Zapraszamy serdecznie do przyłączenia się do przygody!


CalendarCalendar  IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  GrupyGrupy  FAQFAQ  

Share | 
 

 Highgate Cemetery

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Mistrz Labiryntu
avatar


avatar

PisanieTemat: Highgate Cemetery   Czw Paź 12, 2017 8:11 pm

Położony w mugolskiej części Londynu, cmentarz funkcjonował pomiędzy 1839 a 1975 rokiem, kiedy to zamknięto go z powodu wyjątkowo złego stanu technicznego. Odwiedzanie tego miejsca jest nadal możliwe, tak samo jak dbanie o groby zmarłych, jednak pochówki zostały tymczasowo wstrzymane.
Ze względu na dosyć dobrą lokalizację tego miejsca, krążą pogłoski o planach likwidacji nekropolii, jak i stworzenia terenów rekreacyjnych na jej miejscu, aczkolwiek plotki te nie zostały dotychczas potwierdzone.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bernard Collard
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Highgate Cemetery   Nie Paź 15, 2017 12:33 am

| bezpośrednio po ulicy

Na cmentarzu znalazłem się pierwszy, o ile ona w ogóle miała się tu pojawić. To, kiedy tak na nią czekałem, uświadamiało mi, jak bardzo nie przygotowałem się do aktualnej roboty. Zawsze sumienny i uważny, teraz co i rusz gubiłem się, o czymś zapominałem albo wpadałem na coś po czasie. Choćby na to, że mogłem zaryzykować i przebić jej opony zaklęciem. Być może nie zorientowałaby się, zaś ja swobodnie bym ją śledził... Może nawet jej towarzyszył? Może właśnie powinienem się z nią zaprzyjaźnić? Udawanie przyjaciół? Z nią? Nie, odpadało. Cholera!
Była nikim. Marną dziewuszką pracującą sobie w Świętym Mungu, gdzie cały personel traktowany był po macoszemu i ogólnie… Bo niby co dawała taka praca? Nic! O jakimkolwiek szacunku mogła sobie pomarzyć! Na dodatek to beztroskie poruszanie się mugolską komunikacją. Z chwilą, kiedy przekraczałem jej próg, miałem już powyżej uszu tego miejskiego autobusu.
Czas mi się dłużył, myśli nie dawały spokoju. Korki? Modliłem się, by to były przeklęte korki. Wychodziłem z siebie i już nawet kilka razy wstawałem z trawy, by wrócić do domu, usiąść przed biurkiem i nie wstawać sprzed niego, póki nie opracuję wszystkiego DOKŁADNIE. Tylko że nie znikałem z cmentarza, bo za każdym razem słyszałem warkot, a ten niefortunnie robił mi za każdym razem nadzieję… Zamiast zabić ją od razu, pozbyć się improwizacyjne ciała i mieć spokój, kombinowałem i traciłem zmysły! Czemu to sobie robiłem? Powinienem był ją zabić już wtedy, kiedy odprowadzałem ją ze szpitala, idąc za nią aż do domu tego chłopaka.
Odetchnąłem głęboko. Wszystko będzie dobrze, tylko nie mogłem robić głupstw. Gdybym ją tu zabił w środek dnia, nie skończyłoby się to pozytywnie. Na bank by ktoś ujrzał ten akt. Byłbym skończony. Oni nie zrozumieliby, dlaczego to robię. Oni widzieliby we mnie mordercę.
Ach, słowo morderca jakoś zbyt słodko zaczynało brzmieć w mojej głowie. Ojciec pewnie przyznałby mi rację, dlatego spojrzałem na jego płytę nagrobną, o którą siedziałem wsparty. Wypiłbym za niego, życząc mu paskudnych rzeczy, ale zrobiłem coś, przez co nie mogłem już go przeklinać. Przynajmniej nie tak, by potem oczekiwać spełnienia tych klątw. Zabiłem go i z tą myślą czułem się niemalże doskonale.
Oderwałem się od płyty, by nieco oczyścić z mchu kutasa, którego wyżłobiłem na jego nagrobku. Z niesmakiem dostrzegłem, że ktoś go już usunął. Miałem już zrobić kolejnego, ale chyba znów słyszałem nadjeżdżający samochód. Ponownie wychyliłem się w drugą stronę, by zza krawędzi płyty zerknąć na starą bramę w dole.

_________________
My Sweet Velle,
Walking on the line ten stories high
Say you'll still be by my side...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marjorie Meadowes
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Highgate Cemetery   Nie Paź 15, 2017 9:09 pm

|bezpośrednio po ulicy

Być może powinna postawić na bardziej magiczny środek transportu, wybierając teleportację, bowiem ta zdecydowanie ułatwiłaby Alyssie dostanie się na cmentarz, jednak w jeździe samochodem - nawet powolnej i z przedzieraniem się przez przedwcześnie, nie było w końcu jeszcze godzin szczytu, zakorkowane ulice - było coś takiego, co... Uspokajało ją? Może nawet na swój sposób uszczęśliwiało? Odprężało? Sama nie potrafiła do końca tego określić, jednakże już od dłuższego czasu naprawdę sporo jeździła. Czy to do pracy, czy na zakupy, czy podczas wycieczek donikąd.
Wyjazd na cmentarz przyszedł jej zatem dosyć naturalnie, zwłaszcza że w bagażniku auta miała już wciśnięte stare wiaderka, worki szmatki, a nawet miniaturowe przyrządy ogrodnicze do plewienia, grabienia i przycinania. Nie mogła przecież ryzykować zbyt otwartym korzystaniem z magii na tak bardzo mugolskim terenie, nawet jeśli okolica grobu jej matki była jedną z najdalszych od głównej bramy i zarazem także jedną z najrzadziej odwiedzanych... Co przekładało się znowu na niesamowite zarastanie grobów przez chwasty, małe drzewka, krzaczki, bluszcz, trawę i innego typu zielska. Wszystkie, tylko nie te przez nią zasiane, mimo że raczej miała rękę do roślin. Tam zwyczajnie nie dało się nic wyhodować.
Meadowes poddała się już jakiś czas temu, przychodząc tam wyłącznie po to, by spróbować ogarnąć cały ten gąszcz. I nie, wcale nie zamierzała robić tego wyłącznie przy wykorzystaniu własnych rąk, bez posługiwania się jakąkolwiek magią. Chociaż własnoręczne pielęgnowanie grobu było dla niej czymś osobistym, jakąś formą zbliżania się do kobiety, której nigdy nie dane jej było poznać, roślinność we wspomnianej części cmentarza była zbyt gęsta. Aly nie była zaś aż tak głupia, aby nadmiernie się z nią męczyć, zabierając ze sobą wszelkie zwyczajne akcesoria, a jednak tak naprawdę wykorzystując wyłącznie część z nich. Pozostałe stanowiły zabezpieczenie przed zdziwionymi pytaniami ludzi, których mogłaby napotkać w okolicy nagrobka. Nawet jeśli szanse na to były niewielkie.
Tak czy siak, przebijając się wreszcie przez najbardziej zatłoczone ulice, Meadowes straciła znacznie więcej czasu, niż zapewne poświęciłaby na teleportację, jednak nie była z tego powodu specjalnie niezadowolona. Nigdzie się nie spieszyła, odnajdując miejsce parkingowe niedaleko głównego wejścia, powoli wypakowując rzeczy z bagażnika i zabierając ze sobą bukiet kwiatów w plastikowej butelce z wodą. Potrzebowała dłuższej chwili, by jakoś się zebrać, jednak ponownie - nie musiała przecież nigdzie biec, powolnym ruchem ruszając w kierunku cmentarza.
Popychając kolanem żelazną furtkę, weszła na ścieżkę, przytrzymując brodą dwa wiaderka - jedno umieszczone na drugim - wypełnione przyrządami do sprzątania i workami na nieczystości. Trzymała je lewą ręką, w prawej mając torebkę oraz prosty bukiet kwiatów.

_________________
You and I walk
a fragile line
I have known it all thistime
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bernard Collard
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Highgate Cemetery   Czw Paź 19, 2017 2:23 pm

Przybyła, ja zaś zachowywałem się niepoważnie. Nie chodziło o to, że odroczyłem zbezczeszczenie nagrobka ojca. Chuj z nim. Nie chodziło również o to, że czułem tak usilną potrzebę przelania krwi. Dawno nikogo nie zabiłem, a jeśli chciałem osiągnąć pozytywny skutek w swojej misji, powinienem robić to częściej, prawda? By to miało jakikolwiek sens, a nie było jedynie moim widzimisię. Moje Alyssum było perfekcyjne do tej roli. Nie mogłem zwlekać, a mimo to niebezpiecznie postanowiłem zbliżyć się do niej i jeszcze nie pozbawiać jej życia. Jak gdyby zabawa myszką miała mnie ocalić…
Nie wiem, co mnie ku temu pchało. Czułem, że coś szepta do mojego umysłu, mojej podświadomości i kieruje mnie w takim, a nie innym rozważniejszym, kierunku. Choć było to skrajnie nieodpowiedzialne, by ktokolwiek mnie z nią widywał, to wstałem ze swojego miejsca i ruszyłem szybkim krokiem w jej kierunku. Musiałem to zrobić. Pragnąłem się do niej zbliżyć, może nawet dotknąć?
Przyspieszyłem, wymijając czym prędzej kolejne nagrobki. Co i rusz spoglądałem w jej kierunku, jak gdyby miała zniknąć, przepaść, zwiać. Halo! Nie byłem wcale nikim groźnym! Przybyłem tylko odwiedzić swojego ojca. Trochę nawet oczyściłem jego nagrobek z Bryophyta. Jak cudownie, jak poprawnie.
- Alyssa? – zapytałem niby to uradowany, zbyt głośno jak na panujący wokół klimat. Niestety, moje wewnętrzne podniecenie przebijało się przez skorupę powagi, a, o ironio, znajdowaliśmy się na cmentarzu. Wystarczyłoby wziąć jedno z jej narzędzi, a potem cisnąć ją do któregoś nagrobka. Tak mało… A wiedziałem już wszystko. Więcej nie musiałem, by wiedzieć, z kim mam do czynienia. – Pomogę ci – stwierdziłem, łapiąc za wiaderka. Patrzyłem prosto w jej oczy, jak gdybym szukał w nich przyzwolenia. Na co? Na pomoc czy pozbawienie życia?
- Będziesz robiła porządki? – podjąłem zaraz nieco bardziej opanowanym tonem. To oczywiste, że miała je robić. Starałem się po prostu podjąć jakiś temat, by wyjść na bardziej normalnego. Ot, mężczyzna wdzięczny za ofiarowaną mu pomoc. Gorzej, bo miałem wobec niej dług wdzięczności… ale na pewno będę składał piękne bukiety na jej grobie. Z moich najlepszych okazów.

_________________
My Sweet Velle,
Walking on the line ten stories high
Say you'll still be by my side...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marjorie Meadowes
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Highgate Cemetery   Pią Paź 20, 2017 7:36 pm

Mogłaby powiedzieć naprawdę wiele, jeśli chodziło o jej osobowość tudzież charakter... I sporo z tego z pewnością nie dotyczyłoby serduszek, kotorożców i tęczy, ponieważ to - zapewne ku zdziwieniu niektórych - stanowiło niewielką część wnętrza psychicznego Alyssy. Była jaka była. Niemożliwie uparta, wyjątkowo rozgadana lub jeszcze bardziej milcząca, niezbyt pewna siebie, raczej preferująca izolowanie się od większości ludzi... Z pewnością jednak stwierdzenie, że była jakkolwiek zależna od pomocy... Byłoby całkowitym nieporozumieniem, a nawet wręcz pomówieniem. Aly nader wszystko ceniła sobie bowiem ogólnie przyjętą niezależność. Owszem, nie mając jednocześnie nic przeciwko czuciu się mocno związaną z najbliższymi osobami, ale nie mogąc powiedzieć, by całkowicie polegała na czyjejkolwiek fizycznej pomocy. Radziła sobie sama już od naprawdę długiego czasu. Raz lepiej, raz gorzej, momentami wspaniale, jeszcze częściej zupełnie fatalnie, jednak zawsze jakoś ruszała do przodu. Tak została przecież wychowana. Bardzo wcześnie przestano prowadzić ją za rączkę i - mimo że popełniła całą masę wyjątkowo paskudnych błędów, odczuwając je nawet teraz - jakoś sobie poradziła. Czasem pragnąc wsparcia, lecz nie otrzymując go w jakiejkolwiek postaci, momentami po prostu je przyjmując, czasem zaś nijak się o nie nie dopraszając. Nie było źle. Żyła... To było najważniejsze.
Dopiero jakiś czas temu - dzień czy dwa - złapała się na tej niepokojącej myśli, że coś chyba ponownie ją przerosło. W porządku, zawsze była fatalna w robieniu prania. Sama nie potrafiła zliczyć, ile razy zalała łazienkę pianą, odbarwiła lub zakolorowała ubrania, utraciła skarpetki lub inne części garderoby, siadała na pralce tylko po to, by spróbować nogami zamknąć drzwiczki przy przepełnionym bębnie... W pewnym sensie już się do tego przyzwyczaiła, częściowo dając sobie nawet spokój z okazywaniem jakiejkolwiek irytacji, bo maszyny i tak nie miało to wzruszyć. Nawet woda nie miękła pod wpływem błagań Aly o sukces w tej czynności, pozostawając tak samo twardą. Każde pranie było koszmarem, aczkolwiek jeszcze nigdy nie skończyło się dziwną chmurą opuszczającą wszelkie możliwe szczeliny, jakie tylko znajdowały się w tej szatańskiej maszynie. Blondynka spanikowała, zwyczajnie odłączając kable i uciekając z łazienki, ale to nie był przecież właściwy sposób rozprawienia się z problemem. Raczej technicznego, ponieważ zbiór zaklęć nie odejmował zapewne tak stosunkowo nowoczesnych wynalazków. Potrzebowała... Może nie od razu nieludzko drogiego fachowca, ale... Tony'ego? Już wiedziała, jak jej chłopak miał zareagować na podobną wieść. Nie musiała nawet rozmawiać o tym z Aleciem, by oczami wyobraźni widzieć jego minę.
Tak właściwie, widziała ją nawet wtedy, gdy powolnym krokiem zmierzała cmentarną ścieżką, ostrożnie - ze względu na pole widzenia ograniczone przez wiaderka - skręcając w węższą alejkę. Choć zdawałoby się, iż bardziej właściwe było myślenie o sprzątaniu grobu czy o zmarłej matce, myśli dziewczyny zwyczajowo poszybowały naprawdę pokrętnym torem, zatrzymując się na dłużej przy kwestii zbliżających się rozmów z oboma mężczyznami - tak, Tony, potrzebuję właśnie twojej pomocy; tak, Alec, nie musisz wchrzaniać za to Anthony'emu - tylko po to, by doprowadzić ją do odrębnego wniosku...
Chyba i w tej chwili przydałaby jej się odrobina fizycznego wsparcia.
Już kilka razy odwiedzała jednak cmentarz o tej porze, raczej nie napotykając zbyt wielu osób krzątających się po jego terenie. Ostatnio wręcz nie dostrzegła na nim żywego ducha - martwego też zresztą nie - co pozwoliło jej spekulować, iż prędzej mogła potknąć się o jakąś tablicę nagrobną, niżeli spotkać kogoś znajomego i chętnego, by wyświadczyć jej przysługę. To zaś poniekąd mobilizowało ją do tego, o czym myślała wcześniej. Do upartego zmierzania przed siebie, mimo trudności. Miałaby sobie nie poradzić? Phi, zawsze dawała radę... Jakoś... Dlatego też po prostu to robiła - szła pomiędzy ciasno ustawionymi nagrobkami, gdzieniegdzie przedzierając się przed wysoką trawę i usiłując patrzeć przy tym pod nogi.
Nic więc dziwnego, że widok mężczyzny - tego, który nagle jakby wyrósł spod ziemi i praktycznie od razu zaoferował pozbawienie Aly ciężaru - doprowadził ją do czegoś na kształt palpitacji serca. Przynajmniej na moment, bowiem po chwili poznała jegomościa. Nie pamiętała tylko jego imienia.
- Dzień dobry. - Stwierdziła więc dosyć neutralnie, a jednak pogodnie, uwolniona od wiaderek. - Nie trzeba, nie chcę sprawiać kłopotu. - Uśmiechając się, spojrzała na niego badawczo, jakby chciała się upewnić, że faktycznie pasowało mu pomaganie jej, a nie robił to wyłącznie z szeroko pojętej kultury i z dobrego wychowania. - Faktycznie, idę posprzątać trochę u mamy. A ty? W którą stronę idziesz?

_________________
You and I walk
a fragile line
I have known it all thistime
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bernard Collard
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Highgate Cemetery   Nie Paź 22, 2017 8:08 pm

Moje próby spełzły na niczym. Normalność? Uciekła z krzykiem, oskarżając mnie o przetrzymywanie wbrew jej woli, w momencie, kiedy szeroki uśmiech wykwitał na mych wargach w odpowiedzi na przerażenie dziewczyny. Stała sobie zaskoczona moją obecnością, nagle wyrosłem tu i, o!, chłonąłem to zuchwale, z przyjemnością. Była taka śliczna, taka skromna, niska… Kompletnie nie zdawała sobie z sprawy z tego, co się święciło.
Nie uświadomiłem za to sobie, że sam nie przywitałem jej serdecznym dzień dobry. Zbyt bardzo zaciekawiony byłem jej spojrzeniem, więc uwolniłem się spod niego dopiero kiedy mówiła do mnie więcej. Jej słowa – na szczęście dosyć przewidywalne – powoli docierały do mnie, kształtowały w sens. W którą stronę szedłem? Hm… W jej stronę.
Odkąd tylko spostrzegłem się, że coś z nią było nie tak, moja misja kierowała mnie ku bliższemu poznaniu Marjorie Alyssy Meadowes. Pomieszkiwała na Nokturnie, miała chłopaka, robiła niby coś istotnego dla świata czarodziejów. Nudne życie, moim skromnym zdaniem, aczkolwiek wcale nie odstawało tak bardzo od mojego własnego. Wstawała wcześnie rano, jadła śniadanie – normalne. Potem szła do pracy, wtedy ja zazwyczaj rozpoczynałem pracę w ogrodzie. Choć raczej nie przystawało komuś szlachetnie urodzonemu, bardzo ceniłem sobie towarzystwo roślin wszelakich, ciszę i grzebanie w ziemi. Miałem tam kontrolę nad wszystkim, a jeśli coś próbowało mnie jej pozbawić, kończyło marnie. Nie łamałem przy tym prawa, więc mogłem robić to swobodnie, bez stresu i oddechu dementorów wiszących mi gdzieś za głową.
- W twoją. Śledziłem cię – odparłem poważnym tonem, ale zaraz wyszczerzyłem się rozbawiony. Ach, taki serio-żarcik. Sam nie wiem, co mnie podkusiło, by to powiedzieć… Hahahah. Nie wiedziałem? Jak nic to było przeznaczenie, które pchało mnie coraz bardziej ku wyzwoleniu z kajdanów klątwy.
Mocniej zacisnąłem dłonie na trzymanych wiaderkach.
- A tak serio, to mogę ci pomóc. Bardzo lubię grzebać w ziemi. Jestem ogrodnikiem – przyznałem, nieco zbyt mocno naciskając na słowo pomóc. Byłem trochę przewrażliwiony, jak gdyby Alyssa mogła przewidzieć moje zamiary lub wyczytać je bezpośrednio z moich myśli. Oczywiście, nie miałem pewności, czy nie posiada którejś z tych umiejętności, ale nadal nie zwiewała gdzie pieprz rośnie, więc nie miałem się czego obawiać, prawda? – To żaden problem – dodałem w ramach zapewnienia.

_________________
My Sweet Velle,
Walking on the line ten stories high
Say you'll still be by my side...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marjorie Meadowes
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Highgate Cemetery   Nie Paź 22, 2017 9:35 pm

Oczekując na odpowiedź mężczyzny, cóż, z pewnością nie liczyła na żadne odkrywcze słowa. Być może nie spodziewała się tego spotkania - prawdę mówiąc, jakiegokolwiek spotkania, biorąc pod uwagę pustki na cmentarzu i wiatr hulający pomiędzy zapuszczonymi, nieodwiedzanymi grobami - jednak, kiedy już do niego doszło, przewidywała raczej, że nie będzie to ani nic specjalnie dłużącego się, ani też zaskakującego. Spoglądając prawdzie w oczy, odbyła już setki - jak nie tysiące - rozmów z ludźmi, z którymi łączył ją tylko jakiś nieduży epizod mający miejsce daleko w przeszłości. I wszystkie, ale to naprawdę wszystkie, przebiegały w bardzo podobny sposób. Dlatego też dosyć... Niezwykła odpowiedź przypadkowego towarzysza z początku wprowadziła ją w coś na kształt lekkiej konsternacji.
- Hm? - Mimowolnie zmarszczyła brwi, spoglądając na twarz nieznajomego i starając się dojść do tego, czy faktycznie to robił, czy też może postanowił nieco sobie z niej zażartować. Jego ton był wyjątkowo poważny, ale jednak... Dlaczego miałby to robić? Mimo że starała się nie dać paranoi, po ostatnich doświadczeniach, musiała przyznać, że przeszedł ją delikatny dreszcz. I nawet jeśli mężczyzna zaledwie chwilę później wyszczerzył się do niej w rozbawionym uśmiechu, Meadowes nadal nie potrafiła do końca pozbyć się tego nieprzyjemnego wrażenia. Karcąc się za to w myślach, ale wciąż je odczuwając.
- Nie jestem zbyt interesującą osobą do śledzenia. - Postanowiła jednak podjąć grę towarzysza, odpowiadając mu w podobnie rozbawionym tonie i wzruszając przy tym ramionami, jakby chciała dodać, że nie mogła nic poradzić na własną nieciekawość. Stety albo niestety, nie posiadała żadnych istotnych informacji, nie miała dostępu do sekretów Ministerstwa Magii, nie była nikim ważnym w środowisku uzdrowicielskim i badawczym, była po prostu... Cóż, przeciętną asystentką w laboratorium, kociarą z dwoma futrzastymi stworzeniami, partnerką zabijaki z Nokturnu i przyszywaną mamusią brata wspomnianego zadziory. Dla osoby, która nie znała większości jej mocno pilnowanych sekretów, Alyssa nie była nikim ciekawym... I to lubiła.
Powracając jednak do bardziej poważnej części ich rozmowy, mimochodem zerknęła na dłonie mężczyzny, chcąc sprawdzić, czy faktycznie mówił prawdę, choć nie miał przecież powodów, by kłamać. Szczerze mówiąc, zrobiła to, bo zupełnie nie pasował jej na ogrodnika. Było w nim coś takiego, co pozwalało jej sądzić, że znacznie bardziej pasowałby do roli bankiera albo adwokata lub kogoś w tym rodzaju. Tymczasem zaskoczył ją informacją o swoim fachu, którego nie poznała przy ich poprzednim spotkaniu, czym zaskarbił sobie jej sympatię. Ona też lubiła pracować na dworze, zajmując się roślinami, choć może nie wiązała z tym swojej przyszłości, pragnąc raczej dalej podążać we wcześniej obranym kierunku.
- Jeśli masz czas... - Stwierdziła powoli, z początku jakby bez większego przekonania, zaraz jednak ponownie się uśmiechając. - To bardzo chętnie. Bluszcz w starszej części cmentarza jest okropnie uparty. Nie da się go pozbyć. - To mówiąc, ruszyła ścieżką, wskazując mężczyźnie drogę.

_________________
You and I walk
a fragile line
I have known it all thistime
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bernard Collard
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Highgate Cemetery   Wto Paź 24, 2017 11:06 pm

To żaden problem ci pomóc… To żaden problem zagrzebać twe zwłoki w ziemi i posadzić na nich sadzonki Allysum, by zakryły dowód mej zbrodni i uczciły twą pamięć.
Zadrżałem. O dziwo, to nie z zimna. Piękna pogoda zaczynała się powoli psuć. Czułem jak moje ubranie przepuszcza niektóre smagnięcia powietrza, zaś włosy dziewczyny zmusza do szalonego tańca. Skojarzył mi się z tańcem ze śmiercią, swoiste danse macabre Marjorie Meadowes czy – jak również wolała – Alyssy Meadowes. Marjorie… Może jeszcze dodam tam margaretek i majeranku? Podobna kombinacja będzie zaburzała porządek mojego ogrodu, ale czego nie mogłem zrobić dla niej? Przecież była dobrą osobą, niewinną poniekąd.
- Najwyraźniej nie masz pojęcia, jakie rzeczy wpadają ludziom do głowy, na co zwracają uwagę przy swoich wyborach… – stwierdziłem ze stoickim spokojem, ukrywając chwilowo swe małe obsesje, kategorie wyboru głęboko w sobie. Nikt o nich nie wiedział. Prawie nikt.
Szedłem za nią. Starałem się trzymać bardziej z tyłu, by nie widziała jak na nią patrzę, jak taksuję ją od stóp do głów, jak wpatruję się z głodem w jej włosy. Zastanawiało mnie, czy szybko biega oraz czym pachną jej włosy. Co poczułbym, zatapiając nos w tej blond czuprynie? Czy podobne odkrycie zaskoczyłoby mnie mile, czy może podirytowało? Może tak naprawdę nie miałoby dla mnie większego znaczenia? Ach, tyle pytań i tak niewielka odległość, by ją pokonać i się o tym przekonać na własne oczy czy też własny nos. Złapać za smukłą szyję, podduszać ramieniem…
Pokręciłem głową, a w me nozdrza uderzył ten charakterystyczny zapach cmentarza – wosk, błoto, ogólnie surowo. Skupiłem się na tym, na podmuchach wiatru, by nie zrobić głupstwa. Tylko że to kusiło, krzyczało wręcz, bym już teraz… Chciałem tego. Pragnąłem ją przerazić. Pragnąłem, by wiedziała. Pragnąłem krwi, jej krwi.
- Alysso, muszę ci coś powiedzieć – stwierdziłem poważnym tonem, nieco zagubiony. Wydawało mi się to takie… Nie na miejscu? A jednak! Kusiło, kusiło i najwyraźniej skusiło. Choć wiedziałem, że to zły pomysł, brnąłem w to tu i teraz. Rozejrzałem się wokół, ale chyba nikt nas nie obserwował, nie oczekiwał czegokolwiek… Nikt przecież nie wiedział!
- Ale najpierw musisz coś zobaczyć… – dodałem jakby zamyślony, ruchem dłoni każąc jej iść dalej, a może wskazując już skromną wiązankę na grobie jej matki. Czy chciałem się wycofać? Nie. Ja po prostu bardzo pragnąłem ją przerazić, pragnąłem, by wiedziała, kiedy zabiorę ją do siebie i pozbawię życia. Oh, losie! Czemu byłem w tej chwili taki okrutny?

_________________
My Sweet Velle,
Walking on the line ten stories high
Say you'll still be by my side...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marjorie Meadowes
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Highgate Cemetery   Sro Paź 25, 2017 12:37 am

To był... Dziwny człowiek. Tak, dostrzegła to już podczas ich pierwszego spotkania, nie do końca wiedząc, co powinna o nim sądzić, ponieważ jego niecodzienny styl bycia był równie mocno interesujący, co niepokojący. Wtedy jeszcze nie rozmawiała z nim jednak w taki sposób, w jaki robiła to teraz, bowiem okoliczności nijak ku temu nie sprzyjały. Poprzednio to ona pomagała mężczyźnie, służąc mu medyczną pomocą i raczej nie wymagając prowadzenia towarzyskiej rozmowy. Tymczasem obecnie to on oferował jej swoje wsparcie, prowadząc dialog, ale... Właśnie, było w tym niezmiernie wyraziste ale, ponieważ nie takiej konwersacji pragnęła blondynka.
Cmentarze nigdy nie przerażały Alyssy, która wręcz uwielbiała wszystko, co przerażające i upiorne. Być może z natury nie była zbyt dużą ryzykantką, aczkolwiek lubiła czuć pewien dreszczyk emocji, wędrując po wyludnionych terenach, lasach czy wrzosowiskach albo wybierając się na stare cmentarze, by połączyć przebywanie na dworze z podziwianiem specyficznego uroku starych nagrobków i sprzątaniem tych należących do członków jej rodziny.
Tym razem było jednak inaczej. Sama nie wiedziała, dlaczego tak się działo, lecz nie była w stanie powstrzymać powoli ogarniającego ją wrażenia niepokoju. Na domiar złego, pogoda zaczęła gwałtownie się zmieniać. Choć nie powinno to nikogo specjalnie dziwić, ponieważ w tej części kraju słońce często zastępował nagły deszcz, biało-szare chmury powoli osnuwające błękitne niebo i coraz mocniej zrywający się wiatr, który zaczął szarpać liśćmi na czubkach koron najwyżej położonych drzew... Cóż, niczego nie polepszały. To zdecydowanie nie był klimat, który pasował Alyssie do podobnej rozmowy. Wystarczył sam fakt, iż ta była dostatecznie niepokojąca już bez całej tej atmosfery.
- Prawdopodobnie masz rację. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Nie, jeśli chodzi o mnie samą. - Uśmiechając się do kompana, odrobinę zbyt mocno zacisnęła wargi, zaledwie na chwilę skupiając spojrzenie na jego twarzy, aby kilka sekund później uciec wzrokiem w stronę najbliższych nagrobków. Oczy mężczyzny były niepokojąco błyszczące, odbijając zaskakująco wiele - niczym dwa lustra. Nie mogła w nie patrzeć i nie czuć się dziwnie, a przecież jednocześnie nie chciała być dla niego nieprzyjazna. Zechciał jej pomóc, miał wobec niej pewien dług wdzięczności, choć przedtem nawet o tym nie pomyślała, więc pragnęła nie dać po sobie poznać, jak dziwnie czuła się w towarzystwie tego człowieka.
Coś w niej wręcz krzyczało, że obracanie się do niego plecami było nierozważne, jednak niechybnie musiała być to oznaka ponownie narastającej paranoi. Przecież nic jej nie zrobił, wypowiadając się odrobinę nietypowo, ale nic poza tym. A ona? Sama nie była przecież do końca normalna i wiedziała o tym, już w szkole uchodząc za nawiedzoną dziwaczkę. Nie przekreślała większości ekscentrycznych osób, zatem w tym przypadku także postanowiła przezwyciężyć wewnętrzną niechęć do pójścia przodem, zwłaszcza że ścieżka była wyjątkowo wąska, a to Aly znała dalszą drogę. Musiała prowadzić. Tak było zwyczajnie wygodniej.
- Huh? - Skupiona na kolejnych krokach i własnych myślach, odruchowo obróciła głowę w kierunku towarzysza, posyłając mu pytające spojrzenie. Kiedy jednak nie wyczytała z niej niczego, prócz pewnego rodzaju... Rozterki? Zmieszania? Niechęci? Zagubienia? Czegoś w tym rodzaju - a przecież tak bardzo chwaliła sobie umiejętność rozróżniania ludzkich emocji; przy tym człowieku była w tym naprawdę fatalna - patrzyła na niego jeszcze przez kilka sekund, ponownie rozglądając się po okolicy. Słysząc zaś jego kolejne słowa, pokiwała głową, nie zwalniając kroku, ponieważ już i tak dochodzili na miejsce. Cokolwiek chciał jej przekazać, z pewnością mógł to zrobić w nieco wygodniejszym miejscu, niżeli na wąskiej ścieżce, gdzie trudno było wykonać nawet zwykły obrót.
- Co takiego? - Chociaż nie zamierzała o to pytać, znajdując się metr czy metr z kawałkiem od skrętu ku głównej alejce, przy której znajdował się nagrobek Emily, odezwała się półgłosem. Tym razem jednak nie spojrzała na mężczyznę, ponieważ jej wzrok przyciągnęło coś innego. Coś, co sprawiło, iż mimowolnie zacisnęła dłonie, zgniatając delikatne łodygi trzymanych przez nią kwiatów, ale nawet tego nie dostrzegając. Tak samo tego, jak bardzo zbielały jej knykcie, jak bardzo... Ona sama zbielała, momentalnie blednąc. Szum wypełnił uszy Meadowes i... Nie, to nie był odgłos wiatru szarpiącego teraz jej włosami, jakby chciał wyrwać je z cebulkami.
Sama nie wiedziała, w którym momencie cofnęła się o krok.
To był żart, prawda? To musiał być jakiś wyjątkowo niesmaczny żart.

_________________
You and I walk
a fragile line
I have known it all thistime
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bernard Collard
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Highgate Cemetery   Sro Paź 25, 2017 11:39 pm

Dosyć niefortunna to sytuacja, kiedy stojąc naprzeciw groźnie wyglądającej pajęczyny, cofasz się i wpadasz na jeszcze bardziej groźniejszego pająka…
Gdyby nie fakt, że sam osobiście byłem pająkiem w tej sytuacji, najpewniej ratowałbym ją z opresji niczym damę swego serca. Strzeliłbym bestii z pięści prosto w pyska i zabrał dziewczę daleko stąd. Przyjmowałbym później pewnie podziękowania i ogólnie chwalebne słowa, ale niestety to nie była ta bajka. Byliśmy w tej, w której główny bohater poprzez przelanie krwi nieczystej miał oczyścić swoją własną. Między innymi przez przelanie krwi Meadowes.
Poczułem zapach jej włosów. Ach, mogłem się o to zakładać! Szczególnie że zaraz dostałem potwierdzenie na ów osąd, kiedy puściłem trzymane wiaderka, jakby były zbędnym rekwizytem. Były nim. Ważnym obiektem była tu jedynie jej krew, więc jej ciało, cała ona i istota jej śmierci. Zrobiłem krok w jej kierunku i chwyciłem za ramię, niemalże zatapiając nos w jej włosach, w tych samych, w których pragnąłem go zatopić. Czułem to. Frezję, jabłoń, jaśmin… I malinę. Może malinowe chruśniaki? Te Alyssum, ta cała smagliczka nie skradała mi serca. Frezje miałem w innym miejscu… Oj, za dużo o tym myślałem.
- Są doskonałe, prawda? – zapytałem, mówiąc oczywiście o kwiatach. Przyłożyłem się do tego i byłem z siebie niezmiernie dumny, podobnie jak z upolowania tego dużego kwiatka. – Sam je dobierałem. Znasz się na roślinach? Biała szałwia jest moją ulubioną. Pomaga oczyszczać – odparłem mentorskim tonem. Smagliczka, szałwia i lilia…
Pociągnąłem jej ramię, chcąc by odwróciła się do mnie. Pragnąłem spojrzeć prosto w jej oczy, pragnąłem ujrzeć w nich strach…? Czy może przyzwolenie? Cokolwiek by to nie było, miało być tym, co by mnie ostatecznie usatysfakcjonowało. Łaknąłem również wiedzieć, że wie, że ją zabiorę, że umrze… Czy mogła być tego świadoma? Czy miałem to wypisane na swojej twarzy? Czy może byłem człowiekiem-zagadką?
Kiedy tak już do tego doszło i zrobiłem ten nieodwracalny ruch, to nawet robiło mi się jej żal. Chęć przytulenia jej pojawiła się znikąd i była w pełni bezsensowna.

_________________
My Sweet Velle,
Walking on the line ten stories high
Say you'll still be by my side...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marjorie Meadowes
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Highgate Cemetery   Czw Paź 26, 2017 6:10 pm

Szum w uszach nie ustawał, nie pozwalając Meadowes skoncentrować się na czymkolwiek innym. Patrząc wprost na okazały kwiatowy wieniec - identyczny, jak bukiet podrzucony na ganek przed domem na Ladbroke Grove - czuła fale gorącego i lodowatego powietrza uderzające na przemian w jej ciało, nieznacznie przy tym drżąc. Sama nie wiedziała, kiedy zaczęła kołysać się na piętach, do końca miażdżąc w dłoni łodygi białych margerytek i przyciągając łokcie jak najbliżej ciała. Jeśli wcześniej czuła się nie na miejscu, podążając do grobu w towarzystwie praktycznie obcego człowieka, teraz to uczucie było wręcz niemożliwe do przełknięcia. Było jej duszno, kręciło się w głowie, lecz przede wszystkim - nie chciała, by ktokolwiek obserwował ją w takim stanie. Tak, mimo wszystko o tym myślała, choć to wiązanka skupiała na sobie większość uwagi blondynki.
Alyssa nienawidziła publicznego okazywania słabości. Przynajmniej nie wtedy, gdy chodziło o nią samą, bowiem nie miała nic przeciwko pocieszaniu innych ludzi. To było coś, czego nieświadomie nauczyła się z postawy własnego ojca, który być może wyładowywał się w o wiele gorszy sposób, wypijając litry alkoholu i demolując wszystko, co znalazło się na jego drodze, jednakże nigdy nie płakał w obecności jakiegokolwiek człowieka. Czy to własnej córki, czy kogokolwiek innego. Nigdy nie widziała, by to robił, co w jakiś sposób wpłynęło także na nią samą. Nie lubiła, gdy ktoś zwracał na nią zbyt dużą uwagę, litował się, bo było jej źle. Być może nie odbierała tego w tak skrajny sposób, w jaki robił to Thomas - w końcu potrafiła stracić pozorne opanowanie, gdy znajdowała się w towarzystwie kogoś naprawdę bliskiego, szukając oparcia właśnie u tej osoby - jednakże aktualna sytuacja była o tyle gorsza, że dziewczyna praktycznie nie znała swojego towarzysza.
Ten zaś stawał się coraz bardziej upiorny, jego obecność zdawała się być coraz bardziej nachalna, niepożądana nie tylko przez to, jak Aly wewnętrznie się z nią czuła, lecz także przez zachowanie mężczyzny, który niemalże dyszał jej w kark. Owszem, cofnęła się na niego, jednakże zrobiła to nieświadomie, poniekąd oczekując, iż kompan choć trochę się odsunie. Tymczasem on najwyraźniej wcale nie zamierzał tego zrobić. Czuła, jak bardzo nad nią dominował, jak ją... Osaczał. Tak, to tego słowa potrzebowała. Wpędzał ją w matnie, zdawał się otaczać ze wszystkich stron. Nim jednak odezwała się do niego słowem, brunet postanowił zabrać głos, a Alyssa... Alyssa jeszcze bardziej zamarła, przestając niekontrolowanie bujać się na czubkach butach i słuchając tego, co płynęło z ust tego człowieka.
- To jakiś wyjątkowo niesmaczny żart, prawda? Żartujesz sobie? Kto cię w to wkręcił? - Spytała na tyle spokojnie, na ile tylko była w stanie to zrobić, choć własny głos zabrzmiał wyjątkowo piskliwie w uszach dziewczyny. Ktokolwiek postanowił zabawić się w taki sposób jej kosztem, miał tego naprawdę srogo pożałować. To było nie tylko chore, nie tylko nie w porządku, lecz także naprawdę potworne. Ze względu na nią, ze względu na swoiste bezczeszczenie pamięci o Emily. Zbierało ją na wymioty, a gula wzrastająca w gardle sprawiała, iż Meadowes miała ochotę zacząć kaszleć, jednak jednocześnie czuła, że dławi się swoją śliną.
Kiedy mężczyzna pociągnął ją za ramię, podświadomie z nim zawalczyła, szarpiąc się w przeciwnym kierunku. Wiedziała, że był od niej nie tylko większy, ale także znacznie silniejszy. Liczyła jednak na element zaskoczenia, na to, iż nie spodziewał się takiego posunięcia z jej strony. Instynktownie chciała mu uciec, nim jeszcze bardziej ją osaczy. Niezależnie od tego, jakie były jego zamiary - czy wyłącznie żartował, czy też faktycznie był jakimś psycholem - wolała nie dociekać tego w takim położeniu.
- Puszczaj! - Rozkazała, starając się brzmieć jak najbardziej zdecydowanie i twardo, jednocześnie nadal nie przestając wyrywać się spod ucisku ciemnowłosego. Gula w gardle już dawno zaczęła pozbawiać ją oddechu, jednakże Alyssa starała się o tym nie myśleć. Jakiekolwiek myślenie nie było w tym momencie wskazane, nie chciała przecież poddać się własnemu przerażeniu. To by ją wykończyło.

_________________
You and I walk
a fragile line
I have known it all thistime
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bernard Collard
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Highgate Cemetery   Czw Paź 26, 2017 7:49 pm

Fakt, że byłem od niej znacznie wyższym mężczyzną znacznie ułatwiał mi zadanie, jednakże jej drobna osoba naprawdę wiele psuła, szczególnie w moim wnętrzu. Może do końca nie byłem tego świadomy, ale mogłem przypuszczać, że miałbym mniejsze skrupuły, gdyby okazała się małą wandalką, nie zaś pomocną duszą. Pewnie już dawno bym ją zabił, zamiast wszystko przeciągać, udawać, że się nią bawię, powtarzając, że muszę to zrobić. Ach, Aly… Gdybyś była kwiatem, takim prawdziwym kwiatem, to pragnąłbym cię mieć w swoim ogrodzie Oświetlałabyś życie innym roślinom, uzdrawiałabyś je, jak uzdrowiłaś mnie, a tak?
Szarpaliśmy się. Właściwie, ona się szarpała, ja jedynie starałem się utrzymać jej ramię w uścisku, nie miażdżąc go przy okazji. Chciała, bym ją puścił, ale nie mogłem tego zrobić. Nie mogłem. Szczególnie teraz, kiedy już wiedziała kim jestem, kiedy poznała mą drugą twarz, kiedy poznała Adaira Nightmare. Właśnie! Powinienem się tego trzymać – bezwzględnej natury Adaira. Bernard pozostawał tylko – a raczej aż – ogrodnikiem, kimś prawie czystej krwi, zaś Adair zajmował się czarną robotą. Ekhem, bardziej czarną od grzebania w ziemi przez sadzonki i chwasty.
- Niesmaczny żart? Wkręcił? Jesteś zbyt dobra, by żartować z ciebie w podobny sposób. Ugh! To byłoby zbyt okrutne! To tylko smutna rzeczywistość, Alysso. Taka kolej rzeczy… Przeznaczenie? – odparłem, obróciwszy ją do siebie twarzą. Tym raz brutalnie. Pragnąłem, by wiedziała teraz, że mówiłem szczerze. – Chciałbym powiedzieć, że nie zrobię ci krzywdy, ale… to musi się stać. Na litość… ZAMILKNIJ, bo ktoś nas usłyszy! – uniosłem na moment głos, by go ściszyć. Tego, czego najbardziej mi tu nie brakowało, to zainteresowanie innych. Powinienem czym prędzej ją stąd zabrać do siebie i tam dokończyć tę sprawę. Och, tak bardzo pragnąłem poczuć na palcach jej krew… i tak bardzo ją oszczędzić, ale to akurat przemilczmy!
- Zrobiłem wiązankę dla twojej mamy, bo uznałem, że się ucieszysz… Zadbałem również o nią, skoro do niej dołączysz. Myślę, że będzie ci tam dobrze, jeśli wierzysz w niebo – stwierdziłem. Nie wiem, czy tym faktem bardziej próbowałem pocieszyć ją czy siebie. Myślę, że przydałaby się tu moja żona. Traciłem rezon. Przez nią! Jakąś głupią dziewuchę pakującą się w tarapaty! Czemu musiała mi wtedy pomóc?! – Bądź grzeczna, to zrobię to szybko i bezboleśnie, dobrze?
Chyba naprawdę w wierzyłem, że mogłaby zamilknąć, przestać się szarpać i ze spokojem przyjąć do siebie fakt, iż niechybnie umrze do końca tego dnia.

_________________
My Sweet Velle,
Walking on the line ten stories high
Say you'll still be by my side...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marjorie Meadowes
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Highgate Cemetery   Pią Paź 27, 2017 11:06 am

- NIE! - Tym razem ton głosu Alyssy stał się jeszcze ostrzejszy, a ona sama zacięta jak praktycznie nigdy. Być może sprzeciwianie się mężczyźnie w taki sposób, w jaki właśnie to robiła, było niczym więcej, niżeli tylko zwyczajną głupotą, ale nie mogła tak po prostu zamilknąć i dać się... Ograbić? Skrzywdzić? Zabić? Nie wiedziała, co siedziało mu w głowie. Być może była to wyłącznie dalsza część chorego planu zagrania jej na nerwach i zabawy jej kosztem, ale nie potrafiła już zakładać tego z taką pewnością, jaką mogła mieć jeszcze chwilę wcześniej. Facet zdawał się być psychiczny, a ona była z nim całkowicie sama w jednej z najmniej odwiedzanych części starego cmentarza. Istniała minimalna szansa, iż ktokolwiek ją usłyszy i dopiero ponowne uświadomienie tego sprawiło, że Meadowes zaczęła myśleć o innych zabiegach mających na celu uwolnienie się. Musiała liczyć na własne siły, ale przecież nigdy nie była nieuleczalnym przypadkiem damulki w opałach. Radziła sobie nawet z praniem! Jakoś... Zazwyczaj... Raczej... Zresztą, to przecież nie oznaczało, że nie mogła posłużyć się chwytem na wsparcie.
- Puszczaj mnie. - Ponownie się szarpiąc, wycelowała wolnym łokciem prosto w okolice pępka bruneta, w czym wyjątkowo pomógł Alyssie jej niski wzrost, jednocześnie usiłując skopać go po kostkach. - Mój chłopak dobrze wie, gdzie jestem. Będzie mnie szukać, jeśli nie wrócę na czas. - Jeśli agresor faktycznie ją śledził, powinien doskonale wiedzieć, kim był wspomniany partner blondynki, jednak ta i tak postanowiła poinformować oprawcę o tym, co miało go czekać. - Postawi cały Nokturn na nogi. Puszczaj mnie! - Zaakcentowała jak najgroźniej, starając się brzmieć niczym ktoś, kto doskonale wiedział, o czym mówił. Nawet w przypadku, w którym nie miało to zbyt wiele wspólnego z prawdą.
Owszem, spotykała się z typowym człowiekiem z szemranej dzielnicy mającym naprawdę interesującą reputację, znanym z działania w pierwszej kolejności, lecz niekoniecznie późniejszego zastanawiania się nad popełnionymi czynami, jednakże wyłącznie to było prawdziwe w jej słowach. Alec ani nie wiedział, gdzie była, ani na nią nie czekał. Nie poinformowała go o planach na popołudnie. Była z tym całkowicie sama, jednak przecież posiadała całkiem niezłe zdolności aktorskie, czyż nie? Być może nie działały one na najbliższych dziewczyny, jednak on jej przecież nie znał. Mogła liczyć na to lub na siłę fizyczną, litość ze strony ciemnowłosego nie wchodziła w grę. Wystarczyło, by gwałtownie obrócił ją twarzą w swoją stronę, aby wyczytała to w jego oczach. Jego upiornych, przeraźliwie jasnych oczach...
- Dlaczego? - Wydusiła z siebie. Nie chciała tego wiedzieć, nie podobała jej się nawet wizja myślenia o tym... To był wyłącznie zabieg. Pragnęła nakłonić agresora do mówienia, uśpić nieco jego uwagę, na moment przestając się szarpać. A potem? Potem zamierzała zrobić wszystko, by mu się wyrwać, sięgnąć do różdżki, zawalczyć. To brzmiało jak plan...

_________________
You and I walk
a fragile line
I have known it all thistime
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bernard Collard
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Highgate Cemetery   Sob Paź 28, 2017 6:30 pm

Nie wiedziałem, czy mówiła prawdę, czy blefowała w związku ze swoim chłopakiem. Owszem, jego istnienie zostało przeze mnie zarejestrowane, wątpiłem jednak, by ten żyraf był w stanie postawić na nogi cały Nokturn. Również w to, czy będzie tak prędko szukał Alyssy, skoro ewidentnie przybyła tu robić porządki na grobie swojej matki. Pytanie więc, czy faktycznie mógł jej tu szukać, skoro było z niego takie szemrane chłopie bez wychowania…? Zresztą, jaką mi to robiło różnicę, skoro zaraz mieliśmy stąd zniknąć? Czym prędzej?
Jeśli już zamierzałem się czegoś w tej chwili przyczepiać, to faktu, że ten typ spod czarnej gwiazdy nie zasługiwał na ten delikatny kwiatek, którym była Alyssa. Delikatny albo i nie, skoro potrafiła machać tym łokciem. Oczywiście udało jej się trącić mnie w splot słoneczny, ale nie na tyle mocno, bym z bólu wypuścił jej ramię. Nie wiem, co sobie myślała! Jeśli po prostu przyjmie to na spokojnie, będzie jej łatwiej… Inaczej wcale nie będę taki miły! Może od razu powinienem być zły? Wtedy przynajmniej by nie dyskutowała, nie groziła, szybciej się pogodziła z sytuacją. Po prostu zalałoby ją zobojętnienie przez bezsilność, a tak ciągle wierzyła, że to może się skończyć kompletnie inaczej niż to zaplanował sobie los.
Oczy miała niebieskie… niczym anioł. Wymalowany był w nich strach. Skojarzyło mi się to nieco nietematycznie z ciemnym, wzburzonym morzem; wielki statek rozrywały fale i wkrótce miał pójść na dno z całą załogą. Podobnie dziewczę przede mną stojące miało pójść w dół. Równie ciemny, jednakże bardziej przytulny od morskiej toni.
- Dlaczego? – zapytałem, właściwie powtórzyłem jej pytanie. Chwilę wahałem się z odpowiedzią, ale zasługiwała na nią, prawda? Szczególnie że się uspokoiła i już nie wyrywała! Zasługiwała na to, miała prawo znać powód swojej śmierci.
Rozejrzałem się ponownie wokół, a kiedy nikogo nie ujrzałem w najbliższej, widocznej okolicy, postanowiłem to z siebie wydobyć. Nienawidziłem szczerze o tym głośno mówić. Wtedy najbardziej czułem to jak mnie wypełnia ta cała klątwa, którą obarczyli mnie moi bliscy… Bliscy! Nie chciałem mieć z nimi niczego wspólnego! Z wyjątkiem moich ogrodów, jednakże te były już MOIMI ogrodami, nie zaś jej... Moja matka… Ugh!
- To rodzice mnie takim uczynili… Brudnym. W ten sposób muszę spłacić swój dług wobec klątwy, oczyścić swą krew… Inaczej na zawsze zostanę taki… – Paskudny? Cóż, Alyssa po grymasie na mojej twarzy mogła swobodnie stwierdzić, iż ta cząstka mojego życia naprawdę była dla mnie czymś okrutnym. Heh. Bacząc na to, że tu chodziło o mą krew, to czymś więcej niż zaledwie klątwą. Niektórzy uważali, że to we krwi mamy wypisane to, kim jesteśmy, jacy jesteśmy i jak warci jesteśmy. Reasumując, nie zasługiwałem na to, by mieć tak wspaniałą żonę, ogrody i pasję, którą żyłem i cieszyłem się każdego dnia. Posiadałem nieczystą krew, zostałem przeklęty.

_________________
My Sweet Velle,
Walking on the line ten stories high
Say you'll still be by my side...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marjorie Meadowes
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Highgate Cemetery   Nie Paź 29, 2017 1:10 am

Nigdy nie była specjalnie silna. Prawdę mówiąc, jakiekolwiek łudzenie się, że mogłaby pokonać przeciwnika w walce wręcz, byłoby zwyczajnie idiotyczne. Nawet tak skrajna optymistka, jaką zazwyczaj była, nie mogła być na tyle głupia. Oceniając rozmiary przeciwnika, cóż, już na samym starcie miała pewność, że tylko cud mógłby pozwolić jej wygrać podobne starcie. Mimo to spróbowała, usiłując przyłożyć mu na tyle, żeby chociaż zdążyła sięgnąć po różdżkę, choć w zaklęciach ofensywnych zawsze pozostawała ignorantką. Defensywa być może jeszcze jakoś jej szła, jednak tu chodziło o atak. Ten sam, na który nie miała szans, dopóki oprawca trzymał ją w swoim żelaznym uścisku. Pozostawała wyłącznie dezorientacja, uśpienie uwagi.
- Dokładnie. Dlaczego? - Nie musiała powtarzać tego po raz kolejny, nie przy świadomości tego, iż on sam już to zrobił. Mimowolnie jednak skłoniła się ku temu, chcąc podtrzymać rozmowę i mając przy tym nadzieję, iż mężczyzna nie słyszał, jak głośne było przełknięcie śliny towarzyszące zakończeniu wypowiedzi. Dla niej samej brzmiało to wręcz nienaturalnie donośnie, zarazem także wyjątkowo nieznośnie, a przecież nie chciała jeszcze bardziej go prowokować.
Mimo tego wszystkiego, co już wcześniej zrobiła, ostatecznie zmieniła swoje plany. Chciała uśpić jego czujność, nie wywołać kolejny napad chorej irytacji. Stary niedźwiedź nie spał i - jakby to mogła powiedzieć - wykazywał nadmierne zainteresowanie jej dalszym losem, przez co Meadowes wreszcie zaczęła chodzić na paluszkach. Szkoda tylko, że wcześniej sama go rozbudziła. Prawdę mówiąc, obecnie żałowała nawet jakiegokolwiek wyjścia z domu. Siedząc w czterech ścianach, które znała, miałaby większe szanse nie tylko na odparcie ewentualnego ataku, lecz także na jego całkowity brak. Oprawca napadł ją w końcu na odludziu, na względnie otwartym terenie, choć równie dobrze mógł to zrobić jeszcze w dzielnicy mieszkalnej. Myśl o tym, jak blisko wtedy był i jak bardzo naruszył jej prywatną przestrzeń... To sprawiało, iż brunet tylko jeszcze bardziej ją obrzydzał.
Czuła lęk, strach, ha!, autentyczne przerażenie... Była spanikowana, poniekąd także otumaniona, ale jednocześnie zaczynała być... Zła. Wściekłość powoli wypełniała drobne ciało Alyssy, działając na nie jak nigdy wcześniej. Nawet w tamtym momencie - niespełna pięć lat temu - kiedy dowiedziała się o śmierciożerstwie człowieka, którego kochała, nie była tak rozdrażniona. Świadomość tego, iż ten zwyrodnialec bezczelnie poruszał się po jej terenie, brukając także grób Emily, doprowadzała Aly do białej gorączki. Nigdy nie była furiatką, przejawiając - momentami wprost skrajnie - pacyfistyczne zachowania, jednak nie tym razem.
Prawdopodobnie oczekiwał od niej wszystkiego, tylko nie tego, jak w rzeczywistości zareagowała na wyznanie o rodzicach, którzy uczynili go takim. W żadnym stopniu nie próbowała go zrozumieć. Nie chodziło już nawet o to, za jaką bujdę przyjmowała wszystkie te gadki o czystości krwi. Nie chodziło także o to, iż sama nie miała rodziców roku. Na ten moment przestała myśleć w podobnych kategoriach, nie wykazując ani odrobiny współczucia. Ona zwyczajnie...
Alyssa Meadowes zaczęła się śmiać. Cicho, lecz na swój sposób niekontrolowanie. Nie prześmiewczo, ale także nie radośnie. Tak właściwie, całkowicie neutralnie. Czy było to sposobem na całkowite zdekoncentrowanie bruneta? Nie zastanawiała się nad tym, zwyczajnie nie panowała nad własnymi reakcjami. Spanikowała. Śmiech był tylko kolejnym wyrazem tego, jak bardzo była roztrzęsiona. Paradoksalnie, wewnątrz płonąc coraz mocniejszym gniewem. Czekała tylko na odpowiedni moment, musiała nań zaczekać...

_________________
You and I walk
a fragile line
I have known it all thistime
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Highgate Cemetery   

Powrót do góry Go down
 
Highgate Cemetery
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Świat :: Londyn-