Share
Go down

Główne wejście

on Sro Paź 04, 2017 8:49 pm
Charakteryzuje się tym, iż z każdej strony wygląda całkowicie inaczej.
Wejście do szpitala zostało zaczarowane w taki sposób, aby przypominać najzwyklejszą w świecie przybrudzoną szybę opuszczonego domu handlowego Purge & Dowse Ltd. Aby dostać się do Munga, należy podejść do manekina - kobiety z odpadającymi sztucznymi rzęsami, która ma na sobie niezbyt ciekawy zielony fartuch - będącego swoistym strażnikiem tego przejścia. Dopiero po przedstawieniu celu swojej wizyty i spokojnym oczekiwaniu na odpowiedź w postaci lekkiego kiwnięcia głowy i jednego palca manekina, można przejść przez szybę, udając się do środka.
Wyjście z budynku jest natomiast znacznie normalniejsze, bowiem wygląda jak... Drzwi. Najzwyklejsze w świecie podwójne drzwi o dębowej futrynie i półprzezroczystych szybach. O dziwo, nie prowadzi ono ponownie bezpośrednio na ulicę, a na tyły szpitala, skąd wąskim przejściem między domem handlowym a czteropiętrową kamienicą można wyjść na główną aleję.


Ostatnio zmieniony przez Mistrz Labiryntu dnia Sro Paź 04, 2017 9:00 pm, w całości zmieniany 1 raz

Re: Główne wejście

on Sro Paź 04, 2017 8:50 pm
| start! rozkręcamy imprezę! :D

Spośród wszystkich bogów z tych, co istnieją w głowach innych ludzi, i z tych, o których niemalże zapomniano, nie upodobałem sobie żadnego. Lata, kiedy trzymałem się siły nadprzyrodzonej innej niż ja sam, minęły i nadeszła ciemność. Nie taka znowu zła, bo miała skupiony cel, cele, wszystko jasne. Wiedziałem, kim jestem, do czego dążę, czego pragnę i robiłem to. Niezrażony, nieprzymuszony, wolny. Oddychałem słodkim powietrzem swobody, nieociężałego od ograniczeń. No, i miałem cele.
Jednym z nich była ona – Alyssa. Uroczy kwiatek do zerwania. Taka stokrotka, z której wyciskałem sok życia. Co do kropli. Albo suszyłem. Cokolwiek bym z nią nie zrobił, później już jej nie było. Przynajmniej nie w takiej postaci jak teraz, kiedy beztrosko sobie rosła w ogrodzie, nieświadoma istnienia mojej dłoni.
A może świadoma? Słodki dla mnie, dla niej być może uciążliwy, zapach białej szałwii. Uwielbiałem, ukochałem go sobie. Niczym peleryna nie odstępował mnie na krok. Był moją wizytówką, moim przyjacielem, był mną. Oczyszczał mnie. Ba!, to wszystko robiłem, tylko dlatego by być czystym. Chciałem być czysty, nieskazitelny, najbardziej wykwintny.
I to trochę zbyt wcześnie, by wyczuła mą obecność, mój oddech na swej szyi.
Alyssa…
Jej kroki zaprowadziły mnie do Świętego Munga. Nie wiem, czemu tak bardzo uparłem się na to dziewczę. Pomogła mi. Zdawała się być miła… Może właśnie to zapaliło tę lapkę w mojej głowie? Pobudziło zmysły? Zaalarmowało, że naddobroć wiąże się z pewnymi wadami? Że coś ukrywa? Że jest kimś niegodnym? Instynkt mówił mi jedno, o czym świadczyło moje przybycie tu. Nie wiem, który raz. Zazwyczaj przemykałem między salami, niby to kogoś odwiedzając, by potem wyjść bez słowa. Pragnąłem ujrzeć ją bez szukania między gabinetami, dopytywania w recepcji, czytania nazwisk na drzwiach? Nazwisko… Nie znałem jeszcze jej nazwiska. Liczyłem więc na szczęście? Na to, że podejdzie do mnie beztrosko i się przywita? Wspomni dzień, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy?
Głupi byłem, a może dłużej chciałem się z nią pobawić? Ta myśl sprawiła, że uśmiechnąłem się do siebie, poprawiając okulary na nosie i rozejrzałem po holu. Spokojnie, z niejaką nostalgią. Może nawet wyglądałem przyjacielsko? Ot, pan Nightmare przybył do służby zdrowia i uśmiechał się mile.

Re: Główne wejście

on Sro Paź 04, 2017 10:00 pm
|po urlopie w Glasgow i ogólnie całej reszcie, lecim!

Niezależnie od tego, jak bardzo chciałaby dalej spędzać czas z bliskimi, musiała powrócić do tego, co przedtem było praktycznie całym jej życiem. Swego czasu znacznie łatwiej było ją znaleźć w szpitalu, ewentualnie gdzieś w restauracji na mieście, niżeli we własnym domu. Paradoksalnie, mimo że z pozoru wcale się to nie zmieniło, bowiem nadal nie spędzała zbyt wiele czasu u siebie, Mung powoli przestawał być miejscem, do którego chciałaby biec o każdej porze dnia i nocy. Czuła to całą sobą, choć dopiero co powróciła z urlopu. Powinna być naładowana energią i była, ale może nie do końca taką, jakiej spodziewaliby się po niej współpracownicy. Wyglądała jak chodzące słoneczko, praktycznie nieprzerwanie się uśmiechając, jednak myślami wylatywała zdecydowanie dalej niż ściany laboratorium.
Najważniejsze było jednak to, iż od samego rana towarzyszyła jej ta aura, jaka jeszcze kilkanaście dni wcześniej praktycznie przestała istnieć. Alyssa Meadowes jeszcze nigdy nie czuła się tak bardzo sobą, jak właśnie w tym momencie, wkładając stanowczo zbyt wiele uśmiechu w studiowanie stert dokumentów niezbyt dobrze rokujących na przyszłość tego miejsca. Nadal nie mieli zbyt wielkich osiągnięć, ba!, praktycznie wcale ich nie mieli, a dyrekcja szpitala nie mogła wiecznie tego pomijać. Z dnia na dzień, z minuty na minutę, z godziny na godzinę... Stopniowo tracili przychylność góry, która chciała wiedzieć, na co idą te wszystkie fundusze topione w rozwój, którego w zasadzie wcale nie było. W rzeczywistości farba na ścianach odpadała szybciej od posuwania się ich prac. Zero jednostek badanych, zero wyników, zero wniosków, zero profitów dla szpitala, zero... Czegokolwiek.
Blondynka już od dłuższego czasu miała pełną świadomość tego, co się działo. Nie była głupia, dostrzegała brak postępów i desperację kierownika, który przecież swego czasu znacznie przysłużył się magicznej medycynie, a teraz nie osiągał żadnych wyników. Nie mogła jednak być z tego powodu całkowicie nieszczęśliwa, dalej snując się po kątach niczym zmora poszukująca odkupienia. Owszem, pragnęła rozwoju - zarówno miejsca pracy, jak i własnego - ale wreszcie dostrzegała promyki słońca powoli powracające do jej życia. Znowu była szczęśliwa, autentycznie, nie tylko udając kogoś, kto cieszył się z najmniejszego postępu. I choć nie mogła tego otwarcie powiedzieć, widziała też szansę dla ich badań. Co prawda, musiała to jakoś delikatnie rozegrać, wkładając w to wszelkie pokłady swojej dyskrecji, ale... Mieli wilkołaka, prawda? To niewątpliwie było już coś.
Nim skończyła pracę, uzbroiła się zatem w zapas jałowych strzykawek, igieł, probówek, wacików i wszystkiego tego, co uznała za potrzebne, by móc w domu wyżebrać nieco próbek od swojego faceta, po czym ogarnęła swoje miejsce pracy i powoli przeszła na parter. Zmierzając w kierunku wyjścia, pożegnała się jeszcze z kilkoma znajomymi osobami, pozdrawiając koleżankę siedzącą w punkcie informacyjnym, po czym ruszyła do głównych drzwi. Nie miała już na sobie fartucha, zostawiając go do chemicznego prania i jeszcze w laboratorium przebierając się w swoją codzienną szatę, jasnoszare trampki oraz długi sweter dobrany pod kolor butów. Mimo że był środek lata, angielskie wieczory - nawet wczesne, takie jak ten; było bowiem chwilę po osiemnastej - nie należały do najcieplejszych. Zwłaszcza że na dworze padało, co dostrzegła przez jedno z nielicznych okien, gdy kilka minut wcześniej przechodziła przez służbowe pomieszczenia.
Wyciągnęła parasolkę, jeszcze jej nie otwierając i robiąc kilka kroków w kierunku wyjścia.


You and I walk
a fragile line
I have known it all thistime

Re: Główne wejście

on Czw Paź 05, 2017 7:24 pm
Nie przepadałem za szpitalami. Kojarzyły mi się z matką. Była mugolką. Jedynie ignorant porównywałby zwykły szpital z magicznym, ale… Miały wiele cech wspólnych. Paskudnych. Zdecydowanie bardziej preferowałem medycynę naturalną, niezwiązaną z dogorywaniem w takich miejscach.
Manekin, potem szyba i byłem w środku. Uśmiechałem się bardziej do siebie niż do otaczających mnie czarodziejów, kiedy poczułem to coś… Wnętrzności zrobiły salto, wszystko wydawało się inne. Tak bardzo tąpnęło.
Czułem się trochę jak ktoś, kogo porzucono na środku sceny. Sztuka pełna niedopowiedzeń, surrealistyczna, mieszająca fikcję z rzeczywistością, ale ona… Ona niczym piękny kwiat róży również tam stała. Piękny kwiat. Kuszący. Tak bardzo kuszący… Strach odleciał, czas się zatrzymał, moje spojrzenie utkwiło na jej osobie. Nie widziała mnie, ale była tu. Drobna i niewinna. Pachniała znajomo.
Alyssa – odparłem nie tak do końca oniemiały tą sytuacją. Raczej powiedziałem zbyt wiele, dlatego ukryłem się zaraz zgrabnie za ścianą. Nie chciałem, by mnie ujrzała. To jeszcze nie ten czas, nie ta chwila. Myślę, że również nie to miejsce. Ach, pragnąłem ją dorwać. Tak bardzo tego pragnąłem, ale musiałem poczekać. Musiałem się upewnić.
Zamknąłem oczy. Kiedy wyjdzie, zamierzałem chwilę iść za nią. Niczym cień. Dowiedzieć się, gdzie mieszka.

Re: Główne wejście

on Czw Paź 05, 2017 7:54 pm
Bycie dosyć rozpoznawalną osobą - oczywiście, raczej wyłącznie w murach tego miejsca - niespecjalnie już jej przeszkadzało. To, jak szybko została zapamiętana, z początku być może było dla niej lekko zadziwiające, jednakże z czasem przywykła do podobnego stanu rzeczy. Pracowała tu w końcu już od kilku lat, nie siedząc wyłącznie w piwnicach, a czasem nawet spędzając praktycznie cały dzień na bieganiu po piętrach i załatwianiu różnych spraw niezbyt powiązanych z laboratorium, bo tego właśnie wymagały niektóre okoliczności. Zarówno witanie się ze znajomymi twarzami, jak i żegnanie się, gdy wychodziła do domu, weszło jej zatem w krew. Tak samo jak odwracanie się na dźwięk jej imienia. Owszem, niejednemu psu było na imię Burek, a dziewczynie Alyssa, jednak zawsze i tak to robiła.
Tym razem było zatem podobnie. Powoli przygotowując się już do rozłożenia parasolki - palce Meadowes powędrowały na przycisk do automatycznego rozkładania parasola, mimo że na zewnątrz i tak zapewne miała siłować się z jego otwarciem - przystanęła w miejscu, słysząc głos wypowiadający jej imię. Nie skupiała się na jego barwie ani charakterystycznym brzmieniu, ponieważ myśli już od dłuższej chwili miała zajęte czymś zdecydowanie innym, automatycznie obróciła się jednak na pięcie, unosząc spojrzenie w celu zlokalizowania tego, kto wypowiedział wspomniane słowo. Spodziewała się dostrzec kogoś znajomego, jakiegoś współpracownika, koleżankę, być może pacjenta któregoś z oddziałów, po których poruszała się tego dnia... Nie natrafiła wzrokiem na nikogo takiego.
Wręcz przeciwnie... W najbliższej okolicy nie zlokalizowała żywego ducha, a przynajmniej nie w takiej odległości, z której byłaby w stanie usłyszeć głos w takiej formie, w jakiej ten doleciał do jej uszu. To nie był krzyk, to nie był też normalny dźwięk. Znacznie bardziej nazwałaby to szeptem. Bardzo niepokojącym szeptem, musiała przyznać. I choć nie widziała najmniejszego sensu w takiej reakcji, mimowolnie wzdrygnęła się na myśl o tym, a włoski na jej karku stanęły dęba. Jakby tego było mało, jakaś kobieta wyminęła ją, otwierając drzwi i wpuszczając zimny powiew do środka pomieszczenia. Aly mocniej otuliła się swetrem, nie dając drzwiom zamknąć się za wychodzącą brunetką, tylko wymykając się za nią na zewnątrz.
Przesłyszała się. Była zmęczona i zniecierpliwiona, chciała wrócić do domu. To niewątpliwie było przyczyną nagłego zaniepokojenia. To i nic więcej. Wyszła na zimne podwórko - tak jak przewidywała - przez chwilę szarpiąc się z parasolką i moknąc w mżawce, po czym przeszła pomiędzy budynkami, aby wyjść na główną ulicę. Tego dnia nie przyjechała samochodem i pluła sobie za to w brodę. Musiała przedostać się autobusem do ścisłego centrum, aby na piechotę dojść na Nokturn. Nie chciała wracać do własnego mieszkania. Nagłe poczucie lęku tylko utwierdziło ją w tym przekonaniu. Potrzebowała ciepłych ramion Aleca i radosnego świergotu Ezry.

[z/t] dla obojga


You and I walk
a fragile line
I have known it all thistime
Sponsored content

Re: Główne wejście

Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach