Zapraszamy serdecznie do przyłączenia się do przygody!


CalendarCalendar  IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  GrupyGrupy  FAQFAQ  

Share | 
 

 R. Lupin [uczeń]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Remus J. Lupin
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: R. Lupin [uczeń]   Sob Paź 05, 2013 8:26 pm

Imię i nazwisko: Remus John Lupin
Data urodzenia: Kto by tam liczył? Jednak najprawdopodobniej 10 marca 1960.
Czystość krwi: Pół-szlam w czystej, skoncentrowanej postaci, ktoś chce kupić?
Dom w Hogwarcie: Gejfindor, czyli tam, gdzie traci się cnotę.
Różdżka: Wiśnia, pióro hipogryfa, 8 i 3/4, giętka, paskudnie zadrapana z boku (pozdrowienia dla Glizdogona!).
Widok z Ain Eingarp:
Matowa powierzchnia, osnuta wirującymi w powietrzu drobinkami kurzu; gdzieś tam bawiący się na niej światłocień, tworzący niedopowiedzenia. Pusta sala zdawała się być tylko kolejną iluzją. Sennymi majakami. Istniała jedynie w zakamarkach jego jaźni? Szczelnie odgradzała go od świata.
- Pragnie… nie – powiedział cicho, bojąc się przerwać samotne tête-à-tête ze swoim lustrzanym odbiciem.
Musnął taflę opuszkami palców, praktycznie poczuł dotyk tego drugiego Remusa, na swej skórze. Zamknął oczy, by móc lepiej dostrzec to, czego namiastkę widział w lustrze. Szeroko zamkniętymi oczami.
Normalność. Czy to tak wiele? Byłby w stanie zapłacić każdą cenę za pospolitość.
Po drugiej stronie lustra wory pod oczami były spowodowane kolejną zarwaną nad książkami nocą, a światło Księżyca w pełni bawiło się oświetlając pod różnymi kątami jego bladą skórę. Niegasnące, smutne iskierki w miodowych oczach chłopaka, efekt nieustannego psychicznego masochizmu, tak po prostu zniknęły.
Życie do znudzenia przeciętne, tak nieziemsko szczęśliwe.
Piasek przesypywał się leniwie. W końcu zasnął, wyczerpany i znużony, zwinął się w kłębek tuż pod taflą wysokiego zwierciadła, nie odrywając od niego ręki. Do snu ukołysała go piękna iluzja. Szeptała głosem matki najpiękniejsze kłamstwa.
Być może jutro, w momencie przemiany, uda mu się powrócić za drugą stronę lustra?

Podsumowanie dotychczasowej nauki w Hogwarcie:

- Przepraszam, tato, czy możesz już zapalić światło? - mały chłopiec nieśmiało dotknął siedzącego w starym, beżowym fotelu człowieka w kwiecie wieku. Odrobinę za długo trwał kontakt ich ciał, jak na zwykle zwrócenie na siebie uwagi. Bo chłopczyk czasem tęsknił. Za zwykłym dotykiem, wonią miętowego szamponu ojca... W myślach szkicował mapę uroczych zmarszczek, które pojawiały się na twarzy mężczyzny, gdy czasem uśmiechał się do syna. W myślach śmiało siadał mu na kolanach i wtulał się w jego ramiona, bezczelnie kradnąc mu każdą chwilę. Tak po prostu, godzinami naśladował ojca, walczył z każdą jego troską. Bo Remus najbardziej pragnął odpędzić od niego zmartwienia. Nienawidził tego, gdy one bezkarnie przejmowały kontrolę nad jego tatą, sprawiając, że stawał się coraz bardziej nieobecny. Smutny. Błąkający się gdzieś myślami. Taki daleki i obcy...
Zmęczony życiem.
Rozterka. Mały dylemat. Czy może sobie pozwolić na... tak bardzo chciałby teraz...
Remusie, po prostu to zrób.
Zrobił.
Niewielkie rączki z trudem uniosły opasłe, urzędowe papierzyska, stos śmieci, tak naprawdę nic niewartych. Szare, lekko zamglone oczy rozbłysły w ciemnościach, a kilka siwych kosmyków opadło na rozorane zmarszczkami czoło.
Remusie, wiesz, co teraz...
Wiedział.
Stos z głośnym trzaskiem wylądował na zniszczonym przez czas stoliku, który niósł ze sobą tyle wspomnień. Zapach dawnej świetności, rozlanej na udanym przyjęciu wybornej kawy. Jej dźwięczny, melodyjny śmiech. Mężczyzna położył bezwiednie zmęczoną głowę na oparciu fotela.
Dobrze, całkiem dobrze. Najważniejsza rzecz, musisz się na to odważyć! Teraz albo nigdy...
Odważył się.
Chłopiec wspiął się na kolana ojca, przerażony własną śmiałością. A w tym czasie mężczyzna z trudem powrócił do rzeczywistości... Tak bardzo chciało mu się przecież spać... Piasek przesypywał się pod jego powiekami. W rytmie leniwego walca? Powędrował. Znowu się z Nią spotka, zwariuje ze szczęścia w Jej obecności, spłonie rumieńcem, gdy tylko znowu go dotknie... Ukochana.
Tak, po drugiej stronie lustra.
- Śpij, tatusiu, wiesz... ochronie cię... – wyszeptał mały chłopiec, wtulając się w pachnący wspomnieniami sweter mężczyzny. Wszystko dziś miało słodko-gorzki smak wspomnień.
I wtedy już się nie bał. Ciemność wypełniła się Czymś. Czymś dobrym. Chwilę później złote ogniki zgasły, a oddech syna stawał się coraz bardziej miarowy. Zjednał się z rytmem ojca.
Nagle ktoś zatrzasnął drzwi. Lupin został wyrwany siłą ze swego wspomnienia. Przeciąg zdmuchnął blady płomień nostalgii, a roztrzaskane myśli odleciały gdzieś daleko, do bezpiecznej przystani. Coś wyrwało go z letargu, z inercji. Tak nagle i brutalnie, wbrew naturze.
Poczuł, że jego ciało płonie. Każdy najdrobniejszy kawałek skóry liżą bestialskie płomienie, wdzierają się do jego duszy, miażdżąc ją coraz silniej. Coraz szybciej.
Haust powietrza, boleśnie zimnego, doprowadzającego go do szaleństwa. Gorączka myśli. Głośny jęk, mimowolnie wydobywający się z jego ust.
Proszę, proszę, niech to się już skończy. Mogę nawet umrzeć. Nie, ja chcę umrzeć. Chcę, słyszycie?!
Igły wbijane w jego ciało. Bezustannie. I wciąż ten ogień, wciąż, wciąż, wciąż. I znowu ta czerwień. Chociaż nie, tym razem nieco inna... Okrutna.
Czy to on krzyknął, czy to był ktoś inny? Remus zacisnął mocno powieki, gdy do jego oczu dotarło intensywnie głębokie światło. Łuna bijąca od nieba. Ono tez sprzeciwiło się przeciwko niemu. Nawet ono...
Ja. Chcę. Umrzeć.
Nie miał już nawet siły, nie mógł nic zrobić... Nie potrafił nawet krzyczeć.
Proszę?
~*~
Niewidzialny. Niesłyszalny. Nierozpoznawalny. Nieznajomy.
Plączący się w nicości, zakopany, pogrążony w ciemnościach, ale wciąż czuł ogień, który palił jego całe ciało. Wszędobylski zapach metalicznej krwi drażnił jego wrażliwy węch. Zmarszczył brwi, jakby to miało odgonić wszystko, co złe.
A przecież chciał tak niewiele. Pragnął ziemi niczyjej, pełnej pierwiastków słońca, pomarańczowego pigmentu, kojącej, znajomej woni. Przewrócił się na drugi bok, zostawiając po drugiej stronie zapach krwi. Teraz była już tylko pomarańcza. Syknął z bólu, kiedy ogień ponownie dał o sobie znać. Ale było warto. Bo pomarańcza kojarzyła mu się z bezkresną wolnością. Siłą percepcji dążył do wyzwolenia się od bólu, w myślach zrywał kajdany cierpienia, gdzieś tam tliła się jeszcze nadzieja na lepsze jutro. A pogrążonemu we śnie Remusowi jakoś łatwiej było w to uwierzyć.
Prawie uwierzył. Wyrwał się z krainy snów, a haust powietrza momentalnie przywrócił go do rzeczywistości. Czy to wciąż on…? Ciemno. Ostrożnie dotknął swojej twarzy, błądząc opuszkami palców po znajomym terenie, szkicując w powietrzu idealne odwzorowanie smutnej maski. Nie pamiętał. Miał dziwne wrażenie, że coś ważnego mu umknęło, wciąż umykało.
Klatka. Zniewolony w zamkniętej przestrzeni, opatulony czymś przeraźliwie klinicznie czystym. Znalazł krawędź… Wystarczyło tylko szarpnąć i już… Wszystko wróciłoby do normy? Gdzie on był? Dlaczego rytm skrzypiących sprężyn jest mu obcy, dlaczego nic już nie wie?
Ta pozornie niejasna jasność bestialsko wdarła się do jego umysłu i sparaliżowała go, obezwładniła. Przez chwilę znowu poczuł się jak wtedy… Coś groźnego przypominało mu się powoli. Inercja. Niebo. Krew. Skąd on to zna? Urywki, fragmenty, niespójne, wciąż nie wie…
Potem wszystko stało się oczywiste.
Pełnia.
~*~
W szaleństwie gwieździstych nocy często nie mógł spać, wpatrując się w granatowy firmament, który zawsze, bez względu na pogodę czy porę roku, działał na niego w równie intensywny sposób. W ciągu tych wszystkich lat zdążył już nauczyć się go na wyrywki, zapamiętać każdy pojedynczy układ gwiazd i odkryć monotoniczne, przerażające piękno granatowych przestworzy. Cierpiał na nieustający głód doświadczeń, tej nocy również nie mógł spokojnie oddać się w objęcia Morfeusza. Zabrzmiało to trochę gejowsko, ale niech już tak zostanie. Co robił Remus o tej porze? Kręcił się na łóżku, wstawał, wychodził do łazienki, wracał. Później wyciągnął z torby “Standardową Księgę Zaklęć, stopień II” Mirandy Goshawk, ale i ta próba zajęcia czymś swoich myśli się nie powiodła. Z rezygnacją odłożył podręcznik na szafkę nocną i uczynił to, co zwykle.
No ileż można zwiedzać dwa metry kwadratowe, otwierać okna, pić wodę z kranu i szeleścić kartkami książki? Najzabawniejsze jednak, że żaden z pozostałych Huncwotów nawet nie drgnął, nawet kiedy Lupin z trzaskiem zamknął opasłe tomiszcze. Nie pozostało więc nic innego, jak tylko udać się do Pokoju Wspólnego. Parapet. Bezpieczna przystań wśród morza rupieci, perfekcyjnie oddalona od parzącego powietrza wokół kominka. Remus usiadł na nim z wprawą, wyuczoną sekwencją ruchów. Jego bose stopy z ulgą przyjęły zetknięcie się z zimnym tworzywem. I choć normalny człowiek w zwykłych, flanelowych spodniach od piżamy najzwyczajniej w świecie zamarzłby na jego miejscu, to Remus, jak przystało na stworzenie zimnolubne, nie miał nawet gęsiej skórki. Oparł nagie plecy o ścianę i zaczął wędrować po niebieskiej drodze, błąkając się myślami wokół Księżyca, którego z dnia na dzień przybywało. Przygryzł wargę do krwi i zamknął oczy, wracając myślami do pełni.

Słońce zgasło bez uprzedzenia,
(...) z wrodzoną niekonsekwencją,
obgryzam paznokcie.
Zakrwawiony kciuk miota się,
W szale konwulsji palec wskazujący,
Prostą drogą ku unicestwieniu środkowemu,
Odgałęzieniu biegnącemu do piekła serdecznemu,
Zatarcia śladów przez małego uciekiniera,
Księżycowa pełnia w purpurowej plamie.

~*~
Remus w brutalny sposób został zmuszony do konfrontacji ze swoimi najgorszymi lękami, które przybrały postać czarnowłosej, bladolicej istoty o hipnotycznym spojrzeniu, w którym tańczyły sobie radośnie iskierki, za nic sobie mające przerażanie, przez chwilę widoczne na twarzy Gryfona. Chwilę później jednak powrócił do rzeczywistości, starając się zachowywać jak najnormalniej, ale gdzieś tam w głębi serca odezwały się w nim wewnętrzne potwory, które ogłuszały go oskarżeniami i wyzwiskami.
Bestia. Kreatura, która nie godna jest tego, by stąpać po ziemi. Dziecię mroku, a za nim ból i śmierć o przerażających, nienaturalnych oczach w odcieniu płynnego miodu zmieszanego z żywicą. Monstrum zdolne do tego, by skrzywdzić swych najbliższych. Tchórz, niepotrafiący wyznać wszystkim swych zbrodni. Potwór, który skrzywdził już tyle istot… I poczucie winy, przykute do jego nóg niczym kajdany, wlokące się za nim bezustannie, o każdej porze dnia, nocy. A teraz jeszcze ona, jego największe przewinienie.
Lupin miał to do siebie, że potrafił milion razy rozpatrywać wszelkie aspekty jakiejś sprawy. Ten konkretny przypadek rozpracowywał w swojej głowie tysiąc razy częściej. Za każdym razem, gdy ją widział, przypominał sobie wszystko. Zapamiętale brnął bolesną drogą przez wspomnienia pełne cierni, kalecząc się minutami wędrówek, zachowując się jak masochista w najgorszym stadium choroby. Ale przecież na to wszystko zasłużył.  
Jedyne, co Remus był w stanie opisać z tamtej nocy to moment tuż po przemianie, kiedy otworzył przemęczone, przekrwione oczy i przez jego głowę przebiegła ta sama myśl, co miesiąc goszcząca w umyśle Gryfona. Czy tym razem kogoś zabiłem? Z obrzydzeniem wypluł kawałek jakiejś miękkiej sierści z ust, zastanawiając się, co to było tym razem. Jakieś malutkie stworzonko miało pecha... Gdyby tylko wiedział, czyją sierść miał na pysk… twarzy? Ale nie wiedział. Nienawidził tego uczucia, bezsilności, zupełnej niewiedzy. Tabula rasa, czysta kartka, nie miał zielonego pojęcia, co robił podczas całej pełni. Jak zawsze. Może to wszystko byłoby w jakimś stopniu łatwiejsze, gdyby zapamiętywał każde zdarzenie? Bo czy nie lepsza jest najgorsza informacja od pustki? W każdym razie, w tym momencie z ręką na sercu Lupin mógłby przysiąc, że wtedy poczuł jakieś ukłucie niepokoju, przeczucie, które zakiełkowało w jego myślach i uporczywie rosło, doprowadzając go tym samym do szewskiej pasji. A on w stanie skrajnej destrukcji, to… Niezbyt ciekawy przypadek.
Swoją drogą, gdzie, do jasnej cholery byli Huncwoci? Akurat wtedy, kiedy ich najbardziej potrzebuje, zapadli się pod ziemię… Co przecież się wcześniej nie zdarzało.
Lupin doprowadził się do jako-takiego porządku i skierował do zamku przez błonia. Pierwsze promyki słońca bawiły się nim, drażniąc go i prowokując do ciskania w ich stronę jakiś niegodnych prefekta uwag. Pustka w jego głowie stawała się coraz większa. Nie miał pojęcia, co się stało, ale wiedział, iż musiało być coś na rzeczy… Ciche odgłosy Remusa, stąpającego na bosaka po zimnej posadzce opustoszałych korytarzy, wibrowały w niebycie. Nieświadomie przyspieszył, kierując się do dormitorium. I tak jak myślał, Huncwotów w nim nie znalazł. To był drugi raz w życiu, kiedy poczuł strach, przerażenie przepełniającego go na wskroś i obezwładniające rozsądek. Zaczął biec, czując pulsującą w żyłach adrenalinę. Zapytacie, gdzie dokładnie chciał się znaleźć. A raczej gdzie nie chciał się pojawiać, ale wiedział, że musi się na to odważyć. Droga do Skrzydła Szpitalnego była wiecznością. Chciał biec szybciej, ale miał nogi jak z waty, a jego kolana drżały przy każdym kolejnym kroku. Bo właśnie tam, za tymi drzwiami przeznaczenia znajdowała się odpowiedź. Odpowiedź na to, jak strasznego czynu się dopuścił. Co, jeśli któryś z Huncwotów ucierpiał? Jeśli poturbował Petera? Zranił Jamesa? A Syriusz? Ten szaleniec mógł w jakiś sposób rozdrażnić wewnętrzną bestię Lupina, a jeśli… Jeśli… Nie, nie mógł przecież nikogo… On nie…
Wystarczył jeden gest, żeby spłoszyć natrętne myśli, chociaż na chwilę się od nich uwolnił… Remus skierował jeszcze lekko nieobecny wzrok na ich ściśnięte ręce. Wystarczyło tylko to, zupełnie zbędne były słowa. Ale co z tego, że ona, że Huncwoci mu wybaczyli, jeśli on sam nie potrafił tego zrobić? Żadne z nich nie widziało w snach poszarpanych zwłok drobnej dziewczyny, z której zostały tylko postrzępione ubrania, kości, wnętrzności… I krew, morze krwi. Konsekwencje jego pobytu w Hogwarcie… Remus zaklął pod nosem. Czasem chciałby zupełnie zapomnieć o wszystkim, nie pamiętać niczego. Może jednak to byłoby najrozsądniejsze wyjście? Eliksir zapomnienia, ucieczka od tych koszmarów, ciągłej walki z samym sobą. Ucieczka, kolejna ucieczka. Nawet wtedy… Nie był w stanie jej przeprosić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Caroline Rockers
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: R. Lupin [uczeń]   Pią Paź 18, 2013 5:57 pm


_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
R. Lupin [uczeń]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Remus John Lupin
» Nie drażnij śpiącego smoka! A na pewno go nie podrywaj..
» [uczeń] Sahir Nailah
» Remus John Lupin
» WZÓR KARTY POSTACI I WSKAZÓWKI TWORZENIA (uczeń i student)

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Biblioteka :: Kroniki :: Dorośli -