Zapraszamy serdecznie do przyłączenia się do przygody!


CalendarCalendar  IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  GrupyGrupy  FAQFAQ  

Share | 
 

 Sage Peregrin Greyback [dorosły]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Sage Greyback
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Sage Peregrin Greyback [dorosły]   Pon Lip 17, 2017 7:00 pm


Imię i nazwisko: Sage Peregrin Greyback
Data urodzenia: 20.11.1954 r.
Czystość krwi: czysta
Była szkoła: Horned Serpent |Ilvermorny|
Praca: auror |wpierw MACUSA, obecnie MM|
Różdżka: pióro feniksa| winorośl| 13 ½ cala| sztywna

Widok z Ain Eingarp:

Spoglądanie w starą, naznaczoną zębem czasu taflę zwierciadła nigdy nie było tym, czego mógłby pragnąć Sage. W końcu bardzo dobrze wiedział, jak kończyło się zbyt długie oddawanie się złudnym marzeniom. A jednak i on nie zobaczyłby w nim wyłącznie samego siebie, i on miał najskrytsze pragnienia. Wiedział to, wiedział to aż zbyt dobrze. Swego czasu miał przecież wszystko, czego tylko mógł zapragnąć. Ukochaną kobietę, szczęśliwy dom, stabilną przyszłość... Miał plany i nadzieje, które zgasły dosłownie w jednej sekundzie. Potem już ich nie było, a on został sam... Sam z lustrem, które mogło pokazać mu to, co już niegdyś trzymał w swoich rękach. Mogło, ale tego nie zrobiło, bowiem to nie swoją żonę dostrzegł po drugiej stronie lustra. Cyniczny racjonalizm nie pozwalał mu nawet pragnąć tego, by wróciła. A obraz? Był nie tak zaskakujący, wyjątkowo konkretny, niewątpliwie zadowalający.
Widział siebie... Siebie samego, no, może nieco lepiej ubranego i stojącego nie w zakurzonym pomieszczeniu, a w przestronnej sali sądowej w Ministerstwie. Składającego zeznania, które miały pogrążyć bandę Śmierciożerców, decydującego o dalszych losach ludzi, którym niegdyś zdawało się, że mogą wszystko – teraz zdanych na jego niełaskę. Ich przywódca upadł, wojna miała się ku końcowi... I choć krzywdy nie miały zostać wymazane, on zatriumfował.  
To był tak piękny widok. Tak piękny i tak nierzeczywisty w obecnych czasach. Ze zgniłych cytryn nie dało się bowiem zrobić lemoniady. Wiedziało to nawet dziecko.  

Przykładowy Post:

To była prawdziwa kwintesencja stwierdzenia pogoda pod psem, o czym Greyback poniekąd wiedział już od chwili, kiedy otworzył ciemnobrązowe, prawie czarne oczy na nieswojej przyciasnej, przymałej kanapie w domu tych dobrych – czyli niepijących i niepalących, i ogólnie cud, miód i śmietanka – znajomych, u których zatrzymał się podczas drogi do Londynu. Musiał załatwić kilka spraw przed zajęciem schowka na zbędne papiery w Ministerstwie, zatem wstał dosyć wcześnie rano i pierwszym, co dostrzegł z sykiem przemożnej niechęci, było stalowoszare niebo za oknem. Patrząc na to i nie mogąc nie zauważyć czubków starych topól, jakie dosłownie gięły się pod naporem wiatru, od samego początku nie nastawiał się na zbyt piękne warunki pogodowe, a te także nie chciały go jakoś mile zaskoczyć.
Zresztą… Czy to pogoda, czy to ludzie, czy cokolwiek innego, rzadko kiedy cokolwiek to robiło. Już nawet nie oczekiwał specjalnych cudów. Przejechał się na tym stanowczo zbyt wiele razy, aby jeszcze liczyć na to, iż wiatr postanowi raz odmiennie sypnąć mu piachem w plecy, a nie prosto w ciemne oczy. Niby dlaczego Sage nosił taką, a nie inną fryzurę? Przydługie coś-w-rodzaju-grzywki-ale-nie-grzywka-bo-to-pedalskie włosy spadające z czoła wprost na jego twarz stanowiły dostateczną ochronę przed zapylaniem – no i późniejszym zapaleniem – spojówek. Po prostu był praktyczny, czyż nie?
I właśnie ta sama praktyczność sprawiła, iż tego dnia, gdy już dostatecznie dobrze zajął się swoimi sprawunkami, nie postanowił przylecieć do Londynu na miotle. Wcale nie chodziło o to, iż jedyny taki sprzęt, jaki posiadał, nawet nie należał do niego, będąc własnością szkółki Quidditcha, w której Greyback trenował przez jakiś czas. Wcale o to nie chodziło.
Przecież kiedyś było go stać, żeby kupić sobie sto takich cacuszek. Co z tego, iż to już dawno nie było prawdą? I co z tego, iż prawdopodobnie nawet podarowano by mu jedną z tych mioteł, gdyby o to poprosił? Był na to stanowczo zbyt dumny, prędzej woląc zadrzeć wysoko podbródek i przejść całą trasę na piechotę, niżeli płaszczyć się przed kimkolwiek. Poza tym… Wiało, czyż nie? Tam, gdzie był dosłownie pizgało złem, więc pewnie by go zdmuchnęło, nim dobrze przygotowałby się do startu. A przynajmniej tak właśnie wolał sobie powiedzieć, gdy – jak ten ostatni ciul – machał na Błędnego Rycerza, targając do środka swoje niewiele warte graty, a potem przez całą podróż słuchając marnych prób dzieciaka z obsługi, by zapewnić mu poczucie komfortu i przyjacielską, lekką konwersację.
Ostatecznie, z wielką i niepodważalną ulgą, stanął jednak na twardym gruncie w miasteczku, którym musiało być osławione Hogsmeade, a następnie powlókł się ze swoją jedną torbą i jeszcze mniejszą walizką do drogi, która – jak ufał – prowadziła do głównej ulicy. Nigdzie nie zachodził, o nic nie pytał, po drodze zapalając tylko papierosa i obserwując, jak pogoda się jeszcze bardziej chrzani. Serio, gdyby nie jego własny refleks, prawie przypaliłby sobie zarost przez te wietrzysko, bo fajka nagle zaczęła mu się żarzyć jak włosy tego idioty, jakiego miał marną okazję poznać w szkole, który spotkał się z Rogogonem Węgierskim.
Mniejsza z większą, warcząc sam do siebie, zgasił w końcu papierocha, rzucając go na piaszczystą ścieżkę i przydeptując ciężkim butem… Wyłącznie po to, aby zaraz znowu sięgnąć do paczki, bo… Cóż, zwyczajnie. Lubił trzymać coś w zębach, nawet jeśli nie było zapalone. Czasem wykałaczkę, czasem słomkę, a czasami najnormalniej w świecie papierosa – jak teraz, kiedy znowu go odpalił, wchodząc w mniej wietrzne rejony, gdzie wielkie głazy choć trochę osłaniały go od tej hulawicy. Jak na domiar złego, nie robiąc tego jednak przed zbliżającą się burzą, której donośne grzmoty słyszał już stanowczo zbyt często. Mimowolnie przyspieszając, chociaż już i tak stawiał długie kroki przed siebie, słysząc łomotanie własnego poprzecieranego płaszcza z czarnej skóry. Nie wątpił, że zdąży dotrzeć do gospody przed najgorszą nawałnicą, bo ta dopiero zbierała się na horyzoncie za jego plecami, jednakże wolał przyspieszyć – tak na wszelki wypadek. Ku swojej aprobacie, dosyć szybko odnajdując mniej znaną gospodę, choć – jak mniemał – pewnie nie zawsze szło to tak gładko.
Wszedł jednak na schody dosłownie w tej samej chwili, kiedy jakaś drobna myszka pojawiła się przed jego oczami. Nie musiał być wielkim psychologiem czy psychoanalitykiem, by wiedzieć, że raczej dosyć mocno zaniepokojona całą tą pogodą. Nie zamierzał jej jednak ani pocieszać, ani specjalnie zagadywać. Po prostu robił swoje, zmierzając w kierunku, gdzie teoretycznie powinny się znajdować główne drzwi. I tylko przez czysty przypadek splatając swoją ścieżkę z drogą pokonywaną przez tę kruszynę, która jakimś cudem nie dawała się zwiać, mimo coraz mocniejszych podmuchów jesiennego wiatru. Być może Sage nie należał do grona najprzyjemniejszych osób, jakie kiedykolwiek stąpały po tej ziemi, ale postanowił przepuścić szatynkę. Nawet nie zdając sobie sprawy z tego, jak mógł dla niej wyglądać.
A mógł… Cóż, na tyle wyraziście, że jak jej największy koszmar całkiem dobrze pasowało do tej sytuacji. Z przydługimi, ciemnymi włosami mocno potarganymi przez wiatr, kilkudniowym, wyraźnym zarostem, odpalonym papierosem, którego końcówka żarzyła się w półmroku, jaki coraz bardziej ciemniał przez burzowe chmury. Ze spojrzeniem rasowego mordercy kotów, jednym kącikiem ust uniesionym w drwiącym wyrazie – czy zechce pani wreszcie ruszyć dupę, madam, i wejść do tego przeklętego środka, bo marznie mi dupa, a potrzebuję jej do ścigania czarnoksiężników? – czarną szatą i jeszcze ciemniejszym, chociaż już mocno zniszczonym, płaszczem. Z torbą przerzuconą przez ramię, w której zapewne mógł mieć jakiegoś kiciusia zachowanego na przekąskę… Kto wie, czy również nie jego natrętną, moherową właścicielkę… No i tą walizeczką. Zaskakująco małą i zbyt jasną w swojej szarości, by pasować do wysokiego, postawnego mężczyzny.
Nie odezwał się ani słowem, wyłącznie patrząc na dziecinkę tym jednym, pogardliwie-zgorszonym spojrzeniem. A potem machnął ręką. Specjalne zaproszenie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Caroline Rockers
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Sage Peregrin Greyback [dorosły]   Sro Lip 19, 2017 10:45 pm


Sage wydaje się być interesującym czarodziejem. Niby Greyback a jednak auror! Łap 10 dodatkowych fasolek za ciekawą Kartę Postaci!

_________________


Hear Me Roar
Burn Them All
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Sage Peregrin Greyback [dorosły]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Fenrir Greyback
» WZÓR KARTY I WSKAZÓWKI TWORZENIA (dorosły)
» Greyback
» [DOROSŁY] Alastor "Szalonooki" Moody
» Peregrin Hawkeye

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Biblioteka :: Kroniki :: Dorośli -