Share
Go down

Dom Charlesa Myrnina Hucksberry'ego

on Sob Lip 14, 2018 12:19 am
Tu będzie opis.
Mały dom z jednym piętrem i piwnicą.

Re: Dom Charlesa Myrnina Hucksberry'ego

on Sob Lip 14, 2018 12:51 am
Strasznie dzisiaj leje, chociaż nie ma to zbyt wielkiego znaczenia, kiedy się od dzieciaka wie jak zabezpieczyć głowę i buty przed ulewą. A jak się jest taką Queishą to podwójnie ważne, bo nie wypada się pokazać publicznie z mokrą głową, zwłaszcza, kiedy się ma taką obsesję niemalże na punkcie pielęgnacji ciała. Ale nie o tym mowa.
Leje, więc szaro. I to nie taka szarość, na którą człowiek spogląda i myśli, że zaraz minie, bo wiatr zawieje, przepędzi chmury, słońce wyjdzie i będzie się chciało człowiekowi znowu robić rzeczy.
To ta szarość, wchodząca w rdzawy kolor, kiedy ciemniej się nagle robi, na duszy też, powietrze jest wilgotne i ciepłe i na to żadnych zaklęć nie ma. Niedobrze się składa, kiedy takie warunki atmosferyczne przypadają na ciężki dzień ogólnie.
Dzwonek do drzwi.
Dosyć wcześnie dzisiaj się umówiła na wizytę, chociaż jedno zdanie wysłane listem, Potrzebuję dzisiaj twojego towarzystwa, będę o czwartej jest bardziej zapowiedzią. Dosyć też osobistą, bo się chyba nigdy wcześniej Queishy nie zdarzyło w taki sposób do Charlesa napisać, to chyba ta pogoda i wrażliwość malarza artysty, co to się na spotkanie z nim później wybierają, tak spłynęła na nią.
W oczekiwaniu na gospodarza rozejrzała się, za płotem jakiś sąsiad próbował psa do domu zagonić, kiwnął głową, odkiwnęła. I poczuła się przez to jakoś nieswojo. Nie pasowała do życia sąsiedzkiego, domki z ogródkiem i płotem, nie pasowała do tego obrazka tutaj stojąc przed drzwiami, w swoich butach na niebotycznie wysokim obcasie, białej sukience, tak ciasnej, że jeszcze trochę i cycki by jej na wierzch wyszły, w tym płaszczu beżowym, co to pewnie kosztował tyle, co dwie wypłaty sąsiada.
To może jednak. Powinni byli gdzieś na mieście się spotkać? Co się tak uparła, żeby po prostu przyjść to nie wiedziała. Chyba potrzeba swobody. A tego nie doświadczy, dopóki jej Charles do domu nie wpuści.
Odwróciła głowę spoglądając na drzwi, kiedy w końcu usłyszała trzask zamka. Wzięła głęboki oddech i.
- Tequila. – Zamiast przywitania.

Re: Dom Charlesa Myrnina Hucksberry'ego

on Sob Lip 14, 2018 9:53 am
Końcówka października zawsze była dla niego wykończająca - to w końcu moment, kiedy powinien mieć poukładane papiery, odpisać na szereg listów, wypisać kilka ocen za prace. W Hogwarcie było wygodnie, owszem, ale do domu też zaglądał. Tak z przyzwyczajenia. Zapewne jakby musiał poruszać się jak mugole, odczułby uciążliwe skutki uboczne takich podróży. Ale, mając do dyspozycji między innymi kominek podłączony do sieci fiuu, mógł sobie pozwolić na szybkie przemieszczanie się z punktu A do punktu B. I tak też uczynił w ten weekend, kiedy kolejna praca spowodowała u niego tik nerwowy w postaci szybkiego drgania lewej powieki i przeciągłego westchnięcia. Zadanie zostało wykonane tak na odwal się, że aż miał ochotę wrzucić je do kominka i o nim zapomnieć. Wiedział jednak jak to później może wyglądać, włączając to namolne sowy od rodziny. Przydzielając odpowiednią, według niego, ilość punktów, schował ostatni rulon do szuflady i zapatrzył się w okno, próbując nie myśleć o niczym. Niczym za wyjątkiem liścia, który przykleił mu się do szyby. Powinien wrócić do domu? Powinien.
Załatwił jedzenie na wynos od skrzatów, wiedząc że nie będzie miał czasu gotować, zabezpieczył swój gabinet, poinformował profesor McGonagall i udał się do siebie. Do domu, gdzie część mebli pokrywał już kurz. Trochę udało mu się posprzątać, okna niemniej zostawił, bo i tak zapowiadano deszcz.
Uciął sobie drzemkę, którą przerwała mu sowa. Brwi uniosły się do góry na widok treści, ale po minucie zorientował się o co chodzi. Ach, no tak. Zerknął szybko do kalendarza. No tak, to też dlatego tak myślał o tym by dom odwiedzić. Szlag, prawie zapomniał i pewnie skończyłoby się tak, że spędziłby cały weekend w domu, nie robiąc nic konkretnego tylko gapiąc się w sufit, albo w książkę. Poprawił szybko włosy i swoją koszulę, żeby nie wyglądać na kompletnego niechluja. Nie chciał by jego gość wybiegł z krzykiem. Kiedy odezwały się drzwi, trochę spanikował i niemalże przewrócił się o swój własny but.
- Szlag - mruknął do siebie, kopiąc gdzieś w kąt buta. Rozejrzał się szybko i stwierdził, że chyba wygląda tutaj w miarę czysto. W sumie i tak nie znał się na zaklęciach gospodarczych, a na zwykłe sprzątanie nie miał czasu. Podrapał się po brodzie i ruszył w stronę drzwi by nie musiała na niego dłużej czekać.
- Zrobię - rzucił najpierw, stojąc w drzwiach taki trochę nieświeży w tej swojej jasnej niebieskiej koszuli i brązowych spodniach. - Dzień dobry, dobry wieczór? Która godzina? Trochę się zgubiłem. Wchodź.
Zaprosił ją do środka gestem dłoni, zmieniając przy okazji pozycję by mogła spokojnie przejść. Miodowe oczy, choć zmęczone, wyraźnie lustrowały ją z zaciekawieniem. Dawno się nie widzieli.


Re: Dom Charlesa Myrnina Hucksberry'ego

on Nie Lip 15, 2018 10:05 am
Queisha nie należała do osób, które siedzą w domu, gdy mają wolną chwilę. Z czegoś to wynikało oczywiście, chociaż oficjalnie zapytana o swój aktywny tryb życia najpewniej odpowiedziałaby, że nie ma miejsca na nudę. I inne tym podobne banały, które w takich momentach padają z ust samotnych rekinów biznesu. Pozostawiona sama sobie na weekend najpewniej skończyłaby opróżniając całą butelkę wina, siedząc na drogim, okrągłym dywanie w kolorze bladego różu. Oczywiście na początku byłaby jakaś papierkowa robota, jogging, domowe spa, ale szybko przyszedłby wieczór i dłużyłby się niemiłosiernie.
A tak może robić dokładnie to samo co robiłaby w domu, ale z kimś, zatem można to już nazwać imprezką. Życie towarzyskie? Check.
- Dzień dobry. Jest szesnasta. – Precyzuje, o takiej się zapowiedział, toteż o takiej godzinie przyszła, ale niewykluczone, że spał, tak w zasadzie wyglądał, z oczami zaspanymi, mogłaby mu zatem wybaczyć chwilową dezorientację. Przekroczyła próg mieszkania i zdjęła płaszcz, oczekując oczywiście, aby go od niej przyjął, nawet jeśli miałby go zaraz przerzucić przez oparcie fotela czy coś. Queisha oczywiście w swoim londyńskim mieszkaniu miała w przedpokoju dwie zabudowane garderoby. Jedną na swoje okrycia wierzchnie, po prawej, po lewej na te należące dla gości. Miała zresztą bardzo wiele rzeczy, które rzekomo miały porządkować i ułatwiać jej życie, w rzeczywistości były po prostu bajerami, bez których spokojnie można się obyć, ale na co wydawać kokosy, jeśli nie na luksusy. I oczywiście lśniącą podłogę, chociaż sama Queisha nie sprzątała swojego mieszkania. Już. W czasach kiedy nie stać jej było jeszcze na bardzo wiele rzeczy, które teraz stanowią zwyczajny element jej codzienności szorowała okna stojąc na parapecie jak zawodowa szybomyjka.
Odgarnęła długie, gęste włosy na jedną stronę i odwróciła się w stronę gospodarza, spoglądając na jego zmęczoną twarz.
- Kocie, wyglądasz okropnie. – Oczywiście, nic nadzwyczajnego, że Queisha używała zdrobnień zwracając się do rozmówców, pieszczotliwe określenia były na porządku dziennym, zarówno względem osób nowo poznanych jak i tych, z którymi można by uznać, że się przyjaźniła. Przez to pewnie trudniej było wyczuć jej stosunek do drugiej osoby, ale te określenia miały swoje grupy. Na pewno znalazłby się ktoś, kto by to kiedyś wyczaił.
Dłoń uniosła łapiąc na chwilę charlesową szczękę i podbródek unosząc, trochę jak ciotka znachorka, która z twarzy potrafi wyczytać dolegliwości.
- Bękarty dają ci popalić? – Cofnęła rękę odwracając się i nawet się nie schylając zdjęła buty, nagle stając się o piętnaście centymetrów niższa. O ile przed chwilą mogła jeszcze swobodnie w te miodowe oczy zajrzeć teraz musiałaby już zadrzeć głowę.
Ruszyła w głąb mieszkania.
- Jadłeś coś? – Nie, żeby nagle wzięła się za gotowanie. Chociaż mogłaby. Ale bliżej jej było do zamówienia czegoś fancy z restauracji w samym centrum miasta.

Re: Dom Charlesa Myrnina Hucksberry'ego

on Pon Lip 16, 2018 5:36 am
W wolnym czasie raczej niewiele robił. Głównie czytał, mnóstwo czytał; książek, artykułów, gazet. Tonął w tekstach, czasem gdzieś wyjeżdżał coś sprawdzić, pozwiedzać, odkryć. Skupiał się dosyć mocno na swojej pracy badawczej. Taka z niego była dusza towarzystwa, w zwłaszcza te dni, kiedy postanawiał zajrzeć do jakiegoś pubu. Różnie się to kończyło, o dziwo, często przyjemnie, w czyimś łóżku, w miękkich ramionach, które opuszczał nad ranem. Zwyczajność.
Queisha dawała niemniej radę i to się liczyło. Osobiście cenił takie osoby. Osoby, które tak potrafiły oddać się pracy bez reszty, swoim zainteresowaniom. Robiła na nim wrażenie.
Charlesowi zrozumienie takich rytuałów związanych między innymi z dbaniem o swoją urodę, zajęłoby zapewne dużo czasu i koniec końców i tak nie byłby w stanie zrozumieć. Po prostu się nie znał. Witał ją więc w klubie samotników. Nie żeby przyznawał się do tego na głos.
Już szesnasta? A może dopiero? Zgubił się w tym, zamotał naiwniak,
bo spał, ale nie myślał, że to aż tak widać.
- Szesnasta? Ach tak... wybacz.
Przyjął, niemalże od razu, nie wychował się byle gdzie, nie był zresztą byle kim. Powiesił na haczyku magicznym, by nie spadło, nie pogniotło się. Nie preferował szaf, za dużo miejsca zajmowały, poza tym nie nosił tyle nakrycia. W porównaniu więc z nią, żył dość skromnie, choć kto by się spodziewał, jakby wgłębił się w to kim Hucksberry był, skąd pochodził i że w sumie był ostatnim męskim potomkiem z zamkiem na karku i z mnóstwem ciotek. Rzadko niemniej sprzątał, skrzatów też wolał nie fatygować, więc z mieszkaniem działo się to, co się działo.
- Doceniam komplement - zironizował od razu, bez mrugnięcia okiem, ale zaraz potem posłał jej krótki uśmiech. - Dobrze, że z naszej dwójki ty wyglądasz olśniewająco. Pozwól więc bym i ja skorzystał na tej energii. Jak nic, zadziałasz jak kawa.
Bywał niezręczny, bywał też jednak bardziej otwarty przy niej. Pewnie łatwo o to było. Zamrugał na nią tymi miodowymi oczami, nie wiedząc czego się spodziewać, ale szczęka się w końcu rozluźniła, bo wszak to tylko przyjacielski dotyk, inspekcja, a nie groźba.
- Młodzi adepci magii i ich okres dojrzewania. Kto by się interesował nauką? - rzucił z drwiną, marszcząc brwi. Posiadała cenną umiejętność. Pewnie oparł się o ścianę, przyglądając się jej przez chwilę, jakby próbował się przyzwyczaić, że w jego domu była żywa istota. Ciepła istota. Kobieta. Ostatnio za często rozmawiał z Delilah, więc to pewnie dlatego przeżywał taki szok. Dawno też nie wychodził. Z kimkolwiek. Zawsze coś wypadało, albo okazywało się, że tak na dobrą sprawę, nie miał do kogo się odezwać. Jej buty, same, wydawały się mu dość przerażające. Jak jakiś przeklęty artefakt. Cóż się dziwić?
- Niekoniecznie - odpowiedział dość wymijająco, choć prawda była taka, iż nie pamiętał kiedy ostatnio jadł. Na pewno nie w przeciągu ostatnich dziesięciu godzin. Sam nie gotował, nie potrafił, był z tych, co dla nich cudem było to, że potrafią zagotować wodę na herbatę. Najbardziej przydatna umiejętność ze wszystkich. Miał tylko nadzieję, że aż tak bardzo nie przeraził ją ten twórczy nieporządek, który panował. Nie żeby był aż taki dramat, w końcu brudne ciuchy nie były na widoku, żadnych pustych butelek ani nic w tym rodzaju. Jedynie kubek na lekko zakurzonym stoliku i mnóstwo książek wokół sofy, jeśli szło o salon, gdzie właśnie się znajdowali.
- Chcesz się czegoś napić? Jakieś specjalne życzenia?


Re: Dom Charlesa Myrnina Hucksberry'ego

on Pon Lip 16, 2018 6:29 pm

Zwyczajność, budzenie się w obcych ramionach po nocy w klubie. Wygodne, bo można wyjść po cichu, Queisha nie należała do tych, którzy zostają na śniadanie, a może i nawet spacer, obiad, kino i kolejny wieczór. Nigdy też chyba nie zdarzyło jej się obudzić u kogoś, kto by tego oczekiwał. Chyba instynktownie znajdowali siebie nawzajem, nocne romki o podobnym podejściu.
Tylko, że w jej wypadku to przestaje być już takie przyjemne. Wstawanie skoro świt, ubieranie się po cichu, pozostawianie tej kołdry ciepłym ciałem nagrzanej, a potem tylko chłód. To było jakieś rozwiązanie, jakiś sposób na przygody i potrzebę, do czasu, gdy nie osiągnęła kolejnego na ścieżce życia etapu dojrzałości. Coraz więcej rzeczy, które kiedyś uznawała za niezbędne zaczynały być dla niej obojętne. Oczywiście, nie zmieniła się diametralnie, tylko pozując, że jest starą sobą, po prostu… Po prostu niektóre aspekty życia przeszły rewolucję. I już.
Jedna rzecz chyba jednak nigdy nie ulegnie zmianie. Jej podejście do pracy. Za ciężko się starała kiedy już wyfrunęła z rodzinnego gniazda, aby być tak zaradną jak jej rodzice.
Ty Charles może tego nie wiesz, niewykluczone, że nigdy nie zwróciłeś na to uwagi, ale Queisha nie pozwala się dotykać. I nie dotyka też innych ludzi, chociaż sprawia wrażenie, jakby drobne gesty z jej strony do innych wychodziły cały czas. Ale to są zawsze milimetry. Milimetry nad skórą, nad głową, nad ramieniem, zawsze obok, za, nigdy bezpośrednio.
Nie widzisz też zatem jej miny, kiedy tak tyłem zwrócona stanęła szybko temat na dzieciaki zmieniając, krótkie zmarszczenie brwi, zdezorientowany wzrok na sekundę wbity w ścianę po lewej, bo sama najwyraźniej nie zrozumiała co się właśnie stało.
Już, już, koniec Queisha, powrót na ziemię.
Zerknęła przez ramię na Charlesa, ale nie odpowiedziała nic na ten komplement, przynajmniej nie słowem, bo uśmiechnęła się i zmrużyła oczy. Energii to zdecydowanie miała zawsze ponad stan. A gdy jej nie miała, bo była zmęczona, chora, niewyspana, zawalona pracą to. To i tak ją miała.
- Cóż. – Ruszyła dalej jak zwykle poruszając się jak gwiazda na czerwonym dywanie – Niczego dla ciebie nie ugotuję, ale przyjaźnię się z kilkoma niezwykłymi szefami kuchni. A kilku wisi mi przysługę. Na co masz ochotę?
Z taką Queishą się bujać to prawdziwy skarb, wszędzie znajomości.
Dotarła do kanapy zupełnie nie zwracając uwagi na stan otoczenia i usiadła, zupełnie nie tak, jak się to powinno robić będąc gościem. Ale po co miałaby grzecznie się układać, kiedy chciała swobodnie. Usiadła na jednej nodze, rękę kładąc na oparciu sofy tak, aby móc podeprzeć głowę. Chociaż wcale jeszcze nie była ciężka.
Sterty książek nie przeszkadzały jej zupełnie, w końcu sama miała ich w swoim mieszkaniu na pęczki, a ich ilość stale rosła, pomimo coraz mniejszej ilości czasu na przeczytanie ich. Miała już zapasy na kilka lat do przodu.
- Wodę, na początek wodę. – Przecież nie będą pić herbaty, jeszcze nie ma siedemnastej he. W międzyczasie sięgnęła do swojej beżowej torebki na złotym łańcuchu i wyjęła z niej butelkę tequili, którą postawiła cicho na stole i trzy cytryny. Takie autentyczne owoce, nie polską oranżadę. Gdy złapała wzrok Charlesa wyszczerzyła się chytrze.

Re: Dom Charlesa Myrnina Hucksberry'ego

on Sro Lip 18, 2018 11:50 pm
Najwyraźniej tak, ale wygoda, komfort psychiczny zdawał się robić tutaj całą robotę. Wszak druga osoba, stała, dodawała problemów. Kolacje, rozmowy, zobowiązania, wspólne wyjścia, plany, dzielenie przestrzeni... sporo wymogów. To brzmiało niemalże jak klątwa. I jak się z tym czuła? Przeszła dalej, była nawet o krok przed nim, bo Charles nie potrafił nie brnąć w to dalej. Odtwarzać tę samą płytę w gramofonie, który tak sobie cenił. Była więc bardziej śmiała od niego. Bardziej skłonna do rewolucji. Hucksberry chyba za bardzo przyzwyczaił się do tej swojej stagnacji, szukając zmian w innych sferach życia. W nauce, osiągnięciach, karierze, spostrzeganiu świata. Niby był dorosły, starał się używać wyszukanych, inteligentnych słów, które były mu wpajane od najmłodszych lat, ale nadal był niczym dziecko, które stale błądziło, próbując odnaleźć coś, co go wystarczająco zadowoli. O ile w ogóle. Istniało pewne ryzyko, że nie wiedział, choć tak lubił wiedzieć. Będzie wiecznie tym Krukonem, który lubował się w przesiadywaniu w bibliotece, w ekscentrycznych kapeluszach i traktowaniu głupców z wyższością. Dotyk stanowił pewną barierę. Potrafił ją zrozumieć, jej hamulce, nawet jeśli teraz z taką śmiałością go dotknęła, by móc postawić diagnozę. Nie widział i nie widzi więc, skupiając się głównie na jej plecach. Musiała często chodzić wyprostowana, albo takie geny. Włosy spływały jej miękko, niczym fioletowa fala, gotowa posłać na dno wszystkie statki tego świata. Miły kontrast, nawet jeśli jego przodkowie złapaliby się za głowy z kim on się zadaje. Nie żeby się tym interesował, Charlesa od zawsze ciągnęło do niebanalności. A Queisha z pewnością nie była banalna.
- Nic skomplikowanego, ale poprosiłbym o kawał solidnego mięsa, że tak to prosto ujmę – krótko się roześmiał i przejechał dłonią po twarzy, próbując zebrać całe swoje zmęczenie.
Och Charlie, Charlie, Charlie.
Niemalże odetchnął z ulgą, kiedy nie zwróciła uwagi na to, co działo się w salonie. Dobrze że nic z komód się nie wysypało, bo tego by nie zdzierżył. Charlesowi dla odmiany książek brakowało, ale wcześniej czy później zawsze do takiej sytuacji dochodziło. Powinien się z tym pogodzić. Albo i nie. Przydałoby się uzupełnić zapasy, być może zapytać drogą mu panią, która obecnie zajmowała ramię sofy o wypożyczenie mu czegoś ze swoich zbiorów.  Jako dżentelmen starał się nie patrzeć na jej dekolt. To nie byłoby zbyt kulturalne. Właściwie mogłoby być nawet niewybaczalne.
- Więc woda dla szanownej pani Mumbee – wykonał krótki, nieco prześmiewczy ukłon i udał się do kuchni. W zlewie znajdowało się kilka brudnych naczyń, ale starał się nie zwracać na nie uwagi. Nalał do czystej szklanki wodę, którą trzymał w szklanej butelce. Akurat wrócił na zaprezentowanie alkoholu przez Quieshę i uniósł ciemne brwi do góry.
- No proszę, mogłem się spodziewać, że nie przyjdziesz do mnie z pustymi rękami – rzucił niby karcąco niby nie, po czym podał jej szklankę wody. – Proszę, smacznego.
Sam usiadł na kanapie i przyjrzał się butelce. Wyglądała całkiem niepozornie. Chyba miał nawet w kuchni sól.
- Wolisz poczekać czy od razu mam otworzyć? – spytał, drapiąc się po uchu. Założył nogę na nogę. – Wybacz mi, że dopiero teraz pytam, ale jak minął Ci dzień? Chyba, że mam zamilknąć i nawet nie zaczynać tego tematu...?
Posłał jej pytające spojrzenie.


Re: Dom Charlesa Myrnina Hucksberry'ego

on Sro Lip 25, 2018 5:53 pm
Czy przeszła dalej to niekoniecznie, bo ostatecznie, pomimo zmiany toku myślenia i zmęczenia ciągłym skakaniem z kwiatka na kwiatek wieczorami, nie zrobiła nic, żeby ten stan rzeczy zmienić. Żeby, ha, na samą myśl wybuchnęłaby śmiechem, poznać kogoś na poważnie.
Sama próba nawiązania takiej relacji wydawała się Queishy równie absurdalna co porzucenie pracy, powrót na Jamajkę, następnie rozdanie fortuny i zamieszkanie na farmie.
Poza tym nie miała na to czasu, prawda? Nie ma czasu, musi chodzić wyprostowana. To jasne, że chodziła w ten sposób cały czas, brodę w dodatku unosząc, bo taka była w a ż n a, że ojezu.
I wiedziała czego chciała, zawsze wiedziała, czego chciała. Tego, co ma. Sięgnąć po pewien styl życia i standard i tak już pozostać, póki nic nie wybuchnie w twarz. A że nie pozwalała, aby cokolwiek wybuchło to dobrze było. Jest.
Nie tylko Charlesa przodkowie rwaliby sobie z głów włosy, przecież cały ród Mumbee, voodoo kings and queens splunęliby, choć tacy państwo eleganccy, tfu, szlachcic brytyjski? Migracja do Brytanii z Jamajki była przecież tak haniebnym posunięciem. Dopóki księżniczka przemysłu alkoholowego we własnej osobie nie przebyła morza z falami wzburzonymi jak te jej włosy fioletowe, żeby tę Brytanię złapać w garść.
Charlie, Charlie był mą podróżą dziką uwolnił mnie nie bądź naiwny, jeszcze kilka czynności musisz wykonać, aby resztę tego zmęczenia gdzieś w kąt zagonić, a pomijając prysznic to posiłek będzie najlepszym rozwiązaniem. I po sytym obiadku kieliszek.
Chcesz kawał mięsa to będziesz miał. Już Queisha sięga do swojej torebki, notes wyjmuje, parę słów skrobie, piękne ma pióro z czarnym atramentem, białe, z małymi kryształkami na zatyczce, oczywiście.
- Gdzie twoja sowa? – Wstaje, stolik obchodzi, przed Charliem przechodząc, no masz masz, teraz  możesz oczy nacieszyć panie Myrnin  Hucksberry, akurat w momencie, kiedy głowę odwróci i włosy zafalują ci pół metra przed twarzą. Tylko najpierw jej odpowiedz.
Bo bez tego nie zjawi się pod drzwiami niebawem kurier z pieczenią pachnącą i jakimiś wymyślnymi rarytasami, co to ludzie tylko w filmach oglądają, że w drogich restauracjach się jada takie rzeczy, a w rzeczywistości panie kogo na to stać. Chyba tylko nowożeńców z Chicago.
Ależ ona tu nie pasowała co? Do tej przestrzeni, ale chyba taki był jej urok, że dobrze, jak z wystawy, wyglądała tylko w swoim apartamencie. Szare ulice miast były przy niej jeszcze brzydsze, wszystkie inne budynki zbyt ubogie, chociaż niewielu miało chyba okazję obserwować, jak to Queisha się w tło wtapia, w tym swoim domku na wzgórzu wichrowym czy gdzie on tam leżał, w chłodnej, romantycznej przestrzeni, w grubym swetrze i skarpetach zrobionych na drutach, gwiazd się w takim wydaniu nie ogląda, bo słabo błyszczą.
Wróciła na miejsce z wysłanym zamówieniem i opadła na kanapę w bardzo podobnej pozycji co wcześniej, jeszcze się w ten sposób nie nasiedziała, czas na zmianę przyjedzie za parę chwil, kiedy jej dupa zacznie drętwieć, a było tam całkiem sporo do drętwienia.
- Radziłabym ci nie pić na pusty żołądek, ale to w zasadzie ekonomiczniejsze, szybciej się upijesz. – Zresztą co tam, później dobije do żołądka czymś tłustym, to się bilans wyrówna. A zaszkodzić to chyba już mu nic nie zaszkodzi, pewnie taką miał wątrobę już zniszczoną, że jakkolwiek by się nie starał żyć teraz zdrowo to czasu nie cofnie.
- Było… – Zawahała się chwilę spoglądając w ścianę, no bo jak było? Jak zawsze, stara bieda, ten ją wkurwił, ona tamtą, na końcu wszyscy jeszcze szefa wszystkich szefów a najbardziej oberwało się stażystom.
- Jestem zmęczona. Ale zapomnij, że to powiedziałam. – Szybko szybko, jakby przyśpieszenie tempa wypowiedzi mogło coś zmienić i wymazać pamięć Charlesa, przecież Queisha nigdy nie jest zmęczona.
Poza tym chciała się bawić, a nie ucinać sobie drzemkę.

Re: Dom Charlesa Myrnina Hucksberry'ego

on Nie Lip 29, 2018 12:57 am
Od myślenia się zaczyna i to zawsze jakiś krok naprzód. Nawet całkiem spory, on prędzej by się wycofał, uciekł. Bywał tchórzem, nawet dość często, wybierał odwrót, kiedy sytuacja robiła się na tyle beznadziejna, że gubił myśli, tracił kontrolę. Queisha wyglądała na taką, która poradzi sobie niezależnie od sytuacji. Czego właściwie pragnęła od życia? Nie mogła od tak po to sięgnąć? A inne osoby, co w ogóle dla niej reprezentowały? A może były zaledwie tłem?
Miała więc swoją odpowiedź.
Nie było czasu, czas się kurczył, czas gdzieś po drodze znikał... Co teraz zrobi? A jak przestanie się prostować? Nie mogła upaść, była przecież ważna, a ważne osoby od tak nie upadają. To byłoby frustrujące. Tak stabilnie, machina więc pędzi dalej. Zrealizowała swoje pragnienia z przeszłości, a więc jakie ma teraz życzenia? Zatrzymać to co miała,  by taki stan mógł trwać już do końca jej życia?
Sama była taka voodoo królową, nic tylko schylać głowę, trzymając kapelusz pod pachą. Zimna, chłodna Wielka Brytania, w sezonie płaszczy, swetrów i długich skarpetek. Mogła chwytać choćby Nowy Jork, chociaż jak przystało na porządnego Anglika i to jeszcze z porządnym pochodzeniem, Charles odrobinę gardził Amerykanami. W sumie bardziej niż odrobinę. Lista zadań na dzisiaj rosła. Queisha była dobra w planowaniu, wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik szaty, nie mógł jej powiedzieć nie. Wolał nie ryzykować, z kobietami nie było co wojować. Zwłaszcza z takimi, które miały aż taki silny charakter.
Charlie, nie próbuj.
I znów mu Delilah coś szeptała w głowie, już chwytała neurony we władanie, pastwiąc się nad istotą Doktora Jekylla, którym chciał być do końca swego istnienia. Ambitnym, choć otoczonym chaosem, naukowcem, któremu przyszło być z magią za pan brat. Charles to była kompletna nieorganizacja, ale o tym Que wiedziała. W jego myślach bywała nieraz zdrobnieniem, tak jak do niego mówiła na głos, jakby był alkoholem. To nie mogło nie wyjść. Ta znajomość nie mogła tak po prostu rozpłynąć się w powietrzu jak większość rzeczy w jego życiu. Zaproponowała dobry plan - prysznic, jedzenie, wypicie czegoś, to wydawało się być dobrym planem, nawet jeśli niekoniecznie w tej kolejności.
Przez palce ją obserwował, jej ruchy, fioletowej fali, choć czy nie przypominała bardziej huraganu, który zawitał w jego domu? Nieposkromiony żywioł. Ciężko było ignorować to, że nie pasowała do tego bałaganu, który niewiele miał wspólnego z artystyczną wizją. Dobrze, że chociaż ubrania nie leżały rozwalone na podłodze.
- Przywołam, Izbor - klatka była tak zaczarowana, że sam się pojawi, bez potrzeby ruszania się ze swojego miejsca. Słyszał jak sowa pohukuje i zaraz przylatuje z innego pokoju, po czym siada mu na ramieniu. Podrapał ją po łebku, po czym wskazał jej miejsce, na parapecie, gdzie czekała na rozkaz od kobiety. A ta nadal migała Charlesowi na horyzoncie, kształty prezentowała niczym antyczna figura, taka Queisha w stylu Kleopatry, co doprowadzała do upadków królestw. Nie jawnie, o nie.
Może dlatego, że to przestrzeń Charlesa i on się mieścił w tej przestrzeni  i ją stworzył, może dlatego była w niej taka egzotyczna, a jednak różnili się między sobą. Mogła przyjść do niego taka romantyczna w tych skarpetach, pięknie by ją na pewno przywitał i ugościł, tak jak zresztą teraz. Bo przecież, nawet wyglądając jak czarodziej prowadzący ceremonię pogrzebową, starał się o komfort swoich gości. Znali się nie od dzisiaj, choć ich wczoraj nie wliczało całych ich żyć. Zagmatwane, nie? Trochę jakby mówił zagadką. Izbor zniknął za otwartym oknem, które Hucksberry otworzył za pomocą różdżki. Świeże powietrze się zawsze przyda, więc nie zamknął okna za sową. Trochę się Que poruszała, to nie tak od razu jej zdrętwienie.
- To po jednym, z samą cytryną, bez soli, a potem jedzenie i kolejne - stwierdził, ale mimo to posłał jej pytające spojrzenie. Przywołał niemniej kieliszki zaklęciem Accio. Może choć trochę ta nieszczęsna wątroba zdążyła się zregenerować.
Ona w ścianę patrzyła, on w nią, tak jak gdyby nic. Nic takiego przecież. Potem zerknął gdzieś ponad jej ramieniem, by nie czuła się niekomfortowo.
By zapomniał, musiałaby użyć Obliviate, albo dobrego eliksiru zapomnienia. Jedno z dwóch. Kiwnął głową, postanawiając uszanować jej prośbę. Polał im i umieścił w jej delikatnej dłoni szkło.
- To zdrowie, za twoje przyjście. Kolejny toast wymyślasz ty, moja droga. Trochę czasu minie zanim pojawi się dostawa, czyż nie?
Pokroił zaklęciem krojącym cytrynę, złapał za ćwiartkę, wypił zawartość kieliszka, a potem wgryzł się w cytrynę.  Skrzywił się  nieznacznie.
- Daje w kość, co?


Re: Dom Charlesa Myrnina Hucksberry'ego

on Wto Lip 31, 2018 10:15 pm
No pewnie, Queishy do tchórza daleko, a przynajmniej taka panuje ogólna opinia, ale każdy chojrak ma swoją granicę, ciekawe gdzie leży ta należąca do Queishy. I czy kiedykolwiek się dowie. Oby nie, sytuacje, które zwykle zmuszają ludzie do wycofania się nigdy nie należą do przyjemnych, w innym wypadku każdy brnąłby w nieznane bez mrugnięcia okiem.
Czego się boisz Charlie? Odrzucenia? Zaangażowania? Tego, że historia koło zatoczy, jeśli pozwolisz sobie na odrobinę w życiu czegoś nowego, czegoś więcej? Czy boisz się, że ona zniknie? Mogłaby. Mogłaby i nie. Chyba jeszcze długo nie przyjdzie ci się o tym przekonać, być może nigdy. Kim zatem dla niego byli inni ludzie? Też tłem?
To wszystko tło, tylko ciąg mniej lub jeszcze mniej znaczących sytuacji, scenek rodzajowych z życia, które miną i zostaną w parę lat zapomniane. To nic nie znaczy, to tylko spotkanie, jedno z tysiąca podobnych, to tylko obiad i alkohol, zmęczenie czające się w kącikach oczu, urwane spojrzenia , bałagan, pozory i deszcz.
Ty stwarzasz pozory, ona stwarza pozory, kartonowe cele życiowe jak słaba tarcza mają zasłaniać to, co nie ma prawa wyjść na wierzch. Taka niemoc na ten przykład. Brońcie bogowie, by kiedyś komuś do głowy przyszło pomyśleć, że ona tak czasami w tych skarpetach, że nie wie co dalej, bo ma to, co chciała, a wciąż niewystarczająco, ale nie wie po co teraz sięgnąć, żeby wypełnić w życiu puste pola.
Trwać w tym stanie jednym i tym samym do końca życia do nużące, Charlie, przecież wiesz.
Swoją drogą to bardzo interesujące jak wyglądać mogłoby wasze życie, gdybyście się spotkali w innej przestrzeni zupełnie, może na początku wieku, ale nie tutaj w Londynie, nie na Jamajce, gdzieś indziej, gdzieś zupełnie dalej. Gdybyś naprawdę mógł przed nią głowę schylić, przed tronem z kości wrogów, obserwując tylko ukradkiem jak falowałyby jej włosy czarne, bo nie farbowane na burzowy fiolet, nie śmiąc podnieść wzroku wyżej, bo królowej wiedźmie będącej pod opieką Legby i Brigitte strach w oczy zajrzeć.
Ale ona byłaby nieszczęśliwa w tych warunkach, za małe mając pole do działania, zbyt ciasną przestrzeń wokół siebie. Queisha musi budować, a nie osiadać na tronie.
Była huraganem, i chociaż teraz w tym mieszkaniu, w tej sytuacji określiłaby siebie prędzej mianem powiewu, to raczej nie zdawała sobie sprawy, jaki chaos wprowadza w przestrzeń, po prostu będąc. I nic więcej.
Wzięła kieliszek, wypiła, zagryzła cytryną. Mocne alkohole najlepiej było popijać wodą lub przegryzać plastrem cytrusa jeśli się nie chciało następnego dnia pluć sobie w brodę z powodu kaca. Nie, żeby w świecie magii nie powstał prawie idealny na tego typu przypadłość eliksir, ale zanim się do niego dostaniemy trzeba było chwilę pocierpieć. A przecież nie o to chodziło w dobrej, alkoholowej zabawie, żeby następnego dnia pokutować za każdy łyk.
Odstawiła kieliszek przecierając z ust resztki kwaśnego soku.
Kolejny toast powiadasz?
Nachyliła się, opierając łokcie o kolana i splatając dłonie. Następny toast.
- Musimy pić za coś? Charlie? – Jesteście wujkami, szwagrami i braćmi na urodzinach dziadka Williama, aby przez pierwszą godzinę, gdy wszyscy są jeszcze w miarę trzeźwi i nie wypada lać w gardło na oślep, nucąc wojenne piosenki, który tekst zna się tylko na dwadzieścia procent.
Przechyliła głowę i większość włosów spłynęło jej na prawe ramię zupełnie jakby nie były w stanie nigdzie się zahaczyć, wyglądać źle. Mugolki gdyby wiedziały najpewniej zieleniałyby z zazdrości nad zaklęciami kosmetycznymi.
- Za wystawę? Niech będzie za wystawę, ten i następne, w końcu taki był plan. – Był, jest, musielibyście chyba wypić całą butelkę, żeby tam nie dotrzeć, ale szkoda by było. Dzisiaj przecież należy się bawić, w związku z tym: pijackie spotkanie z malarzem.
Jesteście dorośli, jesteście smutni, tequila jest jakimś sposobem na życie.
Jeśli jej nalał wzięła kieliszek i wypiła, biorąc po wszystkim głęboki wdech.
- Dobrze, idź. Poczekam na kolację. – Oparła się na powrót na kanapie i machnęła ręką, wyrzucając tym gest Charliego z jego własnego salonu. No, migusiem, leć pod ten prysznic bo zabraknie ciepłej wody. I nie przejmuje się. Queisha nigdy się nie nudzi.

Re: Dom Charlesa Myrnina Hucksberry'ego

on Pon Sie 06, 2018 12:33 am
Granice mogą być płynne, wciąż się przesuwać, zwłaszcza kiedy nie jesteśmy w stanie tego zauważyć. Zwłaszcza on to czuł, tę płynność. Que nie musiała się obawiać o takie przyziemne problemy, bo przecież ona, ta królowa chroniona przez Legby i Brigitte? Jak? Myślała kiedyś jaka epoka byłaby dla niej najlepsza? Charles miewał takie myśli, dużo się wahał. Każda epoka kusiła, wyciągała po niego cienkie jak nóżki pająka palce, pokryte plamami starości, nie mogąc sobie odmówić nowej zdobyczy. Zupełnie jakby miał szansę podróżować w czasie, w kieszeni trzymając zmieniacz czasu, który niechybnie doprowadziłby do jego zagłady. Czarodzieje bywali tacy lekkomyślni, zwłaszcza naukowcy, którzy brudzili palce w różnych dziedzinach magii i życia, mieszając, tworząc cudy niewidki, niszcząc lub modyfikując prawa do tej pory istniejące.
Queisha była za śmiała by od tak móc się wycofać. Tak po prostu, zupełnie jakby byle przeszkoda mogła jej przeszkodzić. To była lwica z fioletową grzywą, czerwienią i złotem naznaczona.
Możliwe, że wszystkiego po trochę. Tylko głupcy się nie bali, bo najczęściej nie mieli nic do stracenia. A że Charles dużo myślał - z reguły, to oczywiste że się bał. Sama Que się bała, czyż nie?
Nie wiedział jednak wszystkiego. To była zawiła zagadka godna sfinksa. Podchwytliwa. Tła niczym te widziane w galeriach. Mnóstwo obrazów, a każdy zdający się być z innej bajki. To była gra pozorów do czasu, aż nie runie i to nie od zaklęcia Bombarda Maxima. Eksplozja pochłonie także jego, obecną postać nazwaną Charles Myrnin Hucksberry. Życie było wygodne; trwanie w jednym i tym samym. A wygody się ceni, bo przecież to nie tak, że ona ani tym bardziej on mogliby to, od tak, rzucić, zamieszkać na zupełnym pustkowiu, w jaskini, porzucić różdżki i żywić się tym, co uda się upolować. A magia? Tylko w najczystszej postaci, czerpana prosto ze źródła.
Nie spojrzałby w górę, gdy siedziałaby na tronie, nie śmiałby przecież. Jak, gdy miałby do czynienia z królową? Choć, poprawka, to nie strach by odczuwał, o nie, jedynie zrozumienie, mądrze by nie podnosił oczu. Tkwiłby w tym i szacunek. Bo ją szanował. Ale teraz, tutaj, właśnie w jego mieszkaniu, poziom nieco się wyrównał. Nie patrzmy jednakże na wzrost. Chaos. A w tym chaosie niszczyła i tworzyła. Szło to u niej w prze - jedno nie mogło istnieć bez drugiego. Eliksir? Nie, nie, nie można było być tak od razu trzeźwym. Poranek po alkoholowych grzeszkach to był rytuał, nie dało się iść na skróty.
- Czasem można - stwierdził. Nigdy nie przepadał za weselami, była to nieraz smutna konieczność, ale niech jej będzie. Piosenek też nie znał, więc pewnie przytulał tylko kieliszki.
Czarownice, które dbały o siebie, musiały mieć pełne szafki różnych cudów i książek, magazynów magicznych. Należało trzymać w garści wszystkich panów tego świata.
Więc jednak toast.
- Wystawy są tego warte. Oby ta nie rozczarowała, choć nie jestem pewien, czy twórca zaprezentuje dzisiaj swoje dzieła - wypiją ją. Nic się nie zmarnuje. Zadbają o to. Jakimś sposobem na pewno. Wypił z nią kolejny kieliszek, powtórzył gesty. Alkohol i cytryna. Dobre, kwaśno-agresywne połączenie.
Przez chwilę się wahał, ale wypowiedź Que była na tyle eksplicytna, że poszedł, wcześniej mówiąc: "Dobrze". Uwierzył jej niewerbalnym zapewnieniom, że sobie poradzi i zahaczył po drodze do łazienki o sypialnię, gdzie zgarnął ubrania w które zamierzał się ubrać. Koszula, zapinana, w kolorze bursztynu i całkiem wygodne szare spodnie.
Woda go obudziła, otrzeźwiła -  wybrał lodowatą, stwierdzając że ciepła przyda się po powrocie. Wyciszył się, wypłukał natrętne acz krótkie myśli i skupił się jedynie na wyszorowaniu swojego ciała. W tym czasie Queisha dostała pewnie odpowiedź, że jedzenie będzie za jakieś piętnaście minut na miejscu. Izbor, jeśli czarownica go nie potrzebowała, wrócił do swojej klatki, hukając krótko. Odświeżony i ubrany Charles wrócił po dwunastu minutach do salonu i niemal od razu opadł na kanapę. Polał im.
- Jakieś oczekiwania co do dzisiaj?
Wypili jednak więcej niż powinni i skończyło się tak, że nigdzie nie poszli, a w końcu zasnęli.

[z/t x2]

Od aut.: Jak coś to można drugi wąteczek walnąć kiedyś tam, gdy będziesz dostępna <3


Sponsored content

Re: Dom Charlesa Myrnina Hucksberry'ego

Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach