Zapraszamy serdecznie do przyłączenia się do przygody!


CalendarCalendar  IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  GrupyGrupy  FAQFAQ  

Share | 
 

 Sala maginekologiczna #2

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Mistrz Labiryntu
avatar


avatar

PisanieTemat: Sala maginekologiczna #2   Nie Lis 05, 2017 12:41 am



Będąca prawie lustrzanym odbiciem sali numer jeden, także posiada jedną łazienkę, jeden parawan umożliwiający przebranie się, szafeczkę przy każdym z łóżek oraz stosunkowo duże okno. Jest jednak w stanie pomieścić wyłącznie dwie pacjentki, ponieważ standard niewielkiego pomieszczenia w założeniu miały podnieść dwa dosyć spore i miękkie fotele - stojące w miejsce zwyczajowych niewygodnych krzesełek z metalu - zajmujące naprawdę dużo miejsca. Z racji tego, iż zakup tych siedzisk okazał się odrobinę nietrafiony, jednakże nie dało się już nic z tym zrobić, pozostały one na swoim założonym miejscu. Co prawda, sala numer dwa nie jest zatem typową izolatką, lecz uznaje się ją za coś w rodzaju synonimu luksusu w Mungu, mimo że decyduje o tym wyłącznie obecność dodatkowych mebli i brak dwóch łóżek. Reszta pozostaje taka sama jak na całym oddziale.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marjorie Greyback
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Sala maginekologiczna #2   Nie Lis 05, 2017 1:28 am

|dzień po trafieniu do szpitala

Przez cały dzień padało. Piękna pogoda, jaka utrzymywała się jeszcze poprzedniego dnia, jakby znikła bezpowrotnie i od samego rana po niebie płynęły ciemne - czarne, granatowe i ciemnoszare - ciężkie chmury, na które miała wprost idealny widok ze swojego posłania w sali szpitalnej. Ustawione praktycznie tuż pod samym oknem, łóżko w pomieszczeniu - innym niż te, w którym obudziła się za pierwszym razem, choć wyglądającym względnie podobnie; z poprzedniego pokoju przeniesiono ją późnym wieczorem, praktycznie w środku nocy, gdy poszukiwano miejsc dla trzech wyraźnie znających się kobiet w zaawansowanej ciąży - prawdę mówiąc, było o wiele wygodniejsze niż wcześniejsze. Materac zdawał się być mniej wyrobiony, nie było w nim aż tak dużego dołka, a cały pokój jakby nieco mniej śmierdział detergentami.
Zdecydowanie nie było jej tu zatem aż tak źle - zwłaszcza że nudę zabijała śledzeniem drogi kropel nieustannie bębniącego o parapet deszczu i obstawianiem wyniku ich kolejnego wyścigu - jednakże szarówka za oknem nie była zbyt przyjemna. Praktycznie przez cały dzień wszędzie świeciły się światła, bez których w pomieszczeniach byłoby stanowczo za ciemno. Pioruny raz po raz uderzały gdzieś daleko, a błyskawice przecinały niebo. Godzinę czy dwie wcześniej - nie wiedziała, ponieważ na żadnej ze ścian nie było jakiegokolwiek zegara - zerwał się też wyjątkowo mocny wiatr, który dosłownie porywał ciemnozielone liście z drzew i ciskał nimi nawet w okna ostatniego piętra szpitala. Do tego, przez które spoglądała Alyssa, przykleiły się już trzy nieduże listki, a przecież do jesieni było jeszcze dosyć daleko.
Meadowes zdecydowanie nie mogła narzekać na personel, który traktował ją wyjątkowo dobrze, zwłaszcza że od czasu do czasu wpadał do niej ktoś znajomy, ponieważ miejsca pracy tak już miały, że plotki niosły się z zadziwiającą prędkością i chyba każdy już wiedział. Każdy... Ale nie ci, którzy najbardziej powinni. Chociaż zdecydowała się bowiem napisać kilka listów do dwóch osób, robiąc to jeszcze zeszłego popołudnia, żadna z nich nie była tą właściwą. I Aly, choć myślała o tym praktycznie przez cały czas, nie podjęła jeszcze ostatecznej decyzji, co do powiadomienia Aleca o swoim pobycie w szpitalu.
Mimowolnie się przed tym wzbraniała, mając na uwagę nie tylko to, jak fatalnie mógł zareagować, zapewne wciąż jeszcze będąc na nią wściekłym po ich ostatniej kłótni. Wysłanie mu listu niechybnie oznaczałoby bowiem także poinformowanie go o Narglu, a tego... Chyba nie chciała robić. Już nie. Ich najświeższy spór sprawił, że nie była już niczego pewna. To, że mężczyzna wyraźnie nie chciał ani liczyć się z jej zdaniem, ani spędzać z nią czasu... To równie dobrze mogło oznaczać, że nie zechce także mieć z nią do czynienia, gdy dowie się o ciąży.
Naprawdę nie chciała myśleć o nim jak o kompletnym gumochłonie, który byłby w stanie rzucić ją na wieść o dziecku - zwłaszcza że to ona sama miała nieodpartą ochotę, by wziąć nogi za pas i ponownie uciec jak najdalej - a jednak nie potrafiła powstrzymać niepokoju, który siedział gdzieś tam pod jej skórą i uaktywniał się za każdym razem, gdy tylko blondynka prawie wyciągała rękę po pióro i pergamin, które załatwiła jej jedna z koleżanek.
Dalej przebiegało tak samo. Za każdym razem prawie chwytała atrament, wahając się i odstawiając buteleczkę na niewielką szafkę nocną. Zrobiła to już dziesiątki razy, choć przecież dopiero dochodziła dziewiętnasta. Wiatr huczał za oknem, burzowe grzmoty wstrząsały Londynem, a gdzieś w głębi korytarza - za nieco uchylonymi plastikowo-drewnianymi drzwiami - dał się słyszeć odgłos wydawany przez kółka wózka kobiety rozwożącej kolację.
Mimo że Alyssa faktycznie zdążyła zrobić się już głodna, aromat grzanej zupy mlecznej z ryżem i uspakajająco-odprężającym syropem z waleriany ani trochę jej nie kusił. Nie przepadała za samym grzanym mlekiem, zawsze dosypując do niego kakao albo dodając trochę miodu i mięty. Syrop z waleriany działał zaś na nią usypiająco, a przecież było jeszcze dosyć wcześnie. Chociaż nikogo się nie spodziewała, naprawdę mocno żałując, że nie poprosiła kogokolwiek o jakąś książkę, mając przy sobie wyłącznie egzemplarz wczorajszego Proroka Codziennego, który przyniosła jej koleżanka... Nie chciała jeszcze zasypiać. Miała wrażenie, że wyspała się bardziej niż Śpiąca Królewna.
Kiedy jednak podstarzała kucharka zajrzała do sali, w której znajdowała się obecnie tylko Alyssa, dobrotliwie nazywając blondynkę Kochaneczką, Aly skusiła się na coś do jedzenia. Prawdę mówiąc, tylko przez zapach pieczonego skrzaciego jabłka z cynamonem, który normalnie wyczułaby z kilku metrów, a który wcześniej jakoś jej umknął. Do kolacji podano także parujący napój z tykwobulwy, którego Meadowes nie miała jeszcze okazji spróbować, jednak wystarczył tylko łyk napoju o buraczkowym kolorze, by zrezygnowała z dalszego próbowania tych pyszności.
Odbierając od kobiety resztę tacy i dziękując za jedzenie, ochoczo zabrała się za pałaszowanie jeszcze ciepłego owocu, zostawiając zupę mleczną i picie, a następnie odstawiając tackę na szafkę obok atramentu. Potem powróciła zaś do obserwowania burzy za oknem, patrząc na coraz bardziej ciemniejący Londyn. Normalnie o tej porze powinno być jeszcze dosyć jasno, lecz chmury robiły swoje i mokre ulice otaczał narastający mrok. Światła za oknem, obserwowane przez malutkie kropelki, zyskiwały dzięki temu na pięknie. Nie mogła oderwać od nich oczu.

_________________
You and I walk
a fragile line
I have known it all thistime
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alec Greyback
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Sala maginekologiczna #2   Nie Lis 05, 2017 5:52 pm

/3 dni po kłótni z Alką

Kolejny dzień, choć właściwszym określeniem było słowo „wieczór”, bo czerń za oknem pogrążyła już w swoim mroku cały Londyn, spędzał w domu ze szklanką przezroczystego, bynajmniej nieprzypominającego w smaku wody, trunku i papierosem między zębami. Choć kłótnia z Meadowes miała miejsce prawie trzy dni temu, gorzkie słowa, które zostały rzucone z ust obojga, wciąż wisiały w powietrzu, skutecznie zagęszczając atmosferę.
Wściekłość wciąż paraliżowała całe jego ciało, a sama myśl o blondwłosej dziewczynie sprawiała, że krew wrzała mu w żyłach. I mimo tego cholernego uczucia, chęci rozwalenia czegoś lub (nawet lepiej) kogoś, nie potrafił zignorować zupełnie innego uczucia, które było równie silne, jak cała ta złość i gniew, a które z każdą kolejną sekundą sprawiało, że miał ochotę schować dumę do kieszeni. Nie sądził, że znowu da się jej omotać, nie sądził, że będzie się zamartwiać…
Wpatrywał się tępo w malutką stertę skrawków listu, a raczej wyjca, którego otrzymał kilka godzin temu. Choć słowa wypowiadane krzykliwym głosikiem nadawcy listu już dawno ucichły, nie potrafił przestać myśleć o jego treści. Alyssa była w ciąży. I jak teraz tak o tym myślał, kobiece i zaokrąglone kształty nie wzięły się jednak z niczego, a mimo wszystko nie podejrzewał jej o coś podobnego. Gwałtownie chwycił szklaneczkę, przytykając ją sobie do ust, by już po chwili w całości ją opróżnić…
(…)
Nie wiedział dlaczego jednak zdecydował się pojawić w świętym Mungu. I mimo tego, że obiecał sobie tego nie robić, chwilę przed godziną 21 stał przed otwartymi drzwiami pokoju numer dwa, pokoju w którym znajdowała się Alyssa. Choć woda spływała po jego skórzanej kurtce, nie ściągnął jej, zupełnie jakby cała ta wizyta miała potrwać zaledwie kilka chwil. Ostatecznie zdecydował się zrobić ten krok do przodu i przekroczyć próg pomieszczenie z rękoma schowanymi w kieszeniach kurtki, by następnie zająć miejsce na jednym z krzeseł, znajdujących się pod samą ścianą, o którą oparł się całymi plecami. I mimo, że spojrzenia zarówno jego, jak i Alyssy skrzyżowały się jeszcze chwilę przed tym, jak odważył się wejść do tej nieszczęsnej sali, Greyback nie odezwał się nawet jednym słowem. Z nieprzejednanym, wypranym z emocji wyrazem na twarzy, po prostu zajął miejsce naprzeciwko jej miejsca i milczał, choć z każdą kolejną sekundą w jego głowie rodziło się coraz więcej pytań.
Czy naprawdę była w ciąży? Jeśli tak, to dlaczego nic mu nie powiedziała? Jak mogła być tak samolubna, by nie wyjawić mu tak cholernie ważnej i istotnej dla ich relacji wiadomości. Wydawało mu się, że co jak co, ale to powinna mu powiedzieć. Znowu była nieszczera. Znowu kłamała, zatajała prawdę, uciec też miała zamiar? U licha bała się, że coś jej zrobi? Że zachowa się jak własny ojciec? Jeśli tak, to czy aż tak źle o nim myślała? Był nerwowy, ale u licha nigdy jej nie skrzywdził, nie fizycznie. Czy sądziła, że zrobiłby jej coś tym razem?
I dlaczego nie powiedziała, że jest w szpitalu? W ogóle, do cholery, dlaczego się tutaj znalazła? Czy było z nią wszystko w porządku? Czy była ranna? Czy to była jego wina? Mogło jej się coś stać, gdy wręcz wygonił ją z mieszkania. Najważniejsze jednak pytanie, wciąż nasuwało mu się na usta i choć odganiał je ze wszystkich sił, ono wciąż powracało… Dlatego beznamiętnym, zachrypniętym głosem wycedził z siebie:
– Kto. Jest. Ojcem? – i tym razem nachylił się, odrywając plecy, które jeszcze sekundę temu były przyklejone do ściany, zupełnie jakby był gotowy w każdym momencie opuścić to pomieszczenie. Był wściekły, zmartwiony, zły, ale przede wszystkim… czuł swego rodzaju strach, lęk. Dopiero ją odzyskał, a teraz.. jeśli jego obawy się potwierdzą… nie widział dla nich żadnej przyszłości. Dlatego zacisnął zęby w linijkę, wpatrując się wyczekująco w jej twarz.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marjorie Greyback
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Sala maginekologiczna #2   Nie Lis 05, 2017 6:35 pm

Chociaż starała się znaleźć sobie jak najwięcej zajęć, kolejne godziny spędzone w Mungu dłużyły jej się wprost niemiłosiernie. Nie chciała już liczyć plamek na suficie ani śledzić trasy deszczu, a obserwowanie ulicy nocą także powoli zaczęło tracić już swój urok, zwłaszcza że światło z wnętrza Munga odbijało się od szyby nawet wtedy, gdy Alyssa podniosła się jakoś i zgasiła je w sali. Musiało pozostać zapalone na korytarzu, tak czy siak sącząc się do sali... Tak chłodne i wyjątkowo nie kojarzące się z niczym przyjemnym, a wręcz przeciwnie - nasuwające na myśl potwory spod łóżka. Mimowolnie aż pod nie spojrzała, wychylając się przez barierkę po lewej stronie, ale dostrzegając tylko brzeg prześcieradła...
I czubek męskiego buta. Ciemnego i mokrego, który prawie natychmiast poznała, powoli prostując się i powracając do właściwej pozycji. Opadła ciężko na poduszkę, jakby chcąc jeszcze bardziej się w nią zapaść, gdy Alec zmierzał w kierunku fotela. Co on tu robił? Dlaczego tu był? Co wiedział? Czego chciał? Dlaczego się pojawił? W jej głowie kłębiły się tysiące myśli, gdy ponownie na niego spojrzała. A potem pogrążyli się w prawie całkowitej ciszy...
Nic więc dziwnego, iż - i to zaledwie po kilku okrutnie przeciągających się sekundach - odwróciła wzrok. Nie mogła już dłużej znosić tego nachalnego, natarczywego spojrzenia, które czuła na sobie nawet po tym uniku. Świdrował nią nim, a ona wcale nie chciała nawiązywać kontaktu wzrokowego. Z chwilą, w której padły te trzy brutalnie wypowiedziane słowa, zrobiło jej się dostatecznie słabo, by pragnęła od mężczyzny tylko jednego... Wyjścia. Ton jego głosu mówił bowiem sam za siebie, wychrypiane pytanie też to robiło. Nie musiała nawet być jasnowidzem, aby przewidzieć dalszy przebieg tej rozmowy. W najgorszych koszmarach nie chciała nawet rozważać tego scenariusza, choć niewątpliwie powracała do niego myślami. Aż wreszcie zdecydowała się odezwać, przedtem głośno przełykając ślinę.
- A czy to w ogóle ma znaczenie? - Spytała nadzwyczaj cichym głosem, nadal wpatrując się w krople deszczu spływającego po szybie. Tak naprawdę jednak wcale nie śledziła ich drogi, spoglądając w odbicie - wprost na Aleca. Nie potrafiła patrzeć mu prosto w twarz. Nie po tym, jaka atmosfera zaczęła między nimi panować. Alyssa miała wręcz wrażenie, że w pomieszczeniu nagle zabrakło powietrza. Dusiła się, choć wcale nie było gorąco czy parno. - I tak mnie zostawisz. - To nie było pytanie, lecz wyjątkowo gorzkie stwierdzenie. Widziała to w całej jego postawie, w wyrazie twarzy i fakcie, że nawet nie zdjął mokrej kurtki. Przyszedł do niej, to prawda, ale nie zrobił tego z troski. Po prostu chciał mieć to już za sobą, zjawiając się akurat na chwilę przed końcem godzin wizyt. Nie była głupia, doskonale zdawała sobie z tego sprawę.
- Łatwiej będzie, gdy udam, że to ktoś inny? Ktoś, kogo nie znasz? - Co mogła poradzić na to, jak bardzo bolała ją ta chwila? Nie była nawet w stanie powstrzymać spokojnych, ale zarazem wyjątkowo negatywnych słów. Po co tu jeszcze siedział? Nie musiał nadmiernie się wysilać. Z pewnością miał znacznie lepsze rzeczy do roboty. Poza tym było ciemno, padało, grzmiało się i błyskało. Z godziny na godzinę coraz bardziej. Powinien być w domu z Ezrą.

_________________
You and I walk
a fragile line
I have known it all thistime
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alec Greyback
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Sala maginekologiczna #2   Nie Lis 05, 2017 7:28 pm


To odwracanie wzroku, uciekanie od odpowiedzialności, czy wszelkie próby zapadnięcia się pod ziemię nieźle go rozeźliły. Choć wciąż nie zamierzał przerywać ciszy, jedynie wpatrując się w nią nachalnie, wyraz jego twarzy niezwykle się zmieniał z każdą upływającą sekundą. Wcześniej beznamiętny, teraz wyraźnie poirytowany. I mimo, że zaciskał usta w cienką linijkę, by ukryć krzywe uśmiechy, czy grymasy wdzierające się na jego dojrzale wyglądającą twarz, czarne, lśniące oczy zdradzały wszystko.
Prawdopodobnie pierwszy raz w życiu pozwalał sobie na bycie tak otwartym, bowiem wystarczyło na niego spojrzeć, by zrozumieć emocje, jakie odczuwał. Złość, wręcz wściekłość i na nią i na siebie samego, strach przed odpowiedzią na zadane pytanie, zmartwienie o jej stan zdrowia, a także… ból i cierpienie, że jednak to dziecko nie okaże się jego. Więc, gdy usłyszał pierwszą część wypowiedzi, prychnął szykując się do wypowiedzenia niezbyt przyjemnego dla mnie ma, ale nim zdążył otworzyć usta, kolejna część wypowiedzi, jakby wbiła go w fotel.
Brew Greybacka niemal automatycznie powędrowała ku górze, zupełnie jakby zadawał jej pytanie, czy aby nie postradała rozumu. I zamiast deklaracji z jego ust wydobyło się pełne agresji, swego rodzaju bólu, a także niepohamowanej ironii: – Bo znasz mnie tak kurewsko dobrze, prawda?
I wręcz na ułamek sekundy przekrzywił głowę w bok, by pokręcić z niedowierzaniem głową i zaśmiać się gorzko. Gdy odezwał się po raz kolejny, znów wpatrywał się w jej twarz, ale mimo wszystko cała jego postawa wydawała się dziwnie zdystansowana, obca…
– Ale co się dziwić, przecież jestem taki sam, jak mój ojciec. Przyznaj, że tak myślisz, Meadowes, a załatwi to całą sprawę. Zawsze tak myślałaś. – i przesunął górnym rządkiem białych zębów, po wystającej krawędzi dolnego kła, co sprawiło, że w pomieszczeniu rozległ się wysoki, nieprzyjemny dźwięk. Skoro spodziewała się po nim, że stąd wyjdzie i ją zostawi, czy nie lepiej było po prostu to zrobić? Presja, jaką teraz odczuwał… nie działała na niego tak jak powinna. Szczerze mówiąc, tracił jakąkolwiek ochotę na tego typu rozgrywki, które ostatnimi czasy cały czas ze sobą toczyli. Być może, w tej jednej kwestii – rzeczywiście wydoroślał. Greyback przetarł prawą dłonią swoją twarz, oddychając ciężko. I gdyby nie fakt, że znajdowali się w szpitalu, z całą pewnością sięgnąłby do kieszeni kurtki po pudełko z papierosami…
– Pytam ostatni raz, Meadwoes – zupełnie zignorował jej pytania, ociężale opierając się plecami o ścianę. I choć emocje nieco opadły, bo przecież doszedł do wniosku, że Alyssa najzwyczajniej w świecie chciała, by ją opuścił. Chciała mieć rację, co do tego jak beznadziejnym był człowiekiem. Czy nie łatwiej było więc nie wyprowadzać ją z błędu? Zdanie innych i tak go przecież nie obchodziło.
– Czyje to dziecko? – ale mimo wszystko ponowił pytanie, wzruszając obojętnie ramionami. Czy w ogóle byłby w stanie jej uwierzyć, że było jego? Przecież wystarczyło trochę miodu pitnego, by się z nim przespała. Czy mógł mieć jakąkolwiek pewność, że nie zrobiła tego wcześniej? Lub, że tuż przed ich spotkaniem nie miała kogoś innego? On miał i do tej pory nie zaciążył żadnej pannicy. Bo uważał. Z nią też uważał, najprawdopodobniej, a powoływanie na świat dziecka to ostatnie czego chciał. Był śmierciożercą i nie mógł się z nią ożenić. I choć zapewniał ją, że brak czystej krwi nie stanowi tu problemu, to w tej sytuacji stanowił… A z drugiej strony, posiadanie bękarta? Czy mogło być coś gorszego? Wziął głęboki oddech, by wykrztusić z siebie oficjalne, a jednak tak prostackie:
– Jak się czujesz?


_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marjorie Greyback
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Sala maginekologiczna #2   Nie Lis 05, 2017 8:39 pm

Ta rozmowa zdecydowanie nie powinna przebiegać w ten sposób. Nie na to usiłowała przygotowywać się psychicznie i jego nagłe pojawienie się całkowicie wybiło ją z rytmu. Nie wiedziała, jak powinna zareagować i co powiedzieć, a reakcje Aleca, jego zachowanie... Niczego nie poprawiały. Zwłaszcza że najwyraźniej miał o niej jeszcze gorsze mniemanie niż sądziła po ostatniej kłótni.
I choć w pewnym momencie wreszcie zaczęła na niego patrzeć, nie potrafiła pojąć nic z tego, co obecnie się między nimi działo. Nie potrafiła... A może zwyczajnie nie chciała, obawiając się dalszego ciągu kolejnej, tym razem zdecydowanie gorszej niż wszystkie inne w ich historii - nawet ta, która doprowadziła do pierwszego rozpadu tego związku - kłótni. Przecież wiedziała, jak to się skończy. Pragnęła dalej wmawiać sobie, że tak nie będzie, a jednak w obecnej sytuacji nie była w stanie tego zrobić.
Odczuwając paląco-duszący ból za każdym razem, gdy tylko Greyback otwierał swoje usta. I choć przecież faktycznie bardzo dobrze go znała, nie umiała jasno stwierdzić, co teraz odczuwał. Gniew? Z pewnością. Rozczarowanie? Być może. Znużenie i chęć powrotu do domu? Smutek? Żal? Konsternację? Być może zdawało mu się, że był teraz wyjątkowo otwarty, lecz to właśnie ta pozorna łatwość odczytania jego emocji tak bardzo ją gubiła. Nigdy nie okazywał uczuć w ten sposób, a słowa całkowicie przeczyły temu, co przekazywał jej niewerbalnie.
Ona zaś czuła się bardziej niż nieprzygotowana na to, by odpowiadać na kolejne zdania, jakie padały ze strony mężczyzny. Nadal nie wiedziała, jakim cudem dotarło do niego to, co się z nią stało. Skąd wiedział o ciąży i kiedy tak właściwie się o niej dowiedział. I wątpiła, że tak po prostu zamierzał jej to powiedzieć. Być może to właśnie było pandorowe zajęcie się wszystkim, ale nie mogła przeanalizować tego w spokoju, będąc zmuszoną do odpierania tego nagłego ataku i zarzutów o domniemany brak wiary w to, jaki tak naprawdę był Alec. To zaś pochłaniało całą jej uwagę i znaczną większość sił.
- Nigdy tak nie myślałam. - Nie mogła pozostawić tego bez odpowiedzi. Nie w momencie, kiedy zarzucał jej coś, co nie mogłoby być jeszcze bardziej nieprawdziwe. Za to on... To on najwyraźniej tak usilnie starał się sobie udowodnić, że był perfekcyjną kopią Fenrira. Raz po raz wybierał ulicę zamiast domu i Nokturn zamiast niej. Przedtem autentycznie dopuściła do siebie myśl, że mogło być naprawdę dobrze, bo oboje zmienili się przez ten cały okres rozłąki. Obecnie? Bolało ją to, że usiłował jej włożyć w usta słowa, których nigdy w życiu by nie wypowiedziała i w głowę myśli, których usilnie starała się nie dopuszczać. Prawdę mówiąc, nigdy w życiu by się z nim nie związała, gdyby stawiała go na równi z jego ojcem. Nigdy by jej przy nim nie było i w życiu nie zdecydowałaby się urodzić dziecka kogoś takiego.
- Za kogo ty mnie masz? - Tym razem naprawdę musiała usilnie starać się nie podnieść głosu nawet o pół oktawy, próbując nadal zachować pozorny spokój i nie powiedzieć niczego, czego miałaby potem żałować. Choć już żałowała tego wszystkiego, co się między nimi działo. Wolałaby dalej siedzieć sama w ciszy, bijąc się z myślami, próbując samodzielnie podjąć decyzję, co powinna dalej zrobić... Czekając na jakikolwiek moment chociaż trochę lepszy od tego. Tymczasem przy takim obrocie spraw nie miała zbyt wiele do wyboru. Słowa z listu Pandy nadal tkwiły gdzieś tam w głowie Aly, obijając się teraz w czaszce blondynki.
Aż wreszcie autentycznie pękła. Czy chodziło o ostatnie pytanie Aleca, czy o całą otoczkę towarzyszącą tej dyskusji, czy też po prostu chciała dać mu jasną i przejrzystą odpowiedź, by wreszcie zrobił to, co byłoby najodpowiedniejsze dla czarodzieja z konserwatywnej, antymugolskiej rodziny czystej krwi... To nie miało zbytniego znaczenia. Nie wobec tego, że zwyczajnie skapitulowała.
- Twoje, zadowolony? Od roku nie byłam z nikim innym. A to czwarty miesiąc. Wystarczy? Czy chcesz jeszcze na mnie nawarczeć? - I choć sam sens słów blondynki był w tym momencie naprawdę wyjątkowo jasny i klarowny, jej ostatnie słowo już tak nie brzmiało. Zamiast tego z ust Alyssy wydobyło się bardziej coś w rodzaju naafaelelelć, gdy zwyczajnie wybuchnęła płaczem. Nie szlochem, nie chlipaniem, a prawdziwym rykiem z krokodylimi łzami spływającymi jej po policzkach. Nie musiała odpowiadać na grzecznościowe pytanie o samopoczucie. Podciągając kołdrę aż po czubek głowy, zalała się łzami. Nie obchodziło jej już nawet to, jak bardzo Alec nie lubił płaczu i na jaką wariatkę wychodziła w tym momencie.
- Zostaw mnie wreszcie w spokoju. - W jej wykonaniu zabrzmiało niczym przeciągnięte eueiueuuu.

_________________
You and I walk
a fragile line
I have known it all thistime
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alec Greyback
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Sala maginekologiczna #2   Nie Lis 05, 2017 9:03 pm

– Myślę, że to jest dokładnie to, co myślisz – odwarknął, ale cokolwiek by nie powiedziała… i tak wiedział swoje. Zwłaszcza po tym co usłyszał z otrzymanego od jej koleżaneczki wyjca. Czy rzeczywiście tak bardzo był podobny do Fenrira? Jego matka wiecznie mu to wypominała, ale nie w taki sposób, by mógł być tego dumny, Pamiętał, jak był małym dzieckiem, jak nagle zaszywała się w sypialni i szlochała nad jego losem. Teraz pewnie zrobiłaby to samo, widząc co takiego wyprawia. I być może powinno mu się zrobić głupio, gdy usłyszał z jej ust to tak bardzo emocjonalne pytanie, ale ona najwyraźniej nie rozumiała jednego. On – Alec, nie potrafiłby dłużej żyć, czy istnieć, czy cokolwiek innego, gdyby okazało się, że to dziecko, nie było jego. Z bólu, z żalu najprawdopodobniej pękłoby mu coś, co powinno przypominać serce. Nie odpowiedział na jej pytanie, nie zmienił też wyrazu twarzy, w zdenerwowaniu oczekując na potwierdzenie, choć szczerze wolałby aby ta chwila nigdy nie nadeszła. Bo co miał teraz zrobić? Nie mógł z nią być bez ożenku, nie mógł z nią też być w inny sposób, bo to komplikowało wszystko. Pojawienie się trzeciej osoby nie pozwalało już na ukrywanie się, czy pozostawienie związku w tajemnicy. To… zaprzepaszczało wszystko.
– TAK – ryknął, sam nie wiedząc dlaczego zdecydował się na podniesienie głosu. Był zadowolony, jednocześnie czując się jeszcze gorzej. I choć kamień spadł mu z serca, z drugiej strony poczuł narastającą w gardle gulę. Nie potrafił sobie poradzić z tą sytuacją, nie chciał sobie z nią radzić.
– Co zamierzasz zrobić? – nie chciał dziecka, nigdy, a teraz… tyle sprzecznych myśli wypełniało jego głowę. Powinien się zachować jak mężczyzna, wziąć na siebie i kobietę, i dziecko, ale jak u licha miał to zrobić, kiedy w każdej chwili mógł sprowadzić na nich śmierć? Gdyby jego znajomkowie się o tym dowiedzieli…
Nie mógł też uciec, chociaż z drugiej strony… Jaką miał pewność, że nie byłby dla swojego syna… nie, to nie mogła być córka, Fenrirem? W końcu płynęła w nich ta sama krew… I wręcz poczuł jak mu się żołądek przewraca, gdy uzmysłowił sobie jeszcze jedne problem. Czy skazał to dziecko na wilkołactwo?
– Dlaczego mi nie powiedziałaś? – spytał ciszej, o wiele spokojniej, jednocześnie podnosząc się z fotela. I choć chciał zrobić krok do przodu to nogi miał jak z waty, więc zdecydował się porzucić jakiekolwiek plany poruszenia się. – Nie sądzisz, że powinienem się dowiedzieć o tym od Ciebie? – miał do niej cholerny żal, co było też słychać w jego głosie. Nie powiedziała mu o tak ważnej sprawie… zastanawiał się, ile wokoło osób wiedziało.. czyżby połowa Londynu? Tylko on, najbardziej zainteresowany w tej sprawie, musiał dowiedzieć się od jakiejś nawiedzonej dziewczynki. Ostatecznie zdecydował się zrobić ten krok do przodu, a potem jeszcze i kolejny, stając z drugiej strony łóżka szpitalnego, o którego barierkę oparł dłonie.
– Zabieram cię do domu - oznajmił stanowczo, wzdychając przy tym ciężko i przełykając cicho ślinę.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marjorie Greyback
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Sala maginekologiczna #2   Nie Lis 05, 2017 9:44 pm

Powstrzymywała się przed wypowiedzeniem naprawdę ostrych słów, jakie cisnęły jej się na usta. Nie chciała wypowiedzieć ich na głos, choć jakaś gorsza część niej miała na to wyjątkowo mocną ochotę. Pewien diablik w głowie Alyssy podpowiadał jej, by odgryzła się za te słowa, które tak straszliwie ją teraz zabolały. Uświadomiła sobie, że Alec miał ją za nikogo więcej, jak tylko jedną z tych trzpiotek, które puszczały się z pierwszym lepszym facetem, jakiego po pijaku spotkały w Dziurawym Kotle czy innej taniej knajpie. Nie szanował jej, ale nie zamierzała mu dopiekać.
Nie powiedziała tego, o czym pomyślała. Nie skomentowała jego zachowania, mając zamiar nie zniżać się do jego poziomu. W tym momencie przemawiał przez niego gniew. Chciał ją zranić i prawdopodobnie jakakolwiek reakcja miała dać mu dosyć sporą satysfakcję. Dlatego też pozostawiła uwagę o Pandorze i tym, iż jej kuzynka najwyraźniej faktycznie miała rację, co do jego złamasowatości, wyłącznie do własnej wiadomości, mocno zaciskając usta i prawie wbijając sobie paznokcie we wnętrza dłoni, które zacisnęła na kołdrze...
Tej samej, którą kilka chwil później tak szczelnie się okryła, tworząc wokół siebie ciasny kokonik.
Dopiero dosłyszane przez nią pytanie - niby wieloznaczne, ale w tym momencie wyjątkowo dla niej jasne - sprawiło, że gwałtownie zamilkła, zsuwając z siebie kołdrę na tyle, iż trzymała ją teraz gdzieś w połowie przykrywanego nosa. Momentalnie przeniosła też wzrok na Aleca, obdarzając go nie tyle wyjątkowo zgorszonym, co znacznie bardziej wymownym spojrzeniem, po czym wydusiła z siebie przez lekko zachrypnięte od płaczu gardło.
- To jest moje dziecko. - We własnym mniemaniu nie musiała dodawać nic więcej. Jakim prawem śmiał chociażby myśleć o tym, co innego mogłaby zrobić? Niezależnie od tego, jak szybko zamierzał ją porzucić, ona nie miała najmniejszego zamiaru podejmować tak absurdalnej decyzji, jaką byłoby pozbycie się czteromiesięcznego Nargla. Nie po to zresztą spytała Aleca, czy faktycznie wolał wersję z nieznanym mu facetem, by potem oczekiwać od niego porzucenia wszystkiego i akceptacji bękarta mieszanej krwi. Jeśli go nie chciał - choć to bolało, wypalając jej dziurę w sercu - nie miała naciskać. Już dawno nauczyła się, jakie chore poglądy rządziły jego światem. Mogła się tego spodziewać. To była jej odpowiedzialność. I jej dziecko, które zamierzała wychować na jak najlepszego człowieka. Z ojcem czy bez niego.
- Zatrzymam się u Pandory. - Dodała jeszcze moment później, starając się zapanować nad drżącym głosem i nie odwrócić wzroku. Jeżeli zamierzał odejść już za moment, chciała go przynajmniej zapamiętać, bo nie sądziła, by potrafiła po tym zagrzać jeszcze kiedykolwiek miejsce gdziekolwiek w Londynie. Zwłaszcza przy niezrównoważonym psychicznie osobniku czyhającym na jej życie. Ucieczka mogła być dobra, ucieczka być może miała być najlepszym możliwym rozwiązaniem, aby nie wpadać na siebie na ulicy, nie widywać się w sklepach...
Bo do tego zmierzali, prawda? Wymusił na niej odpowiedź, bo chciał wiedzieć, ale nie zamierzał przy niej pozostać. Ukryty związek być może wchodził w grę. Kto wie, możliwe, że by im się udał, gdyby nie dziecko. Dziecko wszystko komplikowało. Śmierciożerca pochwalający ideologię Voldemorta, głoszący ideę czystej krwi - nawet jeśli były od tego jednostkowe wyjątki - nie mógł zakładać rodziny z kimś, kto najbliżej czystości krwi był podczas wizyt u zmarłej matki na cmentarzu. Nie mógł wychowywać nieczystego potomka i pozostawać przy tym bezkarnym. Niezależnie od tego, jak bardzo pragnęłaby od niego wsparcia... Za bardzo znała realia, by marzyć w tej chwili o czymś innym. Stało się. Rozmawiali i wszystkie mrzonki kolejno upadały zburzone.
- Chciałam ci powiedzieć... - Zaczęła, znów zmuszona do przełknięcia guli w gardle, tym razem nie wytrzymując i po raz kolejny uciekając spojrzeniem. Mimo ciepła panującego w pomieszczeniu, zadrżała jak osika, przyglądając się odbiciu sali na ciemnej szybie. Momentalnie zapragnęła przesunąć po niej palcami i zetrzeć parę wodną, jednak nie ruszyła się ani o centymetr. Poza zadygotaniem, siedziała wyjątkowo sztywno, prawie się nie poruszała, jakby ruch miał zaważyć o całej jej przyszłości. Jakby miał spłoszyć mężczyznę, który już jakby zbierał się do powstania. Mówiąc cicho, ale... Chcąc wyjść właśnie w tym momencie?
- Planowałam to zrobić. Zbierałam się tamtego wieczoru, gdy się pokłóciliśmy. A potem... - Przerywając, westchnęła i przymknęła oczy, mocno zaciskając powieki, gdy poczuła pod nimi kolejne łzy. - Potem próbowano mnie zamordować, trafiłam tutaj i dałam się zatrzymać na obserwację ze względu na Nargla. - Wydusiła z siebie, nie zastanawiając się zbytnio nad sensem wypowiadanych słów i nad tym, czy postępowała właściwie, mówiąc o tym wszystkim. Nawet w chwili, gdy na jej twarz padł cień, nie otworzyła oczu, czując się jeszcze bardziej zmęczona niż kiedykolwiek wcześniej.
- Spakowałam się do Pandory. - Nie za bardzo rozumiała, czym miał być ten dom. Nie chciała wracać do siebie, a przecież z Nokturnu sam ją wyrzucił. Teoretycznie rzecz biorąc, nie miała już domu. Ten rodzinny nigdy tak naprawdę nim nie był. - Nie chcę zostawać teraz sama.

_________________
You and I walk
a fragile line
I have known it all thistime
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alec Greyback
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Sala maginekologiczna #2   Pon Lis 06, 2017 9:04 pm

Być może nie był zbyt delikatny, być może nie powinien zadawać tak znaczących pytań wzburzonej, rozstrojonej emocjonalnie kobiecie, ale jakby nie patrzeć jeszcze sekundę temu upierała się, że to jego dziecko. Dlatego też zacisnął usta w cienką linijkę, tak jakby chciał powstrzymać się przed wypowiedzeniem tych słów, jednak dość szybko zaprzestał jakiekolwiek hamowanie się i wyrzucił z siebie:
– Rzekomo jest też moje – to nie to, że jej nie wierzył, po prostu cała ta sytuacja… W najgorszych koszmarach nie myślał, że coś podobnego może w ogóle mieć miejsce. Dziecko, nie dziecko, przecież nie zamierzał robić nic wbrew woli, tylko jedna sprawa cholernie go dotknęła. Alyssa podjęła już decyzję, a jego zdanie nijak się liczyło. I być może powinien to zachować dla siebie, ale najzwyczajniej w świecie nie chciał: – Też mam prawo głosu.
A potem po prostu odetchnął, wyjątkowo ociężale, zupełnie jakby był starym mędrcem, którego życie stanowczo za bardzo doświadczyło. Nie potrafił stwierdzić, czy była to reakcja na całą tą sytuację, czy być może na informację o zatrzymaniu się dziewczyny u jej nawiedzonej kuzynki. Najzwyczajniej w świecie miał tego dość i nawet jeśli miał ochotę udowodnić jej, że nie jest swoim ojcem, z każdą kolejną sekundą coraz bardziej go kusiło, by odejść. Raz na zawsze odejść. Przecież to nie było takie trudne. Wystarczyło jedynie przekroczyć próg Sali szpitalnej, a potem udać się na korytarz, który prowadził do wyjścia. A potem… nie musiał tu w ogóle wracać, ani do tego miejsca, ani do myśli o dziewczynie, którą niegdyś kochał. Ale mimo wszystkiego, mimo złości i żalu, a także nieopisanego gniewu… zrobił ten krok w kierunku jej łóżka i wysłuchał tego co miała do powiedzenia na swoje usprawiedliwienie.
– Z Nargl… co? – zapytał głupio, a jego brew powędrowała do góry w efekcie wyraźnej konsternacji. Dopiero po jakimś czasie znaczenie jej słów do niego dotarło. Krew niemal odpłynęła mu z twarzy, powodując, że zazwyczaj wyjątkowo blady mężczyzna przypominał teraz trupa.
– Zabić? – zapytał takim samym tonem głosu, co wcześniej bo nie był do końca pewny, czy aby się nie przesłyszał. Być może był cholernie przewrażliwiony na tym punkcie, a Alyssa miała zupełnie coś innego na myśli? Być może się przesłyszała? Ale czy to możliwe? Czy możliwe, że ktoś się jednak o nich dowiedział? – Kto? – wyrzucił w końcu z siebie, tak bardzo chcąc zabrzmieć groźnie i nienawistnie, ale nijak mu się to udało. Był zmartwiony, cholernie zmartwiony. Czy był to jeden z jego koleżków? Czy Lord Voldemort poznał jego słodką tajemnicę..? Greyback przełknął cicho ślinę, odrywając się od brzegu jej łóżka, by podejść nieco bliżej i stanąć po jej prawej stronie łóżka, a następnie… cóż przykucnąć w taki sposób, że teraz ich twarze były na tym samym poziomie.
– Nie pozwolę, by coś Ci się stało, wiesz o tym, prawda? – i choć złość, żal i rozczarowanie mu nie przeszło i prawdopodobnie nie miało to nastąpić zbyt szybko, niedbale odgarnąć dłonią kosmyki blond włosów z jej czoła. Chciał być czuły, ale nie do końca mu to wyszło przez głos, który wciąż zdradzał negatywne emocje.
– I na Merlina, zabieram Cię do naszego domu, głupia – a potem po prostu dodał: – Musimy omówić parę rzeczy.


_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marjorie Greyback
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Sala maginekologiczna #2   Pon Lis 06, 2017 9:55 pm

Owszem, słysząc słowa o tym, iż dziecko było także jego - choć wplecione w nie drobne, niepozorne słówko rzekomo niezwykle mocno ją zapiekło - wyraźnie kiwnęła głową, by po raz kolejny potwierdzić swoją deklarację. Faktycznie było jego. Nie musiała się nad tym zastanawiać, nie musiała do niczego dochodzić, ponieważ sytuacja wyglądała wyjątkowo jasno. Nie miała nikogo ani na krótko przed nim, ani kiedykolwiek po nim i... Była pewna. Dlatego tak bardzo ugodziła ją myśl, że mógłby twierdzić coś innego, naprawdę uważając ją za kogoś, kto byłby w stanie go oszukać. W tej jednej rzeczy nigdy nie śmiałaby być nieszczera, przenigdy.
- Dałam ci prawo... - Zaczęła, naprawdę mocno próbując zapanować nad łamiącym się głosem, choć wiedziała, że i tak nie potrafiła przestać okazywać tych wszystkich emocji. Mimo że usiłowała mówić pewnie i stanowczo, jej postawa temu przeczyła. Nie mówiąc już o tych wszystkich przerwach na przełknięcie śliny, otarcie oczy czy pociągnięcie nosem, jakie teraz robiła. - Do wyboru. Zamierzam zachować dziecko, ale zawsze... - Nie musiała dodawać nic więcej, by sens jej słów był dostatecznie jasny, zwłaszcza że przez zaciśnięte gardło ciężko było cokolwiek z siebie wydusić. Kontynuowała jednak, ponieważ chciała mieć już za sobą całą dyskusję.
Jakaś część niej pragnęła wiedzieć już, na czym stała Alyssa. Ciągłe tracenie gruntu pod nogami ją męczyło, dobijało, dołowało i pozbawiało szansy na złapanie oddechu. Jeśli chciał ją zostawić, powinien to zrobić teraz. Nie pozbawiała go szansy na dalsze życie w taki sposób, w jaki uwielbiał to robić. To była jej wersja dawania prawa głosu, bo tej, o której mówił, nie zamierzała mu dawać. Mógł odejść - to mu oferowała, ciężko, lecz mimo wszystko; wspominając już o tym na samym początku, gdy spytała go o to, czy inny ojciec byłby lepszy - ale nie miał prawa decydować o jej ciele i jej przyszłości, o ile nie chciał być częścią tej ostatniej. A wysyłał tak... Mieszane, nieprzejrzyste sygnały, że nie potrafiła go odczytać.
- Narglem. - Mimo całej tej sytuacji, okropnej atmosfery i stresu, pociągając nosem, mimowolnie leciutko się uśmiechnęła, spoglądając na kołdrę o pożółkłym białym kolorze. - Tak je nazywam, bo Nargle nie mają określonej płci i o nim też chwilowo niewiele wiem. - Wyjaśniła cichym głosem, nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Po prostu mówiła w zamyśleniu, wodząc spojrzeniem po pokoju, dopóki ponownie nie przeniosła go na Aleca i jego niesamowicie bladą twarz. Dopiero wtedy tak naprawdę uświadomiła sobie, co powiedziała. Nie o Narglu. O morderstwie.
- Mężczyzna, któremu kiedyś pomogłam... - Odzywając się, pociągnęła zębami za dolną wargę, posyłając Greybackowi wyjątkowo smutne i - przyznając szczerze - na powrót lękliwe spojrzenie. Z tym, iż teraz nie chodziło już nawet o ciążę. Chwila w Mungu pozwoliła jej na moment zapomnieć o tym, co czekało na nią po wyjściu. W szpitalu raczej była względnie bezpieczna, ale tam na zewnątrz... - Mówił, że jest ogrodnikiem i nazywa się... Adam? Adrian? Adan? Aden? I że chce... - Cóż, tamten facet może chciał, ale ona nie chciała. Ani o tym opowiadać, ani nawet tego wspominać. Ucięła znacznie szybciej niż cokolwiek zaczęła, na dłuższą chwilę chowając twarz w trzymanej przez siebie kołdrze.
Mogła tylko wyczuć ruch powietrza, skrzypnięcie trąconego łóżka, powiew charakterystycznego zapachu, unosząc głowę tylko po to, by spostrzec, że Alec znalazł się znacznie bliżej niej. Już nie spoglądał na nią z góry, lecz praktycznie z tego samego poziomu. Śledząc ruch jego dłoni, mimowolnie wstrzymała oddech. Odruchowo pokiwała też głową, czując się w pewnym sensie oszołomiona... Nie spodziewała się tego, nie przy tych wszystkich gorzkich słowach i nadal wyczuwalnym gniewie. Mimo to wyciągnęła ku niemu rękę, chcąc mocno złapać jego dłoń.
- Nie myślę o tobie w taki sposób, wiesz o tym, prawda? - Nie odpowiedziała na jego pytanie, ponieważ odpowiedź była jasna. Ufała mu. Nawet przy tym, co się działo. - Kocham cię i chcę porozmawiać... Ale nie nazywaj mnie głupią.

_________________
You and I walk
a fragile line
I have known it all thistime
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alec Greyback
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Sala maginekologiczna #2   Wto Lis 07, 2017 8:46 pm

– Tylko nie w tej kwestii, tak? Nie mam nic do gadania? – raczej nie oczekiwał odpowiedzi na zadawane pytania, bo i tak sprawa wydawała się jaśniejsza od promyków słońca wiosennego poranka. Greyback zaśmiał się gorzko pod nosem, kręcąc przy tym z niedowierzaniem głową. Być może powinien tak po prostu się przymknąć, ale to dziwne pragnienie zranienia jej w taki sposób, w jaki ona raniła go swoim zachowaniem, brał górę nad wszystkim.
– Nawet jeśli nie chcę tego dziecka to i tak cię to nie obchodzi, bo ty już postanowiłaś – był cholernie rozczarowany. Nawet nie chodziło o fakt, że chciał podjąć decyzję… Po prostu nie mógł ścierpieć, że decyzja została już dawno podjęta, a on nie miał nawet okazji wypowiedzieć się na ten konkretny temat. Nie chciał dziecka, to fakt. I gdyby się zgodziła… nie miałby nic przeciwko pozbycia się tego problemu, ale jednak nie zamierzał robić nic wbrew woli. Jeśli tylko zamierzała je urodzić, on nie miał zamiaru stawać jej na drodze. Tylko ta cholerna świadomość, że nawet nie spytała go o zdanie!
– Zawsze… co? Mogę zapomnieć i sobie odejść, to chcesz mi powiedzieć? – zabolało, jak jeszcze nigdy. Miał wrażenie, jakby jakaś niewidzialna siła postanowiła go staranować i nie potrafił się z tego otrząsnąć. Poczuł się, cóż, jak ktoś bez żadnej wartości, a nigdy nie pomyślałby, że Alyssa mogłaby wywołać w nim podobne emocje. I choć wewnętrznie krwawił, postanowił pozostać w pomieszczeniu, chociaż sam nie wiedział dlaczego. A gdy zaczęła mu gadać o jakichś niestworzonych istotach jedynie wywrócił oczami, bo dziecinne bajeczki o narglach jakoś go nie bawiły, tak samo jak same rozmyślania o płci dziecka. Wydawało mu się to tak odrealnione…
– Chcę… co? – spytał w końcu, marszcząc brwi. Próbował się ze wszystkich sił skupić na słowach blondynki, ale nie potrafił nic poradzić na fakt, że żaden ogrodnik Adrian, Adain, czy jak mu tam szło – z całą pewnością nie był mu znajomym. Westchnął więc ciężko, przecierając twarz dłonią, po czym cichym, aczkolwiek zdecydowanym głosem dodał: – Zajmę się tym, po prostu… się nie martw.
Czyżby to nie było teraz jego obowiązkiem? Zajęcie się zarówno Alyssą, jak i dzieckiem, które za kilka miesięcy miało przyjść na świat? Jego dzieckiem. Greyback przełknął głośno ślinę, pozwalając dziewczynie się złapać za rękę. I mimo, że nie odwzajemnił uścisku dłoni, posłał jej nikły uśmiech.
– Nie przejmuj się tym – w końcu był dużym chłopcem i nie brał tego aż tak do siebie. A nawet jeśli… świat się nie zawali, miała teraz wystarczająco dużo zmartwień a ten temat nie powinien jej obchodzić. Natomiast sama deklaracja miłości… z jednej strony tak słodka, ugodziła go równie dobrze jak jej wcześniejsze słowa. Wziął głęboki oddech, by zadać to tak bardzo nurtujące go pytanie.
– Jak długo wiesz? – i gestem głowy wskazał na jej brzuch, bo słowo „ciąża”, czy „dziecko” jakoś nie mogło mu przejść przez gardło.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marjorie Greyback
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Sala maginekologiczna #2   Wto Lis 07, 2017 9:34 pm

Nie chciała zbyt wiele o tym mówić. Jeśli bowiem sam temat ciąży był już wystarczająco trudny, świadomość tego, że Alec najprawdopodobniej - tak, z każdą chwilą coraz bardziej to widziała, mając ochotę ponownie schować się pod kołdrą i nie wychodzić do czasu, aż mężczyzna nie postanowi dać jej spokoju - nie chciał tego dziecka... Była jeszcze gorsza. Nie zamierzała przyjmować do wiadomości tych wszystkich sugestii, rozważać opcji, zastanawiać się nad kolejnym krokiem, bo...
Już to przeszła. Dokładnie tak, miała to już za sobą, poświęcając temu naprawdę dużo czasu. I wbrew temu, co sądził Greyback, nie było tak, że nie chciała brać jego zdania pod uwagę. Zwyczajnie jego obecna postawa pozwalała Alyssie sądzić, iż byłoby ono dosyć przewidywalne. I gdyby rozważała drugą opcję, naturalnie zwróciłaby się do niego przed podjęciem decyzji. Skoro jednak sama już to robiła, odczuwając mdłości na myśl, że miałaby lekką ręką... Pozbyć się kłopotu... Nie chciała z nim o tym rozmawiać.
Prawdę mówiąc, nie wiedziała, czy nie wściekłaby się na niego za podsuwanie jej tego pomysłu, gdyby tylko jednocześnie nie była aż tak przybita czy zraniona. Gdyby zaś spróbował to na niej wymusić... Zapewne szczerze by go znienawidziła. Mimo uczuć, jakimi go darzyła, to był nadzwyczaj drażliwy i delikatny temat, zaś on najwyraźniej nie zamierzał zachowywać się adekwatnie do natury problemu. Zazwyczaj doceniała to, że nieustannie był sobą, lecz w tej chwili dużo bardziej wolałaby usłyszeć coś empatycznego.
- Chcę ci powiedzieć... - Nie mógł przestać? Poczekać na inny moment? Lub chociaż odrobinę zmienić tonu głosu? Dosłownie wymuszał na niej odpowiedzi, brutalnie oczekując kontynuowania dyskusji. - Że niezależnie od tego, co zamierzasz zrobić, spróbuję to zrozumieć. - Nie obiecywała, że faktycznie uda jej się to zrobić, jednak zamierzała chociaż spróbować. Mimo że sama myśl sprawiała, iż Alyssie robiło się jeszcze bardziej słabo, a do oczu podchodziły kolejne łzy, które starała się pokonać naprawdę intensywnym mruganiem. - Wiem, że to się nie godzi i że to nie ze mną powinieneś... No, wiesz... - Czy musiała mówić to na głos? - Nie muszę nikomu mówić, ale wtedy... Nie zostanę tutaj. - Słowa z trudem przechodziły przez gardło blondynki, jednakże z pewnością były szczere. Brutalnie szczere... Tak jak wszystko to, co tu się działo. Nigdy nie pomyślała, że jej życie może zacząć biec podobnym torem, a gdy już się tak stało... Potrzebowała wsparcia, którego nie dostrzegała. Nawet będąc z Greybackiem w jednym pomieszczeniu, nie miała w nim oparcia. I to właśnie tak bardzo ją przytłaczało.
Nie mówiąc już nic o tym, co czekało na nią na zewnątrz - tam za murami Munga, a z czym także w którymś momencie musiała się zmierzyć. Wolałaby, żeby to nie istniało. Chciałaby o tym zapomnieć, jednakże obca różdżka, która nadal znajdowała się w alyssowej torebce, stanowiła rzeczywisty dowód wydarzeń z cmentarza. Spoczywając w szufladzie szafki nocnej, zawinięta w stary worek i dopiero w nim włożona do torby... Przypominała o tym, co się stało.
- Chciałoczyścićswojąbrudnąkrewprzezzabijanie. - Wydusiła z siebie dosłownie na jednym wydechu, bo skoro już musiała to zrobić... I wcale nie poczuć się po tym lepiej... - Osób takich jak ja. Półkrwi. On chyba też taki jest. - Spekulowała, choć wolałaby zamilknąć w tym temacie. Skoro jednak musiała o czymś mówić, zdecydowanie wolała poruszać temat, który sprawiał, iż Alec nie patrzył na nią z aż taką wściekłością i nie warczał gniewnie. - Zabrałam mu różdżkę, gdy uderzyłam w niego Drętwotą. - To mówiąc, wskazała głową na szufladę szafki, po czym przeniosła spojrzenie na mężczyznę. Chciała zapamiętać go możliwie jak najlepiej, jak najdokładniej. Wiedziała, że to nie było zbyt dobre posunięcie i że później miała tego żałować, wspominając wszystkie lepsze chwile, ale... Nie umiała się powstrzymać.
- Martwię się. - Pokręciła głową. Nie martw się nie mogło nic zmienić. Ktoś nadal czyhał na jej życie. - I przejmuję. - Ponownie poruszyła górną częścią ciała, opierając się o poduszkę i wzdychając ciężko, gdy poprosiła. - Porozmawiaj ze mną, Alec. Obiecuję, że będę szczera, ale ze mną porozmawiaj. - To mówiąc, mocniej ścisnęła jego dłoń, oddychając głęboko, gdy usłyszała pytanie. - Prawie tydzień. Wiedziałam od czterech dni, nim się pokłóciliśmy.

_________________
You and I walk
a fragile line
I have known it all thistime
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alec Greyback
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Sala maginekologiczna #2   Wto Lis 07, 2017 10:00 pm

- Przestań – wyrzucił z siebie surowym tonem głosu, posyłając jej spojrzenie, które miało w sobie jeszcze więcej żalu i jadu niż kiedykolwiek wcześniej, ale Alyssa po prostu nie rozumiała jednej rzeczy… Za pewnik sobie wzięła, że ją zostawi i odejdzie, jednocześnie mając go za kogoś takiego. Na Merlina, czy nawet przez myśl jej nie przeszło, że być może nie miał zamiaru się nigdzie ruszać? Nawet jeśli pojawienie się dziecka miało wszystko skomplikować.
– Więc zrozum, że nigdzie się nie wybieram – nie był osobą o wielkich czynach, gestach, czy słowach. Był niezwykle prostym człowiekiem i być może słowa, które wypowiedział nie były jednoznaczne, ale jeśli myślała, że naprawdę zostawiłby i ją i jego własną krew… to bardzo się myliła. Nie wiedział jak to będzie. Sęk w tym, że miało mu to spędzać sen z powiek prawdopodobnie do końca życia, ale czy był aż takim chujem, by zostawić kobietę w ciąży? Kobietę, którą kochał? Był zły, to nie miało się zmienić w najbliższym czasie, ale mimo wszystko zamierzał spróbować. Czy tego chciała, czy nie. Nie chciał też słuchać o jej krwi, czy innych tego typu rzeczach. Ona nie miała o tym zielonego pojęcia, z kolei skutki ich wpadki to on miał najbardziej odczuć. Co do cholery miał zrobić z Malfoy’ami? Jak miał im wytłumaczyć, że jednak nie poślubi ich córki? Szkoda, nie szkoda… i tak nie miał zamiaru tego robić, ale nie wyrządzać aż tak wielkiej krzywdy swojemu rodowi, zwłaszcza że Malfoy’owie byli ich prawie ostatnimi, potężnymi sojusznikami.
– Skurwysyństwo – mruknął bardzie do siebie niż do niej, ale to było dla niego tak niepojęte… Nawet przez krótką chwilę zapomniał, że przecież sam powinien głosić podobne ideologie. Z tym, że przecież chodziło o Alyssę. Wszelkie prawa, ideologie nigdy nie powinny ją dotyczyć. Kiwnął więc lekko głową, by pokazać, że wszystko rozumie. Choć wcale nie rozumiał. I zdecydowanie nie chciał rozumieć, bo gdy tylko znajdzie tego, kto chciał wyrządzić jej krzywdę… cóż, nie miał zamiaru być litościwy.
– Zajmę się tym, Aly ssa. Sam nawet nie wiedział, dlaczego zdecydował się użyć zdrobnienia, co nigdy wcześniej mu się nie zdarzało. Po prostu widok jej zmartwionej, zapłakanej twarzy... nie potrafił na to patrzeć. Jak taka jedna drobna osoba mogła na niego aż tak działać? Alyssa Meadowes była jego słabością i ilekroć z tym walczył – zawsze miał polec w tej wojnie.
– W domu – zaczął dość spokojnie, by następnie wrócić do wściekłego i niezbyt przyjemnego głosu, gdy tylko usłyszał jej kolejne słowa. Nie spodziewał się, że zareaguje aż tak ostro, ale momentalnie wyrwał swoją rękę z jej uścisku i się wyprostował.
– Muszę się przewietrzyć – rzucił krótko, by następnie – nie czekając na jej odpowiedź, ani nawet nie posyłając jej dłuższego spojrzenia – opuścić pomieszczenie i rzeczywiście skierować się do wyjścia. Musiał zapalić.


_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marjorie Greyback
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Sala maginekologiczna #2   Wto Lis 07, 2017 10:32 pm

Nim jeszcze zrozumiała - bądź co bądź, dosyć przejrzysty - sens słów Aleca, odruchowo pokiwała głową, gdy nakazał jej przestać. Zrobiła to wręcz mimowolnie, ponieważ ton jego głosu wpłynął na nią do tego stopnia, iż najprawdopodobniej nie byłaby w stanie sprzeciwić się mężczyźnie. Nie w tym momencie. Poczuła się bowiem niczym uczniak stojący tuż przed samym dyrektorem Hogwartu, któremu zebrało się na karcenie niegrzecznego pierwszorocznego. I chociaż może nie było to... Najtrafniejsze porównanie, z pewnością chodziło jej o coś podobnego, nawet jeśli Greyback nie czynił jej przy tym wyjątkowo długich czy obszernych wywodów.
Jedno proste zdanie w zupełności wystarczyło zresztą, by dziewczyna gwałtownie wciągnęła powietrze, przez dłuższą chwilę wstrzymując oddech i starając się przetrawić deklarację, po której teoretycznie powinno jej ulżyć. Faktycznie, poczuła niesamowitą ulgę, odczuwając też coś w rodzaju gorąca oblewającego całe ciało, jednakże nie zmieniło to faktu, iż równie mocno zachciało jej się płakać. Już nie ryczeć, ale niewątpliwie beczeć, bowiem w pewnym momencie straciła już resztki nadziei.
Teraz zaś nie dość, że ją odzyskała, dodatkowo zaczęła jeszcze powoli dopuszczać do siebie tę ostrożną myśl, iż być może nie musiało być aż tak źle. Oczywiście, zdawała sobie sprawę z tego, jak źle - przynajmniej na tle czystokrwistych rodów - prezentowała się ich sytuacja, ale przecież to także nie musiało być aż tak niemożliwe do pokonania. Owszem, czasy były coraz gorsze, takie rzeczy nadal rodziły niemożliwe do pojęcia skandale, ale póki istniała nadzieja na to, iż chociaż między nimi mogło znowu być dobrze... Póty była w stanie wytrzymać nawet obecną wściekłość Greybacka.
Prawdę mówiąc, sama nie potrafiła być bardzo zła, a jednak takie a nie inne ujawnienie informacji nawet po wszystkim niezbyt jej pasowało. Chociaż sama zarzekała się wcześniej, że prawdopodobnie nie będzie w stanie powiedzieć Alecowi o dziecku, wolałaby zrobić to sama. Nie przekazywać mu tego w taki sposób, w jaki ostatecznie się dowiedział, choć nadal nie powiedział jej, skąd tak właściwie wziął się przeciek. Podejrzewała Pandorę - naprawdę mocno ją podejrzewała, będąc prawie pewna, że ta maczała w tym swoje utytłane w gwiezdnym pyle paluszki - lecz to nie był temat na ten moment. Zwłaszcza że mieli porozmawiać później, bardziej prywatnie niż w szpitalu, w którym ściany miały uszy.
Były inne, znacznie poważniejsze sprawy. Tym razem niezwiązane już nawet z samą ciążą, a z tym, co przyciągnęło Alyssę do Munga i sprawiło, iż teraz musiała zalegiwać w łóżku, przez bagatela półtora dnia na przemian martwiąc się, panikując i nudząc niczym mops. Tu jednak także odczuła ulgę, uświadamiając sobie, że nie była w tym tak całkowicie sama. Już nie. Ponownie ścisnęła więc dłoń mężczyzny, odzywając się cicho.
- Dziękuję. - Nie odnosiło się to wyłącznie do tej sytuacji. Mimo że nie wspomniała o tym na głos, chodziło o znacznie więcej rzeczy niż tylko zajęcie się tym. Mówiła o wszystkim, co miało miejsce. O tym, że wściekał się na nią - dostrzegała to - był urażony i zapewne równie mocno zraniony, co ona, ale nie postanowił wybrać pozornie najłatwiejszej opcji. Zamiast tego został z nią teraz, zamierzając pomóc jej także w innych sprawach, biorąc na siebie kłopoty i... Za to właśnie go kochała. Mogła wiele powiedzieć, lecz gdy chciał, z pewnością potrafił być opiekuńczy. Dlatego postanowiła szczerze odpowiedzieć na jego pytanie.
Nie spodziewając się aż tak nagłej reakcji, choć być może nie powinna tak łatwo pozwolić sobie na uśpienie uwagi. Nie sądziła jednak, że po tym wszystkim i przy wszelkich tematach, jakie zdążyli już poruszyć... To właśnie informacja o czasie, od którego podejrzewała ciążę, miała aż tak bardzo rozjuszyć Greybacka. Kiedy ten wyrwał więc swoją rękę z uścisku jej dłoni, gwałtownie podskoczyła na łóżku, przestraszona całkowicie niespodziewaną reakcją. Nie zdążyła zresztą nawet mu odpowiedzieć, patrząc tylko na to, jak opuszczał salę.
I nie potrafiła poradzić nic na to, iż nawet po nie tak dawnej deklaracji... Poczuła strach, że nie zamierzał już wrócić...
Zakopując się w kokon z kołdry, podciągnęła kolana pod brodę, opierając na nich głowę i... Czekała. Uświadamiając sobie jeszcze jedno. Godziny odwiedzin zbliżały się ku końcowi, jeśli nie było już po nich. Niechybnie musiała czekać na niego aż do rana, zamierzając to zrobić i ani myśląc o tym, by zasnąć przez ten czas. Nie planowała spać. Taka była prawda.

_________________
You and I walk
a fragile line
I have known it all thistime
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alec Greyback
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Sala maginekologiczna #2   Sro Lis 08, 2017 8:43 pm

Emocje wzięły nad nim górę do tego stopnia, że nie był w stanie dłużej przebywać z Alyssą w jednym pomieszczeniu. Nie potrafił patrzeć na nią bez wyrzutów, żalu i złości. Dlatego, gdy po raz kolejny wbiła mu nóż w plecy, nie wytrzymał i po prostu opuścił salę numer dwa, by po dość szybkiej chwili znaleźć się tuż przed wejściem głównym świętego Munga, gdzie wypalał nie jednego, czy drugiego papierosa, a praktycznie całą paczkę. Najgorsze z całej sytuacji było poczucie, że blondynka w jakimś stopniu go zdradziła. Wymagała od niego podjęcia najważniejszej decyzji w całym życiu w czasie, trwającym zaledwie kilka minut, gdy z kolei ona miała ponad tydzień na przetrawienie tej informacji i oswojenie się z problemem… Zaciągnął się porządnie już trzecim z rzędu papierosem, po czym wypuścił z ust chmurę tytoniowego dymu.
Być może to nagłe wyjście wyglądało z jej perspektywy niepokojąco, ale nie miał zamiaru tchórzyć, czy uciekać. Zwłaszcza kilka minut po tym, jak zadeklarował się, że nie ma zamiaru się nigdzie ruszać… Alec oparł się plecami o mokrą od zacinającego deszczu ścianę świętego Munga, jednocześnie zamykając oczy. Tyle obaw roiło się w jego głowie, tyle sprzeczności… Miał wrażenie, że to tylko zły sen. Ba, chciałby najbardziej na świecie, by był to jedynie zły sen, ale z jakiegoś powodu nie umiał obudzić się z tego koszmaru. Już nawet nie chodziło o wpadkę, której owocem miało być dziecko. Nie chodziło o wrzeszczącego po nocach bachora, a raczej o konsekwencje tego cholernego błędu. W tym momencie nie był już pewien ile życia tak naprawdę im pozostało i jak bardzo spieprzył życie swojemu nienarodzonemu dziecku przez gen, który dziedziczył z pokolenia na pokolenie…
Nie potrafił już się hamować. W pewnym momencie z całej siły zaczął uderzać pięściami w mur głównego gmachu, jednocześnie czując się coraz gorzej. I choć było mu cholernie wstyd, tego co się wydarzyło po chwili, nie mógł być bardziej wdzięczny, że w pobliżu nikogo nie było. Jeszcze nie dawno wydawało mu się, że był tak dorosły, a teraz tracił kontrolę nad życiem i nie potrafił sobie z tym poradzić. I choć jakaś przeklęta woda napłynęła mu do oczu, nerwowo odgarnął wierzchem dłoni oczy. Nie mógł znieść świadomości, że tak bardzo naraził ich na niebezpieczeństwo… Nie mógł znieść myśli, że skazał zarówno Alyssę jak i swoje dziecko na wyrok śmierci.
(…)
Nie wiedział ile dokładnie trwało to jego przewietrzanie się, ale gdy miał zamiar wrócić do Sali, w której leżała Alyssa, medyczka wyraźnie odmawiała mu wejścia, sugerując, że godziny wizyt się skończyły. Greyback nie należał do najcierpliwszych i najgrzeczniejszych osób, więc rozmowa ta od początku była skazana na porażkę. Na jego szczęście, na korytarzu pojawiła się zupełnie inna osoba z całkowicie odmiennym podejście. Po dość krótkiej rozmowie, dotyczącej procedur wypisania Meadowes ze szpitala i zdradzeniu obawy o jej życie, udało mu się ponownie wkraść do środka. Zerkając kątem oka na zegarek, starał się wykonywać możliwie jak najcichsze kroki, jednak dość szybko dostrzegł, że pacjentka, którą odwiedzał była daleka os jakiegokolwiek snu. Rzucił jej szybkie spojrzenie, by zdjąć z siebie przemoczoną kurtkę i zawiesić ją na fikuśnym wieszaku, a następnie podwinąć rękawy bluzy pod same łokcie.
– Jutro rano wychodzisz ze szpitala – oznajmił wyjątkowo spokojnym głosem, nawet wysilając się na coś w kształcie uśmiechu. Przez chwilę widać było w jego postawie zawahanie, ale ostatecznie podszedł do dziewczyny, ponownie kucając przy jej boku i … cóż, składając pocałunek na jej czole. Nie, nie przeszło mu i zdecydowanie nie miało się to stać w najbliższym czasie. Nie spodziewał się jednak, że światło z lampki nocnej tak bardzo oświetli jego twarz, jednocześnie zdradzając jego czerwone, przekrwione oczy. – Prześpij się, a ja cię popilnuję.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Sala maginekologiczna #2   

Powrót do góry Go down
 
Sala maginekologiczna #2
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next
 Similar topics
-
» Sala Wejściowa
» Sala lustrzana
» Sala Przyszłości
» Kosmiczna sala
» Sala treningowa

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Świat :: Londyn :: Szpital św. Munga  :: V Piętro :: Oddział maginekologiczny/magirehabilitacji-