Share
Go down

Przy kominku

on Nie Lip 30, 2017 11:04 pm

Kącik przy kominku na piętrze. Idealne miejsce do chillowania.

Znajdziesz tu m. in.:
- kominek grzejący zimą i chłodzący latem, żeby uruchomić klimę również należy w nim napalić, płomienie jednak w gorące dni są zimne;
- stary gramofon który za każdym razem gra coś całkowicie innego niż jest nagrane na winylu;
- na ścianie wisi tarcza do darta, lotki znajdziesz w jednej z glinianych doniczek na kominku.

Re: Przy kominku

on Sro Lis 07, 2018 1:06 pm
Tup tup tup stąd...
Kim też zawsze uważała, że jej ojciec był nieśmiertelny, dlatego też nigdy nie spodziewała się jego śmierci. Bała się o to, ale nigdy nie dopuściła tej myśli do siebie. Ona zawsze się dużo zamartwiała, nawet jeśli chodziło o jej przeciwników podczas meczów. Nie raz zaglądała do Skrzydła szpitalnego, gdy ktoś podczas meczu z nią wylądował w nim. Nawet odwiedzała Pottera, aby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Gryfoni w meczach często wygrywali, a Kim stawała się na boisku bardzo zawzięta, więc nie raz niechcący kogoś potrąciła. Tak też było podczas ostatniego meczu z nim - omal nie zrzuciła go z miotły. Czuła się wtedy strasznie!
Gdy dotarła do niej śmieć jej ojca cały czas wierzyła, że Drops po prostu z niej żartował, po prostu stwierdził, że to będzie świetny żart, ale gdy stała już tu w dniu pogrzebu wszystko z niej wyszło. Nie mogła powstrzymać łez, a myśl o tym, że jeśli wróci do domu, a go tam nie będzie sprawiała jej taki ból, że bardziej od niego wolała złamanie otwarte w piszczelu. Nigdy nikomu nie potrafiłaby zażyczyć, aby ktoś danej osobie zmarł, ponieważ ból, który wtedy towarzyszy jest nie do zniesienia.
Tego bym się nie spodziewała – uśmiechnęła się smutno przywołując sobie minę jej ojca, gdy opowiadał jej o swojej pracy. Był wtedy taki dumny. — Mój tata... zawsze kochał tę pracę. Była dla niego bardzo ważna. Sama... chciałam iść w jego ślady – mruknęła cicho i wysłuchała jego słów na temat tej zazdrości.
Zrobiło jej się bardziej smutno. Sama nie wiedziała, czy właśnie tego chciała, a doskonale zdawała sobie jak Potter kochał mecze. Grając przeciwko niemu była najbardziej dumną osobą. Walczyła o wygraną sto razy mocniej, gdy jej przeciwnikiem był właśnie Potter. Kim miała słabość do osób, które robiły coś co kochają. Miała wtedy taką misję, aby nie zawieść oczekiwań danej osoby. Gdy Potter zaczął bzyczeć i latać wciągając też w to ją zaczęła się śmiać trzymając się go mocno. Kim była niezdarną osobą. Zawsze przewracała się o własny cień. Nie raz się też spóźniała na lekcje i robiła wielkie wejścia niczym jakiś smok! Dlatego zawsze musiała uważać, a zwłaszcza w otwartym świecie. Gdy już szli normalnie, a na horyzoncie zaczął majaczyć dom Pottera cicho westchnęła.
Wiesz... ja nie wiem co mam myśleć. Lubię latać, lubię grać. Kocham to, ale to że trafiłam do Os było przypadkiem. Idę teraz tam, gdzie ktoś mnie pociągnie. Po śmierci ojca siedziałam w pokoju u dziadka w domu i nie ruszałam się stamtąd tygodniami, aż do czasu tamtego meczu – mruknęła czując jak żołądek skręca się na samą myśl. — Chciałabym coś robić. Chciałabym pomścić śmierć ojca, ale nie wiem jak... jestem taka bezsilna. Ty przynajmniej masz siłę, aby pomagać światu, a ja? Jak pomogę? – zapytała i weszła za nim do jego domu. Ściągnęła czapkę, odwiązała szal i wcisnęła rękawiczki do kieszeni. Zatrzymała się w korytarzu i spojrzała na Pottera. Nie bardzo wiedziała, co teraz. Przyszła tu, ponieważ chciał ją odesłać do domu, ale z drugiej strony nie chciała tam wracać. Będzie tam sama... Miała na sobie wyciągnięty, żółty, wełniany sweter, który uszyła dla niej babcia. Do tego szerokie, ciemne bojówki, które kiedyś należały do jej ojca, ale za pomocą zaklęć przerobiła je na swój rozmiar, które były wciśnięte w wojskowe buty.
Tak sobie myślę... A może chciałbyś kiedyś przyjść na jeden z treningów Os. Mógłbyś z nami poćwiczyć. Myślę, że nie mieliby nic przeciwko – uśmiechnęła się, czekając na to, co teraz Potter zadecyduje.



Kim Miracle


Miły nawet dla Snape'a,
czarny kotek ML,
najsłodsza postać,
która ma oczy wszędzie i
superodlotową walentynkę.
Album.



Re: Przy kominku

on Nie Lis 11, 2018 6:22 pm
James możliwe, że nawet już o tym nie pamiętał, a już z pewnością nie miał jej tego za złe, zresztą, sam przecież zwykle nie pozostawał dłużny. Taki był ten sport, nikt w nim się nie oszczędzał, chociaż Potter zdecydowanie wolał zdawać się na zwinność i pomysłowe wyprowadzenie przeciwnika w krzaki, niż stawiać na agresywne zagrywki. Te zostawiał sobie zwykle na ślizgonów, dla nich nie było litości. Dla zasady.
- Ja też nie… - mruknął, no bo co tu ukrywać, taka była prawda, całe życie widział się gdzie indziej, ale póki co jednak musiał skręcić z tej ścieżki. Zerknął na Kim, niestety mokre okulary nie pozwoliły mu zarejestrować jej pierwszej reakcji. Machnął sobie rękawem z różdżką przed twarzą, bezgłośnie poprawiając zaklęcia na szkiełkach – Postaram się chociaż w kilku procentach mu dorównać – dodał, chciał ją jakoś podnieść na duchu, ale i tak nie do końca wierzył, że będzie dobrym aurorem, chociaż fakt, że już na wstępie zdawał sobie sprawę ze swoich wad dawało nadzieje, że może nie schrzani tego tak ostatecznie.
I tak oto James ochoczo zaciągnął Kim o zmroku na leśną ścieżkę i bzykali sobie tam wniebogłosy, a nie było w tym nawet grama nieprzyzwoitości. Znał tu niemalże każde drzewo i nie zawsze był tu taki grzeczny jak teraz z Kim, ale jak widać, potrafił, a na tapecie mieli bardzo poważne tematy.
- Nic nie dzieje się przypadkiem – odparł – Może to on właśnie cię tam w końcu popchnął? – Potter wiele razy przerabiał już ten motyw i chyba nawet chciał, czy chociaż miał nadzieję, że Erin jakoś tam nad nim czuwa. Może to ona tak pokierowała jego relacją z Lily? Może to wszystko z góry było skazane na porażkę?
- Aż za dobrze cię rozumiem… – rzucił, marszcząc brwi, w końcu sam głównie kierował się zemstą w swojej decyzji wstąpienia do aurorów – Myślę, że możemy to jakoś rozwiązać… Ja skupię się na mszczeniu za nas dwoje, a ty na Quidditchu, też za nas dwoje – i powiedział to jakoś dziwnie poważnie, otwierając przed nią drzwi do swojego domu.
Było trochę chłodno, ciągle nie do końca panował nad zaklęciami ogarniającymi całą posiadłość. Zwykle zajmowała się tym jego mama, ale teraz spadło wszystko na niego, bo jego tata czuł się tu bardziej jak gość niż pan domu.
- Ojciec jest w pracy, Syriusz na randce więc wróci późno albo i wcale, a dziewczyny miały mieć jakieś pidżama party u Dorcas, więc… chyba jesteśmy sami – w jednej chwili zaczęły się same zapalać wszystkie punkty świetlne w domu, a na piętrze coś zagruchotało – To kominek… Jak dobrze poszło to się rozpalił – nie do końca wierzył w ten sukces, więc nie powiedział tego z wielkim entuzjazmem. Kiedyś dojdzie do wprawy i wszystko będzie chodziło tu jak w zegarku.
Rozejrzał się niezręcznie po korytarzu otwartym na wielki pusty salon. Szczerze mówiąc nie bardzo uśmiechało mu się zostawać samemu. James był zwierzęciem stadnym. Zawsze otoczonym przez przyjaciół. Takie wieczory jak ten, gdy nagle jego dom, zwykle pełny po brzegi, pustoszał, sprowadzały na niego nie małą depresję. Postanowił więc samolubnie spróbować zagarnąć sobie Kim.
- A może chcesz się czegoś napić? Robię całkiem nie najgorszą herbatę, a i mam również spory wybór napojów rozgrzewających w zgoła inny sposób – posłał jej niezbyt grzeczne spojrzenie z jedną brwią zachęcająco uniesioną do góry.
Ściągnął kurtkę i buty, a światu ukazały się jego skarpetki w znicze i bordowa bluza Gryffindoru.
- Fajny sweterek… Taki puchoński – pokiwał głowa z podziwem i lekkim uśmieszkiem – Wyglądasz jak Puszek wybierający się na wojnę. Może zamienimy się ciuchami? Ja ci dam skarpetki w znicze, a ty mi wojskowe buty i spodnie – a może rzeczywiście poprzewracało im się w głowach i powinni zamienić się miejscami?
Na jej propozycje zamarł, chociaż oczy pewnie zaświeciły mu się jak dwa znicze wyskakujące na boisku w blasku słońca. Z jednej strony tego pragnął, ale coś mu podpowiadało, że nie byłoby to zbyt rozsądne – Myślisz? – wykrztusił w końcu – Byłoby świetnie… Ja ciągle ćwiczę… Sam… Kiedyś, jak ten bałagan się skończy… Nie chcę wypaść z formy – nie miał pojęcia, czy się usprawiedliwiał, czy co właściwie chciał przekazać. Bardzo chciałby z nimi poćwiczyć i pewnie chciał ją zapewnić, że dalej utrzymuje dobry poziom, z drugiej strony sam obawiał się, że to co postanowił zrobić ze swoim życiem już nigdy nie pozwoli mu na powrót do Quidditcha, a taki trening tylko go o tym w pełni przekona.


Re: Przy kominku

on Nie Lis 18, 2018 11:53 am
Chyba tego najbardziej jej brakowało. Gry w meczach szkolnych. Lubiła to robić, a życie za murami zamczyska, w którym się uczyli było znacznie łatwiejsze niż świat dorosłych. Żałowała tego, że Hogwart nie uczył obycia z otwartym światem. Gdy wracała na wakacje niewiele się działo w jej życiu. Starła się spędzać czas z ojcem, a nie obserwowania świata dorosłych. Tata odciągał ją od problemów. Każdy rodzic to robił, chcieli, aby ich dzieci mile spędzili czas poza szkoły i myśleli o tym, aby odpocząć, a nie wchodzić w kolejne problemy. Teraz musiała myśleć o wydawaniu pieniędzy na jedzenie, na opłaty, utrzymanie domu w odpowiednim stanie, martwieniu się też o tym, czy jej dziadek daje sobie radę. Mężczyzna nie chce zamieszkać w Dolinie Godryka, ponieważ chce być blisko swojej zmarłej żony, a Kim nie chce opuszczać miejsca, w którym ma wspomnienia z ojcem. Jednak oboje chcą być blisko siebie.
W to nie wątpię. Nadajesz się do tego – uśmiechnęła się przyglądając się mu uważnie. — Wierzę, że gdy to wszystko się skończy to... uda się nam kiedyś zagrać przeciwko sobie. Tak jak było w szkole – och, naiwna duszyczko...
Czy tata nad nią czuwa? Czy popchnął ją w tym kierunku? Może coś w tym było i może powinna właśnie tak myśleć. W końcu mężczyzna chciał dla niej jak najlepiej i to, że jest w tym miejscu to właśnie zasługa tych myśli, że Adam by tak chciał. Chciałby, aby ta dziewczyna szła do przodu, poniosła swoje zacne cztery litery i walczyła o swoje szczęście. Nic na to nie odpowiedziała, jedynie skinęła w zamyśleniu głową. Może miał rację?
Dobra. Dam z siebie wszystko podczas meczy! – powiedziała to wyjątkowo pewnie. Jakby chciała właśnie w to wierzyć. Jakby chciała grać właśnie dla nich obojga. W końcu los poprowadził ich w dwóch różnych kierunkach. Ona chciała być Aurorem, a on graczem. Skończyli jednak inaczej i może właśnie w ten sposób staną na wysokości zadania jeszcze bardziej. Dwa razy mocniej.
Gdyby Potter widział jak wygląda dom Miracle uważałby siebie za najlepszą gospodynię świata. Kim jakoś nie potrafiła sobie poradzić z tym wszystkim. W prawdzie zaklęcia, które zostawił w ich domu jej tata nadal działały, ale nie były tak dobre jak na początku. Połowa z nich już dawno przestała działać jak powinna. Dziadek jedynie sprzątał kurze, żeby nic się potem nie kleiło. A ona? Ona uciekała od tego miejsca jak najdalej. Bała się...
Gdy zaproponował jej, aby została u niego od razu kamień spadł z jej serca. Bez słowa ściągnęła swoje buty i ustawiła je na boku, aby w niczym nie zawadzały ukazując tym samym wełniane, żółte skarpety. Specjalnie barwione za pomocą zaklęć. Kim należała do osób szybko marznących, więc jej garderoba składała się w połowie z wełnianych swetrów, skarpet, szalów i rękawiczek. Miała też kilka kocyków, które powstały spod rąk jej mugolskiej babuni. Kim też nie raz częstowała wełnianymi wyrobami swoich przyjaciół, więc prawdopodobnie James też mógł mieć od niej jakiś prezent pary skarpetek zapewne w barwach Gryfonów. Kurtkę odwiesiła na wieszak chowając w nią czapkę i szal.
Jej twarz rozpromienił szeroki uśmiech, gdy usłyszała jego komentarz. Kim zawsze ubierała się dziwacznie. W połowie jak mugol, w połowie jak czarodziej. To czyniło ją niezwykle dziwną osobą, ale jednocześnie tak przyjazną dla innych osób, że można było ją przykładać do ran.
Nie wiem czy wypada, abym dawała ci swoje spodnie – uniosła brwi, ale nie przestawała się uśmiechać. — Chętnie napiję się czegoś... rozgrzewającego w inny sposób – powiedziała i bez słowa wprosiła się do salonu przed kominek. Och jak ona uwielbiała wieczory przy kominkach. Nie siadała na żadnej kanapie. Po prostu klapnęła tuż przed samym paleniskiem obejmując swoje nogi.
Jeszcze pytasz? Nie masz pojęcia ile bym dała, aby ktoś z moich przyjaciół polatał ze mną na boisku. Tęsknie za wami wszystkimi, ale przez moją głupotę... straciłam... – cicho westchnęła oglądając się na niego. — Musisz dużo ćwiczyć, a gdzie się najlepiej ćwiczy? – zapytała i zaczesała za ucho swoje loki. — Na boisku. A druga sprawa w pracy Aurora utrzymywanie się na miotle też jest ważne, prawda? – nie chciała, by James rzucał swoje marzenia tylko dlatego, że rozsądek i zemsta karzą mu walczyć przeciwko tyranowi świata. Nie chciała, aby tracił to, co kochał.



Kim Miracle


Miły nawet dla Snape'a,
czarny kotek ML,
najsłodsza postać,
która ma oczy wszędzie i
superodlotową walentynkę.
Album.



Re: Przy kominku

on Wto Lis 20, 2018 9:49 pm
I jemu brakowało meczy, morderczych treningów, wszystkich tych chwil w których mógł oddać się całym sobą Quidditchowi i nie miał w sobie miejsca na nic więcej. Na żadne wspomnienia, beznadziejne plany na przyszłość i świadomość, jak niewiele może zmienić. Nie tak wyobrażał sobie swoje wejście w dorosłość. Zdecydowanie nie tak.
- Dzięki – uśmiechnął się jednym kącikiem ust. Nie wątpił, że odda się byciu aurorem całym sobą, nawet pomimo tego, że nie było to jego spełnienie marzeń. Wyklarował sobie jasny cel, a to była jedyna droga którą mógł ku niemu podążyć.
- A spróbuj mnie zawieść, wtedy zobaczysz co oznacza gniew Pottera – i roześmiał się złowieszczo jak w niejednym mugolskim horrorze, a otwierał wtedy drzwi do swego pustego, ciemnego domu, więc nabrało to podwójnej mocy.
W kwestii zajmowania się domem James miał o sobie zgoła odmienne zdanie. Wynikało to pewnie z perfekcyjności nieżyjącej już pani Potter której naprawdę ciężko było dorównać. Wszystkie zaklęcia jakie rzuciła na swoje domostwo wygasły razem z ostatnim błyskiem w jej oku. Rogacz natomiast naprawdę nie był zwyczajny czegokolwiek sprzątać, przygotowywać, pilnować. Z istnienia wielu udogodnień w swoim domu zdał sobie sprawę dopiero po śmierci swojej matki, gdy wszystkie te zacne zaklęcia szlag trafił. Większością zajmowały się teraz Marlene z Charlotte, a James małymi krokami próbował ogarnąć techniczne strony działania całego domu. Po wizycie Lily już nawet nie oszukiwał się, że uda mu się przywrócić cały czar tego miejsca. To było niemożliwe. Zaklęcia tego nie zrobią, tu brakowało osób. Ich obecności i miłości. A do bycia takim gospodarzem James zdecydowanie jeszcze nie dojrzał.
- Daj spokój, jesteśmy dorośli – a'propos, a jedna z jego brwi powędrowała do góry, razem z kącikami ust, jak zwykle gdy flirtował przekomarzając się z dziewczętami.
- I świetny wybór! – nie żeby przypalał wodę na herbatę, ale zdecydowanie lepiej szło mu polewanie mocniejszych trunków. Na chwilę zniknął w kuchni, by w końcu wrócić z talerzem i ustami pełnymi cynamonowych ciasteczek i winem Wampirzym Wytrawnym, Ognistą Whisky oraz dwiema szklaneczkami – Nie bój się, nie ja piekłem, Charlie – rzucił z pełnymi ustami, siadając obok niej na podłodze, opierając się plecami o kanapę – Czego panience polać? Mogę nawet ugrzać panience wina nad paleniskiem z goździkami – i znowu uniósł tą swoją brew. Sam następnie polał sobie Whisky.
- Widocznie marni z nich przyjaciele skoro pozwolili ci odejść… - i omal sam się nie zakrztusił gdy dotarły do niego jego własne słowa. Nie, nie, nie… Z Lily było inaczej… Ona też cierpiała… Ona też ją straciła… Upił wielki łyk alkoholu i przełknął ciężko, próbując przełknąć również tę gorzką myśl.
- Nie da się ukryć, że masz mocne argumenty – uśmiechnął się w końcu. Propozycja była niesamowicie kusząca i pewnie sam już wiedział, że nie byłby w stanie jej odmówić, chociaż wielce prawdopodobne, że przyjdzie mu żałować po fakcie – No to jesteśmy umówieni. Czekam więc na sowę – i wysunął swoją szklaneczkę do toastu by przypieczętować ten akt.


Sponsored content

Re: Przy kominku

Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach