Share
Go down

Bar "U bandyty Keitha"

on Czw Sty 04, 2018 1:39 am


Bardzo amerykański wystrój amerykańskiego baru. Amerykańskie rejestracje, amerykańskie znaki drogowe, amerykańskie żarcie, amerykańskie stoliki. Zakaz wstępu dla Francuzów, amerykańscy kelnerzy, amerykański szef, amerykańskie danie dnia, amerykańskie stoliki, amerykańskie sztućce i w ogóle wszystko bardzo po amerykańsku. Każdy Amerykanin może czuć się prawie jak w Ameryce, a to za sprawą Amerykanina Bandyty Keith'a.

Re: Bar "U bandyty Keitha"

on Nie Sty 07, 2018 12:12 am
W Londynie było niewiele barów, do których mógł udać się młody człowiek w celu spożycia alkoholu. Na szczęście jednym z tych miejsc był sławetny Bar u Bandyty Keith'a, najbardziej amerykańskiego spośród wszystkich amerykanów. Nate bardzo lubił USiA toteż często wspierał ich wojnę terroru poprzez drinkowanie w tym jakże uroczym pubie.
Tym razem chłopak trafił tam w celu przemyślenia paru spraw. Podczas wakacji, które spędził głównie na podróżach, postanowił nie wracać już do szkoły magii i czarodziejstwa jaką był Hogwart. Nic go tam nie trzymało, a roczny pobyt w tej norze jedynie ostudzał cały jego wewnętrzny zapał. Stwierdzając więc, że przez ten ostatni rok niczego nowego się nie nauczy postanowił spożytkować ten czas w inny sposób. Pierwszym punktem na jego liście było właśnie odwiedzenie swojego ulubionego baru, któremu dał w gazecie całe 5 gwiazdek. W końcu nie była to jakaś patologiczna nora typu Pizzeria Krążek- tu najwyżej dostaniesz kosę pod żebra, na pewno jednak nie bolca w dupę.
Pub był prawie pusty, dlatego też chłopak nie miał problemu ze znalezieniem miejsca przy barze. Siadając na jednym z hookerów poprosił barmana o whisky z colą. Kiedy już dostał swój trunek upił trochę tego cudownego płynu i rozmyślał.


Re: Bar "U bandyty Keitha"

on Nie Sty 07, 2018 12:27 am
Enzo także postanowił udać się do tego baru, jednak w zupełnie innym celu. Nie miał ochotę na alkohol, tylko po prostu musiał odsapnąć po tym wszystkim co działo się dookoła. Cybertron, Nemo, to była ciężka sprawa, jednak skończenie się papieru toaletowego w domu było już całkowitym przegięciem. Wchodząc do pomieszczenia na początku nie zobaczył Mongolian Kinga Czempiona Stonogi który to także przybył tutaj jednak od razu zaczął walić jakąś amełykańską flaszeczkę która to została mu sprzedana pewnie przez to że pokazał swój mongolski dowód tożsamości. Jako że barman miał tutaj miękkie serce pewnie zlitował się nad krukonem (ciota xD) i dał mu coś mocniejszego do picia. Gdy Major dostrzegł kumpla dosiadł się do niego i zamówił sobie kremowe piwo. Jako że niedawno skończył odwyk nie mógł na razie zacząć znów łoić gdyż pewnie zabiorą go znowu do ciechocinka gdzie będzie musiał udzielać się w pracach społecznych z których ostatnio go wyjebali za walenie gruchy do głównego zbiornika serka "patoluś"


Re: Bar "U bandyty Keitha"

on Nie Sty 07, 2018 12:41 am
Kontemplacja nie trwała długo gdyż do baru przybył sam Enzo "Majonenzo" Nero- alias Toaletor, król Majonezu. Nie pierdoląc se w tańcu dosiadł się do Nathaniela i zamówił swoje ukochane piwo kremowe- Nath zawsze wiedział, że jeden z braci Nero musi być ciepły.
Patrząc na swojego przyjaciela rzekł:
- O cześć Enzo, dobrze, że jesteś bo mam pytanie. Gdzie są kurwa moje kredki?
Pytanie mogło wydać się infantylne, ale było w 100% poważne. Podczas ich ostatniego spotkania w pociągu Enzo obiecał chłopakowi kredki, których ten nie otrzymał aż do teraz. Jako, że obydwoje byli dorosłymi facetami to musieli dotrzymywać swoich obietnic. Popijając whisky Nate czekał na prezent... "A jak będą świecowe to go kurwa zapierdole..."


Re: Bar "U bandyty Keitha"

on Nie Sty 07, 2018 12:52 am
Enzo miał w dupie stwierdzenie Nate że jeden z braci Nero musi być ciepły. Wiedzieli o tym od zawsze, a Drake tylko co jakiś czas to potwierdza. Nie czekając długo na swoje piwo spojrzał na Mongoła i upił łyka.
- Zapytaj się swojego kota. Ostatnio widziałem jak wkładał je sobie w dupę. Słyszałem że zwierzęta naśladują zachowania swoich właścicieli - Odpowiedział na pytanie.
Zaczął się zastanawiać w sumie czym on karmi tego kota przypominając sobie akcję w pociągu. Wtedy to przydało by się zrobić angielskie wyjście.
- Tooth soldier vs Kapitan Próchnica - Rzekł tajemniczo.
On doskonale zrozumie o co tu chodzi. Po wypiciu swojego piwa zaczął się zastanawiać co powinni zrobić.
- Giotto się zgubił. Musimy zbudować rakietę i polecieć na cybertron - Teraz to był konkret, ale w sumie sam nie wierzył w to że im się to uda. Nate z tym mongolizmem to nawet nie umiał porządnej rakiety nie umiał narysować a co dopiero coś stworzyć.


Re: Bar "U bandyty Keitha"

on Nie Sty 21, 2018 12:16 am
Zapewne ruszyłyby go słowa Enzo. Tak się jednak nie stało, a to dzięki częściowemu mongolizmowi, który pozwalał chłopakowi na to, aby nie rozumiał części słów jakie się do niego mówi- w końcu każdy geniusz był trochę ułomny.
Nie można było tego jednak powiedzieć o Enzo, który dla zabawy lubił wkładać sobie świecówki do dupy i nacierać się później majonezem. Był jak człowiek, który gadał jakieś pierdoły o żabkach i na siłę kazał zainteresować tym innych.
W pewnym momencie przeszedł jednak do konkretów- Giotto zniknął, a jedyne co mogło pomóc go odnaleźć to rakieta skierowana wprost na cybertron. Wyciągając swoją talię z Cieniem Magii Nate zaczął rozkładać ją jak tarota. W pewnym momencie zamarł- wypadł Kozaky, a co za tym idzie podróż ta miała być zwycięska, ale nie mogła należeć do łatwych... Później wypadło oczko.. Potrzebny był kierowca... Patrząc na Enzo zapytał półszeptem:
- NDS w to wchodzi?
Czekał ze skupieniem na odpowiedź.


Re: Bar "U bandyty Keitha"

on Pon Sty 29, 2018 2:38 pm
Enzo po chwilowej rozmowie z Mongołem poczuł że to nie ma sensu. Wiedział doskonale że on mu tylko przytakuje, a tak na prawdę nawet nie wie o co mu chodzi przez zaawansowany mongolizm. Blondyn westchnął starając się pominąć całkowicie fakt że wdał się w dyskusję z kimś tak ograniczonym jak Nate. Był zły sam na siebie że przez chwilę dał się ponieść sytuacji. Słysząc jego półszept i pytanie o NDS`a spojrzał na niego jak na debila. Przecież nie mają żadnego innego pilota do tej rakiety którą chcą polecieć na Cybertron po Giotto.
- Ja zajmę się rakietą, Ty zajmij się prowiantem. Teraz kiedy nie mamy kateringu, ta robota należy do Ciebie - Powiedział Nero wstając od stolika.
Wtedy przypomniał mu się Haron. Koleś/ Katering, który stracił swoje miano, kiedy stracił wszystkie zęby. Przecież nie mogli narazić się na to że napluje im do żarcia jak będzie coś gadał, albo wpierdoli zęba do schabowego z piersi z kurczaka. Po tych przemyśleniach Enzo poszedł w stronę zachodzącego słońca poszukać złomu na rakietę.

z/t


Re: Bar "U bandyty Keitha"

on Wto Lut 06, 2018 10:00 pm
Po wyjściu młodszego brata Nero Nathaniel nie siedział długo w barze. Dokończył swój trunek, podziękował i zapłacił barmanowi, a następnie powolnym i leciutko chwiejnym krokiem udał się w stronę wyjścia. Przy drzwiach skorzystał z prawdziwej amerykańskiej spluwaczki, a następnie opuścił lokal.  

z/t


Re: Bar "U bandyty Keitha"

on Pon Lis 05, 2018 11:49 pm
Zmęczenie tego dnia dawało się we znaki Willowi. Było to przede wszystkim zmęczenie psychiczne, jak to w jego pracy bywa; jakim zaś sposobem najlepiej jest od tego uciec? Zmęczyć się fizycznie, najlepiej dobrze się bawiąc. A przynajmniej próbując.
...a przynajmniej tak od kogoś ostatnio słyszał. Od kogo? Była sobie taka jedna kobieta, koleżanka z pracy. Prawdę mówiąc, umówił się tu z nią i cierpliwie czekał. Do momentu, w którym jakiś pachołek przekazał mu, że jednak jej nie będzie.
Westchnienie ulgi rozbrzmiało z jego płuc. Przynajmniej już wiedział, na czym stoi. Wysączył jeszcze trochę złocistego napoju z podanego mu kufla.
Ponadto właśnie zdał sobie sprawę, że od dłuższego czasu wpatrywał - nie, źle - gapił się w pewną kobietę siedzącą nieopodal lady. Zupełnie mimowolnie, jakby stracił kontakt ze światem, krążąc myślami gdzieś koło tematu "czy to ja przyszedłem za wcześnie, czy ona się spóźnia?". Dałby jednak słowo, że jego nieustępliwy wzrok został dostrzeżony i zrobiło mu się trochę niezręcznie. Jako reporter miał parę prostych sztuczek na pozytywne rozwiązanie takiej sytuacji. Jedną z nich było, chociażby, po prostu podejście i zagadanie. W końcu teraz i tak nie miał nic do roboty, a gorzej chyba nie będzie.
- Khm... Dobry wieczór - zagaił, nie będąc pewnym, jak się zwrócić do nowej znajomej. Tak czy siak, takie przywitanie było dość bezpieczne, zwłaszcza że nie wydawała się być od niego młodsza. - Można się przysiąść? - dodał, poprawiając sobie włosy. Zdał sobie w końcu sprawę, że nawet się nie przejrzał w zwierciadle przed planowanym spotkaniem. Pewnie wyglądał jak ostatnia ciamajda.

Re: Bar "U bandyty Keitha"

on Wto Lis 06, 2018 12:40 am
Sigrun nie wyglądała dzisiaj na zbyt szczęśliwą. Stukając palcami o drewniany blat odliczała kolejne minuty spóźnienia mężczyzny, który miał zaoferować jej pracę. Dorosłość uświadomiła kobiecie, że pieniądze na drzewach nie rosły, więc każda możliwość dodatkowego zarobku ją cieszyła. Pozostałe siostry również nie były jakimiś szczególnymi karierowiczkami, a przecież szła zima - to pora kupić tym najmłodszym Baudelaire nowe buty, płaszcze i pierdoły do Hogwartu, bez których z jakiegoś niezrozumiałego dla czarodziejki powodu, aktualni nauczyciele przedmiotowi nie potrafili prowadzić zajęć. Bycie głową rodziny nie było dla niej łatwe. Wyliczanie wszystkich zbliżających się wydatków doprowadzało ją do gorączki.

A może to po prostu pity alkohol rozgrzewał ciało?

Wzięła kolejny łyk whiskey, nie robiąc już sobie szczególnych Nadziei (♥) na to, że cokolwiek uda się dzisiaj osiągnąć. Sam fakt, że nie wyszła po połowie godziny uznała za zły znak. Czy była zdesperowana? Chyba nie, a jednak zdawało się, że utknęła na tym krześle na dobre. Drzwi były blisko. Chociaż sprawiało to pewne trudności, mogła chodzić. Wystarczyło kilka kroków, aby wydostać się z tej duchoty i uciec od dźwięków wydawanych przez dobrze bawiących się ludzi mających ją głęboko w nosie. Dziwne, że akurat ona liczyła na odrobinę uwagi, skoro tak wiele energii poświęciła na ukrywanie się w cieniu innych.

I wtedy dostrzegła cudze spojrzenie. Oczy Sigrun i Willa miały szansę spotkać się tylko na krótki moment - jak mrugnięcie. Ten ułamek sekundy sprawił, że speszona odwróciła głowę w innym kierunku, w niezręczny sposób bawiąc się szklanką i poprawiając nienagannie ułożone włosy. Był to gest na miarę strzepywania z ramienia niewidzialnych pyłków kurzu. Usłyszawszy jego głos nie dała rady ukryć malującego się na twarzy zdziwienia. Wysiliła się, aby zmrużyć zaskoczone oczy i uśmiechnąć lekko, chociaż wpierw nie do końca rozumiała o co mu chodzi. Ostatecznie whiskey nie było lekkim alkoholem, szczególnie dla kogoś, kto nie miał w zwyczaju pić czegoś poza rozwodnionym szampanem w sylwestra. Poczuła z tego powodu lekkie zażenowanie.

- Dobry wieczór - przywitała się również, być może odrobinę zbyt śpiewnie jak na starszą od siebie kobietę poznaną przypadkiem przy barze. Z tej odległości młody Cursebell mógł o wiele wyraźniej dostrzec, że chociaż Sigrun nawet nie próbowała ukrywać poprawiania swojego wyglądu zaklęciami, to nie udało jej się zamaskować kilku zmarszczek, powstałych zapewne na wskutek zbyt częstego śmiania się - uroki tej części życia, w której kolagen nie chce być już twoim najlepszym przyjacielem. Szkoda, że nikt nie wymyślił jeszcze jakiejś (choćby mugolskiej!) pomocy na starzejącą się skórę...

Co powinna odpowiedzieć, aby nie wyjść na drętwą? „Oczywiście” brzmiało jakby siedziała w pracy, „może innym razem” wydawało się bardziej odpowiednie, ale kuło w samotne serce i już teraz wiedziała, że te słowa dudniłyby jej w głowie przez następne kilka miesięcy.

- Jasne - wydusiła wreszcie, dogłębnie analizując ułożenie niesfornych loczków na jego głowie, jakby coś mu między nimi utkwiło. Zorientowanie się, że nie był to najlepszy pomysł zajęło Sigrun dłuższy moment, ale wreszcie wejrzała wgłąb piwnych oczu, które błyskawicznie wydały jej się zbyt młode, jak na kogoś, kto zaczepia ją w miejscu publicznym. Stan upojenia nie sprzyjał jednak szczególnej podejrzliwości, więc po prostu wysunęła w jego kierunku bladą dłoń i przedstawiła się:

- Sigrun Baudelaire.

Jak głupio to brzmiało w jej głowie! Jakby była z daleka, być może ze szlachetnej rodziny. W rzeczywistości była pospolitą Brytyjką. W dodatku z masą kłopotów.

- Miło mi cię poznać, drogi...?

Re: Bar "U bandyty Keitha"

on Sob Lis 10, 2018 1:56 am
Była tak samo zmieszana, jak on. Albo nawet bardziej.
Ostatecznie jednak nie wyszło tak źle, przynajmniej dla Willa; nie spławiła go natychmiastowo, to było całkiem pocieszające. Pytanie tylko, co dalej?
Postanowił jeszcze nie siadać, do momentu właściwego zapoznania się. To wydawało mu się być rozsądniejsze.
Uśmiechnął się na dźwięk charakterystycznego przywitania. Zabrzmiało bardzo sympatycznie. To może nie być aż tak zły wieczór.
Nie dało się nie zauważyć, że była to kobieta... starsza zapewne od reportera, chociaż z drugiej strony - nigdy nie był dobry w ocenie wieku "na oko". Inna sprawa, że zdawał się zawsze dogadywać lepiej z ludźmi, którzy byli nieco dojrzalsi od jego rówieśników. Może ta różnica zacierała się powyżej tych dwudziestu lat, ale wciąż, przynajmniej zazwyczaj, była dość widoczna.
"Sigrun Baudelaire", rozległo się w jego głowie, obijając się echem.
"Och kurwa" - wybrzmiało chwilę później.
Toż to z pewnością była jakaś szlachcianka. Z wpływowej, zamożnej rodziny. Może nawet ambasador tego rodu, bo brzmiało nieco "zagranicznie"; z takim, hm, skandynawskim brzmieniem. Szczerze mówiąc, nie znał za dobrze tych okolic, tak samo obyczajów.
Z całym dostępnym swojej osobie szacunkiem i ostrożnością, ujął więc dłoń Sigrun. Nie wiedział teraz co ze sobą począć, ale chyba po prostu zrobi to tak, jak przywitałby każdą szlachetnie urodzoną pannę; ukłonił się, powoli zbliżając uchwyconą dłoń w stronę swoich ust. Jeśli nie oponowała, widocznie w jej kręgach było to normalne i złożył delikatny pocałunek.
Wkopał się w niezłe gówno, ale stan w jakim znajdowała się pani Baudelaire działał na jego korzyść. Nie była może pijana, ale za to z pewnością dosć... rozluźniona. Jeśli wszystko będzie dobrze, może nawet nie tylko zdobędzie ciekawą znajomość, ale i cenne kontakty. "Przyjemne z pożytecznym, hm?" - pomyślał, modląc się tylko o to, żeby niczego zanadto nie spieprzyć.
- Will Cursebell. Także niezmiernie mi miło. - uśmiechnął się, podnosząc głowę. Zauważywszy, że Sigrun już kilka chwil w charakterystyczny sposób mu się przygląda, postanowił zapytać, bo coś nie dawało mu spokoju. - Przepraszam, czy mam coś na głowie? We włosach? - zrobił minę wskazującą na obawy lub zmieszanie. Faktycznie rysowały się w jego duchu wspomniane emocje, ale taka reakcja była nieco przesadzona; przerysowana mimika zwykle jednak nie przeszkadzała mu w nawiązywaniu znajomości. Zwłaszcza gdy miało to miejsce przy barze.
W międzyczasie usadowił się na siedzisku obok, oczekując na odpowiedź która przyniesie mu ulgę albo wstyd. Co takiego mógł mieć w swojej bujnej grzywie? Raczej nic poważnego. Oby!

Re: Bar "U bandyty Keitha"

on Nie Lis 18, 2018 3:24 pm
Klątwa będąca jedynie częścią jego nazwiska sprawiła, że powieka lekko jej zadrżała. Irracjonalny strach przed zwyczajnym słowem miał swoje podłoże w wielu latach regularnych ataków paniki na samą myśl, że sekta ścigająca ją i jej rodzinę jest już blisko. Jeżeli zadajesz sobie pytanie jak blisko było Sigrun do zabarykadowania się w schronie i spędzenia reszty życia na konsumowaniu konserw, to... jesteś na dobrym tropie. Bo strach sprawiał, że stawała się odrobinę obłąkana. Normalna, pragnąca życia i radości, pozytywna dziewczynka walczyła nieustannie w starciu z tą odrobinę ciemniejszą, smutniejszą i wiecznie martwiącą się kobietą.

Spróbowała się szerzej uśmiechnąć, chociaż jej nieśmiałość wzięła górę i niewiele z tego wyszło. Łatwo było odczytać, że też się całą sytuacją denerwuje - blade policzki pokryły się delikatnym odcieniem różu, spojrzenie sporadycznie próbowało uciec gdziekolwiek indziej niż jego oczy. Postawa czarodziejki również nie wskazywała na szczególną pewność siebie. Siedziała z lewą nogą założoną na prawą, wcześniej odrobinę garbiąc się nad szklanką. Teraz co prawda się wyprostowała, chociaż niemal pewnym było, że gdyby znów zapomniała o tym, jakoby ktoś miał zwrócić na to uwagę, to wróciłaby do wykrzywiania sobie kręgosłupa.

Will Cursebell, powtórzyła w myślach kilka razy, jakby chciała obejrzeć jego nazwisko z każdej możliwej strony. Niestety, mimo wysiłku włożonego w wygrzebanie jakiegokolwiek wspomnienia z nim związanego, musiała dojść do wniosku, że o chłopaku nigdy nie słyszała.

Miało to w przypadku Sigrun swoje wady i zalety.

Jedną z istotniejszych wad było to, że przecież... Mógł ją właśnie oszukać. Mógł nie nazywać się Will Cursebell, prawda? Mógł przyjść tutaj jako szpieg, chcąc wykraść od niej informacje, sekrety rodziny. Oh! Mógł sprawić, że jest w takim niebezpieczeństwie! Ale z drugiej strony mógł też być zwyczajnym chłopakiem zagadującym dziewczynę w barze. Zajrzała wgłąb szklanki, w której znajdowała się resztka whiskey i zapytała go w myślach raz jeszcze: co miała zrobić?! Ale alkohol z jakiegoś powodu jej nie odpowiedział. Ba, generalnie milczał. Co miała zrobić?! Postanowiła więc go wypić, nim odpowiedziała Willowi na zadane wcześniej pytanie.

- Nie, skądże, po prostu... - zaczęła, ale na chwilę urwała. - Masz naprawdę ładne włosy.

Twarz też miał ładną. Pokusiłaby się nawet o stwierdzenie, że uroczą, ale takie słowa z ust starszej od siebie kobiety musiały brzmieć bardziej jak komplement od cioci niż nawet nieudolna próba flirtu.

- A więc co u ciebie słychać, Will? - zapytała korzystając z odwagi jakiej dodawał jej alkohol i społecznego przyzwolenia na to, aby to ona mogła wybrać czy będą mówić do siebie po imieniu. No, poza tym... Na litość boską, czy ktokolwiek był w stanie wymówić nazwisko "Baudelaire"?

Sigrun sprawiała wrażenie mocno zagubionej. W życiu albo własnej głowie. Już na pierwszy rzut oka było jednak widać, że jest bardzo zadbana. Nie chodziło nawet o poprawianie wyglądu czarami, ale o eleganckie, dobrej jakości ubrania, idealnie ułożone włosy i delikatny makijaż, podkreślający niebanalną urodę. Roztaczała wokół siebie zapach łagodnej, kwiatowej woni. Najwyraźniej zależało jej na wyglądzie i umiała o siebie zadbać... albo się na coś lub kogoś kreowała.

Re: Bar "U bandyty Keitha"

Yesterday at 7:09 pm
Każda poszczególna reakcja nowo poznanej kobiety miała w sobie coś z zakłopotania czy obaw. I nie trzeba było wcale być specjalistą w zdobywaniu informacji, jakim - być może, poniekąd - można było nazwać Willa. Wystarczyło po ludzku pomyśleć o tym w ten sposób, że panna siedząca przy barze i próbująca w widoczny sposób się rozluźnić... nawet się nie uśmiechała. Albo nie próbowała odpowiadać w wybitnie zaangażowany sposób. Mogła mieć albo naprawdę gówniany humor, albo - i to bardziej możliwe - była zwyczajnie nieufna. Trudno w końcu powiedzieć, po co zaczepia cię obcy człowiek, choć - cóż - idąc do baru należy być przygotowanym na taką sytuację.
Cursebell westchnął z zadumą, spoglądając w twarz i oczy Sigrun. Próbował odgadnąć, co ją trapi, ale nie było to takie łatwe. A nawet gdyby miał strzelać, to zawsze mógł się mylić. Albo zostać okłamanym, że się myli, co było dość powszechną praktyką pośród tych, z którymi prowadził wywiady. Najlepsze wydawało się więc zwyczajnie, powoli, potoczyć tę gadkę do przodu.
- Nie ma powodu do obaw. - uniósł kącik ust w lekkim uśmiechu, wymownie, jakby jego mina miała wyrazić "można mi ufać". Może nie wyglądał na najbardziej poczciwą osobę w okolicy, zwłaszcza kiedy był nieco przemęczony (czyli zawsze) i nie ubrany w swoje najlepsze ciuchy (czy on w ogóle miał jakieś "najlepsze ciuchy"?...), ale na pewno nie wydawał się być jakimś typem spod ciemnej gwiazdy.
Dawno nie słyszał od kogoś komplementu. Rozpromienił się, choć jego oczy wyglądały nieco niepewnie - jakby nie wierzył w to, co słyszał. Albo przynajmniej po części uznawał możliwość, że było to ironiczne.
- Oh, em... Dziękuję. - odparł zmieszany, przez parę kolejnych chwil po prostu milcząc. Już zapomniał, co się w takich chwilach robi. Przeciągnął palcami przez grzywkę, odrzucając ją jeszcze bardziej na bok. Cholerka, teraz to on był tu zagoniony w kozi róg. Dobrze, że Sigrun tym razem sama wysunęła się z inicjatywą i podjęła temat.
- U mnie, hm. To co zwykle - roześmiał się cicho, w końcu skąd jego nowa koleżanka miała wiedzieć, czym było jego "zwykle".
Przykrym faktem było to, że to było najzwyklejsze zwykle, jak się tylko da. Wstaje zaspany, idzie do pracy, zarabia sobie z ledwością na życie i jakoś tak żyje z dnia na dzień. Chciał opowiedzieć jakąś interesującą historię ze swojego życia, lecz nie był teraz w stanie sobie niczego takiego przypomnieć. Przynajmniej niczego z ostatnich dni. Najzwyklejsze pytanie na świecie, ale tak kłopotliwe.
- Najzwyklejsze pytanie na świecie, ale tak kłopotliwe... - podrapał się po karku, odchylając się nieco na krześle. Jego oczy powędrowały gdzieś w stronę sufitu, jakby próbował sobie przypomnieć, co on w ogóle wczoraj robił. - Prościej będzie chyba odpowiedzieć, czym się zajmuję. Pracuję w Proroku Codziennym. Rozmawiam z różnymi ludźmi, zależy, kto w danym momencie znajduje się w okolicy... Takie tam. - mówił, co już podsunęło mu pewien pomysł na zgrabniejszą odpowiedź. Ta jednak związana była z nieco dłuższą historią, a nie chciał za dużo suszyć języka, nie pozwalając Sigrun dojść do słowa. - A Ty? - zapytał z pewną dozą niepewności, czy może zwracać się w ten sposób. Chyba tak. Nie on pierwszy zaczął mówić po imieniu.
Sponsored content

Re: Bar "U bandyty Keitha"

Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach