Share
Go down

Wahadło

on Pon Wrz 02, 2013 1:33 pm
First topic message reminder :

Jest to zegar, do którego można dojść z Dziedzińca. Jego ogromna jasna tarcza idealnie komponuje się z resztą zamku. Wielkie wahadło kołysze się we własnym rytmie, uczniowie mogą podziwiać dziedziniec z dość prowizorycznie umieszczonego balkonu.

Re: Wahadło

on Pią Lis 06, 2015 4:18 am
Strasznie dużo tajemnic... Strasznie dużo tajemnic i zwyczajnych niedomówień w obrazku, który miał być przecież tak przeciętny! Ot, dwójka uczniaków, co to najwyraźniej głęboko w poważaniu miała wszystkie zasady - choć dla jednej z nich nadal ponoć stanowiły one świętość - wlazła sobie na wahadło. Może i nie było to zabronione wprost, ujęte w regulaminie w klarowny sposób z którym nie dało by się dyskutować, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że była to jedna z tych rzeczy, które każdy nauczyciel podporządkował by pod działanie zagrażające życiu czy zdrowiu, czyt. niedozwolone. Ściśle zakazane, a pewnie mało który przedstawiciel wysłużonej , ekhm - zasłużonej kadry Hogwartu dał by się przekonać, że idąc tym tokiem rozumowania - samo pozostanie w tym zakładzie dla obłąkanych (czy tam szkole, jak nadal woleli niektórzy) można było pod łamanie tego punktu podciągnąć... Nie było jednak w pobliżu nikogo gotowego na to by ich osądzić. Poza nimi samymi... Ot, dwójka uczniaków, co to jakimś cudem natknęła się na siebie i zatrzymała, zamiast - jak to zwykle bywa - iść dalej, nie przejmując się tym, że na kogoś się wpadło. A przecież tacy byli do siebie niepodobni! Przecież dzieliło ich wszystko, od pochodzenia zaczynając a na podejściu do życia kończąc! No, może jedynie stopień znoszenia ubrań,  które mieli na sobie mógł ich jakoś łączyć. I całe to naburmuszenie, którym wymieniali się jak dzieci podczas gry w kolory. Nic tylko czekać aż to drugie złapie piłeczkę, kiedy krzyknęło się "CZARNY!" i patrzeć na obruszoną japkę... A potem? Potem grać dalej, nic się przecież nie stało, spodnie i tak były już znoszone na tyle, że byle klękniecie nie mogło im zaszkodzić... Ot, dwójka uczniaków.  Dzieciaków...
Mimo tego - spektakl w tym okrutnym teatrze, pozbawionym scenariuszy i sceny, pozbawionym widowni i krytyków trwał w najlepsze. Spojrzenia których oficjalnie nie było i przemilczane kwestie unosiły się w powietrzu, opatulając nie przyznających się do ról aktorów kurtyną nienormalności, choć oni sami, (nie)zainteresowani - w tym opadającym na ramiona i odcinającym od wścibskich spojrzeń materiale prędzej dostrzegali chyba polarowy kocyk... Albo raczej filcowy - w końcu ciągle drapał i swędział, najzwyczajniej w świecie wkurwiając, ale kiedy się zsuwał... Skoro pytasz - Alice z automatu wciągała go z powrotem na ramiona. UCZ JĄ! Bo... Nie potrafiła tego nazwać, nie potrafiła tego nawet do niczego - czy to wkurwiającego czy też nie - porównać, ale... Czuła. Czuła, jak w tym miejscu, na fragmencie odliczającego czas zegara... Czas stawał w miejscu. Nawet jeśli zachodzące słońce, nie widoczne z ich perspektywy - wciąż jednak łaskawe na tyle by opatulić blade twarze różowym, łagodnym światłem - podle zmierzało ku dołowi. Tak jak i oni będą musieli zsunąć się w końcu z wahadła... UCZ!  Ale to za chwilę... Gdzieś tam, całe miłe dalej słońce dopiero studziło się w zimnej wodzie oceanu, całym swoim gaśnięciem ciesząc niezliczone oczy turystów, a tu... Tu też stawał się cud. Ten, który nigdy nie miał być odnotowany w encyklopediach czy chociaż by kronikach... Hughes się uśmiechnęła. I nie była to reakcja na pięknego, stroszącego przed nią panierkę - obojętne czy na złotym talerzu czy w misce na ugorze - Kotleta... I nie był to grzecznościowy, przychylny, lekcyjny uśmiech... Mięśnie twarzy skurczyły się mocno, zaciskając powieki i otwierając usta. Głowa pochyliła się nieco w dół, tym razem jednak nie po to by uciec a by utwierdzić się w słuszności słów pana Raina... I HA! FAKTYCZNIE NIE BYŁA W PASKI! Nic tylko pogratulować spostrzegawczości! Naprawdę cudownie się dogadujecie. Jeszcze tylko troszkę, pięć, może dziesięć lat, a dowiecie się czegoś konkretnego... Tylko po co? Ten rechot, dający się porównać jedynie z godowa symfonią ropuchy wstrząsnął powietrzem a Alice... Nawet nie starała się go powstrzymać. I tak sobie parskała, raz za razem, po to by w końcu przetrzeć załzawione oczy i spojrzeć na ramię Blaise'a. Uspokoić się, uspokoić... I choć naprawdę było ciężko - w końcu udało jej się podjąć rozmowę. A przynajmniej usłyszeć zdanie, które naprawdę ją zaskoczyło, już nawet nie tyle doborem słów, o które nigdy by tej Gadzinki nie podejrzewała a ogólną konkluzją... Bo co to - na Merlina! - znaczyło, że przyszłość nie istnieje?! Po jaką cholerę w takim razie to wszystko? No cóż... Dla niej samej nawet - przez większość czasu - po co innego niż dla innych, ale... Co to w ogóle za gadanie? Skoro nawet ten mugolski świat, traktowany przez czystokrwistego Raina jak gówn... - traktowany jak traktowany - przyjął do świadomości, że Róża nazwana Kapustą cieszyła czy irytowała by zmysły w ten sam sposób...
Samaelu, Boski sędzio... Upadłeś... Boli? I właściwie... Czy to źle? Podłą miałeś rolę...
- To jakim cudem nie nazwali cię Wszą? - Brew ironicznie uniosła się ku górze a dłoń, lewa, nie przyczepiona do wahadła wpakowała w usta ciastko. - A mi ojciec nie dał na imię Kunegunda? Twoja teoria upada. - I kolejny uśmiech... Paskudny, ni jak nie przypominający poprzedniego, wykrzywił twarz Puchonki, kiedy nie godząc się na jakiekolwiek zależności wpatrywała się w kraiobraz przed nimi. Gasnące z wolna niebo, w ostatnich podrygach chcące udowodnić, że jest piękne... I było! Trzeba było jednak wiele cierpliwości, by po euforycznym galimatiasie barw -którym żegnało ludzi słońce - doczekać do gwiazd. Cierpliwości, której Alice nigdy nie przejawiała, a która jednocześnie przejawiła wobec Blaise'a... Spokojnie, ciągle było jasno a do gwiazd daleko - żadne z nich nie chciało w końcu wracać po ciemku - odwróciła głowę w stronę żółtej, od dłuższego już czasu widocznej za splecioną na drążku ręką serwetki, która to o dziwo nie zainteresowała Pana Padalca.
- Będziesz to jadł? - Spytała szeptem, patrząc teraz na ostatnie, czekoladowe ciasteczko, chwilę później automatycznie obracając głowę w kierunku Ślizgona. Oczęta żywcem ze Shreka (czy tam jego kota) wyjęte? Co ty tam o tym wiesz, Panie Rain Snow...



Buntować się przeciw wam? A kto wy jesteście?
Bezkształtna masa, amorficzny stwór, zatomizowany świat, tłum bez formy i konstrukcji.
Waszego świata już nie można nawet rozsadzić.
Sam się rozlazł...

Re: Wahadło

on Sob Mar 12, 2016 9:21 pm
"Leć" – myślę, że właśnie to mogliby wypowiedzieć – "Leć daleko, poza góry, poza rzeki, poza zasięg ludzkich rąk i grzechów, gdzie nie sięga ludzka myśl i nie zaznano zniewolenia" – sobie wzajem i do samych siebie, stojąc przed lustrami – przed lustrami oczu, w których się przeglądali, nie doszukując się na niebie gwiazd, ani wolnej przestrzeni, w której skrzydła by mogłyby się rozwinąć – myślę, że mogliby to powiedzieć – nie powiedzą. Nie dzisiaj, nie jutro, nie nawet za rok – pewnie dlatego, że nic nie wskazywało na to, by miało się polepszyć tak bardzo, aby rzeczywiście CHCIELI – jak na razie te myśli nawet nie klarowały się w ich głowie. Myślę, że to w porządku. Myślę, że jest dobrze, dopóki nie wypowiadają prawd ukrytych w morzu kłamstw, w których własnymi rękoma topili noworodki łamiące ich upojne, trwożnie wzniesione światy, a które potem otrzepywali, prostując się z dumą i podparłszy się pod boki podziwiali na nowo horyzont. Ten zamknięty. Ten, do którego wzlatywania im się nie śpieszyło. Wszystko było tutaj w porządku – ten śmiech, objawiony jako cud, te jadowicie zielone oczy wpatrzone w śmiejącą się niewiastę – chłopak nawet drgnął, chcąc odsunąć się od szczebla wahadła przytrzymującego wielkie okrąg pod sufitem, ale szybko sobie przypomniał, że chusta, którą jest obwiązany, blokuje jego ruchy dlatego, że odsuwać się nie chce – więc został i słuchał śmiechu – i sam się nie uśmiechał, i obserwował i trwał w swoim zdumieniu z wyrytym w twarzy "eeem... wszystko w porządku?", które wyrażało więcej, niż tysiąc słów. JEJ śmiech wyrażał więcej niż tysiąc słów.
To było jak latanie.
Żaden normalny człowiek nie był przyzwyczajony do latania na samo-wykształconych skrzydłach, a jednak kiedy już je rozwijali i łapali w lotki wiatr to się unosili – lekko, zapominając o tym, że przyciąganie ziemskie istnieje (przecież po to były zasady, aby je łamać) – że są jakimiś porzuconymi, odciętymi ogniwami i że w sumie to są tutaj zatrzymani w czasie i chyba nawet przestrzeni – nic na niebie nie wskazywało na to, by godzina się jakoś szczególnie zmieniała – a zmieniała, czyż nie (lol, w końcu siedzą tu już pół roku)? Na szczęście w trakcie tego unoszenia się nikt też nie myślał o spadaniu.
Gwałtownego upadku nie było – było lekkie opadanie, które łagodnym zwieńczeniem było dotknięciem krańcami palców podłoża, które przestawało parzyć, w którym grawitacja była siostrą, a miękkość eteru bratem – tak grała nam emancypacja wolności. Przynajmniej tej, którą dzielili ze sobą razem w tym coraz mocniej gruntowanym, budowanym wspólnymi siłami, rzeczywistości, o którą nie musieli się nawet starać.\
Sama do nich przyszła.
Zupełnie jak latanie.
- Racja, w końcu powinnaś mieć na imię Lebioda... - Mruknął ze zrozumieniem i kiwnął głową (w całkowitej powadze, rzecz jasna), a coby gestom było zadość, uniósł dłoń i oparł ją na podbródku, pocierając kciukiem linię szczęki – żeby mądrzej wyglądać, rozumiecie – żeby pomimo swojej młodej twarzy wydać się o parę lat starszym – o tyle, o ile starsze nie było spojrzenie jasnych ocząt utkwionych w drugim centrum tego mało-dużego świata siedzącego na wahadle tuż obok niego.
Spadanie nie bolało.
Spadać można nie tylko w dół.

- Jedz, jedz, żeby być jeszcze bardziej gruba. Będę wtedy toczył wielkiego, okrągłego trutnia po korytarzach i taranował sobie przejście... - Odwrócił od Alice spojrzenie, by połączyć ze sobą palce obu dłoni uniesionych przed siebie, wyprostowanych w łokciach i ułożył je na wzór kadru, przymrużając jedno oko, by wycelować je w przestrzeń przed siebie, jakby robił zdjęcie. Zdjęcie kulkowej, turlanej przez niego po klatce schodowej Alice, której ledwo by rączki i nóżki odstawały od okrągłego brzucha. - Idealna forma. - Skomentował na ukoronowanie swego wywodu – wszak był boskim sędzią.
Musiał znać się na rzeczy.
Tak mijała im rozmowa – i tak mijała im wolność – bo wolnością był śmiech zezwalający na lekkie, beztroskie loty.
Przynajmniej przez tych parę godzin.
Przynajmniej dla nich dwóch.
[z/t x2]





Kolejna zima
Słychać miliony tchnień sekundnika
Śnieg przypomina, że miniony dzień w sercu znika
Trudno - dziś umarło
Przynajmniej jutro jeszcze nie śpi.


Re: Wahadło

on Sob Sie 06, 2016 8:02 pm
Obiecał Remusowi, że przynajmniej jeden dzień poświęci na przygotowanie się do egzaminów. Och, no jasne. Ale kto powiedział niby, że to musiał być akurat ten dzień? Ano właśnie. Nikt. Zresztą, konkretnego terminu prawdopodobnie Black nie określił celowo, z premedytacją, dokładnie przemyślawszy wcześniej całą sprawę. Gdyby ustalił jakiś konkretny dzień, nie mógłby tak po prostu wymigać się za pomocą pierwszej lepszej wymówki, jaka przyszłaby mu na myśl. Za późno wstał z łóżka. Był zbyt zmęczony wymagającymi zajęciami. Pogoda go rozpraszała. Cokolwiek.
W zasadzie miał cichą nadzieję, że te wymówki pozwolą mu przetrwać aż do egzaminów.
Wątpił w to, nawet bardzo poważnie, ale jednak nikt mu nie bronił mieć na to nadziei. Zresztą... do SUMów też przecież wcale nie przygotowywał się jakoś szczególnie, a poradził sobie z nimi całkiem nieźle. Pewnie nawet znacznie lepiej, niżby można było oczekiwać, biorąc pod uwagę jego zerowe zaangażowanie w kwestii nauki. Dlaczego więc do OWUTEMów miałby podchodzić inaczej? Egzaminy jak każde inne.
Tak samo kompletnie go nie obchodziły.
Zamiast więc ślęczeć bezsensownie nad książkami, wolał opuścić Pokój Wspólny i wybrać się na mały spacer. Chociaż w zasadzie nie planował nawet opuszczać murów zamku, więc może jednak spacer to było zbyt mocne słowo. Swoją drogą... zaskakujące było to, że jeszcze kilka klas wstecz kręcenie się po szkole uważał za niesamowicie nudne i niegodne uwagi. Jak sądził, nie po to przecież odkryli z przyjaciółmi tyle tajnych wyjść z zamku, żeby nie korzystać z nich przy każdej możliwej okazji. Teraz zaś, kiedy nieuchronnie zbliżał się moment, w którym będzie musiał pożegnać się z Hogwartem na dobre, naprawdę nie miał nic przeciwko snuciu się wśród zamkowych murów. Prawie, jakby chciał jakoś zrekompensować sobie fakt, że już lada moment nieprędko będzie miał ku temu okazję. Właściwie... prawdopodobnie nigdy.
Świetnie, więc robisz się sentymentalny, Black. Świat się kończy.
Chyba całkiem nieświadomie nogi same poniosły go na niewielki balkonik, z którego rozciągał się widok na dziedziniec. Dopiero tutaj bowiem zorientował się, że brakowało mu jakiegoś konkretnego planu lub celu i że niespecjalnie miał pomysł na to, co mógłby ze sobą zrobić. W swego rodzaju zamyśleniu oparł się przedramionami o barierkę zabezpieczającą balkon i na krótką chwilę dość ryzykownie wychylił się do przodu, chcąc lepiej przyjrzeć się temu, co znajdowało się w dole. Nic szczególnego. Nic godnego większej uwagi. A przynajmniej tak mógł ocenić to na pierwszy rzut oka. Najwyraźniej nie chcąc jednak polegać na tym pierwszym wrażeniu - albo po prostu nie mając pomysłu na to, co dalej miałby ze sobą zrobić - wciąż nie odrywał wzroku od tego, co działo się w dole. Chociaż teraz już przynajmniej nie wychylał się aż tak, woląc jednak nie kończyć swojej edukacji przedwcześnie, przez przypadkowe wypadnięcie przez balkon...


I solemnly swear that I am up to no good.

Re: Wahadło

on Sob Sie 06, 2016 9:08 pm
Egzaminy. Okropne słowo. Naturalnie nie sprawiały mi większego kłopotu, niemniej nie rozumiałem sensu ich bytu. Jasne, niektórych trzeba było kontrolować, lecz dlaczego sprawdzane miały być również moje umiejętności? Niezaprzeczalnym przecież było, że wszystkie plasowały się na najwyższym poziomie. To nauczyciele byli niekompetentni, jeżeli sami nie potrafili tego określić. Ja bym mógł uczyć w tej szkole! Chociaż, oczywiście, trzeba zachować pozory i udawać, że nie jest się swoistym geniuszem, który nie wiadomo, co jeszcze robi w murach tego zamku. Ma wielka kariera ograniczana jest tylko przez to, że inni nie potrafią zrozumieć, tego co ja już dawno odkryłem. Mej bezdyskusyjnej doskonałości.
Aczkolwiek, z powodów nadal bliżej mi nieznanych, musiałem stawić się na pisanie wszelkich odpowiednich testów wraz z resztą uczniów. Zbyt przeciętnych jak na mój gust. Na dodatek żeby nie dać im się szczególnie we znaki i by nie załamali się, widząc moje cudowne stopnie, osiągane bez zbędnego wysiłku, uczyłem się tak jak inni, by ci mogli docenić siebie i swoje możliwości. Wiem, to niezwykle uprzejme z mojej strony. Taki już jestem. Tego dnia jednak byłem zmęczony po zajęciach. Fanki, jeszcze bardziej niż zwykle, żądały mej atencji, a ja musiałem im ją zwyczajnie dać. Płynęło to z czystej dobroci mego serca. Nauczyciele natomiast, organizujący te zbiorowe lekcje dla większej ilości roczników, jedynie się pogrążali i byłem zmuszony wybijać się ponad przeciętną nawet wśród starszych stażem ode mnie. Rzecz jasna nie był to żaden problem!
Nie zmieniało to jakkolwiek faktu, że zamiast przysiąść do książek, rozpocząłem wędrówkę po zamku. Uczyć mogłem się potem, teraz zaś, by utrzymać wizerunek, rozsiewałem swą aurę nieomylności dookoła, napawając młodych czarodziejów i czarownice nadzieją na poradzenie sobie ze wszystkim, na co natrafią. Dawałem napatrzeć się tęsknym oczom mych wielbicielek oraz dzieliłem się samym sobą z publiką. Taki fenomen jak ja nie może się wszakże chować po kątach.
Szukałem odpowiedniego miejsca, by jak najlepiej się zaprezentować. Stosownym rozwiązaniem wydawało się być jakieś podwyższenie - na przykład balkon. Skierowałem więc swe kroki w stronę niewielkiego balkoniku, mieszczącego się na trzecim piętrze. Rozciągał się z niego widok na dziedziniec, na którym zwykle przebywali uczniowie... Dobrze, w trakcie egzaminów, frekwencja nie przedstawiała się już tak zachwycająco. Toć nie zmieniało to faktu, że prezencję miałbym tam całkiem udaną.
Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast samotnie kołyszącego się wahadła, moim pięknym oczom ukazała się jeszcze postać, opierająca się w zamyśleniu o barierki. Rozpoznałem plecy Syriusza Blacka - Gryfona cieszącego się niemałą popularnością, naturalnie nie tak ogromną jak moja. Z tego też względu dziwną była jego samotność. Gdzież podziewali się jego przyjaciele? Bądź dziewczyny, wzdychające do niego już nie tak niezdrowo z ukrycia, a bardziej jawnie? Czyżby... Tak. To bez wątpienia to. Czekał na mnie! Nie wiem jak, ale przewidział, że zjawię się właśnie w tym miejscu, o tej konkretnej godzinie i chciał się ze mną spotkać. Z pewnością się stęsknił, gdyż pomimo naszej najszczerszej przyjaźni, ostatnio ciągle coś stawało nam na drodze i nie mieliśmy wiele okazji do rozmowy. Może potrzebował rady? Ode mnie zawsze można takową otrzymać, nie ma się czego wstydzić..
-  Witaj – przywitałem się grzecznie, przeczesując swe zjawiskowe włosy i starając się dotrzeć wzrokiem tam, gdzie skupione było spojrzenie chłopaka. Stałem za nim i nie miałem najmniejszego zamiaru go szpiegować. Musiał jak najwcześniej dowiedzieć się o mojej dojmującej obecności, której nie dało się nigdy przeoczyć i nie zauważyć. - Widzę, że rozmarzyłeś się nad urokami krajobrazu. - Na chwilę zawiesiłem głos. Rozkoszowałem się tymi dźwięcznymi nutami. - A może coś zupełnie innego zaprząta twe myśli?
Byłem wyjątkowo subtelny. Wiedziałem, że ludzi, którzy nie są w stanie osiągnąć takiej perfekcji jak ja, może trapić cały szereg trudności. A ja na pewno znałem na nie odpowiedzi i nie omieszkam się nimi podzielić. Zwłaszcza z tak bliską mi osobą jak młody Black. Przecież... to ja go wszystkiego nauczyłem, beze mnie nie zaszedłby tak daleko.  Niewątpliwie nadal jest mi za to nieopisanie wdzięczny.






Everybody loves me

Re: Wahadło

on Nie Sie 07, 2016 7:59 pm
Niesamowite, że niektórzy ośmielali się zarzucać Syriuszowi nadmierną pewność siebie i rzekomo przerośnięte ego. Prawdopodobnie każdą kolejną osobę, która spróbowałaby oskarżyć go o coś podobnego, powinien skonfrontować z Lockhartem - przy nim bowiem Blacka śmiało można byłoby uznać za ucieleśnienie skromności. Nawet z całą tą swoją dumą, arogancją i niekiedy być może rzeczywiście przesadną pewnością siebie, nie mógł równać się z Gilderoyem, który jako przykładowy narcyz bił na głowę wszystkich innych w tej kategorii. Poważnie. Spotkawszy w ciągu swojej edukacji wiele osób, mimo wszystko Syriusz nigdy nie spotkał drugiej tak bardzo zakochanej w sobie jak ten Krukon. Nawet przekonany o własnej wspaniałości Szlachetny i Starożytny Ród Blacków musiałby w tym względzie ustąpić mu miejsca na podium, chociaż przez długi czas Syriusz przekonany był, że trudno byłoby spotkać osobę, która tkwiłaby w samouwielbieniu bardziej niż większość członków jego rodziny.
A później poznał Lockharta.
I pewnie gdyby nie nabrał już na początku tej znajomości przekonania, że Krukon w całym tym swoim samouwielbieniu był nawet całkiem pocieszny, nie powstrzymałby chęci natychmiastowego ulotnienia się z tego miejsca w chwili, gdy usłyszał za plecami jego głos. W ostateczności mógłby na przykład zdecydować się jednak na to, żeby wypaść przez ten nieszczęsny balkon. Ale po co, skoro już Gilderoy sam się napatoczył, tak uparcie dopraszając się, żeby odpowiednio wykorzystać jego obecność? Przecież o to właśnie Blackowi chodziło. Żeby znaleźć jakiś dobry powód, dla którego nie miałby wrócić wkrótce do Pokoju Wspólnego, na nowo zajmując się szukaniem wymówek z serii dlaczego nie mogę pouczyć się do egzaminów właśnie dziś.
- O, Lockhart. Cześć - zdążył pozbyć się tego złowróżbnego uśmieszku, zanim odwrócił się w kierunku Krukona. I owszem, całkiem celowo zadbał o to, żeby jego powitanie zabrzmiało tak, jakby miał do czynienia z pierwszym lepszym uczniem Hogwartu, który akurat mógł przypadkowo znaleźć się w tym miejscu. Właściwie mogło to zabrzmieć nawet odrobinę tak, jakby Syriusz starał się w ten sposób jak najszybciej zbyć swoje przypadkowe towarzystwo. Nawet zresztą nie zaszczycił chłopaka zbyt długim spojrzeniem, jeszcze w trakcie tego zdawkowego powitania odwracając się ponownie w kierunku barierki i raz jeszcze zerkając w dół.
- Właściwie zastanawiam się, jak wszyscy zniosą ten spokój, który zapanuje w Hogwarcie po wakacjach. To może być dla innych szok, zwłaszcza, że większość już pewnie przyzwyczaiła się do tego, że ktoś regularnie urozmaica im czas - stwierdził w odpowiedzi na pytanie, wciąż patrząc gdzieś przed siebie. I właściwie... nawet nie mijał się aż tak bardzo z prawdą. To faktycznie przez chwilę przeszło mu przez myśl. - Bo chyba nie znasz nikogo, kto miałby nas godnie zastąpić, co?
Swoje pytanie dorzucił niejako mimochodem, absolutnie nie starając się wywołać żadnej konkretnej reakcji. No skąd... Ale przynajmniej znów odwrócił się w kierunku Krukona, tym razem już opierając się plecami o barierkę i wreszcie uznając widocznie, że przypadkowy rozmówca mógł być jednak czymś ciekawszym od widoku w dole.


I solemnly swear that I am up to no good.

Re: Wahadło

on Nie Sie 07, 2016 9:43 pm
Poznanie mnie bez wątpienia odmieniło całe jego życie. Spotkanie kogoś takiego jak ja musi być niesamowitym wydarzeniem, wpływającym na czyjś cały światopogląd. Mimo swej wrodzonej skromności nie byłem w stanie, tego nie zauważyć. Dlaczego więc Black udawał, iż moja obecność niewiele go interesowała? To, że udawał, było rzeczą więcej niż pewną, aczkolwiek wolałbym poznać powód takiego ewenementu. Nie byłem pierwszym lepszym uczniem, którego łatwo zignorować. Mnie się wielbi! Och... chyba, że dbał o swój wizerunek. No, tak... Dam radę mu to wybaczyć. Ostatecznie on także starał się jakoś zaistnieć w tym świecie, a jako że nie dysponował tak licznymi talentami jak moje, musiał radzić sobie na inne sposoby. Podziwiam te jego zaangażowanie i zapał, są wprost urocze. Najprawdopodobniej nie mógłby, patrząc w me pełne skrytych tajemnic oczęta, skupić się na pozostaniu w swej roli. By być mniej przytłoczonym, wołał skierować swe spojrzenie w innym kierunku. Rozkosznie!
Kolejne słowa Gryfona nie do końca jednak do mnie dotarły. Ich sens był poniekąd niepełny, jakbym otrzymał jedynie rozmazany skrawek czegoś większego. Miałem wrażenie, iż próbował mnie zmylić... Niekiedy wręcz żałowałem, że ze swym geniuszem nie jestem w stanie nadawać na tych samych falach, co przeciętni ludzie. Ich rozumowanie znajdowało się na zupełnie innym, znacznie niższym, poziomie. Dla mnie spokój nie wydawał się taki zły. Niektórzy zbyt wiele robili na pokaz (że niby ja? Parszywe kłamstwa!) i tylko stwarzali wokół siebie zamieszanie, zrzeszając dookoła niezbyt inteligentnych rówieśników, którym zaczynała przez to mylić się hierarchia. W której naturalnie powinienem znajdować się na samym szczycie. Inni tylko ich... rozpraszali.
Ostatnie pytanie natomiast było bardziej znaczące. To naprawdę uprzejme ze strony młodego Gryfona, że tak martwił się o innych uczniów. Nie zmieniało to faktu, iż po prawdzie nie miał czym się zadręczać, a ja miałem zamiar go w tym natychmiast uświadomić. Byłem również dumny z niego, ponieważ w końcu udało mu się spojrzeć prosto na mnie, nie uginając się pod mym onieśmielającym blaskiem. Nawet starał się zachować pozę wyluzowanego. Widzicie... dokładnie z tego względu mógł zaliczać się do elitarnego grona mych przyjaciół.
- Jakich nas? - zapytałem z uśmiechem na ustach. A jak wiecie, mój uśmiech winien przyozdabiać okładki magazynów. Kiedyś na pewno tak będzie, obiecuję Wam to. - Przecież ja nie kończę jeszcze szkoły, mój drogi. Po wakacjach zacznę swój ostatni rok nauki w Hogwarcie, której zakończenia wyczekuję z niecierpliwością. Zdaję sobie sprawę z tego, iż właśnie po mym odejściu większość będzie zdruzgotana, niemniej świat jest okrutnym miejscem – ciągnąłem dalej swój monolog, napawając się czystymi barwami mego głosu. Czułem, że wyglądam, jakbym był natchniony. Cóż wiele mówić, byłem do tego urodzony. - Dlatego też nie przejmuj się, mój przyjacielu. Kolejny rok będzie tym, w którym uczniowie nadal będą mogli zaznać mej świetności i dopilnuję, by zawsze mieli na co, a raczej... - W tym momencie nie zdołałem powstrzymać się od krótkiego, niezwykle przyjemnego dla ucha, śmiechu, który byłby w stanie podbić niejedno serce. - na kogo, spoglądać z zachwytem.
Wiedziałem, że spełniam swój obowiązek, rozwiewając troski Syriusza. Istotnie, takie moje zadanie, pomagać innym i udowadniać im, że mogą się do mnie zwrócić ze wszystkim (nie zawracając mi za bardzo głowy, bez przesady). Po prostu dobrze było dzielić się swą wiedzą z maluczkimi... i po części przypominać im, na czym polegała różnica między nami.





Everybody loves me

Re: Wahadło

on Pon Sie 08, 2016 3:13 pm
Oczywiście, że poznanie go skutecznie wpłynęło na światopogląd Blacka - dzięki temu zyskał całkiem przekonujący dowód, że jego własne ego miewało się całkiem nieźle i z całą pewnością wciąż jeszcze mieściło się w dormitorium. Na ewentualne zarzuty dotyczące rzekomego przerostu ego, Syriusz śmiało mógł odpowiadać czymś w stylu "a rozmawiałeś kiedykolwiek z Lockhartem?", co powinno skutecznie ucinać wszelkie tego typu zarzuty. Zresztą, może właśnie przez tę przydatność Krukona nie został on jeszcze sklasyfikowany jako zdecydowanie działający na nerwy osobnik, w którego towarzystwie Black nie miał najmniejszej ochoty przebywać.
I nie, dzielenie ludzi na tych, których ewentualnie mógł zaszczycić swoją uwagą i na tych, którzy absolutnie na to nie zasługiwali, wcale nie było przejawem przerośniętego ego. Skądże. A przynajmniej póki wciąż mimo wszystko daleko było mu do poziomu samouwielbienia, jaki osiągnął Gilderoy, wszystko było w porządku. Przynajmniej zdaniem Syriusza. A jeśli chodziło o opinię innych... Kto by się tym przejmował?
Omal nie parsknął śmiechem, kiedy Krukon z taką łatwością łyknął haczyk. Nie to, żeby Black miał spodziewać się czegoś innego... Zazwyczaj nie spodziewał się zbyt wiele po Lockharcie, ale... No tak. Przez ekspresowe tempo, w jakim Gilderoy rzucił się na zarzuconą przynętę, Syriusz postanowił podarować sobie nawet sprostowanie, że poprzez wcześniej wspomniane my miał oczywiście na myśli siebie, Jamesa, Remusa i Petera. Dla piątej osoby zdecydowanie nie było już miejsca, najczęściej zresztą zdarzało mu się używać my w tym właśnie znaczeniu i jak dotąd nikt nie miał problemów z domyśleniem się tego, jednak... Fakt. Rozmawiał z Lockhartem. A czasami wciąż zapominał, że nieustannie powinien brać na to sporą poprawkę.
- No fakt, tobie został jeszcze rok - stwierdził, bardzo starając się przy tym, żeby jego wypowiedź zabrzmiała tak, jakby właśnie się nad czymś zastanawiał, nie zaś jakby robił wszystko, żeby przypadkiem nie zacząć zanosić się śmiechem. Chociaż trzeba było przyznać, że nie było to wcale zbyt łatwe zadanie. Tym bardziej, że nie, zdecydowanie podczas swojej wypowiedzi Gilderoy nie wyglądał jakby był natchniony. Serio, ani trochę.
Bardziej jakby lada moment miał dostać jakiegoś ataku.
- To nawet nieźle się składa. Chociaż... Nie bierz sobie tego za bardzo do siebie, ale nie wydaje ci się, że samo spoglądanie z zachwytem w końcu może się innym znudzić? Właściwie chodziło mi o zapewnianie tych trochę bardziej dynamicznych rozrywek. Szkoda, że widocznie w szkole nie zostanie już nikt, kto dałby radę się tego podjąć...
Podpuszczał go? Och, no oczywiście, że perfidnie go podpuszczał. I fakt, przez moment przemknęło mu przez myśl, że na coś tak banalnego nikt nie mógłby się nabrać, przecież nawet ktoś będący na poziomie intelektualnym górskiego trolla musiałby zwęszyć tutaj oczywiste podpuszczanie, jednak... Mimo wszystko nie dało się ukryć, że Syriusz miał w zwyczaju niejednokrotnie zaniżać w swojej ocenie intelekt osób, z którymi czasami przychodziło mu mieć do czynienia. A jeśli chodziło pod tym względem o Lockharta... on sam się o to prosił. Z drugiej strony dość wątpliwe wydawało się być również to, by faktycznie Gilderoy dał się namówić na wrobienie go w jakikolwiek większy numer, ale... jakiś potencjał przecież miał. Ktoś, kto potrafił wywiesić swoją facjatę nad boiskiem nie mógł być aż tak bardzo beznadziejnym przypadkiem.


I solemnly swear that I am up to no good.

Re: Wahadło

on Pon Sie 08, 2016 6:02 pm
Syriusz wciąż wyglądał, jakby coś zajmowało jego myśli. Niestety istniała możliwość, że nadal całkowicie nie pozbyłem się  jego trosk. Najwyraźniej miałem do czynienia z ciężkim przypadkiem, odmawiającym współpracy. Lecz cóż, ja na pewno coś na to zaradzę. Ostatecznie kto inny, jak nie ja, miałby temu podołać... Po prawdzie nie każdemu poświęcałem aż tyle mego cennego czasu, niemniej na tym właśnie polegała przyjaźń i oddanie (że niby chciałem wybić się na jego popularności?! Co to w ogóle za absurd, przecież jestem o wiele bardziej popularny od niego!). Stąd też wysłuchałem tego, co miał do powiedzenia, choć przez głowę przemknęło mi w pewnej chwili, że żałuję, iż młody Black nie nosi okularów. Te pożyteczne akcesoria zawsze mi się podobały, ponieważ sprzyjały i mnie - mogłem się w nich bez oporów przeglądać. Dlaczego więc wszyscy ich nie nosili? Będę musiał kiedyś podnieść na większym forum ten temat, by każdy mógł wspomóc właśnie mnie. Ewentualnie można by porozwieszać lustra... Brrr... Jednak nie. Odbijaliby się w nich też wszyscy dookoła, a w większości nie grzeszyli oni olśniewającą urodą. Nie każdy miał takie szczęście jak ja. Co ja mówię... Nikt takiego nie miał.
Chwila, miałem wspomóc mego drogiego przyjaciela. No, tak. Rozumiecie, jak czasami trudno oderwać mi się od wiele ważniejszych spraw na rzecz nawet tak bliskich mi osobników? Starając się jednak nie dać po sobie nic poznać, postanowiłem w końcu odpowiedzieć na wątpliwości Gryfona. Czasami niezwykle męczącym jest rozumieć to, czego inni nie są w stanie dostrzec. To jak prowadzenie za rękę ślepca, niezdolnego do samodzielnego egzystowania.
- Och, naturalnie, że nie wezmę tego do siebie i nie sądzę też, by co po niektórym miało się to znudzić... Tutaj chodzi o mnie. Niemniej rozważę twe słowa. - Jak prawowity władca i doskonały przywódca, słuchający głosu ludu... zazwyczaj nie mającego racji. Powstrzymałem westchnienie. Mówiłem już, że sława wcale nie jest tak łatwa? - Powiadasz więc, że myślisz o bardziej dynamicznych rozrywkach i że nie wiesz, czy ktoś dałby radę się nimi zająć? - Moje brwi o idealnym kształcie powędrowały nieznacznie do góry. - Jeżeli aż tak bardzo cię to trapi, jestem pewien, że mogę ci pomóc i udowodnić, że ta szkoła pozostawiona będzie w odpowiednich rękach. Chociaż oczywiście z pewnością tak czy inaczej zdajesz sobie z tego sprawę.
Mój uśmiech pozostawał niezmienny. Całym sobą okazywałem swe zdecydowanie, swobodę, niezawodność (co tam bredzicie, że niby mnie podpuszcza? Gdzie tam, Syriusz bez wątpienia by mi tego nie zrobił!) i pragnienie okazania łaskawości swego serca. Żywiłem głęboką nadzieję, że Black zrozumie, iż sam jeden bez problemu sprawię, by szkoła stała się tak interesująca, jak nigdy dotąd. Moje przybycie w końcu odmienia życia ludzi, me jedno spojrzenie może zaważyć na losach zdrowia psychicznego niejednej czarownicy, a uśmiech... och, to dopiero potężna broń, której nie zawaham się użyć. Nie ma co się nad tym rozwodzić, jestem jak perfekcyjnie oszlifowany diament, który nie ma sobie równych.
Skoncentrowałem się i przeanalizowałem całą sytuacją ponownie. Tak, niezaprzeczalnie znalazłem prawdziwy powód zamyślenia chłopaka. Gdy tak stwierdzał, iż mnie pozostał jeden rok nauki, musiała dotrzeć do niego brutalna prawda. Kolejny rok spędzimy rozdzieleni. On będzie zmuszony przeżyć swe smutne życie z dala ode mnie. Zgadza się. Uczniowie starsi ode mnie nie mieli tyle szczęścia, co moi rówieśnicy, mogący cieszyć się mym towarzystwem przez całe siedem lat. Och, nagrodzeni za urodzenie się we właściwym roku. Innych zaś pozostawało mi jedynie żałować. Aczkolwiek to nie była w żadnym stopniu ma wina. Me sumienie pozostawało nieskazitelnie czyste, bezkonkurencyjne jak wszystko w mej osobie.





Everybody loves me

Re: Wahadło

on Nie Sie 14, 2016 10:03 pm
Naprawdę nie wierzył w to, że Krukon w tak łatwy i oczywisty sposób dał się podpuścić. Jasne, nie spodziewał się po nim zbyt wiele, ale mimo wszystko wciąż nieprawdopodobne wydawało mu się, że podpuszczanie go mogło być aż tak łatwe. Zwłaszcza, że przecież jakoś Lockhart musiał trafić w szeregi Krukonów. Przekonał Tiarę, że niebieski najbardziej pasował mu do oczu, czy jak? Ilekroć bowiem Syriusz by się nad tym nie zastanawiał, jakoś nijak nie mógł znaleźć sensownego powodu, dla którego ten stary strzęp materiału miałby umieścić kogoś tak nierozgarniętego w Domu, który podobno słynął ze zrzeszania tych najinteligentniejszych uczniów. No... a przynajmniej tych najbardziej ciekawych świata. Tyle, że w opinii Blacka do takich również trudno byłoby zaliczyć Lockharta.
Jakoś bowiem nie wydawał się być zainteresowany czymkolwiek innym poza samym sobą...
Musiał bardzo się postarać, żeby pierwszą wypowiedź Krukona skwitować jedynie mimowolnym uniesieniem brwi. Całych zapasów samoopanowania potrzebował na to, żeby nie parsknąć śmiechem i żeby po raz kolejny - tym razem nieco bardziej dosadnie - nie poddać w wątpliwość tego, czy pozostali uczniowie rzeczywiście tak chętnie napawali się widokiem Gilderoya. To znaczy... no jasne, część dziewczyn pewnie faktycznie miała go za całkiem przystojnego, nie dałoby się zaprzeczyć temu, że niektóre rzeczywiście zdawały się być w nim zakochane niemal tak samo mocno, jak on sam w sobie... Niemniej jednak Black jakoś wcale tych zachwytów nie podzielał. I miał jakieś dziwne wrażenie, że istniało całkiem spore grono osób, które uważały dokładnie tak samo jak on.
- No nie wiem, to niekoniecznie takie łatwe, jak może się wydawać... - poddał wprawdzie w wątpliwość zapewnienia Krukona, jednak... doskonale wiedział już przecież, że pociągnie to dalej. Zresztą, co innego miałoby Lockharta jeszcze mocniej utwierdzić w przekonaniu, że idealnie się do tego nadawał, jeśli nie chwilowe zwątpienie w jego doskonałość?
- Chociaż skoro faktycznie chcesz... Chyba faktycznie możesz udowodnić, czy się nadajesz - możliwe, że ten szeroki uśmiech pojawił się na twarzy Syriusza trochę zbyt szybko, ale... skoro do tej pory Gilderoy nie zorientował się, że Black tylko z nim pogrywał, to chyba i na to nie powinien zbytnio zwrócić uwagi. - Miałem się właśnie wybrać do Filcha, żeby odzyskać kilka przydatnych drobiazgów. Jakaś pomoc się przyda, zwłaszcza, że kompletnie nie mam pojęcia, gdzie się zapodział James.
Czasami sam miał wrażenie, że wymyślanie najróżniejszych kłamstw przychodziło mu znacznie łatwiej i naturalniej niż mówienie prawdy. Zwłaszcza, że przecież ani nie wybierał się do woźnego - choć ten rzeczywiście posiadał całkiem pokaźną kolekcję rzeczy skonfiskowanych Huncwotom - ani też nigdzie nie zgubił Jamesa. Doskonale wiedział, gdzie był, ale... nie to było teraz istotne, prawda? Przecież Gilderoy sam oferował się, że był w stanie udowodnić, że szkoła miałaby być pozostawiona w dobrych rękach. A skoro tak, to Syriuszowi nie pozostawało nic innego, jak tylko uprzejmie znaleźć mu okazję do tego, by rzeczywiście się wykazać.
A że przy okazji pewnie pakował Krukona prosto w pewny szlaban... To już nie była wina Blacka. Zresztą, zawsze przecież mogło się okazać, że Lockhart rzeczywiście się do czegoś nadawał. Co prawda to akurat byłoby chyba największym zaskoczeniem dla Syriusza, ale podobno i takie cuda się zdarzały. Czasami.


I solemnly swear that I am up to no good.

Re: Wahadło

on Pon Sie 15, 2016 9:30 pm
To niekoniecznie takie łatwe? Jego naiwność nie miała końca, choć przyznaję, że można uznać, iż odznaczała się pewnym urokiem. Dla mnie przecież nie było rzeczy zbyt trudnych. Z łatwością przyswajałem wiedzę, nawiązywałem znajomości, osiągałem to, co było poza zasięgiem innych. A on biedny nie rozumiał, że cokolwiek by nie wymyślił, bez wątpienia mnie to nie przerośnie. Doprawdy, niekiedy zastanawiałem się, jak to jest być tak ograniczonym umysłowo, niemniej wciąż nie potrafiłem tego pojąć. Czasami zniżanie się do poziomu rozmówcy było równie abstrakcyjnym myśleniem, co dla innych objęcie nieposkromionego geniuszu.
Pomimo tego nie podobała mi się ta cała część o udowadnianiu, że się „nadaję”. Delikatnie zmrużyłem oczy, by lepiej przyjrzeć się twarzy Blacka. Naturalnie nie była tak wspaniała jak moja, lecz przecież nie o podziwianie tu chodziło, a raczej o odkrycie planów. Początkowy brak wiary w to czy ktokolwiek może podołać wymyślnym zadaniom ubzduranym sobie przez Syriusza było czymś, co zdołałem zrozumieć, ponieważ łączyło się z jego nieprofesjonalnym niepojęciem tego, iż ja sam nadal tutaj pozostanę. Niemniej skoro niezmiennie śmiał kwestionować me predyspozycje i poddawać w wątpliwość me umiejętności, to wyraźnie okazywał swą bezczelność w zbyt wielkim stopniu, bym mógł po prostu przejść obok tego z obojętnością wypisaną na twarzy (nie chodzi o to, że nie sprostałbym temu, po prostu nie miałem takiego zamiaru). Uśmiechając się jednak ciągle, wysłuchałem słów chłopaka do końca.
Teoretycznie wcześniej mówiłem coś o tym, że mogę mu pomóc i udowodnić, iż szkoła pozostawiona jest w odpowiednich rękach, ale nie sądziłem, by było to konieczne. Czemuż same zapewnienia nie działały? (Ja się wcale nie bałem! Kolejne krętactwa!). Owszem, nie rzucałem słów na wiatr, chociaż sporadycznie, przyznaję, zdarza mi się mówić coś, aby tylko móc napawać się dźwiękiem, wypływającym nie wiadomo czy z mego gardła, czy z samego serca. Krystaliczne brzmienie otulało mnie bowiem i zaspokajało niejedną potrzebę duszy. Aczkolwiek działanie... To już zupełnie odmienna historia, bajka - a w bajkach powinienem dostawać rolę księcia na białym rumaku (w którym miejscu niby nie dogaduję się ze zwierzętami?! Oszczerstwa!). Dlaczego na rumaku? Oczywiście po to, bym nie musiał się męczyć, idąc na piechotę. Krople potu spływające po twarzy jedynie niszczą fryzurę oraz sprawiają, że skóra nieprzyjemnie się błyszczy. A nie o taki blask mi chodzi. Dlatego jak widzicie mam niezmiernie wiele powodów, by nie podejmować się zadania postawionego przez Blacka.
- A powiedz mi proszę, mój drogi, co taka ekspedycja miała by udowodnić? Czyż wnosi ona coś dla szkoły albo dobra jej uczniów? Nie mówię tutaj naturalnie o poszczególnych jednostkach, gdyż przyzwyczajony jestem już do odnoszenia się do szerszej publiki – zauważyłem zaraz. Miałem swoje racje i nie leżało w mej intencji, bycie na zawołanie pierwszego lepszego uczniaka (tak, wiem, że mówiłem, iż przyjaźnimy się z Syriuszem... ale okazjonalnie niestety mam wrażenie, że chłopak zbytnio mnie podziwia, by nasza relacja mogła plasować się na takim poziomie). - Co do Jamesa natomiast, z pewnością znalazłbyś go, gdybyś popytał parę osób – dodałem jeszcze, wiedząc, że w ten sposób okażę się być pomocny. A na mnie zawsze można liczyć.
Otaksowałem ponownym spojrzeniem Gryfona. Czyżby nie był mi tak oddany, jak początkowo mi się wydawało? W końcu te ciągłe zwątpienie nie wróżyło zbyt dobrze. Ech, wróżby. Wróżenie nie zawsze się sprawdzało, byłem tego świadom, albowiem parę razy w moich przepowiedniach nie było nic o świetności i mych przyszłych osiągnięciach, więc coś musiało być nie tak. Czasami po prostu nie wiadomo, co się wydarzy. Choć można przeczuwać lub analizować. A z moich postrzeżeń wynikało, że czekała mnie wielka przyszłość. Skoro zaś Huncwoci opuszczali niebawem mury tego zamku, przestawali stawać na mojej drodze zapanowania nad tą szko... Znaczy... Będę za nimi niezwykle tęsknił, niemniej pozostając silnym, postaram się, by uczniowie nadal mieli o czym rozmawiać.
Uśmiechnąłem się do swoich myśli, już od jakiegoś czasu nie obserwując kolegi. Odciąłem się od otoczenia, tylko w ten sposób mogłem pozbyć się niepotrzebnych bodźców, odwodzących mnie od dojścia do odpowiednich wniosków, które właśnie klarownie oczyściły mi umysł. Dyskretnie wyjąłem podręczne lusterko z szaty i zerknąłem w nie. Cudnie. Jak zawsze. Niczego innego nie oczekiwałem.





Everybody loves me

Re: Wahadło

on Wto Sie 16, 2016 9:31 am
Bardzo możliwe, że po tym, jak szybko i łatwo poszło z uzyskiwaniem deklaracji Krukona co do udowadniania czegokolwiek z jego strony, Syriusz ostatecznie sklasyfikował go jako skończonego i absolutnie niereformowalnego kretyna. Najwyraźniej jednak zbyt pochopnie, bo tylko taki właśnie kretyn bez zastanowienia i choćby cienia sprzeciwu zgodziłby się na buszowanie w gabinecie woźnego. W tym momencie musiał więc przyznać punkt Lockhartowi, któremu najwyraźniej niezbyt spieszno było do podobnych rozrywek.
Chociaż nie oznaczało to oczywiście, że Black zamierzał się w tym momencie poddać.
Wręcz przeciwnie. Nawet trochę ucieszył się, że przekonanie Krukona do swojego pomysłu nie będzie aż tak banalnym zadaniem, jakby mogło się z początku wydawać. Banalne zadania miały bowiem to do siebie, że zbyt szybko stawały się nudne. Jeśli zaś coś było nudne - albo tylko uznawane przez Syriusza za nudne - to nie było najmniejszego sensu, by dalej się tym zajmować. Pewnie więc można byłoby zaryzykować stwierdzenie, że paradoksalnie swoimi wątpliwościami Gilderoy jedynie się pogrążył.
Chociaż... nie. Był na przegranej pozycji od momentu, kiedy pojawił się przy wahadle.
- Po prostu warto mieć parę rzeczy pod ręką, kiedy już myśli się o zapewnianiu innym rozrywki. Filchowi do niczego się to nie przyda, a nam owszem - stwierdził w odpowiedzi, jakby rzeczywiście była to oczywistość najbardziej oczywista na świecie. Nawet otaksował Krukona krótkim spojrzeniem, jakby przez moment zastanawiał się, czy faktycznie o coś tak banalnego należało w ogóle pytać. Zaraz jednak wzruszył ramionami z pewną obojętnością, przynajmniej pozornie odpuszczając sobie jakiekolwiek dalsze tłumaczenia i przekonywanie.
- Ale skoro nie chcesz, to w porządku. Chyba faktycznie po prostu poszukam Jamesa - przez krótką chwilę miał zamiast braku chęci zarzucić rozmówcy brak odwagi, jednak w ostatniej chwili przeszło mu przez myśl, że przez to Krukon mógłby z dużą dozą prawdopodobieństwa po prostu się obrazić. A to znacząco mogłoby utrudniać sprawę. Mimo wszystko jednak był absolutnie pewien, że jego wypowiedź i tak zabrzmiała właśnie tak, jakby to o tchórzostwo podejrzewał Lockharta. Po cichu liczył przecież na to, że ten uniesie się honorem i zechce udowodnić, że wcale nie obawiał się wycieczki do gabinetu Filcha. Przecież chciał się wykazać. I właśnie miał ku temu świetną okazję. Z tym tylko, że jego okazja najwyraźniej właśnie zamierzała opuścić balkon. Syriusz bowiem wypowiedziawszy zdanie tyczące się szukania Jamesa, niespiesznym ruchem odepchnął się od barierki, o którą do tej pory się opierał i spokojnym krokiem ruszył w kierunku wyjścia, przy okazji wymijając Lockharta.
- To na razie - rzucił jeszcze, chociaż i tak był przecież niemal absolutnie pewien, że ten jeszcze go zatrzyma. No, a przynajmniej na to liczył. Choć pewnie i tak nie ubolewałby zbytnio nad tym, gdyby miał się w tej kwestii jakkolwiek pomylić. Mógł sobie przecież z łatwością znaleźć inną rozrywkę, to wcale nie musiało być podpuszczanie Gilderoya.


I solemnly swear that I am up to no good.

Re: Wahadło

on Czw Sie 18, 2016 10:18 pm
Jego argumenty w żadnym stopniu mnie nie przekonywały. Były nad wyraz niejasne i powiedziane na odczepnego, na dodatek nie były bezpośrednią odpowiedzą na me pytanie. Nie dowiedziałem się przecież, w jaki sposób miałoby to pomóc uczniom, a mimo wszystko Huncwoci znani byli z przeszkadzania, nie zaś pomagania. "Parę rzeczy" nic nie wnosiło do naszej rozmowy, dalej, swobodne obrażanie Filcha wyglądało na nietypowe odwracanie uwagi. Tak więc niczego się nie dowiedziałem, a istotnie nie lubiłem, gdy tak ze mną pogrywano. Naturalnie zdawałem sobie sprawę z tego, iż z dużym prawdopodobieństwem Black nie potrafił nawet udzielić poprawnej odpowiedzi na me pytanie, niemniej nie zmieniało to za bardzo postaci naszej sytuacji. Jak widzicie, czasami musiałem zmierzyć się z wielkimi problemami (które oczywiście mnie nie przerastały) przez to, że nawet moi przyjaciele nie byli w stanie należycie się prezentować.
Niestety to w jakim tonie wypowiedział, że poszuka Jamesa również nie przypadło mi do gustu. Ależ jak to... przecież tamten Gryfon z pewnością nie nadawał się do tego lepiej ode mnie. Z drugiej strony wcale nie chciałem tego robić... Zerknąłem ponownie w lusterko, jakby szukając w nim odpowiedzi, ale o ile me oczy i uśmiech sprawiały, że przedstawicielkom płci przeciwnej miękły kolana i plątał się język, ja nie potrafiłem w chwili obecnej nic z nich wyczytać. Czyżbym za dużo z siebie ofiarował innym? Tyleż mam z mej hojności, nie pozwalającej przejść obok innych obojętnie. Sam z sobą nie umiem żyć w zgodzie, mimo że serce rwie się do takich akcji charytatywnych... mój rozsądek podpowiada, że nie powinienem się wychylać. Tylko głupcy polecieli by teraz bez myślenia, a głupoty zarzucić mi z pewnością nie można.
Stałem więc, jedynie odezwałem się do Syriusza. Jeśli miał odejść, trudno, znajdę sobie inne zajęcie.
Szybko próbujesz się wycofać i zniknąć, lecz skoro bez tych paru rzeczy nie jesteś w stanie się obyć, przypuszczalnie nic na to nie poradzę. Czyżbyś nie mógł obejść się wraz z przyjaciółmi bez swoich rekwizytów? W razie takiej ewentualności to może jednak dobrze, że zostawisz innym zapewnianie, jak to nazwałeś, rozrywki – powiedziałem. Sam nie byłem pewien skąd brały się te słowa, aczkolwiek wydawały mi się być logiczną odpowiedzią na jego w pełni bezpodstawne zarzuty wobec mojej osoby, tak zgrabnie ukryte w jego poprzednich wypowiedziach. - I o ile, jak wiesz, wyjątkowo często pomagam innym, czując się wobec tego zobowiązany, gdyż najzwyczajniej wiem, że poradzę sobie z daną kwestią najlepiej, to nie jest dla mnie do końca jasne, dlaczego właśnie w tym przypadku potrzebujesz mej pomocy. Jeżeli chciałbyś powierzyć mi samą opiekę nad Hogwartem, z wielkim zapałem dopomógłbym ci własnymi umiejętnościami, niemniej ograbianie biura woźnego nie wydaje się najlepszym pomysłem, zwłaszcza zważając na to, że nie powinieneś zapominać, iż rozmawiasz cały czas z prefektem. - Na chwilę zawiesiłem głos. - Naczelnym – dodałem jeszcze, nie mogąc się powstrzymać.  
Doprawdy. Potrafiłbym zrozumieć, jakby potrzebował pomocny przy czym innym. Jak na przykład przy jakichś czarach. Przy rozwieszaniu plakatów czy robieniu sceny. Zrozumiałbym nawet, gdyby pragnął odkryć, co mieści się w jakimś zakazanym korytarzu. To wszystko miałoby pokrycie, mogłoby pomóc innym choćby rozwiązać zagadki danego miejsca. Ale schowek Filcha? Naprawdę? Toż to plasowało się znacznie poniżej mojej godności... Jego zaś najwyraźniej nie, skoro tak ochoczo zabierał się do tego zajęcia. Żywiłem głęboką nadzieję, że jeszcze przejrzy na oczy i zauważy, jak wiele jest innych rozrywek, którymi można się zająć. Chociażby śpiew czy taniec. No, otóż to, niebawem zbliżał się bal, Black mógłby zająć się czymś pożytecznym (jak to ja niczym takim się nie zajmuję? I że niby się boję? Obrażam?! Jak śmiecie mi to zarzucać? Bezwstydnicy!).
Me westchnienie tym razem znalazło ujście. Nie powstrzymałem go, nie miałem już siły. Wdzięcznie poruszyłem się, by oddalić się od barierek. Możliwe, że akurat okazywało się, iż nie miałem tutaj nic do roboty. Możliwe, że to był znak, bym wrócił do dormitorium i tam, napawając mych znajomych pozytywnymi myślami i nadzieją na zdanie egzaminów, powrócić do nauki. Nawet ktoś taki jak ja miał codzienne życie, w którym musiał wykonywać standardowe, przyziemne czynności. I jak miałem być szczery,  nieszczególnie mi to przeszkadzało. Wbrew pozorom, o ile ludzie nie zawsze byli w stanie zrozumieć mą wielkość i wspaniałość (z powodu swego ograniczenia), to książki ukazywały prawdę i dawały ukojenie dla duszy. Już wkrótce zresztą będą pisane także o mnie. Ja natomiast będę dzielić się swymi doświadczeniami z innymi. Niebawem podbiję ten świat, a wszyscy będą wiedzieli, kim jestem... Będą się o mnie uczyć przyszłe pokolenia.


Ostatnio zmieniony przez Gilderoy Lockhart dnia Pon Sie 29, 2016 10:19 am, w całości zmieniany 1 raz





Everybody loves me

Re: Wahadło

on Wto Sie 23, 2016 8:10 pm
W porządku, może jednak Black ustawił poprzeczkę zbyt wysoko, od razu sugerując Krukonowi nalot na gabinet woźnego. Trudno. To akurat jako pierwsze przyszło mu na myśl, kiedy tak ochoczo Lockhart oferował swoją pomoc. Jasne, mógłby prawdopodobnie wymyślić coś mniej wymagającego, na co prawdopodobnie Gilderoy zgodziłby się nieco chętniej. Tyle, że gdyby po prostu wciągnął go w jakiś żart, w razie powodzenia - bo niby dlaczego takowy miałby się nie udać? - istniało ryzyko, że jeszcze biedny Lockhart ubzdurałby sobie, że rzeczywiście się do tego nadawał. I oczywiście, późniejsze przyglądanie się temu, jak w późniejszym czasie mógłby ewentualnie starać się wymyślać własne żarty mogło być dość zabawne, jednak... na to akurat Syriusz nie miał już zbyt wiele czasu. Rok szkolny dobiegał końca i wraz z nim zabawa w Hogwarcie również.
Chociaż... Może jednak nie potrzebował wcale aż tak dużo czasu?
Odwrócił się wolno na pięcie, bardzo starając się przy tym, by jedyną reakcją malującą się na jego twarzy po pierwszej wypowiedzi Krukona było przekonujące zdumienie. Bez jakichś przypadkowo zawieruszonych perfidnych uśmieszków, czy czegokolwiek podobnego.
- O, no jasne, bo ty pewnie poradziłbyś sobie znacznie lepiej bez jakichkolwiek dodatkowych pomocy. No pewnie - tak, to w jego głosie to było powątpiewanie. I chyba drobna nuta kpiny. Teraz bowiem ani trochę nie dbał o to, że Gilderoy mógłby zbyt łatwo zorientować się, że po raz kolejny był podpuszczany. Całkiem jawnie bowiem Black zamierzał rzucić mu wyzwanie, w razie niepowodzenia mogąc przynajmniej czerpać satysfakcję z tego, że Lockhart stchórzył i się wycofał.
Kolejne słowa Krukona zbył już natomiast po prostu niecierpliwym wywróceniem oczyma. Szczerze powiedziawszy... większej części tego wywodu nawet nie słuchał. Wychwycił z niego ledwie kilka elementów, które jakoś zwróciły jego uwagę.
- A kto tu mówi o jakimś ograbianiu? To nie jego rzeczy, tylko nasze. Więc nie ma mowy o kradzieży - wyjaśnił, jakby wciąż jeszcze nie było to wystarczająco oczywiste. Bo przecież jasne i logiczne było, że skoro Filch przetrzymywał nie swoje rzeczy, to z czystym sumieniem można było wziąć je sobie z powrotem. Jeśli miało się dostatecznie wiele szczęścia. Bo, szczerze powiedziawszy, naloty na gabinet woźnego naprawdę nie były czymś, na co nawet Huncwoci porywaliby się jakkolwiek chętnie, czy chociaż często. Zwykle zdecydowanie lepiej było pogodzić się z faktem, że część rzeczy przepadła na zawsze, a inne - na szczęście - zawsze można było zastąpić. W tym przypadku jednak, gdyby rzeczywiście jakimś cudem Lockhart postanowił przytaknąć temu pomysłowi, Syriusz rzeczywiście gotów byłby zaryzykować przyłapanie ich. Zwłaszcza, że w asyście kogoś równie rozgarniętego jak Gilderoy wpadka była więcej jak pewna.
- Aha - rzucił jakoś tak kompletnie bez przejęcia, kiedy już jego rozmówca bardzo subtelnie przypomniał mu, że miał do czynienia z prefektem. Naczelnym. - No i tak właściwie, to co w związku z tym?
Nie, serio, nie wiedział do czego to miałoby się odnosić. Remus też przecież był prefektem. Może i nie naczelnym, ale jednak. A nawet gdyby nie... poważnie? Po tych siedmiu latach usilnego łamania wszelkich możliwych zasad, ktoś mógłby jeszcze posądzać Syriusza o jakikolwiek respekt względem prefektów?


I solemnly swear that I am up to no good.

Re: Wahadło

on Pon Sie 29, 2016 11:53 am
Chłopak widocznie na tyle zainteresował się moją wypowiedzią, że ponownie się do mnie odwrócił. Obrzucił mnie spojrzeniem, z którego nie mogłem wiele wyczytać. Czyżby na powrót ukrywał swe zamiary? Jego słowa jednak wskazywały na to, że rozumiał mą wyższość. W jego tonie możliwe że było coś ukryte, ale przecież to nie było istotne. Powiedział, że poradziłbym sobie lepiej? Owszem, jasno i wyraźnie. Tego też powinniśmy się trzymać. Niemniej pomimo tego lekki grymas wstąpił na me usta, zaraz zastąpiony uśmiechem, który zazwyczaj przychodził mi tak naturalnie, teraz zaś musiałem włożyć w niego nieco więcej wysiłku. Wygląd to podstawa i nie można nawet w takich momentach dać się podejść.
- Jestem niezwykle rad, iż w końcu to zrozumiałeś. Szkoda, że tylko tę niewielką część. - Pokręciłem głową z pożałowaniem. Do niektórych prawda nie chciała dotrzeć, tak się przed nią wzbraniali. Gdy usłyszałem kolejne orzeczenie Blacka, nie dałem się przekonać. Przypuszczalnie niejedna niewiasta zawierzyłaby mu na słowo, koledzy Gryfoni wzięliby jego poglądy za najświętsze przykazania, ja natomiast nie wyzbyłem się całkiem zdrowego rozsądku, który nakłaniał mnie do pewnej dozy sceptycyzmu. - Poszczególne przedmioty w trakcie trwania czasu, przemijania wieków, a niekiedy w ciągu kilku dni, zmieniają właściciela i nic na to nie się nie poradzi. Należy być w stanie poradzić sobie ze stratą, pogodzić się z nią. Niesprecyzowane rzeczy, o których zapewne wspominasz, zostały skonfiskowane, a tym samym instytucja szkoły uznała, że nie powinny znajdować się w waszym posiadaniu. Odebrała je wam, lecz jak się domyślam, zgodnie z przepisami ustanowionymi odgórnie.
Wcale nie tchórzyłem, chociaż niewykluczone, że co poniektórzy z was chcieliby mi to zarzucić. Z zazdrości, niezrozumienia? Nie mogę tego stwierdzić ze stuprocentową pewnością. Aczkolwiek już jakiś czas temu nauczyłem się, że nie powinienem was słuchać. Ja jedynie logicznie roztrząsałem kwestię, przed którą postawił mnie młody Black. Nie widziałem potrzeby pakowania się w kłopoty, można było znaleźć inne sposoby, by zaistnieć publicznie, Huncwoci zaś wykorzystywali najbardziej banalny i prymitywny chwyt, którym było robienie za błaznów i naigrawanie się z innych. A te ich łamanie regulaminu? Przecież to już wyraźnie desperackie żądanie atencji, której najwyraźniej ciągle im było mało. Czułem delikatne przygnębienie na tę myśl. Ma wielkoduszność szlachetnie przypominała mi o ludziach, takich jak oni. Wciąż żywiłem głęboką nadzieję, iż może kiedyś zrozumieją, że sława nie jest dla wszystkich i nie należy sięgać po nią tak ubogimi środkami.
- Jak to, co w związku z tym? Prefekci stoją na straży porządku w szkole, nie mam zamiaru tak po prostu przyglądać się, jak ograbiasz... - Owszem, naumyślnie znów użyłem właśnie tego słowa. - gabinet naszego woźnego. Nawet w przypadku tak dobrej relacji jak nasza, nie mógłbym zwyczajnie przymknąć na to oczu, ani tym bardziej wziąć w tym udziału. Niemniej z dobroci mego serca mówię ci o tym wprost i upominam, na razie bez żadnych konsekwencji, mogących pojawić się później. Uprzedziłem cię, więc czuję, iż spełniłem swój obowiązek.
Kończąc na tym, spojrzałem mu prosto w oczy, które nie były tak pełne głębi i piękna jak moje. Podejrzewałem, że wyczytał z nich stanowczość. Cóż on sobie wyobrażał? Nie miał żadnego szacunku dla tak zacnej funkcji prefekta? Czyż jego przyjaciel, Remus, nie był jednym? Syriusz doprawdy mógłby czasem zastanowić się nad swym zachowaniem, jak również popracować nieco nad odnoszeniem się do innych. Być może trzeba go tego nauczyć? Niestety na to pewnie było za późno, ze względu na to, iż Gryfon niebawem miał opuścić mury tegoż zamku. Istotnie. Nie ma co zbytnio zaprzątać sobie tym mych myśli, które powinny krążyć wokół ważniejszych tematów. Już niedługo zacznie się mój ostatni rok w tej szkole. Tyle osiągnąłem... a jeszcze tyle przede mną.





Everybody loves me

Re: Wahadło

on Pon Sie 29, 2016 3:05 pm
Zwykle podczas rozmowy z Lockhartem musiał w końcu przyjść taki moment, w którym trzeba było się zastanowić nad tym, dlaczego właściwie podjęło się tego wyzwania. I Syriusz chyba właśnie na ten moment natrafił. Co prawda doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że w zasadzie mógłby po prostu ponownie odwrócić się i tym razem już rzeczywiście pójść sobie w swoją stronę, jednak... z jakiegoś powodu jeszcze nie chciał tego robić.
I to była dla niego kolejna kompletnie niezrozumiała kwestia.
Przecież mógłby iść i zająć się czymkolwiek. Miganiem się od nauki na przykład. Mógłby poszukać sobie innego towarzystwa... A tymczasem wciąż tkwił tutaj i starał się ogarnąć, co właściwie roiło się pod tą układaną godzinami fryzurą.
- Tak właściwie, to dalej nie miałeś okazji tego udowodnić w żaden sposób - nawet nie chciało mu się tłumaczyć, że nie, jego poprzedniej wypowiedzi nie powinno się odczytywać wprost. Głównie przez to, że wychodził z założenia, że nawet średnio rozgarnięty górski troll powinien usłyszeć kpinę w tamtym zdaniu. Każdy by ją usłyszał.
Ale nie Gilderoy.
Jeżeli zaś chodziło o kolejną wypowiedź Krukona... No tak, w tym właśnie momencie Syriusz był już naprawdę bardzo bliski poddania się. Nawet nie próbował jakkolwiek skupiać się na wywodzie Lockharta, wyłapując coś na temat przemijania, odrobinę bla, bla, bla, fragment o konfiskowaniu ich rzeczy, a później jeszcze trochę bla. Nic dziwnego, że przez dłuższą chwilę po prostu patrzył na Krukona klasycznym spojrzeniem jak na idiotę, przez moment walcząc ze sobą, żeby przypadkiem nie pociągnąć tej dyskusji dalej. Nie. To nie miało sensu. Najmniejszego. W tym właśnie momencie powinien zostawić Lockharta tutaj i samemu przenieść się gdzieś z dala od niego. Tak byłoby zdecydowanie lepiej i niewątpliwie to właśnie Syriusz by zrobił, gdyby w kolejnej chwili nie uzyskał przy okazji odpowiedzi na swoje pytanie.
A pomyśleć, że faktycznie miał już ochotę odpuścić...
- Ty tak na poważnie? - wolał się upewnić, na to rzekomo stanowcze spojrzenie prefekta naczelnego odpowiadając nieskrywanym rozbawieniem. - Konsekwencje, mogące pojawić się później? Serio? I w dodatku podobno mnie upominasz, świetnie. W takim razie powinieneś wiedzieć, że teraz już z całą pewnością wybiorę się do Filcha. Właściwie już się tam wybieram. I bardzo szczerze wątpię, żebyś mógł coś z tym zrobić.
Bo co miał zamiar zrobić? Dać mu szlaban? Spróbować zatrzymać go w jakikolwiek inny sposób? Nie, naprawdę kompletnie Syriusz nie wierzył w to, że Gilderoy mógłby zdziałać tutaj cokolwiek. Fakt, że mógł to być po prostu popis zbytniej pewności siebie, jednak... Niestety, nigdy do tej pory podobne upomnienia nijak na niego nie działały. To znaczy... działały. Przynosiły skutek odwrotny do zamierzonego, bo przecież nie od dziś wiadomo było, że zabraniając czegoś Blackowi, najłatwiej było go do tego nakłonić. Jak teraz - jeszcze do niedawna szczerze wątpił, czy sam poszedłby do gabinetu woźnego, skoro nie udało mu się do tego nakłonić Krukona. Teraz jednak był absolutnie pewien, że to zrobi.


I solemnly swear that I am up to no good.

Sponsored content

Re: Wahadło

Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach