Share
Go down

Wszystko to, co leży mi na sercu. Bo czemu by nie.

on Nie Lis 02, 2014 11:46 am
Widzisz, wszystko zaczęło i skończyło się w niewinny jesienny wieczór.
Wiatr chłostał każdy odkryty skrawek ciała, wdzierając się w osobistą przestrzeń bez pozwolenia. Długowłosy chłopak maszerował w swoich za ciężkich butach, w swojej ulubionej skórzanej kurtce. Dokąd zmierzał? Sam już nie pamiętał. Miał być gdzieś, tam w nieistniejącym świecie tej opowieści, zrobić coś co w tej chwili nie miało większego znaczenia. Słońce chyliło się ku zachodowi, młodzieniec skończył swoje zajęcia w prywatnej szkole. Jak się w niej znalazł? To też historia na inne miejsce i czas. 
Dudnienie okutych w stal butów niosło się echem od pobliskich ścian budynków. Lekko przygarbiony, bo mierzący wtedy niespełna metr dziewięćdziesiąt, nieco niezbornymi krokami, jak to wszyscy dorastający nastolatkowie. Dopiero co skończył nudne zajęcia fizyki. Nigdy nie był typem ścisłego umysłu, choć muszę Cię uprzedzić, że z logiką radził sobie wyśmienicie. Człowiek rodzaju tych, którzy budują swój światopogląd niezależnie od środowiska i wpływu innych. Chłopak po przejściach, który musiał się dostosować do życia, albo z niego zrezygnować. I choć ta druga opcja nie przeszła przez pobrużdżone sznurem gardło, zaadaptował się. Nie do końca i nie w pełni, dalece odstając od ogólniackiej braci, jednak przynależał wreszcie do kogoś. I było mu z tym dobrze, choć pewnie nikt otwarcie by się do niego nie przyznał. Jeszcze nie w tym miejscu i czasie. Ale ta historia nie jest wyłącznie o bezimiennym chłopaku, który chadza ze szkoły do domu oddalonego o dziesiątki kilometrów. Ta krótka opowieść jest o dwojgu ludzi, którzy spotkali się w czasie, który nigdy nie przynosił burzliwych romansów. W miejscu w którym, taki romans nie mógł przetrwać. 
Siedziała na schodach, paląc kolejnego fajka. Jasna aureola jej włosów wzbijała się w powietrze raz za razem w kolejnych podmuchach wiatru. Też nosiła za ciężkie i niewygodne buty. Też, jak możesz się domyślać, słuchała za ciężkiej i nieznośnej muzyki. Ale nie podlegała żadnym schematom. Tak, była zagubioną dziewczynką, która nie mogła poradzić sobie z doczesnym życiem, ale kto w ogólniaku nie był podobny? Jej oczy, jaśniejsze niż błękitne niebo, spoglądały w przestrzeń zza szkieł bez oprawek. Była piękna. Oboje byli, choć żadne nie przyznało tego przed sobą.
On, dosiadł się do niej. Ona, podała mu paczkę fajek. Dym poderwał się w powietrze, rozpływając się i niknąc na ich oczach.
- Mój facet to dupek.
Tak się wszystko zaczęło. Przypomnę Ci, jeżeli chodzi o ścisłe przedmioty nie radził sobie z nimi najlepiej. Nie dlatego, że był na nie za głupi, czy nie mógł się na nich skupić. Dlatego, że go nie pociągały, nie czuł między sobą a fizyką chemii. Szkolne żarty, zawsze w cenie. Radził sobie jednak znakomicie z logiką, na której budował swoje pojmowanie świata. I fragmentem, drobną cegiełką swojego muru, którym się szczelnie obwarował, podzielił się ze zlotowłosą dziewczyną o niebieskich oczach. Oddał jej część wypracowywanej latami nauki, opartej  na błędach i porażkach tajemnicy spokojnego życia. Posłała mu jeden z tych uśmiechów, który potrafi stopić każde serce. Ona, zakochała się w nim. On, zakochał się w niej, choć jeszcze długie miesiące nie potrafił tego przed sobą przyznać. Spotykali się. On, próbował zbudować od podstaw jej światopogląd, taki by nigdy więcej nie musiała cierpieć. Ona, dawała mu bliskość i ciepło, którego tak bardzo potrzebował. 
Minął czas, a bohaterowie tej opowieści stali się parą. Nie było zmian, nie było drastycznych dociążeń osobistego życia, żadnego z nich. Zaproponował jej siebie na jej urodzinowej imprezie. Następnego dnia, choć byli ze sobą, nic się nie zmieniło. Byli przyjaciółmi, wspierali się, troszczyli o siebie nawzajem i kochali. I pomimo wielu zdarzeń w ich nierealnej przyszłości, które każdy związek wywróciłyby na lewą stronę, oni ze wszystkim sobie radzili.
- Ze wszystkim damy radę. Kto, jak nie my?
Mijały dni, miesiące. Ogólniak się skończył, przynajmniej dla niej. Byli na to gotowi. Oboje podjęli decyzje, że najlepiej będzie skończyć ten związek, póki boli mniej. Jeżeli są sobie pisani, spotkają się w tym życiu jeszcze nie jednokrotnie. 
Nie zerwali.
Złotowłosa wyjechała. Nie tak daleko, by więcej się ze sobą nie widzieć, jednak wystarczająco, by każde spotkanie było okupione problemami. Brakiem czasu, brakiem możliwości, sesją, maturą. Tak mijał czas, gdy widzieli się co dwa tygodnie, czasem częściej, czasem rzadziej. Zawsze jednak, gdy byli w tym samym mieście, widywali się choćby na chwilę. Byleby skraść odrobinę czasu, który działał na ich niekorzyść, mącił i plątał ich życia już od początku, osadziwszy ich w złych realiach, złym miejscu w złym świecie. 
Od kiedy byli razem minęły dwa lata.
Widzisz, wszystko zaczęło i skończyło się w niewinny jesienny wieczór.
Mieli problemy, dotarty po tym czasie system ich związku, czasem przeskakiwał o jeden cykl. Nie było to jednak nic z czym nie mogliby sobie poradzić. A przynajmniej on tak myślał, gdy spotkali się w jesienny wieczór. 
- Musimy porozmawiać.
Każdemu serce wyrywa się z piersi, gdy słyszy takie słowa. Nie inny był młodzieniec, już w nie za ciężkich butach i ocieplanej kurtce. Ale i ona zrzuciła okute, kilkukilogramowe buciory, na rzecz regularnego obuwia. Z czasem każdy dojrzewa do wygody. Wybrali się więc do swojego ulubionego pub'u, gdzieś w nierealnym świecie na nierealnej ulicy. Mieli za to całkiem niezłe piwo, które było całkowicie realne. Ona ze szklanką, choć wolała w butelce, on z butelką, chociaż wolał w szklance.
- Dużo myślałam... pamiętasz o naszej umowie?
Pamiętał doskonale. Jeżeli kiedykolwiek poczujesz się samotna, opuszczona, albo po prostu będziesz się chciała z kimś pieprzyć - zadzwoń przed.
- Chyba... ja... chyba tego chce. Mam dzieścia lat, niedługo przyjdzie pora w której będę musiała się ustatkować. Pomyśleć o rodzinie, pracy. Chce się wyszaleć, wiesz?
Nie był zaskoczony, nie po dwóch latach, po których poznał ją jak mu się wydawało z każdej strony. Kiedy buduje się czyiś światopogląd, ma się okazje obejrzeć jego smutki i zmartwienia z każdej strony. Głęboko skrywane tajemnice? Nie są takie bezpieczne, gdyby się nad tym dłużej zastanowić. Po dwóch latach, nie ma się już dłużej tych samych sekretów. Ma się nowe, które często są po stokroć gorsze od tych z ogólniaka.
- Jeżeli myślisz o innych facetach... masz trzy wyjścia. - rozpoczął, maskując żal i smutek, niskim, gardłowym głosem. - Constans, uznajemy tę rozmowę za niebyłą i nigdy do niej nie wracamy. Separacja, dajemy sobie czas, żeby odetchnąć i nigdy nie będziemy rozmawiać o tym co się w tym czasie wydarzyło. Albo, to koniec. Ty masz wątpliwości, Ty naważyłaś piwa, Ty podejmujesz decyzję. 
W głębi ducha miał nadzieję, że wybierze pierwszą opcję. Kochał ją bezwarunkowo, ale każdy związek ma pewne granice, po których przekroczeniu nie ma powrotu. Czyny, których się już nie wybacza, bez znaczenia jak bardzo się kocha. Rzeczy, które zostawiają trwałe pęknięcia w murze, których już nigdy się nie odbuduje. 
- Poradzimy sobie, prawda? Ze wszystkim damy radę, kto jak nie my? - powiedziała, chociaż jej łzy sprawiły, że nawet on nie uwierzył w te słowa.
Dała mu odpowiedź następnego dnia. Chciała separacji, chciała odpocząć. Stłumił zaciskające się gardło swoim niskim, gardłowym głosem. Zgodził się na to, choć wiedział jaka jest tego cena. Wiedział, że może ją stracić, że nigdy nie będzie tak jak było do tej pory. Ale jedyne czego naprawdę chciał, nie zważając na siebie, to by była szczęśliwa. Bo to jej pieprzone szczęście, było dla niego najważniejsze. Kolejnego dnia odebrał telefon. Jego złotowłosa ukochana, chciała się spotkać. Porozmawiać. 
- Zdenerwujesz się. - niedopowiedzenie roku.
- W skali zero dziesięć, jak bardzo?
- Dwadzieścia.
- Oddzwonię.
Odłożył telefon na biurko, choć jego szczęki zaciskały się i rozluźniały na przemian w spazmatycznych odruchach. Krew uderzyła do głowy, szumiała desperacko w głowie, nie pozwalając mu oszaleć. Przetarł piekące oczy i podniósł stojącą obok gitarę. Jeżeli nic nie jest w stanie Cię uspokoić, muzyka zawsze to zrobi. Po godzinie zadzwonił do niej, tak jak obiecał. Nie chciał czekać na rozmowę w cztery oczy, nie mógł pozwolić sobie na wyczekiwanie w napięciu, kiedy gdzieś z tyłu czaszki, podświadomość szeptała już scenariusz jej wyznania.
- Zdradziłam Cię.
Jego świat runął w posadach, wszystko to czego doświadczyli przez te ponad dwa lata, każdy smutek, każda radość, każde wyznanie, każdy wspólny wypad i wieczorne oglądanie filmów. To wszystko zniknęło, prysło jak bańka mydlana wraz z dwoma słowami, które padły z jej ust. Może rzeczywiście, nie była to rozmowa na telefon, ale teraz fizyczny ból sprawiało mu nawet oddychanie. Chciał zakończyć swoją agonie, ukrócić cierpień tak szybko i gładko jak to tylko było możliwe. Więc nie odłożył słuchawki.
- Czyli? - och, doskonale wiedział co miała na myśli, ale chciał to od niej usłyszeć. Chciał, żeby miała wystarczającą ilość odwagi, by mu to powiedzieć. Zasługiwał na to.
- Zdradziłam Cię...
- Czyli? - nie odpuszczał, choć w tym momencie mógł oszczędzić i sobie i jej cierpienia. Odłożyć telefon i położyć się spać. Zamiast tego pytał swoim niskim, gardłowym głosem.
- Przespałam się z innym facetem.
Kiwnął do siebie głową, choć ona nie mogła tego widzieć. Porządkował informację, próbował się z nią oswoić, żeby nie zwariować, przejść z nią do porządku dziennego, nie pozwolić by wyżarła jego trzewia swoim kwasem. Cierpiał tak bardzo, że zakrawało to na ból fizyczny.
- Kiedy...? - niewiele pozostało z jego dawnego tonu, którym osłaniał się przed emocjami. Z trudem powstrzymał się przed jego załamaniem.
- W tym tygodniu.
Jeden klik i wszystkie trybiki szalonej układanki wskoczyły na swoje miejsce. Niedawna rozmowa, dosłownie przed kilkoma dniami. Wybór separacji nad stawieniem czoła problemom. Pokrętna i wymyślna machina tortur ruszyła z najwyższego biegu, rozpędzając się powoli, acz sumiennie. Rozciągając jego wierny mur do momentu w którym usłyszał pierwszy trzask pękających kości.
- To koniec. Lepiej żebyśmy się nie spotykali w najbliższym czasie. Zadzwonię do Ciebie kiedyś.
Słuchawka opadła bezwiednie na łóżko, a głuche pikanie oznajmiło zakończenie rozmowy. Symbolizowało o wiele więcej, jednak w nierealnym świecie, znaczyło tylko tyle. Choć, gdy dzwonił do niej był już na łóżku, teraz jego nogi zerwały się do biegu. Założył kurtkę i buty, zostawiając telefon i zamykając drzwi.
Wyszedł w jesienny wieczór, a z telefonem zostawił sporą część siebie.
Widzisz, wszystko zaczęło i skończyło się w pewien jesienny wieczór.




"Co się dzieję, to się dzieję."
~ Topielica, 2014.
Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach