Zapraszamy serdecznie do przyłączenia się do przygody!


CalendarCalendar  IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  GrupyGrupy  FAQFAQ  

Share | 
 

 Ulica i podwórze

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz Labiryntu
avatar


avatar

PisanieTemat: Ulica i podwórze   Pon Paź 09, 2017 7:52 pm

...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bernard Collard
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Ulica i podwórze   Wto Paź 10, 2017 6:00 pm

| Sesja konkursowa dla Edenu
| 23 lipca, wczesne popołudnie

Dzień był dziś wyjątkowo piękny. Dobry dzień, by uczynić coś dobrego. Tak też już od samego rana krzątałem się, by odpowiednio go uhonorować. Choćby - dla przykładu - wybrałem się na przejażdżkę do konkurencji, by zdobyć sadzonki smagliczki oraz jej bukiet do jednego projektu, przygotowanego specjalnie na dzień dzisiejszy. Nie posiadałem na swojej działce jakiejkolwiek jej odmiany, więc musiałem się znacznie bardziej wysilić w jej zdobyciu, dzięki czemu ten dzień stanie się piękniejszy, zaś realizacja mojego planu przyniesie mi jeszcze więcej satysfakcji.
Smagliczka z łaciny nazywała się Alyssum, więc pasowała idealnie do bukietu. Łatwo się domyślić, że nie przejmowałem się tym, czy wszystkie te gatunki roślin do siebie pasują. Bardziej liczyła się dla mnie moja własna symbolika oraz to, by gałązki, liście i kwiaty nie były uszkodzone. Miały być perfekcyjne, dlatego nie zleciłem tego nikomu, czyniąc to samemu. Tak również było bezpieczniej dla mnie i mojej żony, kiedy moje słodkie zbrodnie odbywały się bez zbędnych świadków. Za nic nie chciałbym narazić niepotrzebnie Velle na jakiekolwiek nieprzyjemności.
Smagliczka, biała szałwia i lilia – to znalazło się w zgrabnie zebranym bukiecie, który anonimowo dostarczyłem Alyssie. Oczywiście, wybrałem tę odmianę lilii, którą z pogardą rzucałem na grób ojca w kolejne rocznice jego śmierci. Nie odwiedziłem go dziś, mimo że byłem w pobliżu, kiedy zostawiałem drugi bukiet, a właściwie wieniec, matce obiektu mojej obsesji. Biedna Aly wychowywała się bez matki, dlatego też pomyślałem, że bardzo się ucieszy, jeśli zrobię drugi egzemplarz z tej samej mieszanki kwiatowej dla Emily Meadowes. Jakby nie patrzeć, wkrótce miała do niej dołączyć. Ciekaw aby byłem, czy dziś również przejdzie się ją odwiedzić. Czekałem w cieniu jednej z pobocznych uliczek na jej wyjście niczym na zbawienie.

_________________
My Sweet Velle,
Walking on the line ten stories high
Say you'll still be by my side...


Ostatnio zmieniony przez Bernard Collard dnia Pią Lis 10, 2017 9:17 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marjorie Greyback
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Ulica i podwórze   Wto Paź 10, 2017 9:07 pm

|po wątku w kamienicy

Szykując się do wyjścia, przelotnie wyjrzała za okno, uchylając je górą, by wpuścić powiew zaskakująco ciepłego powietrza do nie tak przyjemnego wnętrza jej domu. Owszem, nie mieszkała w żadnej norze – prawdę mówiąc, większość gości nazywała jej mini apartament przytulnym gniazdkiem – ale wciąż nie przyzwyczaiła się do tego miejsca. Mimo jakże długiego czasu, jaki poświęciła, by uczynić salon, sypialnię i resztę pomieszczeń nieco przyjemniejszymi, nadal dużo bardziej wolała przebywać w nie tak bardzo stylowym mieszkaniu na Nokturnie. Nic dziwnego, skoro tam miała do kogo otworzyć usta, tutaj wyłącznie od czasu do czasu rozmawiając z sąsiadem, który zajmował drugą połowę budynku. A warto dodać, że podstarzałemu mężczyźnie naprawdę daleko było do rozmówcy stulecia.
Lubiła przebywać sama, ale nie przez cały czas, nie tak jak tego i poprzedniego dnia. Ostatnio wręcz pokochała gwar, jaki Ezra robił wokół siebie i martwa, drętwa cisza we własnym mieszkaniu dosyć mocno ciążyła Aly. Zwłaszcza że niepokój nie ustawał. Być może minęło już kilka dni, odkąd poczuła te paskudne dreszcze przelatujące jej w dół kręgosłupa, odkąd doznała tego wrażenia, a włoski na karku uniosły jej się nieprzyjemnie, jednakże wciąż jeszcze pamiętała tamten okropny wieczór. I mimo że doskonale wiedziała, jak strasznie paranoiczne to było, nijak nie potrafiła pozbyć się podstępnego podszeptu, który – gdzieś tam w głębi duszy – mówił jej, iż to nie mogło być normalne. To nie było coś, czego doświadczało się codziennie. Nawet jeśli było się nią – Alyssą Meadowes – dosłownie uwięzioną między młotem a kowadłem…
Wolała już nie wnikać, kto był kim w tym przypadku. Najważniejsze, że jej sytuacja nie wyglądała zbyt dobrze, paranoja nawet nie musiała wchodzić w grę, aby blondynka czuła się dostatecznie przytłoczona całą tą sprawą. Nienawidziła okłamywać ojca, mimo że zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo było to konieczne. Z dwojga złego, dużo bardziej wolała kłamać w żywe oczy, niżeli stanąć przed nim i prosto w twarz powiedzieć mu o swojej decyzji. Aż nazbyt dobrze wiedziała, czym by się to skończyło. Wściekłością nie z tej ziemi, awanturą na cały Londyn, maksymalnym utrudnianiem jej życia, wznowieniem całej tej sieczki związanej z procesem i – co najgorsze; jak nic – doprowadzeniem do skutecznego zamknięcia sprawy w Wizengamocie.
Thomas nigdy się nie patyczkował… A ona chciała tylko żyć w świętym spokoju, mieć grono bliskich, być może założyć coś na kształt rodziny – o ile dało się tak nazwać to, co powolutku zaczęła tworzyć ze swoimi chłopakami – i nie oglądać się nieustannie przez ramię. Czy to było zbyt wiele? Miała przecież prawo do wolnego wyboru, do życia w taki sposób, w jaki chciała to robić. I nie chciała – ba!, nienawidziła samej myśli o tym – dalej tak po prostu egzystować pomiędzy Mungiem, pustym mieszkaniem, a restauracjami, w których jadała samotne obiady. Obawiała się jednak konfrontacji z ojcem i być może przez to właśnie wrażenie, jakiego doznała tamtej paskudnej nocy, tak bardzo się na niej odbiło. Nie chciała w końcu, by się dowiedział, a dobrze pamiętała ich rozmowę o tym, ilu informatorów miał rozsianych po całym Londynie. Być może jeden z nich ją widział, być może powiedział o tym Thomasowi, być może…
Być może wszystko. Być może musiała też zastanowić się nad tym po raz kolejny, raz jeszcze wybierając się w jak najcichsze i najbardziej odosobnione miejsce. Wcześniej tego ranka kupiła bukiet kwiatów – białych margerytek – wyjmując je teraz z wazonu i ostrożnie wiążąc czarną wstążką, nim ponownie umieściła je w wodzie, choć tym razem wlanej do butelki o wąskiej szyjce. Nie chciała, by zwiędły przed dojazdem do cmentarza, na który się wybierała. Poprawiła jeszcze sukienkę, dziękując przy tym wszystkim siłom, że nie było na nią zbyt zimno, i profilaktycznie obwiązując się swetrem w pasie. Angielska pogoda była nieprzewidywalna, poza tym na dworze wiało. Widziała to po chmurach przelatujących po zadziwiająco błękitnym niebie. Być może ostatnie dni nie były najbardziej deszczowe, jednak to mogło zmienić się dosłownie w sekundę. Żyła tu wystarczająco długo, by to wiedzieć.
Chwytając torebkę i klucze do auta, otworzyła łokciem drzwi, wychodząc na klatkę schodową, przekręcając zamek w drzwiach i schodząc na dół. Segment budynku był wysoki, ale zarazem nieduży. Mieściły się w nim tylko dwa mieszkania – jej własne i sąsiada – więc widok bukietu kwiatów umieszczonego na zewnątrz tuż przy drzwiach wyjściowych był… Co najmniej zadziwiający. Praktycznie nikt nigdy sam z siebie nie przysyłał jej kwiatów i choć obecnie ponownie była w związku, w życiu nie posądziłaby Aleca o podobne gesty. Był na to stanowczo zbyt dużym realistą, nie mając w sobie zbyt wiele z romantyka, zaś bukiet kwiatów… To dopiero było coś. I to niemałe.
Z początku pomyślała zatem o pomyłce, odkładając na chwilę swój własny skromny bukiecik i podnosząc okazałą wiązankę w poszukiwaniu karteczki. Gdy ta jednak się odnalazła, a Aly spojrzała na notkę na niej zawartą… Bez wątpienia chodziło o nią i to zdawało się… Absurdalne? Nie mniej niż połączenie kwiatów - smagliczki, dosyć mocno rozkwitniętej białej szałwii i białych lilii z odmiany Casablanca, które momentalnie skojarzyły jej się z czymś o wiele bardziej… Cmentarnym, niżeli romantycznym.
A jednak najistotniejsze zdawało się być w tym wszystkim to, iż nijak nie wiedziała, od kogo mogłaby dostać coś podobnego. Wychyliła się więc nieco, spoglądając na opustoszałą ulicę i odzywając głośno.
- Halo? – Nadzieja matką głupich, jednak zawsze był chociaż cień szansy, iż kurier kwiatowej poczty nadal znajdował się w okolicy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bernard Collard
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Ulica i podwórze   Sro Paź 11, 2017 9:41 pm

Dawaj, Aly! Nie zawiedź mnie – pomyślałem, stojąc w dalszym ciągu w obranej przez siebie uliczce. Ludzie lubili popadać w rutynę, czasami mimowolnie nawet powtarzali niektóre czynności, tworzące ich mały światek. Może dziewczę nie odwiedzało w trakcie trwania mojego rekonesansu zbyt często matki, ale dziś… taka piękna pogoda za oknem, do pracy miała na później, zaś ja czułem to coś w powietrzu, jak gdyby to świat, a nie ja sam, decydował o tym kto i kiedy. Radowało mnie to, gdyż było oznaką zbliżania się do celu.
Lilie Casablanca – skrzywiłem się, widząc bukiet z mojego obserwatorium. Nagle zdałem sobie sprawę, że niepotrzebnie uparłem się na lilie. Owszem, kojarzyły mi się ze śmiercią i cmentarzem, jednakże bardziej w relacjach z moich martwym ojcem. Alyssa, cóż, była kimś więcej. Mimo że nie posiadała czystej krwi, przez co nie mogłem jej dać należytego spokoju, to znalazła się na liście moich priorytetów znacznie wyżej niż mój ojciec. Ojcem gardziłem, a ją mógłbym nawet polubić, gdyby nie taka kolej rzeczy.
Ostatecznie wzruszyłem na to ramionami i postanowiłem zapalić papierosa. Byłem już w połowie jego spalenia, kiedy drzwi się otworzyły i ujrzałem małą Aly. Przydeptałem czym prędzej peta i przytuliłem policzek do chłodnej ściany budynku. Z uwagą obserwowałem każdy jej ruch, każdą zmianę na dziewczęcych wargach, jak gdyby miały mi przekazać prawdę tego świata. Najważniejsze, że była zaskoczona! Była! Sam zaś… To uczucie nie do opisania! Skryłem się bardziej w uliczce, uśmiechnięty od ucha do ucha. Słyszałem jej głos, jej pytanie, ale nie wychyliłem się z cienia, nie pozwoliłem jej na ujrzenie mojej twarzy, na zapytanie, z jakiej to okazji dostała ode mnie kwiaty. Po prostu stałem w cieniu i się radowałem. Kolejny krok uczyniony, nie mogłem się doczekać reszty.
Ponownie poczułem mrowienie w swoich dłoniach, zaś moje myśli przyspieszyły. Nie wiem, czy ją uduszę. Ta wizja była mi równie kuszącą jak ta, w której moja twarz kąpała się w jej krwi. Moja twarz, ubranie, pomieszczenie. Wszystko. Mała Aly byłaby wszędzie, zaś ja ściskałbym narzędzie zbrodni w dłoni. Doszedłby do tego metaliczny zapach krwi, który napędzał mnie w moich działaniach.
Odbiłem się od ściany i spojrzałem na drzwi prowadzące do mieszkania Alyssy. Musiałem skupić się na niej i tylko niej. Metoda dokonania morderstwa nie była znowu taka istotna, bym przez nią zaprzepaścił polowanie.

_________________
My Sweet Velle,
Walking on the line ten stories high
Say you'll still be by my side...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marjorie Greyback
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Ulica i podwórze   Sro Paź 11, 2017 10:24 pm

Balansując na czubkach butów, chybotała się na krawędzi krawężnika przed wejściem do budynku i… Sama nie wiedziała, czego tak właściwie oczekiwała, skoro nie do tej pory nie udało jej się dostrzec żywego ducha. Odezwała się, bo co jej szkodziło spróbować… Nie widziała jednak ani samochodu potencjalnego dostawcy kwiatów – który z pewnością nie jeździłby przeciętnym autem w typie osobówki – ani tym bardziej jego samego. Przesyłka najwyraźniej została dostarczona już jakiś czas temu, choć bukiet nie zdążył przywiędnąć, a dzwonek w drzwiach z pewnością działał dostatecznie dobrze, by mogła go usłyszeć. Cofając się wreszcie na coś na kształt ganku, profilaktycznie nacisnęła go zresztą, nasłuchując charakterystycznego odgłosu. Dźwięk był zdecydowanie słyszalny, więc powód pozostawienia wiązanki na zewnątrz – nie zaś doręczenia prosto w ręce – nadal pozostawał dla niej jedną wielką niewiadomą.
Nie sądziła, by miała jakiegoś tajemniczego adoratora. Nie była jedną z kobiet, którym przydarzały się podobne rzeczy. Prawdę mówiąc, znalezienie sobie kogoś – jak obecnie znowu zaczynała sądzić – na stałe było dla niej czymś niezmiernie intrygującym, bowiem nigdy nie poszukiwała miłości. Chciała się przyjaźnić, mimowolnie szufladkując się jako dziewczynę z sąsiedztwa, nie jako jakiegokolwiek rodzaju pożeraczkę męskich – albo damskich, kto wie – serc. Wolno pozostawiony bukiet kwiatków był zaś dosyć romantycznym gestem, ba, naprawdę uroczym i na swój sposób marzycielskim, jak na oko blondynki. Aly czuła, że powinna wiedzieć, kto mógł jej go pozostawić. Wykluczała Aleca, zdecydowanie nie myślała o nikim z laboratorium, Tony też nie mógł być w to zamieszany, ojciec prędzej zostawiłby jej butelkę whisky i list z wyrzutami, że znowu go zawiodła, niżeli przeprosiłby w ten sposób… Nie miała pojęcia, co nie przeszkadzało jej zastanawiać się nad tym przez dłuższą chwilę, nadal spoglądając na opustoszałą ulicę.
Było tak cicho… Jak zawsze o tej porze, kiedy to i sama Meadowes – jak znaczna większość mieszkańców tego rejonu – zazwyczaj siedziała w pracy. Ten dzień był jednak inny. Niespecjalnie wyjątkowy, przynajmniej do tej pory, lecz z pewnością niepodobny do tych, jakie Alyssie dotychczas przyszło spędzać. Chyba jeszcze nigdy nie kazano jej przyjść do Munga tak późno. Zazwyczaj albo pracowała od rana, albo oszczędzano jej jakiegokolwiek kłopotu związanego z podróżą przez całe miasto i zwyczajnie oferowano czas wolny. Tym razem otrzymała zaś wiadomość, iż… Owszem, była potrzebna, jednakże zaledwie na dwie lub trzy godziny. Późnym wieczorem, kiedy to laboratorium zazwyczaj stało zamknięte. Wyjątkowo nie zadawała pytań, mimo że miała ich dostatecznie wiele, by zapełnić przynajmniej jedną stronę listu. Była na to jednak zbyt rozproszona, gdy odpowiadała na wiadomość, zbyt zamyślona, za mocno skupiona na przyszłości i odwiedzinach na cmentarzu.
Te zresztą nadal na nią czekały, co po kilku chwilach ponownie powróciło do głowy Aly, która zamrugała nieco nieprzytomnie, odwracając wzrok z ulicy wprost na bukiet trzymanych przez nią roślin. Sama nie wiedziała, kiedy jej palce zaczęły zgniatać jeden z płatków lilii, rozcierając go na skórze. Złapała się na tym dopiero po kilku chwilach, momentalnie przestając i odruchowo unosząc dłoń w kierunku twarzy, wyczuwając słodko-mdlący zapach kwiatów. Nie przepadała za nimi, bowiem ta woń nieodzownie miała jej się kojarzyć z pogrzebami. Pochowała już tylu bliskich, na tak wielu pogrzebach była… Zbyt wielu, a przecież nie mogła łudzić się, iż był to ich koniec. Wręcz przeciwnie, nazbyt dobrze wiedziała, że wojna dopiero się zaczynała. To zaś przyprawiało ją o mdłości.
Nie mogła jednak pozostawić wiązanki na słońcu. Ktoś przecież napracował się, by ją stworzyć. Z tego względu ruszyła w kierunku kontenera stojącego na krańcu posesji, pochylając się w kierunku jednej ze skrzynek, które tego ranka postawiła przy nim, i zabierając stamtąd dosyć spory szklany słoik – pusty i czysty. Nim napełniła go wodą z ogrodowego kraniku – nie kłopocząc się z wyjmowaniem różdżki – weszła do środka budynku. Stawiając kwiaty w wazonie na skrzynce, już ostatecznie wyszła na zewnątrz. Nie planowała ponownie wracać do środka, nie przez kilka kolejnych godzin.
Podnosząc własny bukiecik margerytek, zdecydowanym krokiem udała się w kierunku auta, podzwaniając kluczykami. Nadal wolała normalniejsze sposoby przedostawania się z punktu do punktu, teleportację wolała zostawić na bardziej specjalne okoliczności.

[z/t] dla Aly

_________________
You and I walk
a fragile line
I have known it all thistime
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Bernard Collard
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Ulica i podwórze   Pią Paź 13, 2017 10:18 pm

Aly, mój drogi kwiatku… Ach, mój drogi kwiatku, jak ja bardzo pragnę cię zerwać – myślałem, obserwując ją ze swojego miejsca. Nie spieszyła się, sprawdzając dzwonek mieszkania, wąchając kwiaty ode mnie, rozglądając się wokół z nadzieją, iż ujrzy cichego wielbiciela. Niebezpiecznie mnie to niecierpliwiło, jednakże nie zamierzałem pozwolić sobie na jakiekolwiek odstępstwa od normy, na pochopne odruchy czy… CO ONA ROBIŁA?! Chciała wyrzucić bukiet ode mnie?! Był idealny! O ty! Niewdzięczna!
Drgnąłem nawet ze swojego miejsca. Okruszki piasku zazgrzytały pod moim butem, zaś ja miałem niewysłowioną ochotę się jej przeciwstawić, poinstruować, co powinna zrobić z takim pięknym bukietem kwiatów. Wstrzymałem się jednak, postawiwszy ten jeden krok i o ten sam krok cofnąwszy się. Obłęd. Szaleństwo. Koszmar. Przez moment przed moimi oczami stanęła wizja nas – mnie i mojej żony – zamykanych w Azkabanie. Niezbyt przyjemna wizja, warto napomknąć, szczególnie że ona mogłaby tam nie przetrwać. Zwiędłaby, bo mnie kochała. Nie wybaczyłbym tego sobie.
Ugh! Poprawiłem swoje odzienie. Nie dość, że zachowywałem się jak wariat, to na dodatek Meadowes wcale nie wyrzucała tych kwiatów. Cała kochana Aly! Nie wyrzucała ich, tylko na szybko ogarnęła im wodę, co przyjąłem z niemałym rozczuleniem. Robiła to przecież dla bukietu ode mnie, tego, który zbierałem całe przedpołudnie, zaś teraz zgodnie z moim planem miała pójść na cmentarz. Miała pójść na cmentarz, zaś ja miałem się nią pobawić – taki był plan. Nie wyszedł, gdyż dziewczę dostarczało mi kolejnych powodów ku temu, by ją zniszczyć doszczętnie. Woziła się mugolskimi samochodami? Bezczelna!
Nie mogłem nic na to poradzić. Wyślizgiwała się z moich rąk od tak, nieświadoma niebezpieczeństwa, jakie na nią czyhało. Mógłbym wykorzystać na niej jedno z zaklęć niewybaczalnych, jednakże w swoim życiu uciekłem się do niego jeden jedyny raz w życiu. Nie byłem mordercą. Próbowałem jedynie uwolnić siebie i ten świat od ludzi takich jak ona. Chciałem dobrze. Musiałem to robić szczególnie ze względu na siebie i własne zdrowie psychiczne… I teraz pragnąłem tego bardziej niż jeszcze kilka dni wcześniej.
Aportowałem się na cmentarz. Musiałem zgadywać, czy właśnie tam się uda z własnym bukietem. Raczej miała to zrobić, bo nie przychodził mi nikt do głowy, komu mogłaby chcieć je podarować.
- Oj, Alysso… Gdybyś wiedziała, że twój czas się powoli kończył – mruknąłem jedynie do siebie, nim zniknąłem z zacienionej uliczki.

| z/t -> cmentarz

_________________
My Sweet Velle,
Walking on the line ten stories high
Say you'll still be by my side...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alice Prewett
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Ulica i podwórze   Sro Lis 01, 2017 11:35 am

Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam tak skołowana. Potrzebuję trochę odpoczynku w dobrym towarzystwie. Praca dla Ministerstwa Magii bywa wykańczająca a urlopu ani widu, ani słychu. Mimo tego, że przyznano mi go na przyszły tydzień, cofnięto go zaraz po paru nieprzyjemnych zdarzeniach, które są związane z moją sprawą. Uznano, że powinnam zająć się nimi w trybie natychmiastowym, co gwarantuje mi kilka nieprzespanych tygodni.
Zatem z mojego wolnego wyszły całkowite nici. Cudem udało mi się dzisiaj wyjść wcześniej z pracy, bo planowałam tą wizytę już od dłuższego czasu i nie chcę znowu odwoływać spotkania. To byłby trzeci albo czwarty raz nadszarpywania cierpliwości koleżanki z Zakonu.
Dzisiaj też byłam z nią umówiona na wcześniejszą godzinę, ale dopiero teraz jestem w stanie teleportować się przy budynku. Gdy to robię, patrzę na zegarek. Spóźniłam się dobre czterdzieści pięć minut, więc momentalnie przyśpieszam kroki. Szybkimi ruchami wchodzę na klatkę schodową i kieruję się w stronę drzwi mieszkania. Naciskam dzwonek po czym dodatkowo pukam.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marjorie Greyback
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Ulica i podwórze   Sro Lis 01, 2017 4:31 pm

|po cmentarzu

Wszystko działo się wręcz niemożliwie szybko i nawet ona sama nie do końca wiedziała, jakim cudem udawało jej się zachować na tyle przytomności umysłu, by wykonywać te wszystkie czynności. Czuła się niczym pod wpływem jakiegoś wyjątkowo nieprzyjemnego zaklęcia - podejrzewając nawet, iż właśnie tak mogli czuć się ludzie, na których rzucono Imperiusa - sprawiającego, iż świat dosłownie wirował jej przed oczami. Miała także wrażenie, jakby od reszty świata oddzielało ją coś na kształt grubej zasłony... Niby dostrzegając wszystko to, co ją otaczało, niby słysząc dźwięki dochodzące z otoczenia, niby nie będąc skrzywdzoną na tyle, by nie móc dalej funkcjonować... A jednak mając wrażenie, jakby to wszystko było tak bardzo nierzeczywiste, oddalone.
Dotychczas - choć brała przecież dosyć czynny udział w funkcjonowaniu Zakonu Feniksa - nie patrzyła na zagrożenie w zbyt personalny sposób. Owszem, prawie nieustannie się niepokoiła, lecz nie o siebie, a o swoich najbliższych. Nie myślała, iż to właśnie jej może przydarzyć się coś tak przerażającego. Lękała się o innych, jakby instynktownie powtarzając, że jej to się przecież nie mogło zdarzyć. Nigdy nie walczyła, unikała bezpośrednich fizycznych starć, wolała spędzać czas w dosyć bezpieczny sposób. I teraz... Po wszystkim, czego doznała podczas starcia na cmentarzu, w pewnym sensie także nie chciała rozmyślać o tym, co mogłoby się stać, gdyby nie łut szczęścia. Jakakolwiek świadomość tego była zbyt oszałamiająca, powodowała u niej zbyt wielką chęć zwymiotowania.
Na to nie mogła już sobie pozwolić. Wystarczyło, iż torsje ogarnęły ją chwilę po przyjeździe do domu, utrzymując się na tyle długo, iż Meadowes czuła się nimi wykończona. Tylko myśl, że agresor doskonale wiedział, gdzie mieszkała, i z tego powodu musiała jak najszybciej wynieść się gdzieś indziej - przynajmniej do czasu opracowania innego, lepszego planu - powstrzymywała ją przed kolejną wizytą w toalecie. Jednocześnie zajmując jednak na tyle myśli dziewczyny, iż ta całkowicie zapomniała o umówionym spotkaniu.
Zdecydowanie nie miała na nie głowy. Blada, przestraszona, rozkojarzona... Z potarganymi włosami i w pomiętych ubraniach. Obolała, zdekoncentrowana na tyle, by zapomnieć o wszystkich doznanych obrażeniach - siniakach i obtarciach - w najlepszym wypadku wyglądała jak chodzący koszmar. W najgorszym? Wolała nawet o tym nie myśleć, zwłaszcza że czarowanie wymagało chociaż odrobiny skupienia, a w ruch poszły w większości zaklęcia użytkowe, które nigdy nie wychodziły Aly zbyt dobrze.
Zaczęła od rozdrażnionego Colloportus, chcąc zmusić zabezpieczenia w oknach do zamknięcia się i wykonując przy tym nieco zbyt gwałtowny ruch ręką, przez co uderzyła łokciem o szafkę, tłukąc stojącą tam ramkę ze zdjęciem. Nie od razu dostrzegła to, co zrobiła, jednak Reparo niekoniecznie jej się udało, naprawiając wyłącznie drewnianą część obramowania, lecz szkło wciąż pozostawiając na podłodze. Chłoszczyść teoretycznie jakoś sobie z tym poradziło, a Pakuj sprawiło, iż odłamki znalazły się w pobliskim koszu, jednakże dziewczyna wyjątkowo nie ucieszyła się z małego sukcesu, jakim niewątpliwie było poradzenie sobie z magicznymi domowymi czynnościami. Wręcz przeciwnie, pełne stresu Pakuj padło po tym jeszcze kilka razy, umieszczając kolejne rzeczy osobiste w walizkach i pudłach, których - całe szczęście - nie wyrzuciła po poprzedniej przeprowadzce, a które przetransportowała jak najbliżej siebie przy pomocy Accio, zapełniając je i odsyłając Wingardium Leviosa w okolice drzwi.
Kompletnie nie wiedziała, jak poradzi sobie z tymi wszystkimi drobiazgami, które zebrała przez kilka poprzednich lat - przysięgłaby, że nie było ich aż tyle; a przynajmniej na to nie wyglądało - jednak chwilowo jeszcze się nad tym nie zastanawiała. Wyłącznie pakowała kolejne rzeczy, chcąc zrobić to jak najszybciej i opuścić mieszkanie z najistotniejszymi pakunkami, żeby po kolejne powrócić już w czyimś towarzystwie. Nie wiedziała jeszcze, gdzie się uda, jednakże wpierw chciała wiedzieć, na czym stoi. O reszcie zwyczajnie nie myślała, pracując niczym w transie.
Dopiero nagły dźwięk dzwonka sprawił, iż Alyssa dosłownie zamarła, zatrzymując się w pół ruchu różdżką. Gdyby była w swojej lisiej formie, cóż, prawdopodobnie dodatkowo zastrzygłaby przy tym uszami, jednak w tym momencie wyłącznie wstrzymała oddech, zastanawiając się, czy przypadkiem się nie przesłyszała. Stukot do drzwi skutecznie wykluczył jednak tę możliwość, lecz... Agresor przecież by nie pukał, prawda? Po scenie na cmentarzu z pewnością wyzbył się jakichkolwiek przejawów człowieczeństwa. To zaś przekonało ją do ostrożnego podejścia do wejścia i zerknięcia przez wizjer.
- Alice... - Otwierając drzwi, odsunęła się na tyle, by wpuścić koleżankę, której przybycia się... Nie spodziewała? Cóż, dopiero w momencie, w którym o tym pomyślała, uświadomiła sobie, jaki to był dzień. I momentalnie uśmiechnęła się przepraszająco. - Zapomniałam.

_________________
You and I walk
a fragile line
I have known it all thistime
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alice Prewett
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Ulica i podwórze   Sro Lis 01, 2017 4:50 pm

Jestem w stanie powiedzieć (i to bez zająknięcia), że lubię swoją pracę, ale jest wyjątkowo męcząca. Poza tym sprawia, że nie mam zbyt wiele czasu. To ograniczenie dla moich znajomości. Stare czy nowe, trzeba je pielęgnować. Pytanie, jak to zrobić, gdy szkolenia aurorskie sprawiają, że więcej czasu poświęcam czarnoksiężnikom niż przyjaciołom. Być może to nic takiego, ale z czasem zaczyna być niewygodne.
Do niedawna nie dostrzegałam tego, że staję się odludkiem. Zawsze lubiłam towarzystwo i obracałam się w gronie bardzo rozrywkowych czarodziejów i czarownic, lecz jakby wszyscy zniknęli (niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki a przysięgam, że nie rzucałam na nich zaklęć), gdy zaczęłam intensywniej ćwiczyć w celu poprawienia wyników podczas kursu.
Stałam się... samotna. Ciągłe odwoływanie ustalonych spotkań nie polepszało spraw, dlatego dzisiaj postanowiłam postawić na swoim i spotkać się z Alyssą. Pomimo bytności w Zakonie Feniksa nie miałyśmy okazji do bliskiego poznania się nawzajem, ale tylko ona wyraziła chęć wypicia kawy. Kto wie, może to początek czegoś naprawdę trwałego. Potrzebowałam z kimś pogadać a ona to doceniła. To wystarczające przesłanki do tego, żebym nie schrzaniła tej relacji.
Muszę przyznać, że stresuję się podczas gdy stoję przed drzwiami. Prawdę mówiąc nie czułam się tak od czasu egzaminów końcowych. Mam wrażenie, że czas leci bardzo wolno. W mojej głowie pojawiają się myśli dotyczące niezadowolenia Meadowes i wygnania mnie spod jej progu, bo przecież spóźniłam się o wiele bardziej niż wypada. O ile w ogóle wypada się spóźniać.
Wreszcie drzwi uchylają się a ja wchodzę do środka. Nie od razu zauważam wygląd Alyssy. Patrzę na nią dopiero wtedy, gdy rozglądam się po pokoju i dostrzegam popakowane pudła. Przeprowadzasz się? pragnę spytać, ale słowa zamierają na moich ustach, gdy widzę to jak wygląda koleżanka. Momentalnie wiem, że stało się coś złego. Zastanawiam się czy powie mi, o co chodzi (bo zawsze wydawała się trochę skryta), ale postanawiam nie dusić pytania w sobie. Pomijam jej słowa o zapominalstwie. To nie tak ważne.
- Co się stało? - pytam. - Wyglądasz, jakby przebiegł po tobie hipogryf.
Jestem dość szczera, ale czuję się zmartwiona. Tym usprawiedliwiam swoją bolesną prawdomówność.
- Masz mokre plecy - zwracam jej uwagę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marjorie Greyback
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Ulica i podwórze   Sro Lis 01, 2017 5:35 pm

Pogaduszki z Alice w założeniu miały być czymś wyjątkowo... Normalnym, przynajmniej patrząc w kategoriach tego, co ostatnio działo się w życiu Alyssy. Myśl o tym, by tak po prostu siąść z kimś przy stoliku, pijąc kawę i zajadając domowe ciasto, była zarazem zwyczajna, jak i na swój sposób absurdalna, bowiem Meadowes nie pamiętała, kiedy ostatnio coś takiego robiła. Gdy zatem jej to zaproponowano, zgodziła się bez większego zastanowienia, ponieważ dosyć smutny fakt był taki, iż ona także nie miała zbyt wielu stałych przyjaciół.
Owszem, żyła z ludźmi w naprawdę dobrych stosunkach, jednakże te praktycznie nie wykraczały poza zakres związany z pracą, Zakonem Feniksa lub czymś podobnym. Z rzadko kim była w stanie spotkać się w domu czy restauracji, ponieważ każdy miał swoje własne życie i swoich bliskich, którym chciał poświęcać czas. Często sam układ grafików także nie pozwalał na zbytnią socjalizację. Niby aż tak bardzo jej to nie przeszkadzało - w pełni rozumiała podobne podejście; zwłaszcza teraz, gdy sama na powrót miała do kogo wracać - ale myśl o osamotnieniu od czasu do czasu przelatywała Alyssie przez głowę.
Zazwyczaj ucieszyłaby się zatem z tego, iż Alice postanowiła wreszcie pojawić się na spotkaniu - tym, które przekładały już tyle razy, że Meadowes powoli przestawała wierzyć w powodzenie ich planu - jednak tego dnia nijak nie dało się podpiąć pod jakąkolwiek normalność. Prawdę mówiąc, gdyby tylko pamiętała o umówionych pogaduszkach, zapewne czym prędzej by je odwołała. Nie była bowiem w stanie siąść tak po prostu na kanapie i wyluzować się przy czymś smacznym do jedzenia. Zapomniała także o upieczeniu czy kupnie ciasta, ekspres do kawy dawno pakując do jednego z kartonów.
Nie mogła jednak tak po prostu odesłać Alice bez słowa albo pozwolić jej stać pod drzwiami. Chcąc nie chcąc, postanowiła wpuścić koleżankę do środka, choć zdecydowanie nie miała ochoty na jakiekolwiek rozmowy. Musiała się pospieszyć, wiedziała to, bojąc się, że mężczyzna z cmentarza postanowi powrócić w okolice jej domu i zemścić się za odebraną różdżkę. Że zechce znowu spróbować ją zabić... To napawało ją niekontrolowanym lękiem, odbierając Meadowes nawet pozory spokoju.
- Ja... - Słysząc pytanie i napotykając spojrzenie młodszej blondynki, zaczęła niepewnie, urywając jednak tuż po pierwszym słowie, bo faktycznie dopiero teraz poczuła to, jak mokre były jej plecy. Sądziła, że ma na nich tylko siniaki, lecz tak rwący ból, jaki odczuwała, mógł oznaczać także coś innego. Nim sięgnęła w kierunku wilgotnej szaty, ostrożnie przesuwając po niej palcami, niespokojnie przełknęła ślinę. Bała się, na co natrafi jej dłoń. Czy będzie to pot - nie ukrywała, że obecnie pociła się jak mysz - czy może jednak krew.
- Boję się, Alice. - Wyszeptała, nie zastanawiając się nad własnymi słowami i tym, jak mogły brzmieć. Nie powiedziała także nic więcej, unosząc mokrawą dłoń w kierunku oczu i ponownie oddychając głęboko. Tym razem z ulgą. Nie miała poważnych zranień, ręka była wyłącznie lekko wilgotna. - Calovest. - Wyciągając różdżkę, spróbowała samodzielnie wysuszyć sobie ubranie, lecz tym razem nie poszło jej już tak dobrze. Zamiast przyjemnie osuszyć materiał, syknęła cicho, gdy poczuła, że fala ciepła przesuwa się po jej skórze. To była głupotka, nic takiego, jednak delikatne oparzenie stanowiło impuls do tego, co zbierało się już od dłuższej chwili.
- To było... Okropne... - Meadowes pociągnęła nosem, czując wilgoć pod powiekami.

_________________
You and I walk
a fragile line
I have known it all thistime
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alice Prewett
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Ulica i podwórze   Sro Lis 01, 2017 5:53 pm

Cierpliwie czekam na odpowiedź Alyssy i przez ten czas kątem oka rozglądam się po pomieszczeniu. Moja pierwsza myśl była taka, że ktoś inny jest obecny w domu koleżanki i to ta osoba doprowadza ją do roztrzęsienia, ale mogę stwierdzić, że jesteśmy tu same. Nikt nie teleportował się po moim przyjściu. Usłyszałabym to. Poza tym dobrze wiem, że mogę snuć wiele domysłów, ale tylko Alyssa może powiedzieć mi prawdę. Staram się nie pośpieszać jej w dochodzeniu do siebie. Wiem, że uspokajanie nerwów może być bardzo ciężkie.
Dobrze pamiętam tamten dzień, podczas którego zginął mój brat. Do tej pory mam ciarki na skórze, gdy pomyślę o widoku jego martwego upadającego ciała. Nie potrafię wspominać tego będąc całkowicie spokojną. Jednocześnie pamiętam swoje pierwsze chwile po tym, gdy uświadomiłam sobie, że zginął. Byłam oderwana od rzeczywistości. Zachowywałam się jak robot, ale roboty nie płaczą tyle ile ja wylewałam łez. To różnica. Aczkolwiek te wspomnienia powodują, że pytam koleżankę o coś, co mogło się wydarzyć.
- Czy ktoś zginął?
Nie chcę myśleć, że któryś z członków Zakonu Feniksa został zamordowany, ale to jest silniejsze niż ja. Żyjemy w naprawdę brutalnych czasach. To bardzo prawdopodobne i wyjaśniałoby stan Alyssy, zwłaszcza, jeśli była związana z tą osobą. Błyskawicznie zaczynam zastanawiać się, z kim mogła mieć więź. Czekam na jej odpowiedź, ale boję się prawdy. Wolałabym, żebyśmy wypiły kawę i zjadły ciastko. Zamiast tego widzę to co widzę i zaczynam naprawdę mocno martwić się o Meadowes, która wygląda, jakby miała zacząć płakać.
- Spokojnie. Usiądź - mówię.
Kanapa jest na swoim miejscu. Wyciągam rękę w kierunku Alyssy. Chcę zaprowadzić ją do mebla.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marjorie Greyback
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Ulica i podwórze   Sro Lis 01, 2017 6:20 pm

Potrzebowała dłuższej chwili, by skupić się na tyle, żeby móc zrozumieć tok myślenia Alice, łącząc go z wypowiedzią, jaka padła ze strony dziewczyny. Normalnie jej reakcje nie były aż tak opóźnione, jednakże okoliczności sprawiały, iż Meadowes zwyczajnie nadal nie potrafiła pozbyć się tego wrażenia oderwania. To zaś sprawiało, że odlatywała nie tylko duchem, lecz także myślami. Kiedy jednak wreszcie dotarło do niej, co wywnioskowała młodsza blondynka, momentalnie pokręciła głową.
- Nie... - Odpowiedziała wyjątkowo cicho, prawie szeptem. Mocno pozwijane sprężynki przydługich włosów prawie że podskoczyły na ramionach Aly, gdy ta ponownie zaprzeczyła i potrząsnęła czupryną. - Nikt nie zginął, nie o to chodzi.
Gdyby - tylko lub - o to chodziło, zapewne byłaby równie rozbita i rozkojarzona, lecz także niezmiernie zrozpaczona. Obecnie zaś bliżej jej było do naprawdę mocnej wściekłości, niżeli do zdołowania, choć starała się nie dać tego po sobie poznać. Nienawidziła litowania się nad nią i nawet jeśli w pewnym sensie potrzebowała pocieszenia, wolała stłumić to w sobie. W końcu nie bez powodu stała się potencjalną ofiarą tamtego człowieka. Musiała wyglądać jak ktoś dostatecznie słaby, aby spróbował ją skrzywdzić. Była prawie pewna, iż nie zaatakowałby kogoś, kto był... Choćby taki jak Alice Prewett, która zdawała się być niesamowicie pewna siebie, a zarazem odbywała także staż na aurora, co automatycznie czyniło z niej trudniejszy cel.
Być może w tym momencie przemawiały przez nią naprawdę nieracjonalne myśli, poczucie skrzywdzenia, żałość i ponurość, ale Meadowes nie potrafiła inaczej. Nie w takim momencie, gdy nawet wrodzona pozytywność zdawała się ginąć gdzieś pod natłokiem naprawdę paskudnych i negatywnych emocji. Prawdę mówiąc, blondynka nawet nie starała się zachowywać jak ktoś bardziej pogodny. Była za bardzo zastraszona, jej życie zaledwie w przeciągu kilku godzin zamieniło się w ostateczny zamęt, jakby już wcześniej nie czuła gruntu obsuwającego się pod nogami. Tym razem nie zamierzała próbować. To było stanowczo zbyt trudne, by mogła grać spokojną. I choć praktycznie nigdy nie płakała w czyjejś obecności, teraz ledwo powstrzymywała łzy.
- Muszę... To spakować... - Wydukała, przyjmując jednak pomoc Alice w dojściu do kanapy, na którą momentalnie opadła, bez zastanowienia podciągając kolana pod brodę. Nie chciała zbyt wiele mówić, choć spodziewała się dalszego narastania ilości pytań zadawanych przez towarzyszkę. Sama jednak niepotrzebnie się nie odzywała, usiłując powstrzymać drżenie dolnej wargi i dygotanie dłoni, które zacisnęła w okolicach kostek, mocno szczypiąc się w skórę. To nie był zły sen. Niestety, nie mogła oszukać się w ten sposób...

_________________
You and I walk
a fragile line
I have known it all thistime
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alice Prewett
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Ulica i podwórze   Sro Lis 01, 2017 6:46 pm

Spoglądam na Alyssę, gdy mówi, że nikt nie zginął. Muszę przyznać, że odczuwam ulgę, ale jest tylko chwilowa. Jeśli nie chodzi o czyjąś śmierć to sytuacja zaczyna się komplikować, bo zupełnie nie wiem, co mogło doprowadzić koleżankę do takiego stanu.
Nie wykluczam rozstania albo kłótni z partnerem, ale niezbyt orientuję się czy Alyssa ma kogoś takiego. Wygląda na osobę, która może być zamieszana w wiele sytuacji. To wszystko przez aurę wokół niej. Niby wyczuwam otwartość, ale zarazem widzę, jak mocno jest tajemnicza. Znam takich ludzi. Wszyscy robią to samo. Ukrywają większość emocji.
- Alysso? - ponaglam ją w dyskretny sposób.
Możliwe, że oceniam ją w zły sposób, ale zaczynam czuć, że muszę pociągnąć ją za język. Inaczej nie odpowie na moje pytania. Zdaje mi się, że nie jest dobrze. Być może liczy się czas a moje czekanie na jej odpowiedź może nie być takie konieczne. Sama nie wiem jak powinnam postąpić. Jej stan wygląda fatalnie.
- Co się stało? - pytam zanim prowadzę ją w stronę kanapy.
Postanawiam stać, gdy Alyssa siada na siedzisku. Staram się nie patrzeć na nią tak od góry. Zamiast tego zaczynam dalej patrzeć na zawartość pokoju i wszystkie pakunki, które musiała długo zbierać. Nadal czekam na jej wypowiedź.
Mija minuta, później mijają dwie minuty, później przestaję liczyć. W ostateczności znowu odzywam się, żeby przerwać ciszę.
- Co powiesz na wyjście z domu?
Uważam, że to może być lepsze posunięcie. Może chodzi o ten dom.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marjorie Greyback
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Ulica i podwórze   Sro Lis 01, 2017 7:28 pm

Zawsze sądziła, że poradzi sobie w większości sytuacji, że jest dostatecznie silna psychicznie, aby nie poddać się ot tak, tylko uparcie walczyć z negatywnymi emocjami. Przecież nie potrzebowała ich w swoim życiu. Starała się myśleć pozytywnie, doceniając wszelkie te drobne sukcesy i radości. Zazwyczaj w zupełności wystarczało jej to, by być dostatecznie szczęśliwą. Być może nie była najbardziej pogodną osobą na tym świecie - przynajmniej wewnątrz, bowiem z zewnątrz zachowywała się niczym najprawdziwszy promyczek - a jednak z pewnością nie przypominała obecnej siebie.
Wystarczyła dosłownie chwila, by to wszystko runęło niczym domek z kart. I choćby nawet starała się jakoś to zmienić... Nie mogła. Nie potrafiła i... I nawet nie próbowała. Być może to nie było takie złe, być może nawet ona potrzebowała czasem poddać się przerażeniu, lękowi czy gniewowi. Czuła, że nie może tego powstrzymać. Być może jednak próbowała w ten sposób usprawiedliwiać własną rezygnację. Mimo że jakiś czas temu obiecała sobie - i nie tylko, aczkolwiek nie była już pewna, czy druga część przyrzeczenia nadal ją obowiązywała - iż nigdy więcej nie będzie uciekać, nadal czuła potrzebę zrobienia tego.
Tym razem nie chodziło już jednak o zwyczajną wyprowadzkę z dotychczasowego miejsca zamieszkania, która była przecież wyjątkowo racjonalnym i bezpiecznym wyjściem, a o całkowite wycofanie się. Nie wiedziała, gdzie mogłaby pójść, ale to nie miało aż tak wielkiego znaczenia. Liczyło się wyłącznie pozbycie opętującego ją przerażenia. Przy nim nie była w stanie myśleć, przy nim nieustannie oglądała się w kierunku drzwi, po raz kolejny sprawdzając wzrokiem, czy na pewno były zamknięte. Przy nim nie potrafiła zebrać słów...
I nie chciała mówić. Nacisk ze strony Alice wyłącznie sprawiał, iż Alyssa jeszcze bardziej pragnęła milczeć. Nie chodziło nawet o to, iż były sobie praktycznie obce. Gdyby się nad tym zastanowiła, być może poczułaby wstyd spowodowany myślą, że tak łatwo dała się podejść tamtemu człowiekowi, jednakże nie myślała w tych kategoriach. Nie teraz. Zwyczajnie wiedziała, że musi to zrobić sama z siebie, bez jakiegokolwiek popędzania. Znajdowała się w tym stanie, w którym potrzebowała czasu, by zacząć o czymkolwiek opowiadać, jednak jej towarzyszka najwyraźniej tego nie dostrzegała. To zaś sprawiało, iż nie potrafiły się dogadać.
- Nie wiem, nie jestem... - W stanie... Faktycznie, nie była ani psychicznie, ani fizycznie. Kiedy jednak Prewett zaproponowała jej wyjście, przez głowę starszej blondynki przemknęła myśl, iż być może było jej ono rzeczywiście potrzebne. Ktoś musiał zająć się tymi wszystkimi siniakami i otarciami, bowiem ona sama nie była w stanie tego zrobić. Parzyła się najprostszym zaklęciem suszącym, tłukła ramki i niszczyła cenne fotografie. Ponadto w pracy byłaby bezpieczniejsza. No, przynajmniej teoretycznie. Dlatego właśnie ostrożnie pokiwała głową, nawiązując kontakt wzrokowy z towarzyszką.
- Jeśli mogłabyś odprowadzić mnie do Munga... - Chociaż nie dodała żadnych grzecznościowych zwrotów, ton jej głosu był na tyle przyjazny - niepewny, ale miły - iż mówiło to samo za siebie. Być może nie chciała rozmawiać z Alice, jeszcze nie teraz, jednak była jej wdzięczna za chęć pomocy. Naprawdę. - Ktoś musi się tym zająć. - To mówiąc, wskazała głową na swoje poranione dłonie, przełykając cicho ślinę i opuszczając stopy na podłogę. Nie wstała z kanapy, jednak nie trzęsła się już aż tak bardzo.

_________________
You and I walk
a fragile line
I have known it all thistime
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alice Prewett
avatar


avatar
Strona światła

PisanieTemat: Re: Ulica i podwórze   Sro Lis 01, 2017 11:58 pm

Stoję w miejscu czekając na odpowiedź. Czuję się trochę jak kat wiszący nad ofiarą. Mam nadzieję, że tak nie wyglądam. Naprawdę nie wiem, co sądzić o tej sytuacji. Nie jestem przygotowana na kryzysowe pomaganie. Mimo, że robię kurs na aurora, czuję się nieprzygotowana na widok kogoś kto nie chce powiedzieć, co się stało. Mimowolnie zaczynam się niecierpliwić. Wiem, że nie powinnam popędzać Alyssy, ale moje słowa są silniejsze ode mnie.
Marszczę się, gdy koleżanka ignoruje moją wypowiedź. Nie spodziewałam się, że puści ją mimo uszu, ale nie upominam jej za to. Mam wrażenie, że nie do końca rozumie. Zdaje się nie kontaktować jak normalny człowiek. To martwi mnie bardziej niż brak odpowiedzi na pytania, które zadaję. Znowu zaczynam czekać jak najbardziej cierpliwie, bo czuję, że Alyssa może mi odpowiedzieć. Okazuje się to prawdziwe.
- Oczywiście - mówię i spoglądam na jej dłonie.
Nie widziałam tego w jakim są stanie. Jeszcze bardziej zastanawia mnie, co się stało. Mimo to nie pytam. Zabieram Alyssę ze sobą do Munga. Chwilę później opuszczamy mieszkanie.

\ z/t dla obu pań \
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Ulica i podwórze   

Powrót do góry Go down
 
Ulica i podwórze
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Główna ulica
» Ulica Główna
» Brama [ZAMKNIĘTA] / Podwórze
» Brama wejściowa [Podwórze]
» Kawiarenka Starbucks - Ulica Nankińska

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Świat :: Londyn :: Mieszkania i posiadłości :: Mieszkanie Alyssy Meadowes-