Share
Go down

Nawiedzony dom

on Wto Sie 28, 2018 10:44 pm
First topic message reminder :

Nawiedzony dom
Bardzo znane miejsce wśród młodych czarodziejów, które raczej żartobliwie jest określane jako nawiedzone - rzadko kto wierzy, żeby rzeczywiście dom był opanowany przez jakieś złe moce. Jest zabezpieczony przeróżnymi zaklęciami i żeby się do niego dostać trzeba mieć albo klucz albo specjalne zaproszenie na jedną z organizowanych tam imprez. Odbywają się one bardzo regularnie, ale tylko nieliczni mają szansę by móc się tam bawić - wszystko bowiem zależy od osoby do której trafi klucz. Ponoć lubi się przemieszczać pomiędzy poszczególnymi "wybrańcami", którzy poniekąd piastują rolę właścicieli tego starego budynku.
Na co dzień dom wygląda normalnie, ale przy każdej organizowanej tam imprezie zmienia się nie do poznania. Znajduje się na uboczu, obok zaniedbanego parku.

Re: Nawiedzony dom

on Sro Wrz 12, 2018 1:27 pm
Niechętnie przyjmuje od mężczyzny kieliszek wypełniony bomblującym płynem. Spogląda na jasną pomarańczową ciecz z dużą dozą niepewności, a mina, skryta za maską, robi się nietęga, kiedy do wrażliwych nozdrzy dochodzi zapach dyni. Z grzeczności macza usta w płynie, niechętnie pozwalając by smak rozszedł się po czułym języku, a potem ściekł do gardła, powodując nieprzyjemne wrażenie, jakby zaraz miała dostać torsji, które stara się ukryć zasłaniając wargi dłonią. Jeszcze przez chwilę, trzyma szklaną nóżkę między palcami, po czym odkłada ją na jeden ze stołów, z nadzieją, że uda jej się o nim zapomnieć.
- Masz więc doskonały gust, powinna się go panienka trzymać, mężczyzna ze zmysłem estety to skarb. – Nie wie czy to prawda, nigdy ją to nie interesowało, ale czując na sobie niewidoczny obowiązek ciągnięcia rozmowy, nieudolnie stara się zrobić dobrą minę do złej gry. Widząc kierowany w jej stronę uśmiech, rozjaśniający delikatną, dziewczęcą twarz, Helen niczym zbite lustro stara się je skopiować. Kąciki ust, wykrzywiają się jednak dziwnie, tworząc obraz zgoła groteskowy, więc szybko zaprzestaje kolejnych prób.
Słysząc pytanie dotyczące jej relacji z Rydderchem, pomiędzy jej ciemnymi brwiami pojawia się niewidoczna w tym momencie zmarszczka. Mimowolnie cofa się we wspomnieniach starając sobie przypomnieć ich ostatnie spotkanie, a zasadniczo pierwsze spotkanie. Zielona wróżka – miejsce to zbyt dobitnie wskazywało z czego słyną lokal, w oparach absyntu, opium i wymarłej sztuki, Helen miała wrażenie, że cofnęła się w czasie do lat swej młodości, kiedy dobijała czterdziestki, a Paryżem rządziła Cyganeria. Krótko po powrocie z Indii, pogrzebie Marii Lucilii, domem młodej samotnej wampirzycy stał się Montmartre. Suteryna na strychu, niska tonąca w kurzu i zapachu rozcieńczacza do farb olejnych. Przesypiała wówczas całe dnie, by później całe noce śpiewać i tańczyć po melinach takich jak jej. Wolność tamtych lat, oddawanie się cielesnym pokusom i pięknu, do końca swej egzystencji wspominać będzie jak piękny sen. Artyści oddawali się jej za garść złotych monet, pamiątkę po wyrodnej matce, a ona brała z nich to co było najlepsze. W takich samych warunkach poznaje Radu, zapitego, o pijackim uśmiechu, wpatrującego się w dno kieliszka. Kiedy ją zauważa, w jego oczach widać, że czuje się jak młody bóg, pan, który ledwo utrzymuje się na chyboczących się nogach. Podchodzi do niej, a jego zamiary zdają się owiewać go razem z mocną nutą alkoholu…
- Najlepsza klientka to trochę za duże słowo. – Cień ironicznego uśmieszku przechodzi przez jej biała twarz. - Kupiłam na razie dwa obrazy do mojego biura i nadal czekam na obiecany portret.- Kończy, odbijając piłeczkę w stronę w jej mniemaniu młodzieńca.

Re: Nawiedzony dom

on Pią Wrz 14, 2018 2:26 am
Znienacka, do zgromadzenia które zebrało się przede wszystkim w salonie i na korytarzu, dobiegł głos przebranego za dementora chłopaka.
- Ej ludzie, chodźcie wszyscy do piwnicy! Będzie pokaz! - nawet pogłośnił głos zaklęciem, specjalnie by było lepiej go słychać, ale to i tak mogło nie wystarczyć by informacja doszła do wszystkich. Wieść się rozniosła dalej, tak czy inaczej, w dość krótkim czasie. Dotarła też do kuchni i na piętro. Kto jednak pójdzie a kto zostanie? Decyzję musisz podjąć ty. Jeśli jesteś w salonie lub na korytarzu, twoim oczom ukazuje się kłótnia dwójki czarodziejów. Ładna dziewczyna przebrana za mugolską żółtą wróżkę z ruszającymi się skrzydełkami, z potężnym afro, a do tego w zjawiskowym makijażu. Cała błyszczy. Czyżby posypała się brokatem? Jakby specjalnie dla niej, zaczyna lecieć Dancing Queen. Ludzie zaczynają się kręcić w rytm piosenki, kiedy ona macha ręką w stronę swojego towarzysza w długich włosach. Nie wyglądają one na naturalne. Jest przebrany za wampira, jakże standardowo, nie? Ale strój nie jest już taki zwyczajny, najwyraźniej mężczyzna postanowił zmienić nieco koncepcję. Na głowie ma ruszający się kowbojski kapelusz i do tego odznakę szeryfa błyszczącą na piersi. Wampir kowboj? Gościu musiał być z Ameryki, jeśli byłeś blisko mogłeś wyłapać jego mocny akcent. Ale kłócą się.
You are the dancing queen... ty kurwo... Only seventeen... widziałem wszystko... Feel the beat from the tambourine... gówno widziałeś, Dan...You can jive.
To mogłeś wyłapać, jeśli stałeś wystarczająco blisko. W końcu wychodzą, gdy większość towarzystwa spieszy się do piwnicy na ten pokaz. Zostawili otwarte drzwi. Ktoś w tym czasie klepnął Jamesa w dupę i myśląc, że ma do czynienia z jakąś dziewczyną zaprosił na 'małe co nieco' i włożył mu w dłoń kufer w kształcie śmiejącego się diabełka, szczodrze wypełniony piwem. O Helen oparł się czarodziej przebrany za goblina.
- Ślicznie wyglądasz, może zatańczymy? - mężczyzna kompletnie zignorował jej towarzystwo. Co do Grega, wpadła na niego rozchichotana czarodziejka przebrana za prowokującą czarodziejską piosenkarkę. Miała na sobie szatę z głębokim dekoltem i poszarpane rajstopy.
- Uuuuups, hihihi - wymsknęło jej się. - Dobry kostium, koleś! Różdżkę też masz taką fajną?


// Można przyjąć, że poszło się gdzieś po tych zaczepkach i przypominam o podkreślaniu ważnych kwestii (postów trochę jest, nie wszystko jestem w stanie wyłapać, zwłaszcza w tym stanie :<). Niektóre rzeczy zostały zarejestrowane i być może je wykorzystam w kolejnych postach. W tym czasie bawcie się śmiało, nadal możecie rozwijać interesujące was wątki, nawet te rzucone przeze mnie.


Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984

Re: Nawiedzony dom

on Pią Wrz 14, 2018 6:57 pm
Willow sam nie rozumiał, dlaczego w ogóle przyszedł. Może wiedziony głupią nadzieją, że spotka tu... Nie, to niemożliwe. Przerwał ten tok myślowy. Szybka racjonalizacja: on wyjechał z miasta. Nie okłamałby Cię. Nie, żeby nie lubił przebieranek; w zasadzie był w nie całkiem dobry. No, to dużo powiedziane. Potrafił malować twarz i zwęzić spodnie, bo jedno i drugie robił dość często. Umiał też zszyć prześcieradło, co jest zdolnością szczególnie użyteczną, kiedy jest się najmniej pomysłową osobą na przyjęciu, czyli tą, która przebrała się za ducha.
Tak, Willow przebrał się za ducha. Ze szczególnie dużymi otworami na oczy, takimi prawie sięgającymi brody.
Stanął z boku, zaraz po krótkich oględzinach. Pozbył się resztek głupiej nadziei – żadnego wilkoluba w pobliżu. I, w zasadzie – nikogo nie znał, co też niespecjalnie go zdziwiło. Nigdy nie miał zbyt wielu znajomych. Nie potrzebował zbyt wiele czasu, żeby zorientować się, że znalazł się w środku wszystkiego, czego nienawidzi. Wyliczając: tłum, pijani nieznajomi w zaskakująco dziwnych strojach (niektóre mu się podobały) i głupia, popularna muzyka, która, tu już na szczęście, zagłuszała jakąś durną kłótnię.
Pokaz nieszczególnie go obchodził, ale część ludzi rzuciła się do piwnicy jak stado dzikich psów, co ułatwiło człowiekowi w prześcieradle przedostanie się do kuchni. Po drodze chwycił jakiś dzban z winem i upił szybko kilka łyków. Nie było mowy, że na trzeźwo zniesie tę atmosferę. Ale, skoro już zdecydował się przyjść, obiecał sobie, że wytrzyma chociaż godzinę. Da sobie szansę. Na coś.

Re: Nawiedzony dom

on Sob Wrz 15, 2018 7:00 pm
Zastanawiało mnie, co myślał człowiek idący obok mnie w tym swoim doskonałym przebraniu. Bycie bezdomnym? Genialne, nietuzinkowe, z pewnością gdyby w tym domostwie był jakiś konkurs na najoryginalniejsze przebranie miałby szansę wygrać. Widziałem to dosyć wyraźnie. Nie wnikałem na tyle, nie dopuszczałem nawet myśli, że to mogło być coś więcej niż przebranie. W Halloween zawsze myśli się głównie o głupotach, a większość pytań należało odpuścić. Czy to z grzeczności czy z powodu niewidzialnej kurtyny, która cię do tego zmusza. Ta kurtyna do mnie mówiła. Mówiła, że nie powinienem się mieszać, przekraczać tej niewidzialnej linii, bo stracę swoją szarość. Niech więc tak będzie, nie będę się mieszać. Nazwisko sporo mówiło o czarodzieju, człowiek pracujący w Gringottcie musiał mieć to wyuczone. Jasne więc, że strój był zaledwie kamuflażem, jeśli dane były prawdziwe. Bo przecież żadem Avery nie skończyłby na ulicy. Absolutnie zabronione. Uścisnąłem mu dłoń chętnie, choć moje dane przekazałem mu dopiero kawałek dalej, gdy byliśmy blisko budynku.
- Abel Attaway, do usług - wyćwiczona formułka, pewna dygresja, niewiadomy x w tym równaniu dla obserwatorów. Figury, to oczywiste, jako pierwsze rzucały się w oczy.
- To prawda, w tym roku przeszli samych siebie - jeśli myślałem że to to, co właśnie myślałem, to w istocie przeszli samych siebie. Obiło mi się o uszy kilka opowieści, które dopiero na miejscu skojarzyłem z tym nawiedzonym domem. Jedna z osób z kamienia znowu stała się człowiekiem - najwyraźniej upłynął potrzebny czas.
Odpuściłem sobie poszukiwania Radu, bo wiedziałem, że prawdopodobnie w końcu się znajdziemy a jak się znajdziemy cała zabawa będzie dla mnie z góry przesądzona, to zająłem się kuchnią. Jedzenie, picie, dinozaury i inne dziwy. Moje zmutowane szare oczy spoczęły na dłużej na przebranej kobiecie, która zajmowała dość sporo przestrzeni i jej towarzysza. Cóż, niestandardowe połączenie, zazwyczaj pary raczej dopasowywały swoje stroje do siebie. Ale jak w większości przypadków to nie była moja sprawa. A potem pojawiła się informacja o pokazie w piwnicy, którą na razie postanowiłem zignorować.
- A pan, panie Avery idzie? - nie czułem w sobie śmiałości by mówić do niego po imieniu. Nigdy nie wiadomo, czy nie spotkamy się w banku, a nie chciałem by było niezręcznie. Nagle, znikąd pojawiła się wyzywająca czarodziejka, która zajęła przestrzeń Grega. To było dość nieoczekiwane. Uniosłem brwi do góry. Ciekawe, co zrobi z tym mężczyzna, bo była to mocno niekomfortowa sytuacja. Zgarnąłem od jakiegoś kolesia, najpewniej odpowiedzialnego za pilnowanie alkoholu, parujący zielony drink z pływającymi owocami w kształcie czaszek i pociągnąłem łyka. Cholera, dobre. Wziąłem kolejnego łyka. Namolna dziewczyna zajmowała coraz więcej przestrzeni między mną a moim kompanem, więc wycofałem się i znienacka na kogoś wpadłem. Poczułem jak coś ścieka mi po plecach. Odwróciłem się i stanąłem oko w oko z duchem. Z duchem w starym stylu z mugolskich filmów, czarno-białych oczywiście, bo przed śmiercią rodziców oglądałem tylko takie, przede wszystkim z ojcem. Duch trzymał dzban, którego zawartość znalazła się na moim stroju i na jego.
- Cóż... - zacząłem dość zakłopotany. Ciekawe, co sobie pomyślał albo pomyślała stając naprzeciwko człowieka smoka. Może, że jestem obłąkany? Jedna z dość prawdopodobnych hipotez. - Dobry wieczór, przepraszam że na ciebie wpadłem. Nie przewidziałem tego. Nic ci nie jest?
Bo nigdy nie wiesz czy pod prześcieradłem nie kryje się przypadkiem osoba, którą możesz spotkać w pracy.
- Zostało coś w tym dzbanie? Jeśli nie, są tutaj dobre drinki. Naprawdę polecam pomimo że nie wyglądają zachęcająco.






He'll look around the room, he won't tell you his plan
He's got a rolled cigarette, hanging out his mouth he's a cowboy kid
Abel's mood

Re: Nawiedzony dom

on Nie Wrz 16, 2018 3:10 pm
Czekając na odpowiedź swej gadziej towarzyszki pochylił się nieznacznie w kierunku jej głowy. Również tak jak i ona obawiał się, że jej kostium jak i harmider w pomieszczeniu sprawi niemałe problemy w komunikacji, jednak dość znacznie się w tej kwestii oboje pomylili… Okazało się, że konstrukcja dinozaurzej paszczy działała jak tuba, albo nawet niczym megafon, sprawiając, że głos panienki skrytej w gadziej skórze zapewne rozniósł się po całej nawiedzonej chacie, zdecydowanie nie omijając przy tym Pottera, a już na pewno nie jego biednych bębenków w uszach. Tak więc pomimo obaw Emmeliny, James słyszał wszystko aż nazbyt dobrze, a co więcej, miał wrażenie że ów głos słyszał już kiedyś wcześniej, chociaż nie był w stanie przypomnieć sobie gdzie.
- No to za mną! – machnął rozbawiony ręką, bo owszem, ryczący dinozaur był zabawny, i skierował się w stronę kuchni. Chwilę im zajęło nim tam dotarli, ale co tu się dziwić gdy idzie się z dinozaurem co miał nawet problemy przy samym wejściu do budynku. Niemniej jednak udało im się to, a ich oczom ukazały się stoły zastawione po brzegi takimi obrzydlistwami, że nie jeden na taki widok uciekłby pospiesznie z mdłościami.
- Om… Paskudnie apetycznie! To jak? Żabie oczka? Odchody goblina? Trupie paluszki? A może… to wygląda ciekawie… szczurze wątróbki? – James nazwy odczytywał z mieniących się na glutowaty zielony kolor etykiet, bo zapewne ciężko byłoby samemu dojść do tego co autor miał na myśli. Sam był zachwycony tym widokiem, bo jak szczerze nienawidził niewinnie wyglądających fasolek wszystkich smaków, tak uwielbiał Halloweenowe przekąski które pomimo ohydnego wyglądu często smakowały niczym pyszności z najlepszej restauracji.
Zerknął na swą towarzyszkę, której ręce zniknęły gdzieś pod kostiumem, a głową dygotała to w prawo, to w lewo jakby ktoś przy niej usilnie majstrował. James zajrzał więc swymi święcącymi oczyma do środka, kto wie, może przyświecając trochę Emmalinie przy jej pracach ręcznych, i rzucił – Może znowu mogę w czymś pomóc?
Zdecydowanie nie mogło to wyglądać normalnie gdy stał tak z głową w paszczy dinozaura, jednak kto by pomyślał, że rozbudzi to fantazje pewnego jegomościa stojącego nieopodal. Potter poczuł tylko siarczyste klepnięcie w tyłek, więc czym prędzej wycofał się z gadziego przełyku i zerknął w stronę sprawcy tego zdarzenia. Spodziewał się Blacka, tak, on byłby do tego zdolny, albo jakiejś damy po trzydziestce, bo i od takich zdarzało mu się dostać klapsa, przez co jego matka pewnie teraz przewraca się w grobie jeżeli po śmierci została o wszystkim uświadomiona.
Tymczasem zobaczył mordę jakiegoś przepitego kolesia który nie był nawet w stanie nosić już maski. Razem z odorem z jego ust wysączyła się propozycja na małe ‘co nieco’, a nim James ogarnął co tu się odpierdala, w jego ręku był już kufel pełny po brzegi piwska, a sam koleś czekał na jego odpowiedź przygryzając obrzydliwie dolną wargę i ciumkając przy tym niczym pedofil oglądający album klasowy.
Potter przeniósł swój świecąco-dymiący wzrok na kufel w kształcie śmiejącego się diabełka i czując, że poziom adrenaliny i oburzenia sięga w nim już szczytu, a krew zaraz wystrzeli mu ze wściekłości uszami, odparł – Przepraszam… ale że co, kurwa?! – cóż, niezainteresowana dama zapewne najwyżej chlusnęłaby mu tym piwskiem w twarz, James jednak damą zdecydowanie nie był i zamachnął się pięścią, w której niestety dalej znajdował się kufel, wprost w ohydną mordę jegomościa. Śmiejący się diabełek przestał się śmiać, a zamienił się w masę odłamków ukraszonych rozbryzgującym się na wszystkie strony piwem. Na moment nastała cisza, w której dobrze było słychać nawoływania do piwnicy z okazji jakiegoś pokazu, a James pomyślał tylko, że rzeczywiście jest to dobry moment by stąd się ulotnić, chociażby do tej piwnicy.


Re: Nawiedzony dom

on Pon Wrz 17, 2018 11:45 pm
Avery powoli uporządkowywał swoje sprawy, chociaż nie wszystko szło po jego myśli. Nadal nie wiedział gdzie dokładnie znajdował się obecnie jego "przyjaciel" i czy nadal żył, a panujące w kraju nastroje nie pozwalały na bezczelne wypytywanie losowych przechodniów gdzie znajdował się obecnie Gellert Grindelwald. Z pomocą miała przyjść mu prasa, jednakże o ile dostanie się do biblioteki nie było szczególnie skomplikowane, to... no cóż, była zamknięta. Musiał więc przełożyć poszukiwania prawdy na kolejny dzień, by wraz ze świtem zszokować jakąś biedną bibliotekarkę szeregiem zamówień. Oby nie kazała mu wyrabiać karty, bo wyjdzie na to, że wciąż nie oddał książek z 1925...

Z zakłopotaną miną podrapał się po głowie, wyciągając z niemodnie przyciętych włosów kawałek złamanego patyka. To było odrażające, że stoczył się tak nisko. Czuł do siebie obrzydzenie, chociaż wolał nie dawać po sobie tego poznać - po prostu grał w grę, w którą wciągnął go jakiś autystyczny dziwak.

- Proszę, mów mi Greg - powiedział spokojnie, podążając za Abelem. Rozglądał się przy tym i analizował. Współczesność odrobinę go przerażała. Nie przywykł do tak hucznych imprez, szczególnie, że mógł przyrównać to wydarzenie co najwyżej do swingowych potańcówek. Sam jednak, niezależnie od czasów w jakich przebywał, nie zapuszczał się zbyt często w takie miejsca. Był sztywny, gburowaty i nie potrafił się bawić. To nie było przyjęcie dla niego. Kobieta, która się do niego przykleiła wydała mu się więc najzwyczajniej w świecie odrażająca.

- Słyszałaś o czymś takim jak przestrzeń osobista? - zapytał bez cienia sympatii, odganiając ją jak muchę. Spotkał już kilka pań godnych jego uwagi i tej nie potrafił zaliczyć do tej kategorii. No, poza tym... "panie godne jego uwagi" wciąż nie były tym, czym kobieta chciałaby być. Greg nie potrafiłby o nie dbać w nawet najmniejszym stopniu. Za przyjaźń uważał wspólny cel. Za miłość... nic? Nie poznał jej lub nie był do niej zdolny.

Brzmiało to płytko, ale taki już miał charakter. A może to sobie wmawiał.

- To odrażające, że kobieta mówi coś tak wulgarnego. Zejdź mi z oczu.

Znajdujące się przy rzekomym kostiumie Grega noże wydawały się być z bliska wyjątkowo prawdziwe i wyjątkowo ostre. Szczególnie, kiedy położył dłoń na jednym z nich spoglądając jej głęboko w oczy. Łagodna postawa, którą zaprezentował kulturalnemu Attawayowi zmieniła się diametralnie.

Re: Nawiedzony dom

on Pią Wrz 21, 2018 6:59 am
Człowiek-smok niespecjalnie go zdziwił, zwłaszcza po tym, jak – zupełnie niecelowo – otarł się o dziewczynę, przebraną za wiktoriańską ulicznicę. No, albo coś w tym rodzaju, wyuzdane i na swój sposób, też za sprawą jej zachowania – obrzydliwe. Kostium jednak, co niespecjalnie było widać, przyprawił go o lekki uśmiech i przez moment poczuł się tak, jakby trafił na bal przebierańców w mugolskim przedszkolu, gdzie, lata temu, za sprawą kreatywności matki zazwyczaj był rycerzem, takim w hełmie i z drewnianym mieczem.
- Nic mi nie jest – odpowiedział po chwili, od razu, kiedy wyrwał się z tych rozmyślań. Willow był cały i zdrowy. Nieznacznie ucierpiał kostium, ale po krótkich oględzinach młody czarodziej już wiedział, że wino, przynajmniej na białym prześcieradle, dobrze imituje krew. Straty? Reasumując: żadne.
- Smoki mają już taką niezdarną naturę – dodał, bez większego przemyślenia i szybko zdał sobie sprawę, że jego cała wiedza i przekonania dotyczące smoków... biorą się w zasadzie z mugolskich baśni.
- No i teraz nie jestem już zwykłym duchem, a Krwawym Baronem. No, albo kimś w tym stylu – wzruszył ramionami. - A Ty, sądząc po plamach krwi podobnego pochodzenia – właśnie ochroniłeś księżniczkę przed nieudanym małżeństwem z jakimś typem, który zupełnie nie szanuje magicznych stworzeń. Czy mogliśmy wyobrazić sobie lepszy rozwój wydarzeń? - spytał, a potem, wysłuchując rekomendacji, rzeczywiście wybrał drinka. Słodki, z obrzydliwie dużą ilością cukru. Ale niebieski. Po dwóch łykach był pewien, że zaraz znowu poszuka wytrawnego wina. Spojrzał na towarzysza. ...No i nie powiedział nic, bo i tak już zanadto, jak na siebie i swoją niechęć do wszystkiego wokół, się rozgadał.

Re: Nawiedzony dom

on Sob Wrz 29, 2018 4:05 am
Nie znałem swej głowy dobrze, więc wolałem nie zakładać niczego. Rodzice nauczyli mnie całkiem zdroworozsądkowego podejścia, pomimo że krew Traversów dodawała mi jakiegoś absurdu. Byliśmy z bratem tacy podobni, na pierwszy rzut oka jak dwie krople wody. On młodszy, niższy, jeszcze niewystarczająco pełnoletni. Ja starszy, bardziej odpowiedzialny, odpowiedzialny za niego. Ale pomimo podobieństwa różniliśmy się. Moje oczy nieznacznie szły w niebieski, poszczególne pasemka robiły zaś w lecie tworzyć psikusy. A osobowości? Ravenclaw i Slytherin. Dzieliła nas pewna bariera. Teraz już nigdy nie poznam odpowiedzi na dręczące mnie pytania. Teraz jego martwe ciało leżało obok rodziców. Zimne, pozbawione uśmiechu. Spokojne. Przynajmniej nie cierpiał. Dłonie drgnęły, mimowolnie, poczułem jak trzewia wypełniają się ogniem.
Proszę, mów mi Greg.
Kiwnąłem głową, zgadzając się na takie rozwiązanie. Nie byłem duszą towarzystwa, prędzej przemykałem jak duch między ciałami, starając się nikogo nie dotknąć. Nie uniknąłem jednak zamieszania. Drobnego, co prawda, ale było. No nic, stało się. Nie lubiłem ścisku, ciało na ciele niekoniecznie mnie kusiło. Z zaskoczeniem odkryłem, że w tłumie znalazło się kilka pań, które chętnie odsłaniały swoje wdzięki. Witamy w latach siedemdziesiątych. Rycerzy nie było, więc w planie nie zakładali polowania na smoka. Całe szczęście, chociaż zainteresowanie mógłby również przyciągnął stojący kawałek dinozaur. W kuchni zrobiło się spore zamieszanie, ale im więcej ludzi tym gorzej bywało z utrzymaniem porządku. Zresztą to było Halloween.
- To dobrze - powiedziałem to, mam nadzieję, wystarczająco głośno, żeby duch mnie usłyszał. Zapomniałem, gdzie dałem różdżkę, więc postanowiłem wykorzystać serwetki znajdujące się na stoliku, który wisiał w powietrzu obok mnie i nieznajomego. Chrząknąłem, starając się zamaskować rozbawienie. To była celna uwaga. Zabawna. Ale starałem się kontrolować wszelkie odruchy. Szarość, sporo szarości.
- Powinieneś zdobyć jeszcze łańcuchy, dorobić zarost i długie włosy, a wyglądałbyś jak jego bliźniak - rzuciłem niby poważnie, ale drgnęły mi kąciki. Ciężko było się opanować, ciężko było pozostać neutralnym. Nieznacznie się rozluźniłem. Trochę płynu udało mi się zetrzeć, ale plamy pozostały. Liczyłem tylko, że nie wyglądało to zbyt koszmarnie. - Myślę, że nie. Ale księżniczka zdążyła uciec, chyba miała nadzieję na samą przyjaźń a nie nic więcej. Możliwe, że to znak, że powinienem niedługo wrócić do swojej jaskini.
To odrażające, że kobieta mówi coś tak wulgarnego. Zejdź mi z oczu.
Wypiłem swój drink do końca, po czym poprosiłem o coś prostszego. Otrzymałem Ognistą, która teraz przypominała bardziej lawę niż cokolwiek innego. Błyskała. Upiłem łyka i nieznacznie się skrzywiłem. Słowa Grega dotarły do moich uszu, trzymałem kciuki żeby udało mu się ją odgonić. Poczułem, że duch mi się przygląda, więc zwróciłem się w jego stronę i stuknąłem swoją szklanką jego.
- Zdrowie. Dobrze się bawisz? - wykrztusiłem z siebie pierwsze pytanie, które przyszło mi do głowy. Ale głupstwa. Upiłem większego łyka, nie przejmując się swoim krzywieniem.
Smoki w końcu się krzywią.



He'll look around the room, he won't tell you his plan
He's got a rolled cigarette, hanging out his mouth he's a cowboy kid
Abel's mood

Re: Nawiedzony dom

on Wto Paź 09, 2018 5:20 pm
Maska nieznanego mężczyzny już dawno musiała mu odpaść. Najwyraźniej był tu długo, możliwe że nawet od początku. Zarost, zaniedbane włosy, stara szata z Hogwartu, która została przerobiona by łatwiej było mu wcielić się w rolę upiora. Chyba nadal nie miał pojęcia, że James nie był gorącą tajemniczą panią, czekającą na jakieś towarzystwo. Na dźwięk głosu, zatoczył się zaskoczony, patrząc na Pottera z błyskiem trzeźwości. Sporo się pomylił. Nie zdążył odskoczyć, oberwał tak że aż mu zaszumiało w głowie. Poleciała krew. Na chwilę facet, który podrywał byłego Gryfona, wylądował na ziemi.
- Co do kurwy... - wykrztusił w końcu i jęknął łapiąc się za głowę. Reszta kuchni zdawała się milczeć, tylko Greg, Abel i Willow zdawali się być w innym świecie. Najwyraźniej rozwiązła pani zrobiła na nich piorunujące wrażenie.
Po chwili, powoli, ranny mężczyzna upiór podniósł się i zamachnął się na Jamesa.
- Pieprzony gnojek, zajebię cię - wykrztusił i po brodzie popłynęła mu ślina wymieszana z krwią.
Czarodziejka, ciemnowłosa z niebieskimi końcówkami, zamrugała dużymi brązowymi oczami na Grega, nie przestając się uśmiechać.
- Mów mi Lottie, niedawno stałam się pełnoletnia. Po co nam przestrzeń osobista, kiedy możemy się lepiej poznać? - nie odsuwała się, wręcz zdawała się być zachęcona. Z zainteresowaniem lustrowała jego twarz. - Oj nie bądź taki! Lubisz grać niedostępnego, co? Zabaw się! Bezdomni też się bawią! Słuchaj, są tutaj supeeeer przekąski. I sama zrobiłam sos. Widzę że masz noże. Ale supeeer! Potrafisz nimi robić jakieś sztuczki? Może pokroisz kołkogonka w galarecie? Ponoć jest supeeer.
Odwzajemniła jego spojrzenie, odczytując je jednak błędnie, bo się zarumieniła i zasłoniła część twarzy swoim długim szalem.
Muzyka zmieniła się na bardziej skoczną. W prawie wszystkich pomieszczeniach zaczęły rozbrzmiewać słowa kolejnej piosenki.
It's so good that you're feeling pain, but you better get yourself on board the very next train.
Evil woman how you done me wrong.
W kuchni się uspokoiło, reszta przestała wracać uwagę na Jamesa i nieznajomego, jakby było to coś normalnego. Może nawet powstały pierwsze zakłady? Ciała zaczęły się ruszać, wręcz hipnotyzująco wić w przytłumionym świetle.
But now you're tryin' to wail a different song.
Drzwi się zamknęły. Kowboj wrócił, był sam. Jeśli zwróciłeś na niego uwagę, zarejestrowałeś że nie był w nastroju. No i wrócił bez swojej wróżki. Niemalże od razu zgarnął kilka dziewcząt, które nadały sobie zwierzęcych cech. Skrzydła, tygrysie oczy, wąsy, pazury, rogi, było tego mnóstwo. Zaczął nimi okręcać jak szalony w salonie.
Ha Ha very nice to know, that you ain't got no place left to go.


~

Kto pierwszy zamierza odpisać w wątku, niech rzuca kością K6. Dogadajcie się (mnie nie musicie się pytać, poczekam).

James, rozplanuj sobie kolejne ruchy. Jeśli zamierzasz się bić z NPCem, rzucasz kością za każdy ruch. Nie przesadź z nimi - jeśli będzie ich za dużo, dam Ci znać. Na razie masz dość swobodny wybór, tak jak i to czy udało Ci się choć trochę uniknąć pięści czy przyjąć (całkowite uniknięcie tego pierwszego ciosu jest niemożliwe).
-10 PŻ




Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984

Re: Nawiedzony dom

on Pią Paź 12, 2018 12:39 pm
    W jej duszy — tak ulotnej i lgnącej ku niewerbalnym, niewypowiedzianym marzeniom, mrzonkom sennym, kantyczkom, przeklętym refrenom — zasiane zostało pewne ziarno tanatycznego, dotkliwego nieomal mroku, który z wolna spowijał jej serce, sprawiając, iż ta istotność, pompująca czerwoną posokę zaczynała gnić od środka. W pewnej mierze czuła się niebywale spokojna, gdy przygładzała dłonią materiał nadgryzionej zębem czasu sukni ślubnej, a jednak pewne niewymawialne drobnostki szarpały jej wrażliwym wnętrzem. Wiedziała jedno — że on, ów enigmatyczny właściciel jej duszy z dużym prawdopodobieństwem pojawi się w Nawiedzonym Domu. Wierzyła, że wówczas jej serce zabije ze zdwukrotnioną siłą, że oczy zajdą łzami tęsknoty, że wreszcie odnajdzie dictum wobec swojej sakralnej sfery uczuć, tak burzliwych i mętnych; Wiatr rozwiał jej włosy o barwie łanu zboża, po których falami spływał materiał poprzetykanego pajęczynami welonu — w każdej nieistotności wszechświata doszukiwała się owych drobnych znaków, tych, które miały zwiastować jego nadejście, w którym upatrywała swojej nieskrępowanej radości.
    Ach, jakże by chciała zacisnąć drobne dłonie o palcach pianistki na jego odzieniu, wiedząc, iż jej niekryta miłość jest nieodwzajemniona. Może jednak pozwoliłby jej utknąć na moment w malignie czasu, zatracić się w tej jednej ulotności chwili, w której docisnęłaby twarz do jego klatki piersiowej, słuchając bicia skostniałego serca. Chciała tego nader wszystko, uruchomić swój własny, prywatny kalejdoskop emocji, w których jaśniał mianem alfy i omegi. Jakże ponętne były jego surowe rysy twarzy, czerń zmierzwionych przez dłoń natury włosów, wysoka, smukła sylwetka. Nie potrafiła odpędzić od siebie myśli, wedle której ułożyłby dłoń na jej głowie i wyszeptał do ucha najprostsze z elegii życia.
    Jej suknia imitująca ślubną, pokryta była sztucznymi pajęczynami i nadgryziona solidnie szarościami i krwistymi, czerwonymi plamami. Układała się jednak nader dobrze na jej wątłej, chwiejnej nieomal sylwetce — gorset oraz góra odzienia prezentowały blady dekolt, nie nadając mu jednak wydźwięku prowokacyjności tudzież wyzywającej nuty. Po złocistych włosach falami spływał welon dopasowany do makabrycznego wyglądu całości. Istotnie, była tragiczną panną młodą, uwięzioną w niebycie własnych nieodgadnionych emocji, w kalejdoskopie uczuć tak odmiennych, tak absurdalnych, tak gwałtownie szarpiących jej sercem.
    I zobaczyła pośród ludzi jego, tę jedną milionową istotności pośród ogromu masy wszechświata. Jej oczom nie umknęło także towarzystwo Grega — poczuła w głębi swojej zszarganej duszy ukłucie zazdrości, jakoby ten przelewał swoją atencję na kogoś innego, niż ona sama. Czyż w pozycji tej młodej dziewczyny nie było swoistej poufałości? Wzięła głęboki wdech i skierowała się ku parze.
    — Och, Greg — rzekła tonem jowialnym, ale także cokolwiek cichym w brzmieniu, wsuwając dłoń pod jego rękę. Momentalnie rozbłysła wszystkimi perłami uśmiechu, jakie posiadała w swojej nieodgadnionej mimice. Spojrzała na mężczyznę z czystymi drganiami w sercu, ujawniając mu całokształt swojego oddania; Po chwili jej wzrok umościł się na rozmówczyni Grega. — A pani to...? — spytała głosem przemarzniętym do szpiku kości, unosząc nieznacznie podbródek, pozwalając jej się poczuć jakoby była raptem nieistniejącym cieniem.


Ostatnio zmieniony przez Claribel Baudelaire dnia Pią Paź 12, 2018 12:41 pm, w całości zmieniany 3 razy

Re: Nawiedzony dom

on Pią Paź 12, 2018 12:39 pm
The member 'Claribel Baudelaire' has done the following action : Rzuć kością


'K6' :

Result :

Re: Nawiedzony dom

on Nie Paź 14, 2018 6:36 pm
Naprawdę, gdyby dostał tego klapsa od kobiety, w wieku i o urodzie totalnie bez znaczenia, zakończyłby to pewnie słodką odmową, może nawet z nutką nadziei, że nie jest to jego ostatnie słowo. Co więcej, gdyby był to jakiś facet, tu należy podkreślić: na poziomie, o orientacji zgoła innej od Pottera, jedynie by go wyśmiał i obrócił całą tę sytuację w żart, szybko ucinając podchody zalotnika. Trafił jednak na obleśnego pijanego dziada, który pewnie nawet nie był gejem, ale za to tak już się nawalił, że sam nie miał pojęcia do kogo uderza. No i co tu zrobić?
James stojąc z boku miałby zapewne niezły ubaw, niestety, pech chciał by wystąpił w tej scenie w roli głównej, a zdecydowanie nie miał najmniejszego zamiaru zostać obiektem drwin. Tak więc… postąpił jak postąpił. To był moment. Zawrzało w nim, a ręka sama wymierzyła cios. I w sumie to nawet nie żałował, chociaż zdumiała go siła uderzenia i krew która natychmiast obryzgała podłogę. Tak naprawdę nie miał zbyt wielu sposobności do walki wręcz, zwykle pojedynkował się na różdżki, a gdy już dochodziło do rękoczynów były to bardziej przepychanki niż bitwa na pięści.
Dłoń mu trochę zdrętwiała, na dodatek dalej ściskał w niej ucho od kufla. Nie patrzył na zbierającego się z podłogi mężczyznę, tylko skierował swój wzrok w stronę głosu nawołującego na pokaz do piwnicy. W tej przejmującej ciszy wywołanej całym tym zamieszaniem był to jego jedyny punkt zaczepienia. Miał nadzieję, że stary dziad, gdy już się pozbiera, zrozumie aluzje i da mu święty spokój. Grubo się jednak w tej kwestii przeliczył, a dała mu znać o tym soczysta groźba ‘zajebię cię’. Odwrócił się w stronę przepitego mężczyzny, ale zdążył zobaczyć jedynie wściekła mordę i błysk śliny zmieszanej z krwią na brodzie. Powiedzmy, że próbował się uchylić, ale było już zdecydowanie za późno. Facet, mimo że porządnie pijany, miał sporo pary w pięści, o czym James niestety przekonał się na swojej kości jarzmowej. W głowie wystrzeliły mu fajerwerki i jedyne na co wtedy wpadł to, że jeżeli chce tu coś więcej zdziałać, to musi się przestawić na różdżkę. Popchnął więc mężczyznę, co chyba bardziej poskutkowało tym, że sam się od niego odepchnął, ale przynajmniej dało mu więcej czasu na wyciągnięcie różdżki i przeszedł do kontrataku.
W głowie dalej mu szumiało od ciosu i chociaż próbował rzucić Avifors, chuj z tego wyszło.

____________________
Unik ciosu – 2
Odepchnięcie – 3
Avifors – 1 + 1(specjalizacja) = 2


Ostatnio zmieniony przez James Potter dnia Nie Paź 21, 2018 6:53 pm, w całości zmieniany 2 razy


Re: Nawiedzony dom

on Nie Paź 14, 2018 6:36 pm
The member 'James Potter' has done the following action : Rzuć kością


#1 'K6' :

#1 Result :


--------------------------------

#2 'K6' :

#2 Result :


--------------------------------

#3 'K6' :

#3 Result :


Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984

Re: Nawiedzony dom

on Wto Paź 16, 2018 6:49 pm
Z początku nie dostrzegała żadnych obrzydlistw, a to dlatego, że zatrzymując się tam podjeła próbę wydostania się z zacnej głowy dinozaura. To jednak skomplikowana rzecz była. Jej projekt, więc zadziałał, ale był mało mobilny. Jej towarzysz zaś mówił i mówił, aż w końcu zaproponował ponownie swoją pomoc. Miły chłopak. Emmelina to doceniała. Lubiła spotykać takowych, ale bądźmy szczerzy - prawdopodobnie nawet w psychopacie dostrzegłaby nutkę dobroci tak więc ten odbiór jest wyjątkowo subiektywny. Nie wydobyła jednak z siebie żadnego słowa dlatego, że ostatecznie samodzielnie rozmontowała górę kostiumu, który już wił się teraz za jej plecami wciąż połączony z resztą. Wyglądało to teraz, jakby dinozaurowi odcięło głowę w stylu Prawie Bezgłowego Nicka. Tyle, że ten dinozaur sobie nie odchyli jej ponownie, bo zdecydowanie ucięty jest wygodniejszy. Kiedy zaś to wszystko się stało to już lała się krew.
Serio. Wyobrażacie sobie tę karuzelę? Zwyczajna rozmowa, spokojna impreza tak naprawdę, a tu ram pam bum i wychodzisz z dinozaura dostrzegając jak jednemu leci już krew, a drugi się zamachuje na niego ponownie. Nawet chciała się odezwać, ale w momencie, kiedy była wolna to już... cóż, w ruch poszły różdżki, a raczej jedna konkretna. Ptaki, które zaatakowały jakąś panią i wywołały ogólne zamieszanie i okrutne milczenie. Świetnie, jeszcze niewinne ofiary!
Merlinie, czy naprawdę ludzie nie mogą po prostu rozmawiać?
Kiedy już ostrząsnęła się ze swej podróży z głębin dinozaura, dostrzegła co się dzieje to po prostu wiedziała, że musi coś zrobić. Krzyczeć? Mówić? Prosić? Nie miała planu. Kiedy więc poleciały już zaklęcia po prostu podbiegła do Jamesa. Stanęła po prostu tuż przed nim, ale tyłem do macającego go prowodyra całej sytuacji.
W kobietę zaklęciem nie rzuci, prawda?
A czy jej nowy znajomy to zrobi?
Ech, pal licho. Nie większy to kłopot niż praca w Mungu. Albo będzie ich tam dwoje na oddziale (a oddziały naprawdę nie potrzebują dodatkowych i zbędnych gości w ostatnim czasie) albo ona jedna. Ostatecznie bilans i tak wychodzi lepiej dla dobra ogółu. Dla niej najgorzej, ale hej. Poświęcenie w słusznej sprawie, nawet jeśli tak żałosnej jak pijackie bójki.
- To naprawdę słaby pomysł, wiesz? Przeproś go, ja spróbuję poskładać Was obu, jeśli już zdążyliście coś sobie połamać i wszyscy odejdziemy stąd w pokoju. Dobrze? Nie wypada w towarzystwie, szczególnie wielu dam tutaj obecnych, się tak zachowywać. Jesteśmy przecież kulturalnymi ludźmi - Mówiła to już swoim tonem głosu, nie przez tubę, więc był to nieco inny dźwięk. Wciąż jednak słyszalny i dla niego i dla mężczyzny do którego obecnie stała tyłem. Czy którykolwiek z nich weźmie te słowa pod uwagę? I fakt, że obecnie stała na trasie ich zaklęć i naprawdę prócz pojawienia się tutaj niczym nie zawiniła?



Sometimes the truth isn't good enough, sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve to have their faith rewarded...

Re: Nawiedzony dom

on Sob Lis 03, 2018 1:28 am
Greg nie uważał się za zbira wypranego z uczuć (i niestety słono się w myśli jakoby miał być normalny mylił), jednakże brał pod uwagę, iż niektóre emocje przychodziły mu z trudem. Na jego szczerą sympatię trzeba było sobie zapracować - zareagować odpowiednio na pierwsze wejrzenie, spojrzeć przychylnie na bystre, lecz smutne oko, wpatrujące się w świat ze zmęczeniem godnym jego leciwości. Nie był już dzieckiem. Nie od kilku lat, nie od kilkunastu - on już nawet nie liczył godzin, które minęły odkąd się zestarzał i odwrócił cały ten proces w drugą stronę. Młodość oznaczała dla niego niechybny koniec - brzmiało to głupio, ale taka przecież była gregowa rzeczywistość.

Goniła go kostucha.

Czasami zdawało mu się nawet, że widzi ją, odzianą w ciemne szaty, gdzieś w kącie pokoju. Spoglądała tylko na niego i odliczała, a każde stuknięcie zdawało się wtedy tak zbliżonym do tego, które słyszane jest przy poruszaniu się wskazówek zegara. A tyle jeszcze musiał załatwić, z tylu stron się pokazać - gdzież szukać ratunku, kiedy już tyle razy oszukało się samego Boga?

- Ja nie żartuję - powiedział irytującej, niewątpliwie zagubionej w rzeczywistości kobiecie, rzucając jej prawdopodobnie najbardziej upiorne spojrzenie, jakie można było wyciągnąć z arsenału tak obitego przez życie wariata. Kąciki ust, uniesione w górę wskazywały na solidne rozbawienie, ale częściowa martwica duszy nie potrafiła dać takiemu gestowi z jego strony szansy na normalność. Spojrzenie kompletnie bez wyrazu, może nawet odrobinę pogardliwe, zestawione z nienaturalnym, obcym i szaleńczym uśmiechem.

- Zejdź mi z oczu, albo gorzko tego pożałujesz.

Zdecydowanie nie uważał się za miłego człowieka. Nie, był samolubnym, upartym gnojem i zrobił już w życiu tyle złego, że nie bał się dźgnięcia kolejnej osoby. Za pierwszym razem jeszcze się odrobinę wahał, czy wszechświat nie zażąda czegoś zbyt cennego za odebrane komuś życia, ale za kolejnym...

Za kolejnym nie czuł już właściwie nic.

Kiedy przysunęła się do niego młodsza z sióstr Baudelaire, czarodziej był odrobinę zmieszany. Nie rozumiał cóż zakochana w nim dziewucha miała robić w takim miejscu jak halloweenowa impreza. Zwłaszcza, że sam trafił tutaj zupełnym przypadkiem, a po niej też nie spodziewał się innego scenariusza - przecież się wiecznie ukrywała, jakby jej twarz w publicznym miejscu miała wywołać więcej szkód niż pożytku, choć należała do panien niewątpliwie urodziwych i utalentowanych. Gdyby jeszcze zauroczyła się w mężczyźnie, który potrafił to docenić, kąpałaby się teraz w szczęściu i dostatku. Z niezrozumiałego na ten moment powodu wybrała inną drogę. Chociaż nie jemu było to oceniać - oceniał. Miał ją za zwyczajnie za głupią. Albo naiwną. Kobiety bywały dziwaczne.

- Claribel, cóż za miła niespodzianka... - wydusił z siebie, wywracając oczami. Nie była mu dzisiaj do niczego potrzebna, więc jej obecność uznał za całkowicie zbędną. Próbował doszukać się w tym cienia zalety, ale... No właśnie - ale. Próbował odpędzić jej rękę.

- Jest nikim - dodał chrapliwym głosem. Powstrzymał się od dodania: podobnie jak ty. Podobnie jak absolutnie każdy, kogo Avery po prostu nie lubił lub nie szanował z dowolnego powodu. Idźcie wszyscy do diabła.
Sponsored content

Re: Nawiedzony dom

Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach