Share
Go down

Evan Stone

on Nie Lip 08, 2018 5:01 pm
Imię i nazwisko: Evan Stone
Imiona i nazwiska rodziców: Sarah Stone (dentystka) i Daniel Stone (taksówkarz)
Data urodzenia: 10 stycznia 1962 r.
Miejsce zamieszkania: Lewisham, dzielnica Londynu.
Status majątkowy: średnio zamożny
Czystość krwi: brudna (mugolak)
Dom w Hogwarcie: Gryffindor
Różdżka: heban, łuska wywerny, 12 cali, sztywna

Wzrost: 178 cm
Waga: 68 kg
Kolor włosów: ciemny brąz wpadający w czerń
Kolor oczu: zielone

Bogin: Zawsze wydawało mi się, że jestem odważny, że nie ma tym świecie rzeczy, czy osoby, która mogłaby wzbudzić we mnie strach. Żyłem sobie dość spokojnie, w domu nikt o boginach nie słyszał, wszak jesteśmy mugolami, ale nadszedł dzień, kiedy zetknąłem się z tym czymś, spacerując korytarzami zamku. Z jakiejś starej, dębowej szafy wyskoczył stwór, który sparaliżował mnie równie mocno, jak zaklęcie petryfikujące. Świszczący oddech, ręce pokryte liszajami, kaptur zarzucony na głowę i brak... twarzy. Znaczy nie całkiem, bowiem z elementu twarzy, zostały tylko usta. Wielkie, ziejące czernią usta, które były coraz bliżej. Zemdlałem, obudziłem się w Skrzydle Szpitalnym, bowiem stworem, który wywołał u mnie takie przerażenie, był dementor.  z którym po raz pierwszy zetknąłem się w książce do OPCM, którą przeglądałem. Od razu wydały mi się przerażające, nie przypuszczałem tylko, że na tyle mocno, by mój bogin zaczął przybierać ich postać...

Amortencja: konwalie, skoszona trawa i mięta.

Widok z Ain Eingarp:

O lustrze, które pokazuje pragnienia serca, usłyszałem po przybyciu do Hogwartu. Ciekawiło mnie to, ale i równocześnie bałem się widoku, jaki mogę tam ujrzeć. Kiedy już znalazłem się w sali ze zwierciadłem Ain Eingarp i stanąłem przed nim, zamknąłem oczy. Wyobrażałem sobie, właściwie co? Sławę? Bogactwo? Przynajmniej tak wtedy myślałem. Spojrzę w to przeklęte lustro i zobaczę siebie jako zawodowego gracza Quidditcha albo ministra magii czy inną wielką szychę. Kiedy otworzyłem oczy, nie spodziewałem się jednego - tego, że moje serce, a tym samym moje ego pragnie tylko akceptacji wśród ludzi o czystej krwi. Bez krzywego patrzenia, bez wojen, bez wyzwisk. Po prostu równość.

Podsumowanie dotychczasowej nauki w Hogwarcie:

Momenty wyjazdu do szkoły, były najlepszymi w moim życiu. Dlatego, że rodzice odkąd dowiedzieli się moich zdolnościach, taktowali mnie jak kukułcze jajo. Dla nich byłem podrzutkiem, nie mogłem być ich synem, bo przecież oni są ,,normalni''. Pokochałem magię i uczenie się jej, że wakacje traktowałem tylko jako przerywnik i przykry obowiązek, bo w szkole zostać nie mogłem.
Uczenie się nie sprawiało mi wcale problemów, aczkolwiek nie należałem do grupy kujonów. Bardziej bym powiedział byłem tym nieco beztroskim uczniem, któremu nauka nie sprawiała problemów i nie musiałem ślęczeć godzinami nad książkami i ćwiczeniami, by cokolwiek zapamiętać. Najlepiej radzę sobie z Transmutacją i OPCM, nieco gorzej z Zaklęciami i Eliksirami, ale wystarczy, że nieco przysiądę i powtórzę czy poćwiczę materiał, by zdać oceny w miarę przyzwoicie. Swoją przyszłość wiążę z zostaniem animagniem - sokołem konkretnie i łamaczem klątw. Od trzeciej klasy gram także w Quidditcha na pozycji ścigającego, ale traktuję to bardziej jako rozrywkę, oderwanie od rzeczywistości i chęć zdrowej rywalizacji, niż jako plany na przyszłość.

Przykładowy post:

Sześć lat temu, domek jednorodzinny w Lewishaw

Wydawało się, że będzie to zwykły, nudny dzień, pozbawiony wrażeń. Był środek lata, a dzień był dość upalny i jak zwykle spędziłem go na zabawie z przyjaciółmi ze sąsiedztwa. Od rana zauważyłem, że rodzice zachowywali się nieco dziwnie, inaczej niż zawsze, ale zbagatelizowałem sprawę. W końcu byłem dzieckiem, nie interesowały mnie problemy dorosłych. Całe popołudnie spędziłem poza domem, włócząc się po okolicy ze sąsiadami. Rozwalaliśmy kosze na śmieci, przestawialiśmy drogowe znaki, ogółem mieliśmy głupie pomysły, by jak najwięcej napsocić. Kiedy wróciłem do domu, zaczęło się powoli ściemniać. W domu jednak, prócz rodziców, był ktoś jeszcze. Dziwny człowiek, którego widziałem po raz pierwszy w życiu. Spojrzałem pytającym wzrokiem na rodziców, którzy byli nieco spięci, ale z ich twarzy wyczytałem pewnego rodzaju zniesmaczenie moim widokiem.
- Witam, panie Evanie. Jestem przedstawicielem szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Wyjaśniłem już twoim rodzicom, że jesteś czarodziejem i pierwszego września jesteś oczekiwany w szkole, by zacząć uczyć się magii - wydukał człowieczek jakby miał tę formułkę wyuczoną na pamięć.
- Zaraz, zaraz. Jakim czarodziejem? Jaka szkoła? - zdziwiłem się i o mało co, nie wybuchnąłem wtedy śmiechem. Przecież magia nie istniała, chyba, że we filmach. Czarodzieje nie chodzą sobie ot tak, po ulicach z różdżkami, ani nie uczą się w żadnej szkole. Nie przypominałem sobie też, by w mojej rodzinie ktokolwiek był ,,inny'' od pozostałych, a także nie zauważałem u siebie dziwnych oznak. Może poza dwoma incydentami, kiedy kopnąłem kosz na śmieci i przeleciał wtedy na drugą stronę ulicy jakby pchnięty niewidzialną siłą, albo jak słoik roztrzaskał się na kawałki, a nawet go nie dotknąłem. Były to jednak tylko małe incydenty, które dało się w miarę logicznie wytłumaczyć.
- Szkoła magii, chłopcze. Uczą tam jak posługiwać się różdżką i panować nad swoimi zdolnościami, które, rzecz jasna, posiadasz. Inaczej nie byłoby mnie tutaj - odparł znowu przybysz i sięgnął do torby w grochy, którą dopiero teraz zauważyłem. Chwilę w niej pogmerał i wyjął z niej kopertę z dziwnym herbem i bilet na pociąg, a wszystko to wręczył mnie do rąk własnych. Dość nieufnie przyjąłem od niego te dwie rzeczy i ostrożnie spojrzałem na kopertę, która była dość gruba, a herbem była litera H, otoczona lwem, wężem, krukiem i borsukiem. - Zatem jest pan oczekiwany pierwszego września w Hogwarcie. Odjazd pociągu punkt jedenasta, dworzec Kings Cross w Londynie, peron dziewięć i trzy czwarte. Do widzenia państwu - ukłonił się mężczyzna, który zapewne też był czarodziejem, po czym wyszedł tylnymi drzwiami. Po chwili rozległ się głośny dźwięk, jakby ktoś strzelił z pistoletu.
Popatrzyłem na rodziców. Byli... wściekli? W każdym bądź razie patrzyli na mnie z odrazą i wcale nie wyrzekli słowa. Zrozumiałem, że gość na pewno wszystko im powiedział podczas mojej nieobecności.
- To są jakieś jaja, mamo? Tato, powiedz, że mnie wkręcacie - odezwałem się wreszcie, by przerwać tę dość napiętą sytuację.
- Nie, synu. To prawda, jesteś czarodziejem. Nie wiem, jak to możliwe, ale nim jesteś. I musisz tam jechać, czekają na ciebie -  odpowiedziała Sarah Stone, moja matka i zobaczyłem, że ma oczy pełne łez, a jej głos, dotychczas taki ciepły i łagodny, stał się nieco oschły, pełen goryczy i ukrytej pretensji.
W tym czasie otworzyłem kopertę i zacząłem ją czytać. Przeczytałem ją chyba ze dwadzieścia razy, by w końcu powiedzieć:
- To jakiś obłęd...

~ ~ ~

Pięć lat temu, zamek Hogwart

Będąc w drugiej klasie moje życie całkiem się odmieniło. Poznałem bowiem kogoś, kto postawił cały mój dotychczasowy świat na głowie i nic nie było już takie samo. Hogwardzka biblioteka ma to do siebie, że czasem trzeba się do kogoś odezwać, jak skończy się pergamin lub atrament czy jak złamie się pióro. W moim przypadku chodziło o pióro. Nie należałem do kujonów, aczkolwiek był czas oddania wypracowań. Odkładałem to najdłużej jak się dało, ale przyszedł czas, że trzeba było się zabrać za pisanie. W tym celu zlazłem do biblioteki, rozłożyłem książki i pergaminy. Zacząłem pisać przyciskając pióro tak mocno, że pękło z trzaskiem. Nie opanowałem wtedy jeszcze zaklęcia Reparo, a z dormitorium zabrałem tylko jedno. Pozostało mi zatem pożyczyć od kogoś, kto miał ich więcej. Rozejrzałem się dyskretnie po czytelni i nieco dalej od siebie zobaczyłem dziewczynkę z dwoma, ciemnoblond kucykami. Byłem odważnym dzieciakiem i odezwanie się do kogoś jako pierwszy, nie sprawiało mi trudności. Poza tym lubiłem wyzwania, a ten przypadek tak właśnie potraktowałem.
- Cześć, masz może pożyczyć pióro? Swoje złamałem... - zagadnąłem, gdy już się do niej zbliżyłem i na dowód swoich słów, pokazałem jej przełamaną skalówkę. Moment kiedy na mnie spojrzała, trwał kilka sekund, ale te kilka sekund wystarczyło, bym w jej oczach wyczytał, iż ma równie przesrane w życiu jak ja. Nie wiem, jak to wyczułem, ale to spadło na mnie tak nagle, jakby dostał obuchem siekiery w głowę. Bez słowa podała mi jedno pióro, a ja bez słowa wróciłem na swoje miejsce, ale cały mój stan ducha został bezpowrotnie zburzony...

~~~

Czwarty rok, opuszczona klasa

- Chodź, coś ci pokażę - wciągnąłem ją do klasy, zanim ktokolwiek mógł nas zobaczyć. Byłem Gryfonem, ona Ślizgonką. Byłem mugolakiem, w mniemaniu czystokrwitych byłem szlamem, a ona czarownicą o nieskalanej krwi. Nasze kontakty, ba, nasza przyjaźń była całkowicie zakazana. Problem w tym, że ani nie chciałem tego zakańczać ani nie potrafiłem. Bowiem odkąd tylko ją poznałem, odkąd jej życie tak doskonale splotło się z moim, bez niej byłoby ruiną. Byłoby niekompletne. I nie ważne, że niesamowicie mnie wkurzała, momentami doprowadzając do furii. Nie raz kazałem się jej wynosić do diabła i nigdy więcej nie odzywać tylko po to, by zaraz błagać ją o wybaczenie. Najbardziej wkurzało mnie w niej to, że wystarczyło jedno jej spojrzenie, by odszyfrować mój nastrój, a kiedy na mnie patrzyła, moje nogi stawały się dziwnie miękkie, a wokół serca rozlewało się ciepło. Nie rozumiałem tego, a może nie chciałem rozumieć.
W każdym bądź razie, wciągnąłem Pandorę do klasy, by pokazać jej papierosy. Mugolskie, rzecz jasna. W wieku piętnastu lat stałem się buntownikiem. Zresztą to wcale nie dziwne, skoro rodzice przestali mnie darzyć jakimkolwiek uczuciem tylko dlatego, że byłem czarodziejem i miałem znikome poczucie swojej winy. Papierosy mnie w pewien sposób uspokajały, każde zaciągnięcie się dymem wyzwalało feromony spokoju i błogości, sprawiały, że świat nieco wirował. Chciałem pokazać to uczucie Pandzie, jak kazała na siebie mówić. Podzielała moje zdanie, polubiła fajki i w ramach rewanżu przyniosła mi alkohol. Czarodziejski. Do tej pory nie miałem z nim do czynienia i nawet go nie próbowałem, gdyż nie czułem takiej potrzeby. Dla niej byłem gotowy wypić całą butelkę, chociaż zaledwie łyk Ognistej Whisky sprawił, że pali mnie żywy ogień. Tak oto oboje pokazaliśmy i pokazujemy sobie nadal świat całkowicie dla nas obcy, by nie błądzić w nim samotnie i po omacku...

Re: Evan Stone

on Pon Lip 09, 2018 10:44 pm
Witaj na Magicznej Kołysance! Otrzymujesz ode mnie 10 dodatkowych fasolek za rozwiniętą KP!
Na podstawie karty przydzielam ci 3 atuty i 1 słabość.

Atuty:
- Wulkan energii - z postaci kipi wręcz energia do działania. Jest bardzo aktywna, ciągle znajduje nowe zajęcia, ale też, co najważniejsze, ma nieprzebrane pokłady zapału i sił do działania.
- As przestworzy - postać fantastycznie lata na miotle. Na pierwszych zajęciach miotła od razu poderwała się do jej ręki, widok przepaści pod stopami nie budzi w niej lęku, a zwinność pozwala na różne akrobacje powietrzne.
- Wiem, czego chcę - postać potrafi stawiać sobie jasno sprecyzowane cele do których dąży, niezależnie od tego, co myślą inni. Dzięki temu łatwiej radzi sobie z wewnętrznymi konfliktami.

Słabość:
Ja nie skoczę?! - postać ma skłonność do ryzykownych, nieraz głupich zachowań, mających na celu udowodnić jej wartość. W końcu nie może pozwolić na to, by ktoś ją uważał za tchórza, prawda?







Rain down
from a great height
Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach