Zapraszamy serdecznie do przyłączenia się do przygody!


CalendarCalendar  IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  GrupyGrupy  FAQFAQ  

Share | 
 

 Marjorie Alyssa Meadowes [dorosła]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Marjorie Meadowes
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Marjorie Alyssa Meadowes [dorosła]    Pon Cze 19, 2017 11:17 pm


Imię i nazwisko: Marjorie Alyssa Meadowes
Data urodzenia: 30.11.1954 roku |dokładniej rzecz biorąc - noc pomiędzy 29 a 30 listopada|
Czystość krwi: półkrwi |ojciec - czarodziej pochodzenia mugolskiego i matka - czarownica czystej krwi|
Była szkoła: Hogwart - nie ukończyła, zrezygnowała kilka miesięcy przed końcem ostatniego roku | Ravenclaw |
Praca: badacz, asystentka w Świętym Mungu |laboratorium do spraw genetycznych modyfikacji magicznych|
Różdżka: 9 i 1/2 cala | jarzębina | włos z grzywy centaura | dosyć giętka | z motywem jarzębinowych liści na trzonku

Widok z Ain Eingarp:

Erised stra ehru oyt ube cafru oyt on wohsi.

Stara, przykurzona rama – niegdyś zapewne w odcieniu starego złota, choć teraz pokryta warstwą szarawego, duszącego pyłu – nie powinna być niczym specjalnym. Nie dla kogoś, kto w swoim życiu widział setki, jak nie tysiące podobnych. Nie dla kogoś, kto praktycznie wychował się w miejscu o atmosferze bliższej muzeum niż ciepłemu gniazdu rodzinnemu, które wypełniały równie stare przedmioty. A jednak było w niej coś, co przyciągało, jakiegoś rodzaju magnetyzm… Szepcząc, choć milcząc, błyszcząc w półmroku, gdy przytłumiony blask księżyca padał na zwierciadlaną taflę, jaką oprawiała.  
Nie sposób było temu nie ulec, odwrócić się i zwyczajnie odejść, choć blondynka tak właśnie powinna postąpić. Przecież wiedziała, co mogło kryć się w lustrze. Podświadomie czuła, iż nie było to nic, co chciałaby zobaczyć, nic dobrego. Przyzwyczaiła się do tu i teraz. Nie oznaczało to, że nie tęskniła czy nie miała marzeń. Nawet myślenie w taki sposób, każda próba wmawiania sobie tego byłyby niczym więcej, jak tylko kłamstwem. Czy jednak tak naprawdę gorszym od prawdy?

I show not your face but your heart's desire.

A jednak podeszła. Wiedząc, iż nie powinna, poddała się magnetyzmowi, stawiając kolejne powolne kroki ku zwierciadle. Wreszcie stając przed nim i muskając palcami ramę. Chmura kurzu wzniosła się w powietrze dokładnie w tym samym momencie, w którym księżyc przysłoniły chmury, a w pomieszczeniu zapadła prawie całkowita ciemność. Blondynka nie zwróciła na to jednak uwagi, wpatrzona w to, co ukazywało stare lustro.
Widziała to, choć dookoła nie panował już tylko zwyczajny półmrok. Widziała, nie mogąc oderwać wzroku od obrazu miejsca, w którym się wychowała. Od rodzinnej posiadłości w Keighley, lecz nie takiej, jaką zapamiętała, gdy oficjalnie opuszczała rodzinę. Posiadłość, jaką przed sobą dostrzegała, była całkowicie inna, a jednak na swój sposób podobna. Zbliżona do tej, którą zapamiętała ze swoich najwcześniejszych lat, gdy ojca praktycznie nie było w domu. Otoczona kwiatami, krzewami i zielonymi drzewami, skąpana w ciepłych promieniach słońca. Piękna. Tak samo jak reszta tej sceny.
Tego bowiem tak naprawdę od zawsze chciała. Akceptacji, miłości, spokoju i idylli. Prawdziwej rodziny z ukochaną osobą u boku, roześmianymi dziećmi biegającymi po ogrodzie… Szczęścia. A jednak to, co widziała, było tylko wątłą iluzją. Mglistą i coraz bardziej odległą.

Przykładowy Post:

Pogoda w Anglii była zmienna. Bardziej niż kobieta podczas okresu. Każdy o tym wiedział, nawet coraz mniej liczni turyści na – wciąż tak samo przeludnionych – ulicach. Tak więc niezbyt szokujące było to, iż przepiękne dni nie mogły trwać wiecznie. Jak na listopad, temperatura była zbyt wysoka, a słońce przypiekało zbyt jasnymi promieniami, by nie wzbudzało to podejrzeń. Oczywiście, Alyssa szczerze wątpiła w to, by ktokolwiek pragnął zmiany takiego stanu rzeczy, ale… Stało się. Kolejny poranek powitał ich pogodnym początkiem, a następnie niespodziewanym rozpętaniem się nawałnicy i lunięciem ściany deszczu, przez którą mało co było widać. Ruch uliczny dosłownie zamarł. Olbrzymie kałuże powiększały się z minuty na minutę, zalewając chodniki i sprawiając, że studzienki kanalizacyjne nie radziły sobie z pochłanianiem wody. Takiej ulewy Londyn nie widział od dobrych kilku lat i nie zapowiadało się, by o niej zapomniał.
Lało nieprzerwanie… Godzinę, drugą, trzecią… Kolejne grzmoty wstrząsały miastem, odbijając się echem od zbieraniny budynków. Błyskawice raz po raz rozświetlały granatowo-czarne niebo, a wiatr zrywał z drzew ostatnie liście, wyrywając parasolki tym desperatom, którzy postanowili nie dać się pogodzie. Ale przy takiej pogodzie nie dało się być rebeliantem, ekscentrycznym indywiduum idącym naprzeciw szarym ludziom chowającym się pod dachami domów, miejsc pracy czy centrów handlowych. Przynajmniej tak mogło się zdawać, bowiem znacząca większość mieszkańców Londynu faktycznie utknęła tam, gdzie znalazła się przed początkiem jesiennej zawieruchy. A jednak nie wszyscy, nie rebele, nie desperaci – czarodzieje. Wykorzystujący choć częściowo zdolność teleportacji, by dotrzeć w różne zakątki miasta.
Ciemnogranatowa peleryna z kapturem zdążyła przesiąknąć już deszczem, gdy jedna z takich osób pojawiła się przy przejściu na Pokątną. Mijając jednak główną ulicę i skręcając w inną – węższą i zdecydowanie mniej uczęszczaną, brudną i szarą, nędzną i… Szemraną. Jak ludzie, którzy zazwyczaj kręcili się po tych rejonach, teraz jednak praktycznie całkowicie nieobecni. Wejście na Nokturn opustoszało, choć nie zmieniło to specyficznej atmosfery tego miejsca, ciągłego wrażenia bycia obserwowaną, jakie odczuwała blondynka. Stawiająca kolejne kroki przed siebie, mimo wiatru i zacinającego deszczu, który – pomimo grubego materiału na jej głowie – całkowicie zmoczył jej włosy, przyklejając jasne loki do zaczerwienionych od wiatru policzków.
Cóż, jeśli chodziło o te ostatnie, przyzwyczaiła się już do tego, co zazwyczaj działo się z odcieniem jej bardzo jasnej skóry. Czy to mróz, czy zwykły chłód, czy wiatr wiejący jej prosto w twarz… Zawsze stawała się takim samym czerwonym jabłuszkiem. Czy to zawstydzenie, czy to zażenowanie, czy zdenerwowanie albo onieśmielenie… Za każdym razem rumieniła się od okolic pod oczami po różowe plamy na dekolcie. Nie było na to rady. Z dwojga złego, wolała już, by powodował to lodowaty, nieustannie zacinający deszcz niż jej własne zakłopotanie, bo akurat powiedziała coś głupiego.
W tym była bowiem prawdziwym ekspertem i naprawdę zdawałoby się, że przy tylu nieprzemyślanych, chaotycznych i przepełnionych mieszaniną różnorodnych emocji stwierdzeniach, jakie wypowiadała średnio kilka razy na dzień… Przynajmniej powinna przyzwyczaić się do ludzkich reakcji, przestając czerwienić się tak, jakby jej twarz podejmowała niewerbalną grę w pomidora. Nie mówiąc już nic o tym, iż znaczna większość osób – z czystego przypadku będąc na jej miejscu – po tylu latach zaczęłaby raczej panować nad własną emocjonalnością. Tymczasem ona nadal pozostawała taka sama. Jakby przeszłe doświadczenia nie istniały. Jak gdyby nie wywarły na nią żadnego wpływu. Co nigdy nie było i nie miało być prawdą, ale… Czy ktoś musiał o tym wiedzieć?
Zawsze grała. Odkąd pamięta, zawsze grała. Najpierw przed ojcem. Była wtedy nieistniejącym dzieckiem, prawie że elementem wyposażenia. Ot, wazonem od nielubianej ciotki, która przyjeżdżała zbyt często, by można było się go na dłuższą metę pozbyć. Jednocześnie była też grzeczną i posłuszną dziewczynką, prawdziwym promyczkiem mugolskiej niani – ich sąsiadki. Była szaloną, zakręconą dziewczyną z sąsiedztwa, opiekuńczą przyjaciółką. Była dosyć wycofaną społecznie koleżanką z Hogwartu. Była kimś, kto nie przyznawał się do własnej rodziny, bo ta nie przyznawała się do niego. Była dziwaczką, kujonką. Była też całkiem niezłą ścigającą. Była upartym rzepem. Głupią Krukonką. Panią Prefekt. Korepetytorką. Towarzyszką, powiernikiem, kompanką. Była kimś, kto sprawiał problemy, kto je przyciągał i kto te kłopoty odganiał. Była niepoprawną optymistką, zakręconym słoneczkiem, odbiciem stereotypowego tybetańskiego mnicha. Dyplomatką i zarazem wojowniczką. Tą, która zdecydowała się na najbardziej niespodziewany krok. Była niedoszłą uzdrowicielką i tymczasową barmanką. Ukochaną i kochanką. Problemem. Była chciana i niechciana. Była kimś po przejściach, kto wcale tego nie okazywał. Tłumiła w sobie wszystko, co złe, co ją raniło, starając się nie okazać tego rodzaju słabości lub szybko ją przezwyciężyć. Była wszystkim i nikim, ale przede wszystkim…
Była uciekinierką. Od samej siebie, od przeszłości czy teraźniejszości, ale także od przyszłości. Od tych, których nienawidziła i tych, których kochała. Zbyt szybko przywiązując się do innych, często jak najbardziej nieodpowiednich. Wbrew wszystkiemu, starając się znaleźć w nich odrobinę tego szczerego ciepła i jednocześnie wyciągnąć na wierzch ukryte pokłady pozytywnych uczuć, upierając się przy tym i nie przestając. Do czasu. Nikt nigdy nie nauczył jej bowiem jednego – ostatecznego zostawania, gdy własne problemy przerastają ją nie o głowę czy dwie, ale o coś, co zdaje się stukrotnie większe od jej możliwości. W swojej grze tak łatwo jest się przecież zgubić. Przyzwyczaić ludzi do czegoś, co tak naprawdę jest tylko półprawdą. Do niezmąconego spokoju, nieustannej walki o relacje czy do powrotów za każdym razem, gdy zdaje się, że nie może być już gorzej.
Doświadczyła tego… Ona – niska, drobnokoścista blondynka o błyszczących niebieskich oczach, prawie nieustannie uniesionych kącikach ust i pogodnej aurze, która zdawała się odpędzać nawet szalejącą dookoła zawieruchę. Osoba, która teraz uparcie podążała przed siebie, bez wahania zapuszczając się w bardziej ponure i niebezpieczne rejony magicznego Londynu, by odebrać przesyłkę dla człowieka, z którym pracowała. Mokra, ale jakby się tym nieprzejmująca. Robiła przecież swoje. Z tym samym zapałem, co dawniej, przynajmniej w teorii. Nie zmieniając się nic a nic od czasu, gdy po raz pierwszy przyszła do pracy. Ta sama Alyssa, ta sama dobra dusza, która nie skrzywdziłaby muchy, a wręcz jej pomogła.
Takie otoczenie bez wątpienia sprzyjało refleksjom. Burza, deszcz i miejsce, w którym nie czuła się już dobrze, przez które chciała przemknąć jak najszybciej. Pukając trzy razy w stare, podniszczone drzwi, wsunęła się do środka częściowo zdemolowanego budynku. O ironio, dochodząc do wniosku, że tak zapewne mogła prezentować się jej własna dusza. Cóż. Ale było dobrze, prawda? Było stabilnie jak nigdy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Caroline Rockers
avatar


avatar
VII rok

PisanieTemat: Re: Marjorie Alyssa Meadowes [dorosła]    Sro Cze 21, 2017 7:55 pm


Ciekawie przedstawiona postać, która pomimo rzucenia szkoły nadal się stara i walczy o swoje. Łap ode mnie 10 dodatkowych fasolek.

_________________


Hear Me Roar
Burn Them All
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Marjorie Alyssa Meadowes [dorosła]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» WZÓR KARTY I WSKAZÓWKI TWORZENIA (dorosły)
» Dorcas Meadowes
» Dorcas Meadowes
» [DOROSŁY] Alastor "Szalonooki" Moody
» [Dorosły] Minerwa McGonagall

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Biblioteka :: Kroniki :: Dorośli -