już nie siedzieć tam. Wszyscy pewnie zastanawiają się dlaczego to tak długo trwa. A ta przeklęta czapka jest zdecydowała się przez pewien moment nie odzywać. Więc czekała w tej bolesnej nieświadomości, gdy nagle Tiara Przydziału po prostu wykrzyczała odpowiedź.


Ostatnio zmieniony przez Kathleen Wright dnia Pon Sty 05, 2015 12:44 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sahir Nailah
avatar


avatar
VI rok

PisanieTemat: Re: [uczennica] Kathleen Wright   Pon Sty 05, 2015 12:53 pm


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
[uczennica] Kathleen Wright
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Zwierzęta pani Wright
» Benjamin Wright
» Ruby Yellow [uczennica]

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Biblioteka :: Kroniki :: Nieżywi
-