Share
Go down

Mała sala

on Pon Wrz 02, 2013 1:14 pm
Mała sala
Niewielkie, owalne pomieszczenie z okrągłym stołem i przestrzenią w środku. Przy ścianie idą schody na półpiętro, gdzie znajdują się instrumenty muzyczne. Przez sufit docierają stłumione odgłosy z sowiarnii, a w oknach widać przemykające ptaki. Gromadzą się tutaj uczniowie, aby mile spędzić czas na zajęciach pozalekcyjnych. I nie tylko...

Re: Mała sala

on Pią Sty 03, 2014 8:31 pm
/ Wileka Sala

Żałowała, że jest tak zimno, a jej ciepłe ubrania zostały w dormitorium. Wybrałaby się teraz na błonia. Tęskniła za latem, słońcem i poczuciem całkowitej wolności.
Ich spacer obejmował korytarze Hogwartu. Nie był długi, a w rezultacie dotarli do dawno nieużywanej sali. Alex powoli weszła do środka i przysiadła na okrągłym stole. Wydawało jej się, że to miejsce w szczególności było przesiąknięte magią. Nie dochodziły tu żadne dźwięki, poza cichym pohukiwaniem sów z sowiarni.
Alex nie przeszkadzał delikatny zapach wilgoci i kurzu. Nie zwracała uwagi nawet na chłód murów, od którego dostawała gęsiej skórki. Patrzyła przez okno, zauroczona przepięknym widokiem. Śnieg delikatnie prószył, pokrywając błonia i Zakazany Las cienką warstwą białego puchu. Jezioro nie zamarzało, a błękitnooka zastanowiła się przez moment, czy jeśli pokryje je lód, to będzie na tyle bezpiecznie, żeby pojeździć na łyżwach.
- Będę tęsknić za tym widokiem.- westchnęła smutno, uświadamiając sobie, że niedługo opuści szkołę.- No i może jeszcze za ludźmi.- dodała, spoglądając na Arsena i uśmiechając się delikatnie.
Chwilę potem jej uśmiech znikł, a zastąpiła go obawa. Tam, poza Hogwartem będzie zdana na siebie. Widziała co się dzieje. Obserwowała jak świat, razem ze śniegiem, spowija mrok. Ministerstwo nic nie robiło. Dawało Voldemortowi pole do popisu, pozwalając aby ginęli ludzie.
Nie potrafiła ukryć tego, że zaczynała się bać. Była przecież jedną z tych, którzy zginą jako pierwsi.



I'm a survivor

The author of this message was banned from the forum - See the message

Re: Mała sala

on Sob Sty 04, 2014 12:02 am
Zawahała się, zaskoczona jego pewnością siebie. Nie potrafiła tańczyć, więc nigdy wcześniej tego nie robiła. Zawsze udawało jej się uniknąć wyjścia na parkiet. Zazwyczaj wymówką była nagła potrzeba udania się do toalety. Jednak teraz nie było ucieczki. Zadrżała delikatnie, kiedy ją do siebie przyciągną. Była tak blisko niego... A przecież dopiero się poznali. Oczywiście doskonale się dogadywali. Nie nudziła się przy nim. Wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że ją rozumiał. Połączyło ich coś, co stawało się coraz mocniejsze. No i tylko tańczyli, prawda? Nie robili nic niewłaściwego.
Pozwoliła się poprowadzić i nawet szło jej nieźle, dopóki nie nadepnęła mu na stopę.
- Przepraszam.- pisnęła spłoszona.- Ja... Ja nie potrafię, przepraszam.- odsunęła się odrobinę, czując, jak jej policzki się rumienią.
Nie puściła jego dłoni, ale spuściła wzrok. Było jej trochę wstyd, ale zwyczajnie nie nadawała się do tańca. Oczywiście uważała, że te wszystkie wirujące pary w pięknych strojach, podczas bali wyglądają niesamowicie. Podziwiała ludzi, którzy potrafią tańczyć. Poruszali się z taką lekkością. Arsen taki był. Czegokolwiek by nie robił, wyglądał zawsze tak zgrabnie i dostojnie.
Alex pamiętała jak ciotka patrzyła na nią zawiedziona, że błękitnooka nie jest taka jak inne dzieciaki z tych szanowanych rodów. White zawsze się buntowała, a zostanie pod opieką znienawidzonej krewnej było dla niej końcem świata. Nie wspominając już o Nathanielu, który wciąż na nią skarżył. Niezależnie czy chodziło o to, że Alex wspinała się na drzewo w nowej sukience, czy o to, że wymknęła się z domu podczas jednego z przyjęć, aby poćwiczyć latanie na miotle.
Założyła niesforny lok za ucho, przygryzając dolną wargę. Co miała zrobić? Przecież tylko się przed nim skompromituje. Zerknęła na niego nieśmiało, nie wiedząc co jeszcze miałaby powiedzieć.
Taniec ze mną to samobójstwo Arsen. A naprawdę szkoda by było kogoś takiego jak ty.- pomyślała, ale nie wypowiedziała tego na głos. Nie śmiała by.



I'm a survivor

The author of this message was banned from the forum - See the message

Re: Mała sala

on Pon Sty 13, 2014 6:48 pm
Wciąż czuła się niepewna i niezdecydowana. Arsen był dla niej bardzo miły i jeszcze ta róża, ale... To było dla niej coś nowego, a ona zawsze do rzeczy nieznanych, podchodziła z dystansem. Tak było i tym razem. Zwyczajnie trudno było ją zauroczyć. Kwiatek- spoko, taniec- dzięki za lekcje, szarmanckie zachowanie- jesteś naprawdę świetnym facetem! Zwyczajnie bała się zrobić krok na przód w swoim perfekcyjnym, ułożonym życiu. A dopuszczenie do siebie jakiegoś chłopaka, było ogromnym krokiem. Dlatego, jak to często bywa w takich sytuacjach, stchórzyła, robiąc dwa kroki w tył.
Uśmiechnęła się, wyplątując zwinnie z jego ramion i wąchając różę. Pachniała ślicznie. Tak słodko.
- Muszę już iść. Dzięki za... za wszystko.- powiedziała, odrobinkę speszona. Zgarnęła loki na prawe ramię i skierowała się do wyjścia.- Do zobaczenia.- rzuciła na odchodnym, racząc go jeszcze ostatnim spojrzeniem. niebieskich tęczówek. Potem zniknęła za drzwiami.

[z/t]



I'm a survivor

Re: Mała sala

on Wto Paź 07, 2014 6:39 pm
Zdawało się, że samotne krążenie po zamku weszło jej już w nawyk. Nie, żeby jakoś za tym przepadała - z reguły była dość leniwa i wolała spędzać czas w jednym miejscu, nie musząc się z niego nigdzie ruszać. Dlatego też pewnie w zwyczajnych okolicznościach swój czas wolny spędzałaby w dormitorium, ale, no właśnie... niestety dzieliła je z innymi dziewczętami z VII rocznika, tak więc praktycznie nigdy nie zostałaby w nim sam na sam ze sobą. To nie tak, że nie lubiła Lily, Dorcas czy Erin, nie - uważała je za całkiem sympatyczne, ale niestety nie odczuwała wobec nich żadnej głębszej więzi. Ot, zwykła szkolna, koleżeńska znajomość, nic poza tym. A niestety była personą, która potrzebowała dość sporej przestrzeni osobistej. Zwłaszcza teraz, kiedy...
April miała problem. Oh, i to jaki problem..!
Problem sama ze sobą.
Ostatnio spostrzegła, jak bardzo problematyczną była osobą. Uwydatniało się to coraz mocniej dzień za dniem, kiedy zaciskała zęby, nie chcąc ukazać innym swej słabości, gdy mijała ludzi na korytarzu bez słowa, doskonale wiedząc, że ich rozmowy nagle ucichają na jej widok.
Lekko uniosła lewą rękę i, rozluźniając wcześniej mocno zaciśniętą pięść, odwinęła rękaw bluzki. Po ranie została już tylko blizna, blizna, która - mimo, że z pozoru wydawała się być tylko malutkim znamieniem - dla niej wyznaczała drogę, którą w pewnym momencie postanowiła wybrać, lecz została z niej wyciągnięta siłą.
Nie do końca wyraźna twarz Caroline rozjaśniała jej przed oczami.
Dlaczego po prostu nie mogła wypełnić swej pustki, otwierając się przed kimś, mówiąc wszystko to, co leżało jej na sercu? Dlaczego przełamanie się było tak cholernie trudne?
Wiecie, brakowało jej czegoś, czego dotąd nigdy nie było jej brak, ba!, czego zawsze miała aż w nadmiarze.
Zawsze lubiła chwalić się przed samą sobą swą niezależnością, szczycić się uniezależnieniem od innych. Tak, była przecież taka dumna i sprytna, tak mocno umiała radzić sobie ze swoimi problemami! Jako jedna z pierwszych osób ze swego rocznika mieszkała we własnym mieszkaniu, prowadziła odpowiedzialne, DOROSŁE życie..!
Tak, w cholerę dorosłe. Szkoda tylko, że nie umiała w porę otrząsnąć się z marazmu.
Zacisnęła palce na brzegu okrągłego stołu, na którym przesiadywała. Jej lekko zgarbiona sylwetka rzucała podły cień na kamienną, chłodną posadzkę z wyraźnie zaakcentowanym fragmentem papierosa wystającym spomiędzy jej zaciśniętych warg. Była otulona dość grubym, czarnym płaszczem, lekko opadającym na jej plecy. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak nieco zagubiony wędrowiec w formie nie potrafiącego sobie poradzić z czymś dziecka, któremu nieco za szybko zaczęła odbijać się dorosłość.


A. R.

Re: Mała sala

on Wto Paź 07, 2014 7:48 pm
Czy zawsze wszystko musi spadać na głowę falami? Czasem, zatrzymuje się i rozmyślam na temat egzystencji. Nigdy nie sa to dobre wnioski. Często zdaję sobie sprawę, że gdyby nie te "fale" marazmu i ogólnego spierdolenia, to przyszłoby mi żyć w ciągłym, choć lżejszym, smutku. A nikt o zdrowych zmysłach nie wytrzymałby ciągłego spadku humoru, tylko dlatego. Tylko dlatego, że inaczej by się nie dało. Czuję się samotny. Tak okropnie samotny, wśród wirujących liści nad moją głową. Stoję na środku chodnika donikąd, pośród ludzi zmierzających w tym kierunku. Chciałbym pójść za nimi, ale tylko ja wiem, dokąd prowadzi ta ścieżka. Idą jeden za drugim, choć nie zdają sobie z tego sprawy, podążają w owczym pędzie wyścigu szczurów, bo w końcu wszyscy jesteśmy tylko zwierzętami. Istotami stadnymi, które do dalszej egzystencji potrzebują drugiej duszy przy ramieniu. Nie ważne, że jest to była, która zniszczyła mi życie. Nie ważne, że jest to fałszywy przyjaciel, który wbije Ci nóż w plecy z uśmiechem. Nie ważne, że jest to psychopatyczna suka, która niszczy wszystko i wszystkich, a w rzeczywistości potrzebuje przytulenia. Pocieszenia. Słów, tych ciepłych, które jak melasa spłyną na jej strawioną samotnością duszę. Ty jesteś tym człowiekiem drogi Czytelniku, nie pozwól sobie na niewiedzę. Na ślepe podążanie za innymi, bo możesz nie zauważyć mnie, stojącego na środku, zmarzniętego i wykluczonego. Nie pasującego do schematu, zagubionego. Możesz się nie zatrzymać, ale uświadom sobie dokąd prowadzi popękany chodnik.
Ten doprowadził go do opuszczonej sali rekreacyjnej w której lubił palić i zatapiać smutki w whiskey. Przekroczył jej próg z uczuciem, że nie będzie tutaj sam. Znajdzie tutaj kogoś z kim będzie mógł porozmawiać, kogoś kto także stał na tym chodniku, choć w innym miejscu, dalej, gdzieś gdzie jego wzrok nie mógł sięgnąć ponad tłumem. Siedziała tam, jak zawsze piękna, choć cuchnąca rozkładem kostucha dyszała w jej zgarbione plecy. Piękna mimo ciężaru cierpienia, jaki spoczywał na jej zapadniętych ramionach. Powalająca, mimo wszystko, a może właśnie przez to. Aura zepsucia biła z jej ciała, rozkład następował powoli, rozpoczął się od najdelikatniejszej części ludzkiej istoty. Od jej duszy, która obumierała, nie mogąc złapać tchu. Chłopak przysiadł się do dziewczyny. Ujął delikatnie jej dłoń nie pozwalając sobie na przyjęcie odmowy. Wiódł palcami po szramie na jej przedramieniu, pamiątce po czymś z czego nie była dumna. Pamiątce po czymś do czego ją zmuszono. Nikt nie mówił, że chodnik nie ma dziur, ale pamiętaj drogi Czytelniku. Jest wiele dróg. Niektóre wyboiste, niektóre wydeptane, a niektóre dziewicze i niezbadane. Pomyśl, zanim wybierzesz swoją.
Uniósł złoto tęczówek i zawiesił je na jej ustach, wykrzywionych trwale w beznadziejnym grymasie.
- Cześć, April.
Uśmiechnął się, a jego uśmiech okazał się szczery, choć przepełniony bólem i rozpaczą. Łzy zamigotały na chwilę w kącikach jego oczu, jednak te zniknęły pod naporem troskliwego, uśmiechniętego spojrzenia.


Madness as you know is a lot like gravity.
All it takes is a little push.
"(...) ale czy to naprawdę była rzeczywista prawda?" ~ Caroline Rockers, 2014
"Odważny Ślizgon.
Sprytna Gryfonka."
~April Ryan, 2014

Re: Mała sala

on Wto Paź 07, 2014 8:36 pm
Ostrze kosy stykało się z jej lekko wychylającym się spod skóry kręgosłupem, muskało go delikatnie, wciąż dając o sobie znać. Wiecie, Śmierć nigdy nie staje przed swoim wybrankiem. Ona zawsze podąża tuż za nim, zawsze chwyta go od tyłu, często robiąc to w sposób nieprzewidywalny. Wiecie, dlaczego? Bo ludzie zwykle chcą jej uniknąć. Biegną przed siebie, tonąc w pajęczynie kłamstw, zatapiając w nie nie tylko samych siebie, ale i swych najbliższych. Styczność ze Śmiercią to dla nich coś, co trzeba odwlec jak najdalej. Mało kto jej się nie boi.
Ryan uśmiechnęła się kpiąco, czując jej odór, jej śmiercionośny zapach wyrywający nozdrza ze stanu bierności. Śmierć ze satysfakcją uświadamiała ją o swej obecności, wskazywała na to, jak bardzo blisko jej się znajduje, umożliwiała jej poznanie zapowiedzi odoru jej własnego, skostniałego ciała leżącego w ciasnej trumnie w niedalekiej przyszłości. Śmierć do samego końca myślała, że ma nad nią jakąkolwiek władzę. Bo i owszem, miała.
Przez chwilę.
Przez tą drobną, niewielką chwilę, kiedy czarnowłosa znajdowała się na cienkiej granicy między teraźniejszością, a zdobyciem szczęścia. Do dziś pamiętała głos wołającego ją wtedy Jamesa. Do dziś pamiętała jego wychylającą się w jej kierunku dłoń, jego cichy, dźwięczny głos, namawiający jej imię.
Gdyby za nim podążyła, Śmierć nie musiałaby dziś stać za nią.
Chłód pomieszczenia uderzał w jej lekko zaczerwienione policzki, w jej długie, chude palce i stopy. Zauważyła go jednak dopiero wtedy, kiedy poczuła dotyk, dotyk, który w porozumieniu z jej zimną skórą wywołał ogromne dreszcze na jej ciele.
Uniosła wzrok, widząc znajomą sobie twarz. Znowu spotykali się w odosobnieniu, znowu w pustej sali, unikając wszystkich ludzi, unikając rzeczywistości, unikając świata, unikając problemów. Unikając siebie.
Pozwoliła mu na to. Pozwoliła, mimo, że błądził palcami po czymś, czego nie potrafiła w sobie znieść, czym gardziła i odpychała od siebie jak najdalej; mimo, że odkrył jej cielesną tajemnicę, którą skrywała przed całym światem. Ludzie gadali, mówili, plotkowali, ale jeszcze nikt nie ujrzał tego wspomnienia wyrysowanego na jej ciele wprost. Nikt nie był na tyle odważny.
Patrzył na nią w sposób niezwykle troskliwy, przejmujący i szczery. Badał ją do ostatniego momentu. Chciał coś przez to osiągnąć? Nie wiem, ale udało mu się jedno - wzbudził w niej zaufanie.
- Może Ty też nadałbyś się do Gryffindoru, co, Shane..? Byłbyś odważny na tyle, aby zrobić coś takiego..? - posłała mu delikatny, nieokreślony uśmiech. Nie wiadomo było, co tak naprawdę krył i czego można było się po nim spodziewać.
Lekko zgięła palce poranionej ręki, nie wypuszczając jej jednak z jego uchwytu.
- Ręce też można stopić, w bólu ogrzać krwią.
W tej wstrząsającej nie-intymności słów - pogwałcone nadgarstki i palce.
Za jutro i za wczoraj, za pokusę przyciągania
gest wzruszonych ramion, jeżeli na świecie jest tak zimno
jeżeli jest - w ogóle.
Teraz cisza, bo życia się boisz, a wargi zbyt spuchnięte by łkać.
To życie napadło na nas jak morderca, po cichu i szeptem
dopóki jesteś - możesz nie zauważyć.
Listopadowe dni, a ja muszę zrzucić liście - smutne przedmioty piękna.
Od zawsze myliliśmy nadwrażliwość z narzekaniem kochanków
i w ustach masz bańki zamknięte z drobinką słońca
i ani kropli w płucach rozumienia, gdy krztuszę się
płytą chodnikową, w alejce parku
masz mnie - w myśli ręce gołe
noce obrane ze wstydu - a ja, a ja jak cierń
ciemny od szczęścia.


A. R.

Re: Mała sala

on Wto Paź 07, 2014 9:05 pm
Trzask pękających kości pod naciskiem kosy dudniał przepowiednią w jego głowie. April, Śmierć to nie tylko umieranie. Śmierć to koniec, tak życia jak i wszystkiego na tym świecie. To odejście w niebyt, emocjonalne, cielesne, ale i duchowe. Najłatwiej jest zniknąć, poderżnąć żyły i krwawić, leżąc na kamiennej posadzce Hogwartu. Najprościej jest uciec od swoich problemów, nie stawiając im czoła. Tak jest łatwiej i zaufaj mi, ja Cię rozumiem. Porzucić wszystko i wszystkich, mając tylko mglistą nadzieję, tę jedną ostatnią, gdy sznur zaciska się pętlą na Twojej szyi, że wszystko to się wreszcie skończy. Nadejdzie długo oczekiwana ulga, której nie można zaznać bez środków zaradczych, w postaci słodkiego dotyku noża na przedramieniu. Ta ostatnia fala, która zalewa Twój umysł, oczyszczając Cię ze wszelkich brudów i naleciałości całego życia, które wraz z nimi odchodzi w niebyt.
Trudniej jednak zabić swoje własne problemy. One na pozór nieśmiertelne, gnieżdżą się gdzieś z tyłu czaszki, najpierw trąc i doprowadzając do frustracji, aby przewiercać ją na wylot każdym słowem i gestem. Nie liczą się wtedy ludzie, którzy Cię otaczają, nie liczą się szczęśliwe chwile, które każdy z nas przeżył, w większej lub mniejszej ilości. Większość nas tutaj zebranych w mniejszej, ale to nie istotne.
Uścisnął jej szczupłe palce, sunąc swoimi o wnętrze jej dłoni. Przysunął się do niej bliżej, choć dzielący ich dystans pokonali oboje, gdy przyciągnął pokaleczoną rękę do swojej piersi, składając ją tam w geście bezbronności.
- Co tak naprawdę Cię dręczy, moja mała? Bo to nie odwaga, a głupota.
Ciepło jego spojrzenia wędrowało od jej czerwonych ust, po linie obojczyków, by powrócić do jej oczu. Tych dwóch zmęczonych zwierciadeł duszy, która poraniona i udręczona, leżała na dnie ich oceanu. Wysunął z jej kącika warg papierosa, który tlił się jeszcze niewypalonym dotąd żarem. Smętna karykatura, która dopalała się sama, zapomniana przez właścicielkę. Wsunął go do swoich ust i zaciągnął się gryzącym dymem, pozwalając by wypełnił on przestrzeń między nimi. Dał jej chwilę do namysłu, gdy mlecznobiała kurtyna uniosła się ku górze, oddzielając ich od siebie, jednocześnie pozostawiając razem.
Najłatwiej jest uciekać od swoich problemów. Zostawiać je na potem, by zmierzyć się z nimi jutro. Jutro jednak nigdy nie nadchodzi, czas nieubłaganie ucieka, topnieje we wciąż ciepłych od krwi palcach. Umykają chwilę, które można było przeżyć. Te dobre, ale i te złe, bo życie nie składa się tylko z pozytywnych uczuć. Jednak, gdy pozwolisz by z własnej woli czas jak krew wypływał z Twoich żył, przesączał się pomiędzy zdrętwiałymi dłońmi, kapał na podłogę, nigdy już go nie odzyskasz. Nieuchronnie stracisz szansę na bycie szczęśliwą.


Madness as you know is a lot like gravity.
All it takes is a little push.
"(...) ale czy to naprawdę była rzeczywista prawda?" ~ Caroline Rockers, 2014
"Odważny Ślizgon.
Sprytna Gryfonka."
~April Ryan, 2014

Re: Mała sala

on Czw Paź 09, 2014 4:29 pm
Czułaś się pusta w tej masie różnych ludzi, czułaś się nikim ważnym, wręcz wadzącym wszystkim wokół. Nie chciałaś uczestniczyć w tej grze, a mimo to spektakl udawanych emocji i zakładanych masek i tak nawiedzał Cię dzień za dniem. I mimo, że pragnęłaś uwolnić się od fałszu i formy, w jaką przyszło Ci wejść, nie potrafiłaś tego zrobić.
Kim byś była, jeśli nie tą małą, marną April Ryan, tą Gryfonką, która postanowiła odebrać sobie życie w niedalekiej przeszłości? Tak, właśnie tak i tylko i wyłącznie tak widziano Cię wokół. Nikt nawet nie spróbował poznać Cię nieco bardziej, nikt nawet nie pokwapił się o jakikolwiek kontakt z Tobą. Dla nich wszystkich równie dobrze mogłaś nie istnieć. I nikogo nie obchodził fakt, jak było w rzeczywistości - przecież najłatwiej było im po prostu dokleić Ci konkretną etykietę, uprzedmiotowić, zamienić w coś, co da się jednoznacznie określić. Ciągle te same obce spojrzenia, te zgryźliwe komentarze, które jednak ukrywane były za pomocą ściszanych głosów rozmów. Czy oni wszyscy naprawdę myśleli, że byłaś aż tak głupia? Jak to jest, że każdy zawsze uważa siebie samego za wielkiego znawcę, a każdego innego skreśla już niemal na samym początku, nawet dobrze nie poznając tej osoby..?
Codziennie rozglądałaś się z uwagą, stwierdzając, że wokół było pełno ludzi, lecz ani jednego człowieka.
Chciała umieć powiedzieć, że tak naprawdę to jej to w ogóle nie obchodzi, uwierzcie mi, naprawdę tego chciała. Problem jednak polegał na tym, że nie była w stanie.
Bo nie było to możliwe.
Kiedy wysunął z jej ust papierosa, uśmiechnęła się lekko, choć niejednoznacznie.
- Wiesz, Shane, podcinanie sobie żył rozbitym lustrem tak naprawdę niewiele różni się od palenia. To i to kończy się śmiercią. Różnica leży tylko i wyłącznie w tym, w jakim czasie się to stanie.
Tak, Śmierć wciąż za nimi stała, wciąż patrzyła na to, co robią i jak szybko pragną udać się w jej objęcia. Szczególnie zapewniała ich o swej obecności kiedy wypuszczali z ust każdy, nawet najdrobniejszy fragment dymu. Wpijała się w ich płuca, wygryzała z ich ciał życie, napawała się każdą, nawet najdrobniejszą komórką ich marnych organizmów. Wydawała się z nich drwić i jednocześnie hołdować ich głupocie - przecież dzięki ich czynom mogła zyskać kolejne ofiary...
- Tak więc przykro mi, ale jesteś tak samo samobójcą, jak i ja.
Ślizgon wciąż stopniowo zmniejszał dystans między nimi. Nawet nie zauważyła, kiedy znalazł się tuż obok, snując opuszkami palców po wnętrzu jej zranionej dłoni. Nie spojrzała na niego - lubiła kryć się za swymi czarnymi włosami, czując się wtedy w choć drobnym stopniu oddzielona od przytłaczającego ją świata. Mimo to, delikatnie oparła się głową o jego ramię, patrząc gdzieś przed siebie. Zastanawiała się, co mu odpowiedzieć - poczuła bowiem nagle niewyobrażalną ochotę wygadania się Shane'owi. Z resztą, był chyba jedyną osobą, którą mogłaby do tego wykorzystać.
- Czuję się samotna. Czuję się opuszczona. Czuję się beznadziejnie. Straciłam najważniejszą dla siebie osobę. Teraz... nie mam na tym świecie kompletnie nikogo. Pozostałam sama jak palec. Wiesz, zawsze napawałam się samotnością, uważałam ją za coś, co przynosiło mi ukojenie - lubiłam spędzać czas sam na sam, malując obrazy, czytając książki czy, po prostu, zastanawiając się nad czymś... wszystkich ludzi zawsze uważałam jako nic nie warte jednostki, które tylko wiecznie plątały mi się pod nogami. Ale mimo tej udawanej samotności, wciąż nosiłam w sobie świadomość, że istnieje On, James, osoba, do której zawsze mogłam się zwrócić, zawsze napisać, zawsze poprosić o pomoc. I nawet, jak akurat o nim nie myślałam, to on i tak znajdował się obok. Czułam jego obecność. A teraz... teraz pozostała tylko pustka. Kiedy zamierzam namalować obraz z mej głowy niemal natychmiast uciekają wszelkie myśli, pomysły i inspiracje. Z resztą, nawet jeśli spróbowałabym coś namalować, to nie umiem - nie potrafię utrzymać pędzla. Czuję się słaba i pusta, czuję niemożność zrobienia czegokolwiek. Jestem po prostu przytłoczona tym wszystkim... i nie potrafię sobie ze sobą poradzić.


A. R.

Re: Mała sala

on Czw Paź 09, 2014 8:35 pm
Wpatrywał się w jej oczy, niewidzącym wzrokiem, który był gdzieś daleko poza nią. Tak naprawdę chłopak nie tyle patrzył na nią, co na Śmierć, dyszącą nad obojgiem, przeciągającą kosą wzdłuż ścian pustej sali. Trzask mebli, szum sypiącego się ze ścian tynku i kamienia, który topniał pod naporem nieśmiertelnego ostrza. Czy wiecie, że w niektórych wsiach wciąż odbywają się kusaki? Rytualne ścięcie samej Śmierci, poprzedzone sprawiedliwym wyrokiem. Sądzicie, że Śmierć można zabić? Gdyby przyjąć, że Śmierć, to tak naprawdę Kosiarz - Żniwiarz na usługach nie materialnej Śmierci - to czy możliwym byłoby jej oszukanie i życie wieczne? A może to tylko złudzenie i zabijamy sami siebie, poprzez zaniedbanie? Najbardziej nieświadoma forma samobójstwa.
Jego spojrzenie wyostrzyło się, na powrót złote tęczówki badały jej własne.
- Wszyscy kiedyś umrzemy. Wcześniej... - zawiesił głos, spoglądając na jej nadgarstek. - ... lub później.
Dym tytoniowy wypełnił jego płuca, paląc żarły jak kwas, niszcząc każdą zdrową komórkę w jego ciele. Po kolei, jak na egzekucji szara mgła ostrzeliwała wiernych żołnierzy jego ciała, pozwalając by ich truchła gniły w jego żyłach. Przytulił ją do swojego ramienia, gładząc czarne włosy.
- Najłatwiej jest być samemu, gdy ma się kogoś blisko. To nie jest samotność. Prawdziwa samotność zaczyna się, gdy w Twoim życiu nie ma absolutnie nikogo, z kim mogłabyś zamienić kilka ciepłych słów. Odetchnąć od natrętnych myśli pulsujących pod czaszką każdego wieczora. Zapalić, napić się. Zapomnieć o wszystkim co Cię dręczy, wypala od środka. Kiedy wiesz, że w pobliżu nie będzie nikogo kogo obeszłaby Twoja śmierć.
Kolejna inhalacja, a setki komórek popełniło zbiorowe seppuku.
- ... nikogo kto by zapłakał nad Twoim grobem. Kto przyniósł by znicz w każdy piątek po zajęciach. To jest prawdziwa samotność. Ale Ty nadal masz mnie, a ja nadal mam Ciebie. To zawsze jakiś plus, prawda?
Uśmiechnął się do niej smutno, a niedopałek pofrunął w powietrzu, bezdźwięcznie uderzając o ciemną szybę. Resztki żaru dopalały się na parapecie, jak smutna karykatura średniowiecznego stosu. Wydobył z kurtki paczkę papierosów, zębami wyciągając kolejny pocisk o smolistym płaszczu i długim torze lotu. Płomień jego zapalniczki na chwilę rozświetlił martwe oczy, okna od dawna wychodzące na opuszczone podwórko. Źrenice, które z dnia na dzień bardziej przypominały gadzie, zwęziły się pod wpływem światła. Przymknął delikatnie powieki, zaciągając się Huff&Puffami. Ciężki, piżmowy zapach wypełniał wolną między nimi powierzchnie, gdy jego myśli błądziły w tej dalekiej części umysłu. Tej opuszczonej ludzkiej stronie jego podświadomości. Wysunął papierosa z ust i wsunął go w jej wargi.


Madness as you know is a lot like gravity.
All it takes is a little push.
"(...) ale czy to naprawdę była rzeczywista prawda?" ~ Caroline Rockers, 2014
"Odważny Ślizgon.
Sprytna Gryfonka."
~April Ryan, 2014

Re: Mała sala

on Nie Paź 12, 2014 7:34 pm
Opierała się o jego ramię zupełnie tak, jakby w ten sposób mogła sobie ulżyć, jakby w ten sposób było jej łatwiej udźwignąć narastające emocje. Ta fizyczność jednak w żaden sposób jej nie pomogła - wiecie, wydaje mi się, że czasem wraz z wiekiem coraz bardziej zaczynamy traktować ludzki dotyk jako coś, co jest tak bardzo powszechne, że aż przestajemy czerpać z niego to, co najlepsze. To nie były te czasy, kiedy jako sześciolatka mogła przybiec do swej matki i wtulić się w nią, kiedy czuła się źle; to nie były te czasy, kiedy za pomocą czyjejś cielesności odczuwała ukojenie i radość, nie. Jej wewnętrzny spokój przyniosły dopiero słowa, które wypłynęły z ust Collins'a.
Uniosła na niego swe błękitne spojrzenie - intensywna barwa nieba wręcz wylała się z jej oczu, wydobywając się w tak nagły sposób, jakby nie mogła tego zrobić latami, więziona pod wpływem strachu i bólu. Ten czarujący odcień ukazał Ślizgonowi coś, czego ostatnio tak mocno brakowało w życiu Ryan:
Nadzieję.
- Dziękuję Ci, Shane. Dziękuję, że jesteś.
Uniósł papierosa, zaciągając się nim mocno. Intensywna piżmowa woń uderzyła w jej nozdrza, sprawiając, że ożywiła się nieco i spojrzała na to, co robił - kiedy wyciągnął fajkę ze swych ust i wsunął ją między jej, lekko przytrzymała ją wargami i spojrzała na niego wymownie.
- Czy to przypadkiem nie nazywa się pośrednim pocałunkiem?
Przy tym uśmiechnęła się w taki sposób, w jaki z pewnością nie potrafiłby tego zrobić człowiek, którego ostatnio spotkała wielka tragedia.
To niesamowite, jak bardzo ludzka serdeczność potrafi zmienić bieg historii.
Podniosła się i stanęła przed nim. Była blisko - dość blisko, by mógł poczuć nie tylko zapach papierosów, ale i jej własną, charakterystyczną woń - woń bzów. Patrzyła na niego z lekkim uśmiechem, z wyrazem, za którym stanowczo coś się kryło... podziękowanie? Ulga? A może...
Wyciągnęła papierosa z ust, przetrzymując go między palcami i nachyliła się nad Ślizgonem nieco. Skierowała w stronę jego policzka swą wolną dłoń i pogładziła go delikatnie.
Opuszki palców ledwo co muskały jego arystokratyczną skórę, zupełnie tak, jakby tylko jakimś nieco bardziej śmiałym ruchem mogły zrujnować całą wspaniałą budowlę w postaci młodego mężczyzny. Była przecież tylko brudną mugolką - szlama odważyła się tknąć, naruszyć prywatność przedstawiciela szlachetnego rodu, w którego żyłach płynęła błękitna krew. Wiedziała o tym, lecz i tak brnęła w to dalej - zniżyła go do swego poziomu, do poziomu nic niewartej brudaski, kogoś, kim powinien się brzydzić, a nie jeszcze się spoufalać. Badała go, mierzyła niemal każdy milimetr jego ciała, aż w końcu dotarła do jego podbródka. Uniosła go delikatnie, zmuszając Shane'a do spojrzenia w jej oczy i przybliżyła się do niego na odległość zaledwie paru centymetrów. A wtedy...
Wtedy nastąpiła pauza.
Jej tęczówki zabłysnęły czymś nieodgadniętym, czymś, co w parze z jej uśmiechem tworzyło masę niejasności. Trwała tak przez dłuższy czas, grając główną rolę w tym krótkim spektaklu, nie pozwalając, aby wyrwał się z uścisku jej chłodnej dłoni. Lustrowała go spojrzeniem, przelewając na niego swe zrealizowane pragnienie spokoju - wiedziała bowiem, że nie tylko ona go tu potrzebowała. Oboje byli zagubieni, oboje ciężko radzili sobie ze swoimi słabościami - z tym, że ona pozwoliła sobie pomóc, a Shane... cóż, Shane niekoniecznie.
- A co z Tobą..? Gdzie umieściłeś swoje cierpienie, drogi Shane..? - wyszeptała cicho, delikatnie gładząc ślad jego kości policzkowej. Była blisko, bardzo blisko - nie mógł jej teraz uciec, nie mógł jej w żaden sposób oszukać, nawet, jakby chciał. Mogła z niego czytać, nie chcąc pozwolić mu na jakikolwiek blef. Nie tym razem, nie w tej sytuacji, nie teraz.


A. R.

Re: Mała sala

on Nie Paź 12, 2014 8:16 pm
Niebezpieczne prowadzisz życie, śliczna Gryfonko. Przydzielenie Cię do tego domu, nie może spoczywać w dłoniach Przypadku, zdecydowanie leży po stronie dawno spisanego Losu, który obciążył Twoje barki jak Śmierć swoją kosą. Czy naprawdę uważasz, panno Ryan, że Twój dotyk, ten gwałt na przestrzeni młodego Collinsa, obędzie się bez reperkusji? Czy naprawdę wierzysz, że nie czekają Cię żadne konsekwencje Twojego postępowania, bez znaczenia jakiej natury by one nie były?
Wydaję mi się, że nie doceniasz młodzieńca nad którym się nachylasz.
Jego źrenice, ciemne korytarze żółtych zwierciadeł, rozszerzyły się gwałtownie na dźwięk jej słów. Poczynając od faktu, że nikt nigdy mu za nic nie dziękował - przepraszał, a i owszem - ale nigdy nie był mu prawdziwie wdzięczny, aż po "pośredni pocałunek" - wpatrywał się w nią uważnie, poświęcając jej ustom i błękitowi oczu pełne skupienie. Były nieprawdopodobnie błękitne, jak czyste, letnie niebo - przywodziło na myśl beztroskie wagary na zielonej trawie Błoni. Leżenie i obserwowanie, jak chmury, które dotąd przesłaniały całe światło, znikają za horyzontem, ustępując wszechogarniającej niebieskości. Filuterny uśmiech zagościł na jej wargach, a sylwetka przysunęła się drastycznie w jego kierunku. Kosiarz nie stał dłużej nad jej duszą, gotów do ostatniego ścięcia - teraz spędzał samotny wieczór, gdzieś nad łożem zdychającego puchona.
- Jeżeli tak smakuje pocałunek pośredni, to chyba chce więcej.
Bez, przyjemnie pieścił jego zmysły, otaczał go swoim ciepłym kocem, do którego miał ochotę się przytulić i na chwilę zapomnieć o wszystkim. Jej baczne spojrzenie nie topniało, nie przerażał jej fakt, że znajduję się tak blisko Ślizgona. Człowieka, który torturował, zabijał, gnębił i poniżał - najwyraźniej była zupełnie niewrażliwa na jego aurę, która nosiła pewne brzemię. Popełniła jednak coś, czego nikt dotąd nie zrobił. Przekroczyła twardo strzeżoną granicę, między jego ciepłem, resztkami człowieczeństwa, a bliskością do której nie mógł być i nie był przyzwyczajony. Proszę, nie wyobrażajcie sobie, że był chorym odmieńcem. To nie jest tak, że stronił od dotyku, od najlżejszej pieszczoty. Pragnął jej jak nikt inny, potrzebował jej na poziomie elementarnym. Jednak jak ze wszystkim, tak i z pociągiem fizycznym, można sobie poradzić. Nawet najbardziej pierwotne instynkty można w sobie zdusić. Jej dłoń, chłodna i delikatna, wędrowała po jego policzku, by zatrzymać się na brodzie unosząc ją do góry. Dreszcz, przeniknął go do szpiku kości, zmuszając by zamknął powieki, zacisnął je, odgradzając żółte ślepia gada, od jej czystego, niezmąconego troskami, błękitu. Czuł na swoich wargach jej oddech. Ten nieco przyspieszony rytm, tylko trochę wolniejszy od jego. Chciał się uspokoić. Chciał otworzyć się kompletnie, obnażyć każdą emocję, każdą traumę jakiej uświadczył w swoim stosunkowo krótkim życiu. Chciał by to właśnie ona okazała się ostatecznym powiernikiem jego tajemnic, z których w dużej mierze nie był dumny.
Klik.
Bezpiecznik się przepalił.
Powieki uniosły się powoli. Jego oczy, dotąd opuszczone okna, teraz błyszczały jadowitą żółcią. Świeciły, mieniły, błyskały, jak pierwsze zimowe promienie na śnieżnej pokrywie dachu. Tęczówki topniały z sekundy na sekundę, a błogi spokój zalewał jego ciało, falami odrętwienia. Unosiła jego podbródek, wpatrując się w te oczy.
- Shane'a nie ma.
Pocałował ją, wpijając się w jej ciepłe, miękkie usta.


Madness as you know is a lot like gravity.
All it takes is a little push.
"(...) ale czy to naprawdę była rzeczywista prawda?" ~ Caroline Rockers, 2014
"Odważny Ślizgon.
Sprytna Gryfonka."
~April Ryan, 2014

Re: Mała sala

on Nie Paź 12, 2014 9:10 pm
Sprytny, cwany Ślizgonie - taki przynajmniej powinieneś być z reguły - dlaczego więc nie przewidziałeś jej zamiarów? Była tylko małą, głupią Gryfonką, osobą, która nie bała się podjąć pewnych kroków - mogłeś domyślić się, że będzie próbowała wtargnąć tam, gdzie nie był jeszcze nikt inny. Miała poznać to, co do tej pory ukryte było przed całym światem, miała jako pierwsza ujrzeć skrywaną od wieków tajemnicę. Nikt inny przecież nie odważyłby się wkroczyć na nieznajomy teren; ba, teren, który był niezwykle silnie pilnowany.
Kto inny, jak nie ona? Byliście tutaj sami, zdani na siebie, chcący odkryć swe tajemnice, swe prawdziwe problemy. Chcieliście sobie pomóc, ulżyć sobie wzajemnie, a ta chwila zdawała się być jedyną słuszną chwilą, jedynym momentem, kiedy należało to uczynić. Nie było innego przełamania barier. Musieliście z tego skorzystać - Ty pomogłeś jej, ona chciała pomóc Tobie.
Ale Ty byłeś uparty.
Delikatny, niepozorny uśmiech rozjaśnił jej bladą twarz, twarz, która chwilę potem została zasłonięta przez ulotną kurtynę dymu. Papieros tkwiący pomiędzy jej palcami powoli się dopalał - kurczył się sekunda po sekundzie, zupełnie tak, jakby odmierzał czas do momentu, w którym miało wydarzyć się coś nieuniknionego. Swego rodzaju punkt kulminacyjny ich rozchwianych emocji; coś, na co oboje bardzo czekali - tyle, że każdy z nich w innym stopniu uświadomienia.
Ona jeszcze nie wiedziała co się z nim działo. Przecież nie umiała czytać mu w myślach, nie miała pojęcia, jak bardzo rozchwiała jego psychikę tym jednym, zdaje się, dość zwyczajnym czynem. Ludzki dotyk... ten lub tamten, co to za różnica? Wymienianie uścisków dłoni, niekiedy drobne przytulenia - to wszystko było na porządku dziennym dla normalnego, społecznego człowieka...
Ha! Tu był ten problem.
Żaden z nich nie był normalny.
Widzisz, Shane, nie tylko Ty starałeś się zduszać w sobie pierwotne instynkty. Ona również była słaba i nigdy nie znajdywała się tak blisko kogokolwiek. Latami przecież pozostawała zwyczajnie samotna, zdana tylko na siebie. Sedno sprawy jednak leżało w tym, że aktualnie to ona dominowała na tym obrazku. Zdaje się, że nie miałeś nic do gadania - wyznaczała Ci to, jak powinieneś się zachowywać, jak grać i jak mówić; narzucała Ci siebie, narzucała Ci swą obecność i swą niezwykłą czujność. Byłeś zdany tylko i wyłącznie na jej łaskę, czując na sobie jej lekki, ciepły oddech...
Tak jej się przynajmniej wydawało.
Jego słowa przerwały poprzednio spuszczoną dymną zasłonę - przebiły się przez nią nagle, niespodziewanie. Nie zdołała ich zrozumieć, nie zdołała ich przetworzyć - uderzył w nią tak intensywnie i dobitnie, że tym razem to on przekroczył szeroko postawioną granicę.
Nie spodziewała się tego. Nie przewidziała tego w żadnym, nawet najdrobniejszym momencie.
Jego usta zaatakowały jej wargi, wpiły się w nie z taką siłą, jakby przez cały ten czas kumulowały ją w sobie. Była zaskoczona - a on to sprawnie wykorzystał, pozwalając sobie na więcej, na odkrycie tego, czego wciąż w sobie skrywała, na odkrycie całej reszty, wszystkich tych pozostałości.
Nic nie miało pozostać ukryte.
Spalony papieros wypadł z jej dłoni, opadając na podłogę. Jedyny licznik czasu został przerwany. Nastąpiło to, po co oboje znaleźli się w tym miejscu.
Przeznaczenie miało się dopełnić.
Objęła jego szyję rękami, wplatając drobne, chude palce w jego włosy. Pozwoliła mu skradać coraz to nowsze pocałunki, pozwoliła mu praktycznie na wszystko - przyparła do niego mocniej, a następnie usiadła na jego kolanach, lekko błądząc dłonią po jego czułym karku. W całej tej chorej namiętności pozostawała niezwykle delikatna, zachowując się tak, jakby nie chciała od razu oddać mu całej siebie - do ostatniej chwili walczyła z myślami oraz z tym, aby nie udało mu się pochłonąć jej sekretów w całości.
Odważny Ślizgon.
Sprytna Gryfonka.


A. R.

Sponsored content

Re: Mała sala

Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach