Share
Go down

Pokój nr 1 [wolny]

on Pon Wrz 02, 2013 12:57 pm
Każdy pokój w porównaniu do reszty pubu, zachęca swoim przytulnym i czystym wyglądem. W pomieszczeniu znajduje się wygodne łóżko, polerowane dębowe meble, oraz kominek, w którym przyjemnie płonie ogień w chłodniejsze wieczory.

Re: Pokój nr 1 [wolny]

on Czw Cze 11, 2015 3:46 pm
Może i to miejsce nie było szczytem marzeń dla kogoś takiego, jak Ty – w końcu byłeś dumnym i ostatnim, jeśli nie licząc własnej córki, przedstawicielem rodu Collinsów – ale przynajmniej miałeś zagwarantowane całkiem niezłe warunki, było Ci wygodnie, a co najważniejsze, nie przyciągałeś tak uwagi. Chyba zresztą nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że jesteś jeszcze w Anglii i że jak na razie nie masz zamiaru stąd wyjeżdżać. Należało przecież zadbać o interesy swojej rodziny, która znacząco się skurczyła i sprawić by czarodzieje z tych okolic nie zapomnieli o Collinsach. Bo cóż z tego, że wczoraj odbył się pogrzeb, skoro jak to bywało w czystokrwistych kręgach, śmierć schodziła na dalszy plan w obliczu planowanych małżeństw, wspólnych interesów i jakże ważnych balów godnych arystokracji? W ten sposób wynagradzali sobie to, że muszą żyć w ukryciu i uważać na mugoli, których było zdecydowanie więcej, nie mówiąc już o tych wszystkich...mieszankach. I obcokrajowcach. Na samą myśl ściskało Cię z obrzydzenia i miałeś szczerą nadzieję, że Twa latorośl przestała zadawać się z tym marginesem społecznym, bo jeśli nie...to cóż, różne wypadki chodzą po ludziach. Skoro dotknęło to czystokrwistych, a przy tym w dużej mierze Twoją rodzinę, to dlaczego nie miałoby to spotkać jakąś nędzną szlamę?
Przejrzałeś wszystkie dokumenty, uporządkowałeś je i nagle ktoś zapukał do Twojego pokoju. Udzieliłeś zgody i patrzyłeś, jak barman Tom pojawia się przed Tobą i wykonuje krótki ukłon.
- Niech pan wybaczy, że panu przeszkadzam, panie Collins, ale do pubu przyszedł jakiś jegomość, który mówi, że ma do pana pilną sprawę i że musi się z panem koniecznie zobaczyć. Kazałem mu zostać na dole, by spytać pana, czy mam go wpuścić, czy też wyprosić.
Barman stał niezdecydowany i wpatrywał się w Ciebie, czekając, aż podejmiesz jakąś decyzję.


[No to tak. Tu zaczyna się Twoja przygoda; to jest wstęp, z którego musisz skorzystać. Podpowiadać Ci nie będę, co dalej – wszystko jest w Twoich rękach. Zależności od tego, jak zareagujesz, co powiesz i jak pokierujesz swoją postacią, tak potoczą się Twoje dalsze losy. Powodzenia!]


Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984

Re: Pokój nr 1 [wolny]

on Czw Cze 11, 2015 6:11 pm
I nikt nie musiał wiedzieć, prócz najbliższych współpracowników pozostawionych w Rumunii, by doglądali majątku rodzinnego, dbali o rezydencję, pod twoją nieobecność - poza tym? Kogo to niby interesowało? - och, jasne, no ci, z którymi interesy, tutaj, w Anglii, robiłeś - sowa leciała o wiele krócej z ulicy na ulicę, niż z państwa do państwa, zwłaszcza, gdy mówimy o państwach oddalonych od siebie spory kawałek - tak więc, dopinając wszystko na ostatni guzik, przeglądałeś dokumenty, by zainteresować się tym, co było teraz priorytetem - spadkiem Collinsów, wszystkimi ewentualnymi długami, należnościami do spłacenia, dziedziczeniami i nieruchomościami - tych ostatnich było tyle, co... nic. Chyba jednak dzięki temu nie było też zbyt wielu długów, oprócz jakichś drobnostek - wszystko wskazywało na to, że wszelakie nieruchomości, które były w posiadaniu tutejszego rodu, zostały rozdane dla uregulowania należności - było to szczęście w nieszczęściu, chociaż nie podejrzewałeś, że nie będziesz miał gdzie spać, kiedy tu się zjawisz i przyjdzie ci szukać noclegu na ostatnią chwilę...
- Jak mniemam nie był umówiony... - Trudno było to nawet nazwać pytaniem, to było raczej stwierdzenie, ewentualnie pytanie retoryczne, jeśli już się przy tym upierać, tak więc, nie czekając na odpowiedź, mężczyzna odetchnął i poderwał wzrok od papierzysk, by spojrzeć na Toma. - Czego chce?

Re: Pokój nr 1 [wolny]

on Pią Cze 12, 2015 8:47 pm
Utrzymywałeś więc porządek twardą ręką - wszystko musiało być dopracowane, czyż nie tak? O sprawy w Rumunii nie musiałeś się więc obawiać - mogłeś ufać swoim współpracownikom, zresztą oni zbyt się bali, żeby się przeciw Tobie zbuntować. Co zaś tyczy się Anglii...taaak, Twoje przypuszczenia były, jak najbardziej słuszne. W końcu przedstawiciele Twojego rodu w tej części świata byli tylko trójką nastolatków, którzy chodzili do szkoły i nie mieli czasu na takie rzeczy, jak praca. Gdyby nadal żyli, kończyliby właśnie Hogwart i wkraczali w dorosłe życie, ale...to nie było im dane. Tak jak nie było im dane to, by odzyskać sprzedany w większości spadek; to co posiadali w chwili śmierci było tylko niewielkim kawałeczkiem niegdyś pięknej góry bogactw. W sumie nie było nawet wiadome, czy posiadali coś takiego, jak własny dom, czy też nie pomieszkiwali w jakieś małej chatce, która kiedyś należała do ich ogrodnika...
Nie zostawili po sobie na ten temat żadnych informacji. Aż cud, że znalazł się jakikolwiek testament, który obecnie znajdował się w Twoim posiadaniu! Pewnie wpływ na to miały wyuczone przez rodziny czystokrwistych zasady. Zresztą nieważne, już było po pogrzebie, już pożegnałeś swoich bliskich, sprawdziłeś, jak miewa się Twoja latorośl, a teraz należało się zająć pozostałymi, nie mogącymi czekać sprawami. I korzystać z uroków Anglii, póki tu byłeś.
Przerwał Ci jednak barman, którego traktowałeś całkiem neutralnie...w końcu był Ci potrzebny, nie sprawiał większych problemów, więc dlaczego miałbyś być wobec niego wrogi? Przekazał Ci informację o tajemniczym gościu, ale dla Ciebie to było za mało. Potrzebowałeś więcej szczegółów. Potrzebowałeś celu tej wizyty - nie lubiłeś czegoś nie wiedzieć i nie lubiłeś czekać.
Tom zdenerwowany przejechał po swoich włosach, które zaczęły mu wypadać, a na środku głowy tworzyła się łysinka. Jak tak dalej pójdzie zapewne całkiem wyłysieje.
- Nie wiem, panie Collins. Ten jegomość nie chciał tego zdradzić, stwierdził że to zbyt poufne i że nie może czekać. Wydawał się być bardzo zdenerwowany... - zatrzymał się nagle Tom, a jego niebieskie oczy niepewnie Ci się przyglądały. - Mam go wyprosić, panie Collins?
Teraz musiałeś zadecydować, czy ten nieznajomy jest wart Twego czasu, czy też nie...



Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984

Re: Pokój nr 1 [wolny]

on Nie Cze 14, 2015 7:47 am
Był jeden mankament, do którego przyzwyczajony nie byłeś - załatwiać wszystko na własną rękę, nie mieć przy sobie przynajmniej dwóch ludzi, którzy wzięliby tego "tajemniczego jegomościa" za szmaty i przesłuchali porządnie, by zastanowił się 50 razy, czy na pewno chce zawracać ci głowę - ale tych ludzi nie miałeś, a co najdziwniejsze - skąd niby jakiś randomowy człowiek miał wiedzieć, gdzie się znajdujesz, że jesteś akurat w Anglii i po co więc miałby się z tobą spotykać? Byłeś paranoikiem - wszystko odbierałeś pod tym kątem, że mogło być to pułapką, zawsze wszystko doskonale starałeś się dopracować, dopiąć na ostatni guzik, by czasem nie napotkała cię żadna niespodzianka - nienawidziłeś niespodzianek, nigdy nie wiązały się z niczym dobrym, a w końcu byłeś tylko człowiekiem i nie raz, nie dwa, nie potrafiłeś się oprzeć emocjom miotającym twoim ciałem. Na szczęście nie tym razem. Może na szczęście. Ściągnąłeś brwi i zmarszczka irytacji między nimi była całkowicie wyraźna - owszem, Tom był ci potrzebny, przecież nie będziesz wszystkiego robił sam, kto to widział! Już posłałeś list do swego domu, by dwóch twoich służących się tutaj pojawiło - wszystkie znaki na niebie i ziemi, jak zostało wspomniane, wskazują na to, że będziesz musiał posiedzieć tutaj odrobinę dłużej, niż, jak zamierzałeś, przyjechać tylko na pogrzeb - zresztą zamierzałeś przede wszystkim zabrać ze sobą spowrotem do Rumunii Neve, bo tak jak wcześniej byłeś zapewniany, że to miejsce jest strasznie bezpieczne, tak teraz w to nie wierzyłeś i nie zamierzałeś powierzać opieki nad ostatnią z rodu dyrektorowi, który doprowadził już do tylu tragedii.
Podniosłeś się, poirytowany, z miejsca i okrążyłeś biurko, już niczego nie mówiąc - złapałeś za beżowy frak zawieszony przy drzwiach i średnio kulturalnie przesunąłeś Toma w bok, kiedy przeszedłeś przez drzwi, żeby zejść na dół i przeraźliwie jasnymi oczyma powieść po głowach zebranych, szukając tego "zdenerwowanego człowieka, który tak bardzo chciał cię widzieć".

Re: Pokój nr 1 [wolny]

on Nie Cze 14, 2015 7:35 pm
W końcu Anglia to nie Rumunia - nie byłeś do niej zbytnio przyzwyczajony, nie wiedziałeś, czego dokładnie możesz się spodziewać. Panowały tu zupełnie inne zasady nawet wśród czystokrwistych rodzin; mogłeś to zauważyć na pierwszy rzut oka, a jeszcze jakbyś miał się w to wgłębiać...! Gdyby Twoja rodzina przeniosła się na Twoje tereny, zapewne nigdy nie doszłoby do tej tragedii...ale to były przecież tylko czyste spekulacje, niemniej ktoś powinien za to zapłacić. I zapłaci, już Ty o to zadbasz, przecież po to między innymi przedłużyłeś swój pobyt, prawda? Śmierć Shane'a, Lilith i Juliet była niespodzianką przez co...jeszcze bardziej sam podsycałeś w środku ten ogień, który trafił Twoje na pozór spokojne ciało. Dobrze, że przynajmniej mogłeś mniej więcej "liczyć" na tego barmana - przynajmniej było Ci tu całkiem wygodnie. A służący...służący mieli pojawić się lada dzień! Może należałoby się zająć też sprawą samego Hogwartu...jednak czy miałeś na to ochotę i chęci? No właśnie. Niemniej trochę sobie pobędziesz w tym kraju, sprawdzisz dokładnie sytuację, zapniesz wszystko na ostatni guzik i ruszysz dalej.
Tom przyglądał Ci się niepewnie, kiedy tak gwałtownie się podniosłeś, że aż drewniane krzesło odleciało do tyłu i zahaczyło o parapet otwartego okna. Chciałeś w końcu szybko załatwić sprawę z tym "tajemniczym jegomościem".  Barman zdawał się nie być obrażony tym, że od tak go przesunąłeś - może jedynie zadrgała mu nerwowo powieka, ale tak to nie dawał po sobie niczego poznać. Wyszedł chwilę po Tobie, zamykając drzwi i kiedy tak minął Cię, gdy rozglądałeś się za nieznajomym, który chciał się z Tobą zobaczyć, mruknął:
- Zajmuje stolik w kącie.
Po czym ruszył za ladę, przy której siedział jakiś klient z kufrem piwa. Ty zaś ruszyłeś w odpowiednią stronę i dostrzegłeś zupełnie nieznaną sobie osobę, która miała na dodatek zaciągnięty na głowę kaptur. Gdy się zbliżyłeś, mężczyzna poruszył się i mogłeś dostrzec kilkudniowy zarost, zaczerwienione oczy - i to nie od łez - oraz to, jak stara się zapanować się nad drżeniem warg.
- Miewam, że pan to Ecart Collins. Wybaczy pan, że nie wstanę, ale wolę nie ryzykować, że nogi odmówią mi posłuszeństwa - odezwał się szorstkim głosem nieznajomy, posyłając Ci nikły uśmiech. - Niech pan usiądzie i się nie obawia. Nie zamierzam zajmować zbyt dużo pańskiego czasu.


[Przejście do Głównej Sali]


Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984

Re: Pokój nr 1 [wolny]

on Czw Cze 25, 2015 7:29 pm
Owszem - nie miał wyjścia, nawet najmniejszego, bo nawet jeśli stwierdziłby, że woli się wycofać to jedno Imperio wystarczyłoby, żeby magicznie zmienił zdanie i jednak grzecznie potruchtał razem z tobą, ale tak to wszystko po dobroci, przecież chcesz go tylko zaprosić do pokoju na pogawędkę, bo tutaj nie dość, że ściany i oczy miały uszy, to ludzie zewsząd też je mieli - suma sumarum wychodziło na ot, że zdecydowanie bezpieczniej będzie, jeśli pozostaniecie narażeni tylko na przysłowiowe podsłuchiwanie murów - huh, chociaż o czym ja tak naprawdę mówię..? Ecart nie bardzo przejmował się tym, czy ktoś ich usłyszy - mimo swego pragnienia dyskrecji, by nie wywiązał się żaden nieprzyjemny skandal i pragnienia, co najważniejsze, spokoju, kiedy będzie załatwiał to, co miał do załatwienia, nie widział potrzeby nadmiernego ukrywania się na pokaz - no chyba że nagle natrafiał na podejrzanego kolesia, który wyglądał, jakby jechał na prochach i niedługo zamierzał paść twarzą na podłogę - wtedy nagle zaczynało cię interesować, skąd taki karaluch wie, gdzie konkretnie się znajdowałeś i dlaczego sądził, że jego informacje są cokolwiek warte - tak, niby w twoim honorze leżało, by pomścić swoje kuzynostwo, ale przepraszam, że was rozczaruję - Collins nie był szlachetnym osobnikiem i nie chciał mieszać się w jakąkolwiek zemstę. W zasadzie nic go to nie obchodziło. Pojawił się tutaj, ponieważ tak wypada, ponieważ przysłano mu zawiadomienie o zgonie i pozostawionym testamencie. Ecart nie był politykiem - był człowiekiem o ognistej krwi, o pomieszanym czarną magią umyśle - niebezpiecznym człowiekiem, do którego lepiej było nie przychodzić po czystą chęć zarobku, która sprawiła, że blondyn spojrzał na tego, który do niego przyszedł, z jeszcze większą pogardą - swoistego rodzaju gniew ciągle kotłował się na jego twarzy, że jego spokój, uświęcony spokój, został zakłócony, a jego praca przerwana.
Poprowadził bez słowa mężczyznę do swojego pokoju i wskazał mu kanapę, by samemu usiąść za biurkiem, zakładając nogę na nogę i spoglądając na swoją różdżkę, którą przytrzymał kurtuazyjnie dwoma dłońmi, przyglądając się jej - jeśli byłaby na tym świecie istota, którą mógłby kochać, to byłaby to właśnie ona - ta zgrabna panienka oparta na jego udzie, która zjechałaby w dół, gdyby nie opiekujące się nią palce, nie pozwalające jej uciec. Minęło parę minut w kompletnej ciszy, zanim Ecart sięgnął do szufladki i odsunął ją, wyciągając zeń trzy galeony, które rzucił w kierunku, jak sam siebie nazwał, byłego nauczyciela - jak wspominałem - nie wyglądał na takiego, który mógł kłamać... ale gdyby pan Collins ufał wszystkim, którzy wyglądają, jakby nie mogli kłamać, to zapewniam was, że dawno byłby trupem.
- Mów dalej. - Ta sama, niezmienna komenda - zdecydowanie nie można było zaliczyć Ecarta do osób wygadanych. W dłoni ważył mieszek galeonów.

Re: Pokój nr 1 [wolny]

on Pią Cze 26, 2015 3:41 am
No tak - pod ręką zawsze była różdżka, gotowa byś ją użył, a jedno Imperio w tą, czy w tamtą, nikomu różnicy nie zrobi, zwłaszcza teraz, gdy tak dokładnie analizowano nową ustawę Ministra Magii odnośnie używania zaklęć niewybaczalnych. Emanowałeś przecież wrodzoną dobrocią, zapewne już wraz z mlekiem, wyssałeś ją z piersi własnej matki. No bo przecież taki dżentelmen, jak Ty, postępował absolutnie rozsądnie; sprawdzał wszystkie za i przeciw, by móc odpowiednio rozegrać daną sytuację, tak żeby wyszło na jego, a raczej na Twoje. Czasy były nieprzyjazne i nawet w takim miejscu, jak Dziurawy Kocioł, czaili się szpiedzy, którzy potrafili bardzo ładnie poradzić sobie z tym, żeby podsłuchać odpowiednią rozmowę i wykorzystać ją do własnych celów. Zresztą byłeś przygotowany na każdą sytuację, potrafiłeś maksymalnie wykorzystywać swoje atuty i różdżkę, która niczym wierna ulubienica trwała przy Twoim boku. Nie miała wyboru!
Skąd mogłeś wiedzieć, że taki "porządny" nauczyciel jest Śmierciożercą, że ma uszy i oczy dookoła głowy i potrafi z nich zrobić użytek? No właśnie. W Twoim mniemaniu to był zaledwie karaluch, którego należało zgnieść, kiedy w końcu przestanie być potrzebny. A testament...no cóż, to już swoją drogą. Po raz kolejny więc przyjdzie Ci odwiedzić Hogwart by podzielić się z co niektórymi ostatnią wolą Collinsów z Anglii. Mogłeś więc gardzić, proszę bardzo! Ognista krew więc wrzała, czekając na sposobność by sprowokować Cię do ataku. Na razie wszystko było względnie dobrze, zwłaszcza, że Jared Crowley miał informacje, które Cię interesowały. Weszliście więc do Twojego gabinetu, mężczyzna zajął kanapę, Ty usiadłeś przy biurku. Czarodziej nieco się rozluźnił, choć nadal był zdenerwowany i nie mógł opanować potu, który mimowolnie wstąpił na jego czoło. Czas wszak płynął i płynął, a on naprawdę, jak najszybciej chciał opuścić te miejsce. Czekał cierpliwie na swoje złoto i kiedy sięgnąłeś do szufladki, w jego oczach pojawił się niezdrowy błysk, który wraz z rzuceniem tych 3 galeonów w jego stronę, zniknął. Zirytował się tym gestem, ale postanowił nie wybrzydzać. Przynajmniej na razie.
- Sądziłem, że moja informacja jest warta więcej - odrzekł, po czym schował pieniądze do swojej kieszeni i oparł dłonie o kolana. Postanowił więc mówić dalej, mając nadzieję, że następne informacje będą dla Ciebie więcej warte. - W każdym razie...jeden z rodów chce pana wykorzystać, są też pogłoski o domniemanym przejęciu pańskiej fortuny poprzez całkowite pozbycie się pana. Całkiem prawdopodobne, że coś panu grozi, panie Collins. Na dodatek... - i wziął głębszy wdech, czując jak paznokcie wbijają się z całej siły w materiał jego spodni. Odważył Ci się nawet spojrzeć w oczy. - Czarny Pan...może zainteresować się pańską wizytą w Anglii. Właśnie dzisiaj ma odbyć się zebranie...
I zakończył swoją wypowiedź, mając wrażenie, że zaraz jego lewa ręka zapiecze; nic się takiego jednak nie stało. Zresztą Jared Crowley nie miał Mrocznego Znaku, choć czasami zdawało mu się coś innego.
Uparcie wpatrywał się w Twoje oczy, czekając na Twój kolejny ruch, a jedna z dłoni spoczęła w kieszeni szaty na jego różdżce.
- Czy mogę liczyć na pańską szczodrość, panie Collins?



Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984

Re: Pokój nr 1 [wolny]

on Sob Cze 27, 2015 1:46 pm
Postanowienie, by nie wybrzydzać, było bardzo dobrym postanowieniem - przynajmniej wydłużało to jego życie, które w oczach Ecarta i tak było nic nie warte - na pewno nie warte tego, kiedy tak o tym myślał, by brudzić ją krwią takiego karalucha, który w twoich oczach znaczy mniej niż mrówka, która przynajmniej jest w jakiś sposób przydatna społeczeństwu - ach, ta pogoń za pieniądzem... ona niszczy każdego i w końcu prowadzi do kryzysu, w którym podejmuje się, kosztem własnego żywota, decyzje średnio rozsądne, jakby na to nie patrzeć - w końcu przyjście do przedstawiciela rodu czystokrwistych, który nie mógł mieć najlepszego nastroju ze względu na śmierć jego rodziny, i wydanie tajemnic, które powinny tajemnicami pozostać - cóż, to z pewnością liczyło się do kroków szalonych, których odzewu w przyszłości należało się spodziewać - ta czkawka dopadłaby tego karaluszka prędzej czy później... jak na razie jednak, pomimo kompletnie małostkowego podejścia Ecarta do Śmierciożercy, rzecz zapowiadała się całkiem obiecująco - w końcu te trzy galeony mogły być tylko wstępem do czegoś lepszego, skoro blondyn ważył w dłoni sakiewkę wypchaną po brzegi, w której brzdąknięcia monet snuły pieśń Mamony niezbędnej Jaredowi do przeżycia...
A Ecart? Ecart tak słuchał, słuchał i w zasadzie jego mina pozostawała tak samo skwaszona, trudno było stwierdzić po nim, czy w ogóle słucha tego, co Jared do niego mówi... ale słuchał. Gdyby ktokolwiek z was miał wątpliwości co do tego, czy Ecart potrzebował informacji - każda była cenna, jasne, a chociaż mało go obchodziło, kto jest winny aferze na błoniach, to jednak to, co było mówione potem, już postawiło jego zmysły w pion, pomimo całej tej niechęci i niecierpliwości, by wreszcie ten mężczyzna, co wprosił się tu na siłę, wydusił z siebie wszystko i żeby wreszcie mógł przestać powtarzać namolne "mów dalej" - tym nie mniej to zdanko, co zaczęło się powtarzać niczym mantra, w tej wypowiedzi miało zostać zmienione - bo i blondyn ściągnął brwi, pochylił się do przodu, wbijając nienaturalnie jadowite, złote oczy w Śmierciożercę siedzącym przed nim - przynajmniej teraz zniknęła z jego twarzy niechęć, zastąpiona gwałtowną uwagą - rzucił w ciemnowłosego całą sakiewką, gdyby jeszcze ten był kretynem i uznał, że podawane przez niego informacje jednak są bezwartościowe, to teraz miał pewność, że są bardzo wartościowe.
- Powiedz mi coś więcej o tych plotkach. Ogólniki mnie nie interesują. - Jasnowłosy podniósł się z krzesła, górując nad swym rozmówcą. - I gdzie ma być to zebranie?

Re: Pokój nr 1 [wolny]

on Pią Lip 10, 2015 3:18 pm
Jared Crowley zdecydowanie powinien uciekać stamtąd, jak najszybciej...niemniej, skąd miał wiedzieć, co chodzi Ci po głowie? Że jego życie jest dla Ciebie tak mało warte, pomimo tego, że jednak starał się Ci pomóc? Co prawda za pieniądze, no ale wszystko w tych czasach kosztowało! Zwłaszcza szczera dobroć. Rozsądne, czy też nie - to było jego jedyne wyjście na ten moment i zamierzał je w pełni wykorzystać. Mógł więc być nazywany szaleńcem i głupcem, ale walczył o przetrwanie, jak zresztą każdy. Spoglądał więc uważnie w Twoje nieprzenikliwe tęczówki, czekając na wyrok. I na kolejne wynagrodzenie. 3 galeony bowiem wzbudziły w nim jedynie chęć na więcej i więcej, byle tylko mieć zapewnioną najbliższą przyszłość - czyli cichą ucieczkę z Anglii. Ty zaś zdawałeś się być zupełnie bez emocji, bez jakiegokolwiek zainteresowania jego informacjami; przynajmniej nie było to widoczne na pierwszy rzut oka, ale już po chwili...poruszyłeś się. W końcu słowa byłego nauczyciela podziałały na Ciebie na tyle odpowiednio, byś pozwolił sobie na cokolwiek. Zresztą - ha! - to nie były byle jakie słowa! Widać było, że wyrzucenie ich z siebie, kosztowało mężczyznę sporo siły. W ten sposób wszak zdradzał coś więcej, niż jakąś tam tajemnicę czystokrwistych. W ten sposób działał już przeciw swojemu Panu. Złoto w Twoich oczach, które nagle rozbłysło, zadziałało na niego, jak zapowiedź zapłaty. I już po chwili, rzeczywiście w dłoniach Crowleya spoczęła nagroda. Zanurzył jedną z dłoni w sakiewce, rozkoszując się dźwiękiem uderzających o siebie złotych monet. Gdy usłyszał Twój głos, poruszył się nieznacznie i posłał Ci ufniejsze spojrzenie.
- Nie wiem zbyt wiele. Plotki krążyły na ostatnim balu u Lestrange'ów... - powiedział cicho, myśląc gorączkowo o Twoim drugim pytaniu. Pobladł wyraźnie i zaczął strzelać oczami, zastanawiając się, co ma zrobić. Po chwili, wszystko się uspokoiło, niemniej nadal wydawało się, jakby miał zaraz zacząć się dusić. - Czarny Pan...nie mogę. Przysięgałem. Przysięgałem. Jeśli się dowie...i mnie złapie, to już po mnie. Dlaczego chce pan to wiedzieć, panie Collins? Po co panu ta wiedza? Zwłaszcza, że On nie lubi nieproszonych gości...to bardzo ryzykowne posunięcie.
Zaczął powoli się podnosić ze swojego miejsca i schował sakiewkę do kieszeni swego zabrudzonego ubrania, gotów w każdej chwili opuścić Twój pokój.


Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984

Re: Pokój nr 1 [wolny]

on Wto Lip 14, 2015 5:15 pm
Już wychodzisz, drogi Śmierciożerco? Dokąd ci tak śpieszno? Zostań, jeszcze chwilę możemy porozmawiać, jeszcze możemy pociągnąć nasz teatrzyk - nic złego nie może się stać, mamy tak dużo czasu... Przynajmniej moglibyśmy mieć wiele czasu, gdyby nie to, że ciągnęły nas za krańce płaszcza minuty - bardzo srogie, nie znające słów "zaczekaj!" - wszystkie z tego rodzaju zostały przekreślone na rzecz prowadzonych przez nas interesów - a to był właśnie jeden z takich... interesów. Jeden z targów - mieliśmy wyjść oboje zadowoleni, czy raczej: moglibyśmy, znowu to słowo - moglibyśmy, gdyby nie to, że ja nie zwykłem targować się ze szczurami i robalami, by potem puszczać ich wolno - lecz, wiesz co ci powiem? Nie zabiję cię. Nie zrobię tego, ponieważ bardzo mi się przydasz - brakuje mi oczu i uszu w tym miejscu - chcesz wyjechać? Jaka szkoda. Potrzebujesz pieniędzy? Szukaj ich na śmietniku, marny karaluchu - nie zasługujesz nawet na to, by nazwać cię psem - psy mają chociaż w sobie odrobinę wierności, a przy tym zyskują na godności... ciekawe, jakim cudem ten wielki Czarny Pan mógł przeoczyć, że jesteś tak nic nie wartym ścierwem i puścić cię wolno. 
Pan Collins podniósł się wraz z panem Crowleyem i poprawił swój elegancki frak, doskonale dopasowany do jego smukłej sylwetki - z pewnością był szyty na miarę, ten mężczyzna nie pokusiłby się o coś, co nie prezentowałoby się na nim należycie - jakim cię widzą, takim cię piszą, a pierwszy kontakt, w postaci tego wzrokowego, aż za często był decydującym - niczym wstęp do książki - po pierwszym zerknięciu oceniasz, czy może cię zaciekawić, potem ewentualnie zerkasz na opis z tyłu - spodoba się, nie spodoba? Nie przeczytasz całej książki, gdy szukasz czegoś w swoim guście - sięga się po tą, którą już się jakoś wyceniło - każdy z nas ma jakieś swoje preferencje - tylko że w kwestii ludzi był ten problem, że bardzo trudno poznać wartość co poniektórych z nich - a czasami nawet nie próbujemy tej prawdziwej wartości poznać - tak jak nie próbował tego robić Collins, chociaż w zamian wymagał pełnego szacunku i respektu wobec jego osoby - dobre żarty, prawda? Tak funkcjonował od zawsze ten świat - byli równi i równiejsi, nawet pośród czystokrwistych. 
Uniesienie różdżki w kierunku pana Crowley'a i krótkie nią pociągnięcie było kwestią paru sekund - czy ja wiem, czy nawet paru..? Było jak mrugnięcie okiem... I naprawdę się tego nie spodziewałeś, drogi nauczycielu? To było Imperio - krótkie, szybkie, jakże proste i banalne w doświadczonych dłoniach, które nie zwykły polegać na ludzkim słowie, a każde przekazane wiadomości ograniczały się w jego mniemaniu do prostej zasady: dwóch może dochować sekretu, jeśli jeden z nich nie żyje. Naturalnie to Collins miał tutaj przeżyć. Był cudownym dziedzictwem czystej krwi dobrej Matki Anglii - trzeba pozbywać się chwastów, nie dobrego ziarna.
- Zostaw tutaj sakiewkę. - Teraz już nie powstrzymał grymasu obrzydzenia na swojej twarzy, ciągle trzymając broń uniesioną, w razie gdyby pan Crowley starał się przełamać urok - ale już na wstępnie wyglądał na zbyt zmęczonego, by to zrobić... - Pójdziesz do Czarnego Pana i powiesz, że go zdradziłeś. Powtórzysz mu to o nim samym i Śmierciożercach, co mi powiedziałeś. I pozdrowisz go ode mnie, składając najszczersze uszanowania. Dodaj, że popieram jego sprawę i jestem gotów się zaangażować. Jeśli przeżyjesz, masz do mnie tu wrócić.
Jeśli przeżyje - to było bardzo dobre sformułowanie, bo pan Collins nie stawiał nawet 0,01 procenta na to, że Crowley przetrwa - Czarny Pan nie byłby takim potężnym czarodziejem, gdyby każdy mógł go zdradzać od tak, tak jak to ścierwo, karykatura czarodzieja.
- Idź już.

xxx

on Sob Lip 18, 2015 3:03 am
Interesy, interesy...tak, one były tu bardzo kluczowe! Wiele od nich zależało i to można było  naprawdę łatwo stwierdzić, zwłaszcza, gdy przyglądałeś się czarodziejowi, z którym obecnie prowadziłeś rozmowę. Ale niestety...! Czas pędził przecież i on musiał w końcu iść. A że Ty wahałeś się nad tym, co z nim zrobić...no cóż, on tego nie wiedział i całe szczęście. Zabić, czy nie zabić? Oto jest pytanie! Niby potrzebny, a jednak już szykował się w podróż, już zamierzał Cię opuścić...pieniądze rozwiązywały wszystkie dylematy moralne. Czarnego Pana niemniej nie należało lekceważyć i nawet Jared to wiedział - dlatego właśnie chciał uciec najszybciej, jak tylko mógł. Sama jego reakcja na wspomnienie o Lordzie Voldemorcie wywoływała u niego dreszcze i wstrząsy - na czole pojawiał się pot, oczy latały we wszystkie strony. Nawet nie zwrócił uwagi na Twój elegancki i szykowny frak, zupełnie odpływając myślami w inne miejsce.  Nie bawił się w takie porównania, jak Ty, odnośnie książek...może gdyby miał więcej czasu? No ale cóż, nie miał go zupełnie. Służba u Czarnego Pana zniszczyła tego czarodzieja, doprowadziła na skraj przepaści...i choć zawsze uważał siebie za twardego, za ulepionego z tej "lepszej" gliny to jednak wymiękł. Tak po prostu. Przepadł. I nie zauważył, kiedy uniosła się różdżka, kiedy zostało wymówione zaklęcie. Nie obronił się. Nie miał na to szansy. W końcu wykorzystałeś element zaskoczenia. Wzrok Crowley'a stał się zamglony, jego twarz była bez żadnych emocji, gdy wykonywał Twoje rozkazy. Na chwilę tylko coś błysnęło w jego oczach, gdy wyciągał sakiewkę ze swojej kieszeni...strach...a może złość? Ciężko było stwierdzić, w końcu i tak nie miał kontroli nad swoim ciałem. Monety brzdęknęły, gdy worek wylądował na Twoim biurku. Na kolejne Twoje słowa kiwnął głową, choć wydawało Ci się, że jakby skurczył się w sobie, jakby w środku, aż krzyczał z rozpaczy, ze wściekłości, że tak to się wszystko potoczyło.  I przy ostatnim rozkazie, marionetka ponownie drgnęła i zanim się wycofała z Twojego pokoju, wypowiedziała jedno zdanie.
- Tak, panie - po czym Jared Crowley zniknął za drzwiami, kierowany przez rzucone przez Ciebie Imperio, zmierzając wprost w paszczę węża.
A Ty...? Ty zostałeś sam w swoim gabinecie, przy dobrze znanym Ci testamencie, przy stosie tych wszystkich dokumentów i zapewne zabrałbyś się z powrotem do pracy, gdyby nie pewna rzecz, która rzuciła się w oczy. Ostatnia pamiątka po Jaredzie Crowleyu. Okazało się, że to była zawieszka - dokładniej to, dzwoniąca kula z chińskim smokiem. I teraz należała do Ciebie.
Nic nie straciłeś, no może za wyjątkiem tych 3 galeonów.


[Zakończenie mini - eventu dla Ecarta Collinsa]

Podsumowanie:
Brawo! Udało Ci się zakończyć mini - event i to w zaskakującym stylu!

Sakiewka: -3 galeony
Zyskujesz: +18 PD, +50 fasolek, +1 dzwoniąca kula z chińskim smokiem (zawieszka) - zapewnia noszącemu większy respekt/poważanie/szacunek u innych

W razie wątpliwości - jest możliwe przejęcie PD i nagród, oraz kar z eventu uzyskanych przez NPC-a przez wybraną postać danego autora - w tym przypadku idzie to na Ministra Magii. Wszystko zostanie dokładniej wyjaśnione w temacie NPC-ów w Kronikach.  W najbliższym czasie zostanie to umieszczone, by nie było żadnych możliwości! I działa to na zasadzie: NPC ucznia - autorski uczeń może zyskać i stracić, NPC dorosłego - dorosły może zyskać i stracić, nie dotyczy NPC-ów jakichś stworzeń i wyjątkowych istot.


Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984
Sponsored content

Re: Pokój nr 1 [wolny]

Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach