Share
Go down

Zielone Pustkowie

on Pią Wrz 08, 2017 11:43 pm
Nic innego jak niezagospodarowany, zarośnięty trawą i drzewami teren nieopodal wschodniej granicy Doliny Godryka. Rzadko można tu kogoś spotkać, acz zdarza się, że jacyś mieszkańcy Doliny przedłużą nieco swój spacer i trafią właśnie w te miejsce. Nie ma tu nic ciekawego prócz dzikich zwierząt, które pomieszkują w samym środku tego pustkowia.

Re: Zielone Pustkowie

on Sob Wrz 09, 2017 1:53 am
Nie dawał znaku życia nikomu. Zapomniał nawet o uczuciach własnych rodziców, nie wspominając już o tym, że ukochaną potraktował jak kogoś, kto jest dla niego prawie obcy. Od czasu powrotu z Hogwartu nie był już tą samą osobą. Tak naprawdę nie miał usprawiedliwienia na swoje zachowanie, całkowicie odcinając się od wszystkiego - wiedział bowiem, że przez nikogo nie zostanie zrozumiany, dlatego też nawet nie próbował szukać pocieszenia u kogokolwiek. Wiedział, że póki nie wypełni swojej misji, nigdy nie będzie mógł żyć w spokoju. Dlatego nie widząc sensu dalszego zwlekania, nie słuchając żadnych ostrzeżeń nikogo, mając nawet gdzieś zdanie własnego kuzyna, wyruszył w podróż samotnie, całkowicie porzucając swoje dotychczasowe życie. To było jak pożegnanie, czuł, że może już nigdy nie zobaczyć swoich bliskich, a jak gdyby nigdy nic wymknął się w środku nocy już pierwszego dnia po powrocie, ówcześnie pakując się oczywiście. Wydawało mu się, że trwało to wieki, ale w rzeczywistości był już od dawna przygotowany na podjęcie tego kroku, dlatego też gdy tylko schował wszystkie potrzebne rzeczy do torby bez dna - między innymi jakieś jedzenie, ubrania, wszystkie oszczędności, eliksiry jakie posiadał, naładowaną maskę niepokoju czy też różne inne, potrzebne rzeczy z gatunku pióra, butelki tuszu, notatnika, czy stuffu należącego do jego zmarłego brata - w końcu to jego notatki były kluczem do wszystkiego. Miał jeszcze ze sobą kilka zdjęć i tak naprawdę to one podnosiły go tylko na duchu przez ten cały czas. I skurczona główka, która była aktualnie jego jedynym przyjacielem - tylko do niej mógł otworzyć gębę.
Siedział późnym wieczorem na jakimś kamieniu ukryty gdzieś między drzewami, obserwując stos zebranego wcześniej drewna na opał. Na jego ramieniu dzielnie stał kruk, który po chwili zadumy otrzymał w końcu kilka ziaren do zjedzenia. Co prawda nie była to najlepsza dieta, ale ptak sam doskonale sobie radził, bardziej było to w kontekście utrzymania pozytywnej więzi ze swoim wiernym przyjacielem. Obok Giotto leżała torba, a on sam w końcu zerknął do niej, zsuwając końcówkę szaty z przedmiotu, by móc dostać się do zamka. Stamtąd wyciągnął kilka pomniejszych rzeczy: najpierw zawinięty w papier kawałek chleba, starannie zapakowany udziec, a do tego jakiś skrystalizowany proszek, najpewniej sól. Chwilę później, machnął różdżką wyczarowując Incendio, które miało za zadanie rozpalić ognisko. Po tym był już gotów zamknąć torbę, jednakże z jej środka zaczął dochodzić jakiś głos, Nero doskonale wiedział do kogo on należy. Spokojnie dłonią sięgnął do torby i próbował wyciągnąć z niej gadającą główkę. Gdy jednak przez dłuższy czas mu to nie wychodziło, wspomógł się zerknięciem do środka i dzięki temu, dużo szybciej uporał się z problemem. Kiedy tak spoglądał do środka, ujrzał wystający fragment zdjęcia, serce zabiło mu mocniej, ale odważył się na to, by wyciągnąć trzy fotografie tuż po tym, jak położył nadający przedmiot obok siebie.
Zamknął torbę i przekręcił się, dając zdjęcia pod światło ognia, by móc widzieć dużo więcej, niż jest to możliwe o zmroku. Na pierwsze z nich zareagował małym uśmiechem w kąciku ust, w końcu spojrzeć na rodziców w tak mrocznych czasach dla niego jak te, to prawdziwa ulga, na tym w końcu polega magia rodzinnych zdjęć. Zaczął się zastanawiać jak się mają, co teraz robią i jak sobie radzą bez niego - miał też nadzieję, że list wytłumaczył im wszystko i nie poprosili ministerstwa o to, by próbowali odnaleźć Ślizgona. I raczej tak się stało, gdyż Nero nie czuł, by miał kogoś na ogonie. Kolejna fotografia przedstawiała jego samego oraz Enzo, którzy łowili sobie rybki w stawie w rodzinnej posiadłości Giotto. To wywołało u niego z kolei krótki śmiech i przywołało mu kilka pozytywnych wspomnień, zwłaszcza tych mniej rozważnych. Fotografia przedstawiała spokój, w rzeczywistości działo się tamtego dnia mnóstwo rzeczy, które właśnie teraz gościły w głowie absolwenta szóstego roku.
Ostatnie zdjęcie, na które spojrzał, to było zdjęcie Charlotte. Nie pamiętał skąd je miał, kiedy dostał, gdzie zostało zrobione, ani nawet od kogo je miał. Jego domysłem było, że to Macmillan wcisnęła mu je, albo zwyczajnie podarowała w jakiejś mniej skupionej chwili. Dlaczego wziął je ze sobą? Tego sam nie wiedział, najwidoczniej działał wtedy pod wpływem emocji, albo zrobił to przez swoją nieuwagę. Niemniej jednak, gdy tak spoglądał na ukochaną, uśmiech z jego twarzy zniknął i pojawił się żal. Ich ostatnie spotkanie nie było najlepsze, pożegnali się nie tak jak powinni i to tylko wyłącznie z jego winy.
Negatywne emocje narastały w nim z każdą chwilą, był zły na siebie, że ją zostawił. Przyznawał się nawet przed samym sobą do tęsknoty - co w jego przypadku było czymś ważnym. Po tych kilkunastu dniach, które spędził na analizowaniu notatnika brata, zdobywaniu nowych poszlak, czy w końcu męczących podróżach i odpoczynku w dosyć losowych miejscach, oddałby wszystko, by choć na chwilę móc znaleźć się ponownie na błoniach Hogwartu i leżeć gdzieś w cieniu w towarzystwie Charlotte.
Im dłużej patrzył na zdjęcie, tym coraz gorzej się czuł. Tęsknił, wiedział, że mocno zawinił, że wszystko zrobił nie tak, jak trzeba i że dalej gra na jej emocjach, jak pospolity drań. Nie wiedział co jego ukochana robi, jak się ma, gdzie teraz jest, czy jest szczęśliwa... I nawet nie pisał do niej, co przy okazji poprzednich podróży jednak miało miejsce. To była zasadnicza różnica, teraz nie mieli już kontaktu i to przez niego. To był kolejny fakt, którym mocno się dobijał.
Ścisnął mocniej zdjęcie i rozszerzył nieco źrenice, patrząc cały czas w jeden punkt fotografii. Zamyślił się, co było widać ewidentnie po jego twarzy. Jego oczy nieco się zeszkliły i był już bliski wylania łzy, lecz z doła wyrwał go ponownie głos gadającej głowy, co momentalnie odwróciło jego uwagę. Spojrzał na swojego przyjaciela, którym niewątpliwie głowa jest od kilku dni.
- Będziesz tak ślęczał nad tym zdjęciem, czy zrobisz coś pożytecznego i zjesz coś w końcu? Wyglądasz gorzej niż wujek Yorik, a to gdzieś między minus pięć a minus trzy w skali jeden dziesięć - zwrócił się w jego stronę pseudo-ziemniak, a Giotto w tym czasie przetarł oczy, zwalając fakt takiej reakcji na swoje ogólne przemęczenie.
- Biedny wujek Yorik - odparł oschle Nero, na co szybko odpowiedziała główka.
- Raczej biedna ciocia.
Lars w tym czasie odleciał na pobliskie drzewo, by tam spędzić dzisiejszą noc. W tym samym czasie, leviosą Nero zaczął opiekać z każdej strony udziec, który posłuży za jego dzisiejszą kolacje. Wymieniał przy okazji jakieś pojedyncze zdania z wygadanym przedmiotem, co jakiś czas nawet się uśmiechając. Pomimo tego, że wciąż myślał cały czas o Charlotte, to jednak magiczna główka pomagała mu choć w małym stopniu skupić uwagę na czym innym. No ale, tęsknoty ot tak nikt się nie pozbędzie, nawet sam Giotto Nero.
- Wiesz Rico? To już dziesięć dni, a ja dalej nie mam nic poza kilkoma wskazówkami - rzucił po chwili ciszy Nero w stronę gadającej głowy.
- To i tak lepiej niż mój starszy kuzyn Kiko, on jedyne co miał to ból głowy i odciski na stopach - odpowiedział mu magiczny przedmiot, a sam Giotto uniósł nieco zdziwiony swoje brwi.
- Jak dużą miałeś rodzinę? - spytał Ślizgon.
- Lepiej żebyś nie wiedział - otrzymał natychmiastowo odpowiedź, a sam były już uczeń Hogwartu zaniechał dalszych prób poznania historii tego mistycznego rodu.
Kiedy udziec był gotowy, zaczął konsumpcję, zagryzając mięso chlebem, a także od czasu do czasu popijając wodą przechowywaną w piersiówce. Po skończonej kolacji, schował wszystko poza gadającą głową i jednym zdjęciem do torby, oraz zsunął się z kamienia, zajmując mało wygodne miejsce na wydeptanej wcześniej trawie. Szata posłużyła za prowizoryczny śpiwór, dzięki czemu mógł się czuć w miarę spokojny. Pod ręką miał przygotowaną swoją różdżkę w razie, gdyby musiał szybko zareagować, samą torbę podprowadził pod głowę robiąc z niej swego rodzaju poduszkę i gdy wszystko było już gotowe, mógł swobodnie znowu chwycić zdjęcie Charlotte i przeglądać je przez następne kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt minut.
Następnie schował fotografię i wyciągnął notatnik brata, który zaczął przeglądać od nowa. Miał wrażenie, że coś mu mogło umknąć, że coś źle zrozumiał, przeinaczył albo być może nawet doszukiwał się w niektórych słowach niepotrzebnie drugiego dna. Zajęcie te trwało dużo dłużej niż poprzednie, choć tak naprawdę nie mógł się skupić dostatecznie dobrze na swojej pracy, gdyż w dalszym ciągu myślał o ukochanej. Zakończył bezowocne przeglądanie notesu i schował go, na terenie 20 metrów wokół siebie rzucił rozmaite zaklęcia mające ukryć go przed ludźmi, a także wszystkimi innymi magicznymi oraz niemagicznymi stworzeniami, po czym udał się w objęcia morfeusza. Miał nadzieję, że chociaż tą noc uda mu się przespać w miarę dobrze.

Daję zt, bo wątek mi się troszkę spierdolił. Mg przepraszam, odpracuję to w bigosie.


Ostatnio zmieniony przez Giotto Nero dnia Pią Gru 22, 2017 1:00 am, w całości zmieniany 1 raz




Character Song | Battle Song | Voice


"This is Hell and I am the Devil"

Re: Zielone Pustkowie

on Sro Wrz 13, 2017 5:46 pm
Tereny zielone otaczające Dolinę Godryka niewątpliwie nie były z założenia najniebezpieczniejszym miejscem na nocleg, zwłaszcza że nocą praktycznie całkowicie pustoszały. Spacerowicze, nawet ci najbardziej zawzięci w chęci przemierzania dzikich szlaków, nie pojawiali się zazwyczaj już po zapadnięciu zmroku, bowiem wtedy... Wtedy między starymi drzewami - pokrytymi mchem, bluszczem i wszelkiego rodzaju porostami -  zaczynało się robić dosyć niepokojąco. Obecnie nie chodziło już jednak o dziką zwierzynę, jaka mogła czaić się w gęstwinie. Nie, być może jeszcze kilka tygodni temu faktycznie można było spotkać tu dzika, sarnę czy nawet zbłąkanego psa, jednakże teraz już tak nie było.
Co bardziej rozmowna i zarazem nierozważna - o takich rzeczach przecież nie mówiło się przecież pierwszemu lepszemu człowiekowi - osoba zapewne poinformowałaby o tym chłopaka, radząc mu jednocześnie przenocować w gospodzie w miasteczku, jednakże Nero najwyraźniej nie natrafił na kogoś takiego. To była najprawdziwsza złośliwość losu, który od samego początku niespecjalnie sprzyjał poszukiwaczowi prawdy. Nic nie zapowiadało jednak nadejścia zagrożenia. Noc była wyjątkowo ciepła i praktycznie bezdźwięczna. Nawet małe gryzące muszki czy komary, jakie lubiły czaić się za krzakami, wyjątkowo nie przeszkadzały byłemu uczniowi. Młody mężczyzna mógł spać jak dziecko, nie mając nawet pojęcia, iż czyjeś czujne oczy wpatrywały się w niego przez dłuższą chwilę. Przecież zabezpieczył teren przy pomocy zaklęć, czyż nie? Nic - a tym bardziej nikt - nie powinno zakłócić mu spokoju ani zwrócić na niego jakiejkolwiek uwagi. Tymczasem dwa punkciki jeszcze przez moment błyszczały w bladym świetle księżyca przepuszczanym przez rozłożyste korony drzew, po czym zniknęły w mroku nocy. Ponownie zapanował całkowity spokój, który trwał przez kolejne godziny.
Jeśli ktokolwiek bardziej wrażliwy na delikatne sygnały spojrzałby na to z boku, cisza ta zapewne skojarzyłaby mu się jednak nie z odpoczynkiem, a z nadchodzącą burzą. Było w niej coś takiego, co niejednego postawiłoby na nogi i zmusiło do szybkiego opuszczenia zalesionego terenu, aczkolwiek Giotto nie ocknął się do czasu, gdy niebezpieczeństwo nie przyjęło bardziej fizycznej, namacalnej formy.
Wpierw usłyszał okrzyki kojarzące się momentalnie z pijanymi nastoletnimi chłopakami - gdyby się skupił, mógłby rozróżnić trzy lub cztery głosy o różnej barwie - które najprawdopodobniej go zbudziły. Potem jednak poczuł falę lekko cieplejszego powietrza muskającego jego skórę, zaś w opuszczone powieki uderzyła łuna przytłumionego światła. Okrzyki prawie natychmiast zmieniły się w krzyki, którym towarzyszyły głośne odgłosy przedzierania się przez krzaki, łamania gałązek, szelest wysokiej trawy i... I trzask... Dźwięk kojarzący się z siedzeniem przy kominku w zimowy dzień, nie zaś z nocą spędzaną w lesie. Echo głosów już wkrótce przestało być takie wyraźne, jednak trzaskanie pozostało.
Jeśli Giotto otworzył oczy, mógł zobaczyć łunę ognia, który coraz szybciej obejmował pobliską łąkę. Żywioł chwilowo nie zbliżył się jeszcze do wysokich drzew, chwilowo płonęły tylko trawy i krzewa, jednakże dalsze rozprzestrzenienie się ognia było tylko kwestią czasu. Skupiając wzrok na płonącej połaci terenu, chłopak mógł dostrzec także stary samochód stojący w ogniu. Nie było go tam wcześniej. Ci, którzy go tam przetransportowali, najwyraźniej musieli uciec z miejsca zdarzenia, bowiem czarodziej był całkowicie sam. Mógł próbować ugasić ogień albo opuścić okolicę bez podejmowania wyraźnych działań.

Giotto, jeśli zdecydujesz się podjąć próbę zgaszenia ognia, proszę o rzut kostką. Możesz to zrobić przed napisaniem posta, następnie wklejając jego treść w edycji wiadomości. Możesz także chwilowo nie odnosić się do wyniku i zrobić to później.
Możliwości:

1,3,5 - zaklęcie - bądź też zaklęcia - przez Ciebie wykorzystywane są za słabe, by poradzić sobie z tak dużym pożarem, który coraz szybciej trawi las. Być może to stres tak na Ciebie działa, choć równie prawdopodobne jest zmęczenie lub jakiś inny powód. Najważniejsze, że ogień zaczyna odcinać ci drogę ucieczki.

2,4 - Twoje działania przynoszą chwilowe skutki. Zgaszone połacie terenu już się ponownie nie zapalają, jednakże pożar dalej rozprzestrzenia się w coraz szybszym tempie. Nie jesteś w stanie nadążyć z gaszeniem ognia.

6 - masz wyjątkowe umiejętności strażaka lub też jeszcze większe szczęście, bowiem Twoje próby zażegnania niebezpieczeństwa działają bezbłędnie. Pożar gaśnie... Może niezupełnie zduszony w zarodku, ale bez wielkich szkód.


Potknąłeś się przy uciecze i przez to doznałeś oparzeń górnych dróg oddechowych. Nie wyglądało to najlepiej. W końcu udało ci się jakoś wydostać z tego małego piekła. Ktoś później zajął się tym pożarem.

Giotto Nero: -30 PŻ

[z/t dla Giotto]


Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984

Re: Zielone Pustkowie

on Sro Paź 31, 2018 11:25 pm
Który to już był dzień listopada? Kompletnie straciłem rachubę. Ciągle praca i praca, aż miałem wrażenie że mieszkam w banku a moimi współlokatorami są gobliny. Człowiek mógł od tego oszaleć, ale w sumie dało się przyzwyczaić. Pytanie tylko na ile. Chyba był koniec tygodnia, bo skończyłem o dziwo wcześniej i mogłem iść gdzie tylko chciałem. Pożegnałem się z Frankfurkiem i Literkiem, wyjątkowo zrzędliwą dwójką, która odpowiadała za sprzątanie skrytek, które nie należały do nikogo i postanowiłem udać się gdzieś by odpocząć, odetchnąć świeżym jesiennym powietrzem. Poprawiłem swój wiekowy, ciemnoniebieski szal, wydmuchałem nos, bo byłem trochę przeziębiony i skupiłem się na miłym, spokojnym miejscu. Niemal od razu do głowy przyszła mi Dolina Godryka i jej zielone pustkowia, gdzie na próżno można było szukać żywej duszy. Idealnie. Zamknąłem oczy, wykorzystałem  złotą zasadę o której mówi się na zajęciach nauki Teleportacji i znalazłem się na miejscu. Wspaniale, choć trochę krwi mi z nosa poleciało. Chyba byłem osłabiony. Poprawiłem swoją elegancką służbową szatę i wyciągnąłem różdżkę, bo czemu by nie, magia była przecież od tego by ją wykorzystywać, a i tak przecież nikt nie będzie mi tutaj przeszkadzał. Trzeba było ćwiczyć.
- Diffindo - skierowałem leniwie różdżkę na wyjątkowo wyrośniętego kwiatka. Czy ładnie mi się utnie? - Accio.
Następnie przecież należało tego jasnobrązowego kwiatka przywołać. A żeby całość urozmaicić...
- Bublessi.



Nie łaź ulicami po nocy
Bo gdy gasną latarnie to ci panowie są wrodzy i biją
Mocno biją i łapią cię gdzieś pod szyją

Re: Zielone Pustkowie

on Sro Paź 31, 2018 11:25 pm
The member 'Abel Attaway' has done the following action : Rzuć kością


#1 'K6' :

#1 Result :


--------------------------------

#2 'K6' :

#2 Result :


--------------------------------

#3 'K6' :

#3 Result :


Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984

Re: Zielone Pustkowie

on Sro Paź 31, 2018 11:30 pm
Spacery do nikąd i po nic. To chyba niebezpieczny zwyczaj w obecnych czasach. Tyle, że wewnętrzne zakazywanie sobie czegoś działa tak, jak każdy inny przymus - po prostu chce się robić na odwrót. Może to właśnie powód dla którego kręciła się w takich okolicach. Może też dlatego wbrew rozsądkowi, kiedy usłyszała kogoś rzucającego zaklęcia, postanowiła się zbliżyć. Szła coraz wolniej i ciszej. Nie planowała wejść gdzieś, gdzie mogą rozgrywać się jakieś niebezpieczne sceny. Nie dla niej takie przygody. Dostrzegła jednak, że nie trzeba raczej przewidywać najczarniejszego scenariusza. Pytanie tylko, czy wyjście w takiej sytuacji kartki i zapisanie czegoś będzie odebrane jako pokojowy znak, a nie dziwactwo kompletne? Nie była pewna, co robić, więc wydała z siebie coś w rodzaju chrzęku, by dać znać o swojej obecności.


Acting on your best behaviour
Turn your back on mother nature
Everybody wants to rule the world

Re: Zielone Pustkowie

on Sro Paź 31, 2018 11:50 pm
No i co teraz? Kwiatek nie został zerwany zaklęciem Diffindo, Accio też więc nie zadziałało, a bąbelki z tej frustracji nie opuściły mojej różdżki, choć było blisko. To najwyraźniej zmęczenie działało na moją niekorzyść. Kichnąłem i ponownie sięgnąłem po chusteczkę, smarkając dość głośno. Przynajmniej krew przestała lecieć, zresztą i tak była to niewielka strużka. Ale zaraz, moje wprawione ucho wyłapało jakiś dźwięk. Czy to jakieś magiczne owady na których kompletnie się nie znałem, a może tylko wiatr ze mną igrał? Uniosłem wzrok i rozejrzałem się wokół siebie, zauważając nieznajomą kobietę o długich brązowych włosach. Kimże była? Dlaczego niczego nie mówiła? Czy to ona wydawała z siebie te chrząknięcia, które, nie wiedzieć czemu, skojarzyły mi się z bąkami?
- Cantis - wycelowałem różdżkę w jej stronę i wypowiedziałem zaklęcie. To był impuls, ale i tak miałem wrażenie jakbym oszalał. To pewnie przez zmęczenie. - Wszystko jest lepsze, gdy się śpiewa, a ja dzisiaj ciągle w głowie mam jakieś melodie. Jak się pani nazywa?
Znowu dłoń mi drgnęła, tym razem różdżka została skierowana na niebo. A może fajerwerki zadziałają?
- Periculum - choć przecież to fajerwerki nie były. Ale i tak poprawiłby mi się nastrój, jakby dla odmiany to zadziałało. Było mi jednak za mało, chciałem też poskakać, chyba miałem za dużo energii w sobie, która potrzebowała znaleźć ujście. Kawałek ładnie wyglądającej ziemi, obrośniętej trawą, został namierzony.
- Spongifty.



Nie łaź ulicami po nocy
Bo gdy gasną latarnie to ci panowie są wrodzy i biją
Mocno biją i łapią cię gdzieś pod szyją

Re: Zielone Pustkowie

on Sro Paź 31, 2018 11:50 pm
The member 'Abel Attaway' has done the following action : Rzuć kością


#1 'K6' :

#1 Result :


--------------------------------

#2 'K6' :

#2 Result :


--------------------------------

#3 'K6' :

#3 Result :


Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984

Re: Zielone Pustkowie

on Pon Gru 24, 2018 1:57 pm
Sam pomysł zbliżenia się do osoby rzucającej zaklęcia jest idiotyczny. Kto po środku niczego, będąc sam, idzie w stronę, która potencjalnie może kryć jakieś niebezpieczeństwo? To niemal jak słynne już sceny w horrorach, gdzie ofiara zawsze idzie w stronę podejarznego hałasu. Bo przecież wszyscy jesteśmy na tyle odważni! W dodatku pójdziemy tam bez jakiejś potencjalnej broni. Tak właśnie postępują wszyscy bohaterowie, którzy potem giną w tych domach na przedmieściach tuż przy lesie. Teraz zaś Prudence poszła w ich ślady. Tyle, że może dla niej ostatecznie nie skończy się to aż tak tragicznie. Już myślała, że raczej nie groźna sprawa, stabilna, aż tu nagle czary mary hokus pokus! Dostała zaklęciem. Nie żeby mogło zadziałać. Z pustego to i Salomon nie naleje, więc jak ktoś nie ma języka to można się dwoić i troić, a i tak nie wyśpiewa serenady, czy innej ody. Tylko co teraz? Lubiła spotykać ludzi, ale jak widać nigdy nie kończy się to wygodnymi sytuacjami. Ani się przywitać ani odejść nie ma jak, kiedy już będzie po fakcie. Pokręciła więc ze zrezygnowaniem głową. Ma co chciała, ostatecznie.
Chłopak rzucał dalej zaklęciami, kiedy była w trakcie pisania, ale cóż poradzić. Szybciej już nie potrafiła, szczególnie w takich warunkach. Mógłby teraz odczuć, że chyba coś jest nie tak, że dalej nie mówi, ba nie śpiewa tak, jak miała przecież! Wtedy byłoby zdecydowanie łatwiej. Zauważyłby, że tak to już dalej będzie wyglądało, bo nie może inaczej i obejdzie się bez tłumaczenia tej kwestii. Oczywiście jednak pozostaje w sferze marzeń.
Każdy zawsze chce rozumieć, co się dookoła niego dzieję. Udawanie, że nie mówiąca kobieta, która do niego podeszła nie istnieje albo nie jest niczym dziwnym to, że nie odezwała się do niego przy tym wcale nie rozwiązałoby niczego. Bo niby czemu miałby założyć, że "aha ona pewnie nie ma języka i to dlatego"?
Prudence. Nie będzie lepsze niestety, bo nie zaśpiewam. Co robisz?
Taką karteczkę mu pokazała licząc, że w ogóle zwróci jeszcze uwagę na jej obecność skoro tak zajmuje go... no właściwie to co?


Acting on your best behaviour
Turn your back on mother nature
Everybody wants to rule the world

Sponsored content

Re: Zielone Pustkowie

Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach