Go down
Charlotte Everglade
Nauka
Charlotte Everglade

Cmentarz - Page 3 Empty Re: Cmentarz

on Pon Sty 07, 2019 12:58 am
Aymard wyczuł nietopową istotę dużo szybciej niż ona, co prawda hipogryf nie potrafił ich rozróżniać, czuł jednak zagrożenie - i to właśnie kierowało nim gdy ten pikował w dół, w zarośla. Charlotte nie wiedziała jeszcze z czym przyjdzie się jej zmierzyć i dopiero gry hipogryf wylądował zza krzaków, w dalekiej odległości ujrzała coś, co z pewnością nie dane było zobaczyć innemu czarodziejowi. Widziała postać wygryzającą się w szyję drugiej osoby która wydawała się być dziwnie otumaniona. Nigdy wcześniej nie miała do czynienia z takimi istotami, miała jednak wrażenie że zna je na wylot - w końcu sama musiała posiąść wielką wiedzę na ich temat by móc nauczać innych. Panna Everglade doskonale wiedziała że wampiry są istotami bardzo niebezpiecznymi to też obserwowała całą scenę z daleka, nadal siedząc na grzbiecie swojego hipogryfa który nerwowo drowił w ziemię. Gdy zauważyła jak ta zmierza w jej kierunku już chciała odlecieć, jednak jakaś dziwna ciekawość znana ludziom nauki sprawiła, że nie zrobiła tego. Wręcz przeciwnie poczekała na,jak się okazało, blond kobietę z dłonią cały czas zaciśniętą na różdżce.
- O to samo mogłabym zapytać Ciebie, możesz być jednak pewna że nie byłaś podglądana. - odpowiedziała jej spokojnie, a w każdym ze słów które padły z jej ust dało się usłyszeć wyraźny, francuski akcent zdradzający jej pochodzenie. Uważnie obserwowała sylwetkę kobiety, doskonale wiedziała że wampiry mają o wiele lepszy wzrok, miała jednak nadzieję że uda się jej zareagować gdyby wąpierz nagle zdecydował się ją zaatakować.
Nie potrafiła jednak powstrzymać uśmiechu,gdy jej hipogryf został nazwany pięknym, ba dla niej był najpiękniejszym hipogryfem na całym świecie, bo to z nim łączyła ją ta mocna, specyficzna więź.
- Dziękuję, radzę Ci jednak nie podchodzić za blisko. Nie wiem czy wiesz, ale hipogryfy są bardzo honorowymi i dumnymi stworzeniami przez co trzeba postępować z nimi w specjalny sposób, no i od Ciebie dodatkowo wyczuwa zagrożenie.- Odpowiedziała spokojnie, nie spuszczając napotkanej istoty z oczu nawet na chwilę a ręka, która nie była zaciśnięta na różdżce przejechała po piórach hipogryfa.




There is a charm about the forbidden that makes it unspeakably desirable.
Milda Borgouis
Ministerstwo Magii
Milda Borgouis

Cmentarz - Page 3 Empty Re: Cmentarz

on Pon Sty 07, 2019 8:59 am
Milda przez chwilę popatrzyła na kobietę. Wydawałoby się, że brytyjski akcent należy do łatwych w opanowaniu do perfekcji, parę lat nauki i można udawać pospolitego Anglika. Jakie było zdziwienie dziewczyny po dwóch latach studiów, że jest to niemal niemożliwe, mimo wszelkich starań jakie wyłożyła, ludzie wciąż wiedzieli, że łamanie głosek, przeciąganie ich w typowo francuski sposób, jeszcze te twarde samogłoski, zamiast „de” to „że”...
Schowała różdżkę i zrobiła krok w tył. Skoro sprawa została wyjaśniona i Milda może poczuć ulgę, wolała wyciągnąć rękę oraz ukłoniła się dostojnie, należycie by nie odstraszyć hipogryfa, którego określiła pięknym. I nie dziwota - czarnopióre stworzenie było czymś czego Milda za człowieka nie doceniała. Matki natury. Hipogryf rzucił się w oczy od pierwszej chwili, zwrócił jej uwagę, a Milda przecie dostrzega piękno w każdej istocie. Nie jest bez serca. Uśmiechnęła się lekko ku niemu, by spojrzeć, że nieufne zwierze się waha i pilnuje swej towarzyszki przez niebezpieczeństwem. Dostrzegła więź między nimi. Nagle pojawiła się pewna sympatia i uczucie sentymentalizmu, bo znów pomyślała o zmarłych członkach rodziny.
— Ależ ja zdaję sobie sprawę. Żyję wystarczająco długo, by wiedzieć, że hipogryfy to drapieżniki polujące na małe gryzonie, ba, raz doczytałam, że nawet psy! Jednego hipogryfa spotkałam już jako dziecko, ale zbyt bardzo się bałam by podejść bliżej — odparła szczerze i gdy poczuła, że ton jej głosu lekko uspokoił hipogryfa, postanowiła znów że postawić niepełny krok do przodu. — Dostrzegam więź między wami i przyznam, że jest to dość niespotykane. Jesteście jak nierozłączne rodzeństwo.
Mildzie poprawiało humor gdy porównywała cokolwiek do rodziny, której nie miała. Brakowało jej bliskości. A delikatność drzemiąca w niej objawiała się w chwili, gdy patrzyła na kogoś i widziała dobro. Rzadko spotykana cecha, a już na pewno u wampira, który powinien być niewzruszony. Jerome powiadał, że to co kruche mimo że piękne, jest nieistotne, zaś to co silne i długotrwałe było priorytetem.
Poczuła wiatr wiejący solidnie między drzewami, krzakami, a czarnowłosa kobieta nie należała do zimnych istot. Postanowiła ją zaprosić na coś ciepłego do picia i porozmawiać. Przynajmniej wtedy mogła otrzeć się o bliskość z człowiekiem bliższą niż zwykła uprzejmość oraz dalszą od namiętności.
— Jeśli to nie sprawi pani żadnego problemu, chciałabym zaprosić na rozmowę i na Baltazara, nie będę piła krwi — oznajmiła otwarcie — po prostu chętnie porozmawiam z niedoszłą podglądaczką o magicznych stworzeniach, a przynajmniej o tych, które znam. Może nawet chętnie posłucham wykład i przygarnę jedno z nich.
Milda była uprzejma i miła. W taki ziąb nie chciała dodać jeszcze swoich paru pensów i być powodem zachorowań ludzi. Pokiwała głową spojrzawszy wpierw na hipogryfa, który delikatnie uspokoił się dzięki jej tonowi głosu oraz dłoni właścicielki trzymająca go przy sobie i głaskająca go troskliwie. Mildzie spodobał się ten widok. Drzemiąca w niej nutka romantyzmu była miłym przywilejem.
Charlotte Everglade
Nauka
Charlotte Everglade

Cmentarz - Page 3 Empty Re: Cmentarz

on Wto Sty 08, 2019 3:33 pm
Może i dla wielu brytyjski akcent był prosty, ona jednak uczyła się angielskiego we Francji, gdzie nawet jej nauczyciel mówił z rodzimym akcentem. Sama nie mieszkała w Anglii na tyle długo, by perfekcyjnie go opanować a jej akcent, był zawsze dobrym tematem początkującym rozmowy.
Charlotte nie ufała wampirzycy mimo iż ta, najwidoczniej przestała być do niej wrogo nastawiona, panna Everglade posiadała naprawdę dużą wiedzę na temat najróżniejszych stworzeń by wiedzieć, że jeszcze nie jest bezpiecznie, zwłaszcza że ukłon który wykonała wampirzyca był o wiele za krótki by obłaskawić nieufnego hipogryfa.
- Do hipogryfów nie podchodzi się ot tak, są wtedy bardzo niebezpiecznie. Cóż, nie tylko na psy, ten tu poluje również na koty czy niewielkie prosiaki i zeżre praktycznie wszystko, najlepiej gdy jeszcze się rusza. - odpowiedziała pouczająco uważnie obserwując poczynania kobiety. Niestety krok, który wykonała w kierunku zwierzęcia sprawił, że Aymard wspiął się na tylne kończyny wymacując w powietrzu pazurami. Charlotte omal nie spadła ze zwierzęcia, a gdy w końcu udało się jej go uspokoić, rzuciła kobiecie karcące spojrzenie, tak jakby była jednym z jej uczniów na lekcji. - Lepiej zostań w miejscu i nie rób ani kroku w przód, zdajesz sobie sprawę że są niebezpieczne a od tak do nich podchodzisz? Muszę przyznać że jest to nad wyraz nierozważne- Rzuciła w kierunku blondynki, nie schodząc jednak z grzbietu zwierzęcia, doskonale wiedząc że czując jej bliskość hipogryf będzie trochę spokojniejszy. Nie potrafiła jednak nie uśmiechnąć się na słowa o więzi, łączącej ją z jej zwierzęciem które było naprawdę bliskie jej sercu.
- To prawda, znalazłam go jak miał zaledwie pięć miesięcy. Jakiś nierozważny magiozoolog zabił mu matkę, więc go przygarnęłam. Od tamtej pory jest moim przyjacielem i środkiem transportu.- Odpowiedziała, cały czas czule głaszcząc pióra zwierzęcia. Nie chciała nawet myśleć co stałoby się z tym łobuzem gdyby go nie przygarnęła a zwierzę, chyba doskonale wiedziało ile jej zawdzięcza. Szczerze powiedziawszy, nie wyobrażała sobie życia bez tego opierzonego wariata, bo trzeba było przyznać że był niczym żywe srebro.
Kobieta milczała przez chwilę, zastanawiając się co też powinna odpowiedzieć. Z jednej strony nigdy nie poznała wampira, a rozmowa z jednym z nich byłaby czymś nadzwyczaj przydatnym do książki którą planowała napisać, z drugiej jednak strony było to również szalenie niebezpieczne.
- Miłoby było gdyby najpierw pani się przedstawiła, nie zwykłam spędzać czasu w towarzystwie nieznajomych. Co do rozmowy jednak jestem pewna że obie możemy się od siebie wiele nauczyć. - odpowiedziała, posyłając kobiecie delikatny uśmiech, po chwili nawet zsunęła się z grzbietu hipogryfa, rzucając mu tłustą fretkę a sama podeszła do wampirzycy, byleby tylko nie zbliżała się do hipogryfa.
- Charlotte Everglade, nauczycielka opieki nad magicznymi stworzeniami- przedstawiła się, delikatnie kiwając jej głową.
Milda Borgouis
Ministerstwo Magii
Milda Borgouis

Cmentarz - Page 3 Empty Re: Cmentarz

on Sro Sty 09, 2019 4:41 pm
Milda odchrząknęła. Nie podobał się jej ton panny Everglade. Zatrzepotała rzęsami, a potem wyprostowała plecy. Spojrzała na zwierzę.
─ Racja, nie przedstawiłam się. Jestem Milda Borgouis, pochodzę z upadłego już rodu... Miło mi poznać panią Everglade.
Milda wolała puścić płazem te uwagi, które chyba wskazywały, że kobieta jest nauczycielem. Wiedza jaką posiadała o hipogryfach była dość szczegółowa zważywszy na karcący ton w jej kierunku. Milda nie dziwiła się z powodu, że nigdy nie była blisko ze zwierzętami. Raczej ją to nie interesowało.
─ Zapraszam do baru pod Chichoczącym Gryfem, to tu, niedaleko kościoła ─ wskazała palcem. ─ Opowie mi pani całą historię. Muszę trochę spasować, ostatnio w Ministerstwie panuje napięta atmosfera, więc przydałaby mi się odrobina towarzystwa.
Milda raczej nie bywała w tym barze, wolała przesiadywać w rezydencji Cevelinów, gdzie mieszkała sama jak palec, w ciemnym domu, który sprzątały zaczarowane miotły, miotełki do kurzu, gąbki do mycia naczyń, z których raczej nie jadła, zaś czarowała je raczej dla przestrogi. Bar często był odwiedzany przez większość mieszkańców, po to by napić się za młodość, powspominać dzieciństwo, czy dla samej zabawy. Jest znany z miłej atmosfery, że w ciągu całego roku nikt nie spotka się tam z nieprzyjemnościami. Zresztą ostatnimi czasy rzadziej gdziekolwiek wychodzi. Bez przerwy pracuje, niemal rzadko bywa w rezydencji z powodu problemów w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów.
─ Postaram się nie przestraszyć hipogryfa ani go niepotrzebnie denerwować. Będę trzymała się na dystans ─ dopowiedziała nie dbając o akcent.
Podniosła ręce w geście obrony, a co najważniejsze nadal zważała na nieufną postawę hipogryfa do niej. Milda potrzebowała raczej towarzystwa, rozmowy, a Charlotte Everglade wydawała się odpowiednią osobą. Zresztą poznała akcent. Francuska dama, z pewnością z Akademii. Milda pomyślała, że to dobra okazja powspominać i popytać o Beauxbatons.
Odwróciła się i gestem chudych palców zaczęła prowadzić towarzyszkę do wspomnianego baru.
Charlotte Everglade
Nauka
Charlotte Everglade

Cmentarz - Page 3 Empty Re: Cmentarz

on Pią Sty 11, 2019 6:06 pm
Niestety pewnych nawyków, zwłaszcza tych związanych z pouczaniem innych. Charlotte ten nawyk miała naprawdę mono zakorzeniony w sobie, zwłaszcza gdy w pobliżu znajdowało się jakieś magiczne stworzenie które jej uczniowie mieli w nawyku ignorować, nie zdając sobie nawet sprawy z tego w jak wielkim zagrożeniu mogą się znaleźć.
-Mnie również miło, Mildo - odpowiedziała kobiecie na uprzejmości. Nad propozycją zastanawiała się zaledwie przez chwilę, szybko posyłając wampirzycy przyjazny uśmiech.
- Bardzo chętnie trochę się rozerwę, jestem pewna że mamy dużo tematów do rozmowy. - odpowiedziała, po czym podeszła znów do swojego zwierzęcia, wyszeptując mu kilka słów w rodzimym języku, a czarny hipogryf zrobił krok w tył, po to by po chwili poderwać się do lotu. Charlotte nie mogła go przecież zabrać ze sobą.
- Prowadź. - rzuciła jeszcze do wampirzycy, gdyż sama w dolinie Godryka bywała bardzo rzadko.

/zt



There is a charm about the forbidden that makes it unspeakably desirable.
Erin Potter
Oczekujący
Erin Potter

Cmentarz - Page 3 Empty Re: Cmentarz

on Pon Lut 04, 2019 3:40 pm
Zmaterializowali się tuż obok dwóch podobnie wyglądających grobów, leżących tuż obok siebie.
Erin drgnęła lekko, nie czując się za dobrze po teleportacji. Nagła zmiana miejsca pobytu przyprawiła ją o drobne zawroty głowy. Z pewnością nie pomagał również fakt, że była wyraźnie osłabiona – a takie skakanie z miejsca na miejsce nie wpływało za dobrze na jej organizm.
Powiew wiatru musnął jej policzki, które już po chwili zaczerwieniły się delikatnie. Postawiła pierwsze kroki, a świeży śnieg, po którym dotychczas nikt jeszcze nie chodził, cicho zaskrzypiał pod jej stopami.
Wbiła wzrok w kamienne nagrobki, na których widniały białe napisy z nazwiskami i datami. Obie mogiły były identyczne – różniły się wyłącznie ozdobami. Przy grobie należącym do Dorei Potter stał wazon świeżych, różowych goździków, z kolei przy mogile przeznaczonej dla Erin znajdowały się lilie oraz niewielki, nieco pokrzywiony już przez czas i zmienne warunki atmosferyczne bałwan, ulepiony w formę ptaka, a z jego głowy wystawały trzy czarne piórka.
Erin, widząc to, uśmiechnęła się lekko. Nawet nie zorientowała się, kiedy po jej policzku spłynęła drobna łza wzruszenia. Otarła ją szybko, pociągając nosem.
- Ty go ulepiłeś, prawda? Jest… genialny. - mruknęła, na chwilę spoglądając na Jamesa z uśmiechem. W końcu kucnęła przy nagrobku mamy i wyciągnęła w jego kierunku dłoń. Położyła ją na kamiennej powierzchni, gładząc ją parokrotnie w milczeniu.
- Czy mogę na chwilę pożyczyć twoją różdżkę?
Gdy James zgodził się, odebrała od niego przedmiot, po czym sięgnęła po pobliski kamyk. Położyła go na grobie matki, a następnie wstała i, unosząc różdżkę, wykonała nią niezbyt skomplikowany gest. Kamień przybrał postać niewielkiej wiązanki złożonej z lilii.
Oddała różdżkę bratu, po czym westchnęła cicho.


Erin Potter
only the dead have seen the end of war
[mru]
James Potter
Oczekujący
James Potter

Cmentarz - Page 3 Empty Re: Cmentarz

on Wto Lut 05, 2019 9:47 pm
- Do taty – posłał jej krótki uśmiech nim zdążył dotrzeć do kuchni. Było tyle osób które chciał w tej chwili poinformować, ale to ojciec był tym który zasługiwał na tę wiadomość jako pierwszy. James miał nadzieję, że po powrocie Erin Charlus odzyska dawną radość z życia. Nawet jeżeli dla niego miałby pozostać zimny i oschły, to niech przynajmniej przy Erin zazna odrobiny dawnego szczęścia. Nie chciał by tata zawiódł Erin, niech przynajmniej on nie złamie jej znowu serca. Za jeden jego dawny żart, uśmiech posłany w kierunku Rin oddałby pewnie teraz wszystko.
Zaciągnął się papierosem powoli zbierając myśli. Już nawet nie zwracał uwagi na to jaką sprawiało mu to ulgę, jak koiło to jego zszargane nerwy, pomagało się skupić, uspokoić, czy zwyczajnie zrelaksować. Kiedy właściwie minął tę granicę którą mógłby nazwać uzależnieniem? Chyba nie był w stanie jej jednoznacznie wskazać, ale nie wyobrażał sobie teraz dnia bez papierosa, chociaż często kończyło się to dniem nie tylko z papierosem, ale z całą ich paczką. Natomiast w miejsce dawnych występków jakimi kiedyś były właśnie fajki, wskoczyło kilka nowych wynalazków, mniej legalnych. I tak oto harmonia została zachowana tylko weszła na trochę wyższy level.
- Od jakiegoś czasu… - mruknął nagle czując się jakoś niezręcznie – Zwykle nie pale w domu, sytuacja wyjątkowa… - dodał chociaż to wyjątkowa zdarzało mu się ostatnio zbyt często. Mamy nie było, ojciec ciągle siedział w pracy, Syriusz sam chętnie z nim dymił, dziewczyny nie marudziły, więc… Hulaj dusza.
- Będzie musiało poczekać – odparł nie bardzo wiedząc jak to wszystko ubrać w słowa by nie odebrała tego źle. Za dobrze jednak go znała by dać sobie wcisnąć jakieś puste wymówki. Cholera, jak bardzo mu jej brakowało, nawet tej jej dociekliwości – Jest wojna, Erin… Nie potrafiłbym siedzieć bezczynnie i latać sobie beztrosko za zniczem. Ona sama się nie wygra, a ja nie mam zamiaru pozwolić jej skrzywdzić nikogo więcej mi bliskiego – wzruszył ramionami jakby to była najbardziej oczywista oczywistość – Quidditch będzie musiał poczekać… Jak to wszystko się skończy… - dodał łudząc się, że jest to prawda. Ćwiczył niemalże codziennie, ale czy była jakakolwiek szansa, że będzie mógł kiedyś do niego wrócić? Wątpliwe.
W końcu i do niego dotarło ile w ciągu tych kilku miesięcy zmieniło się w jego życiu. Jakim prawem mogło wydarzyć się to wszystko bez udziału jego siostry? Ukłucie żalu przeszyło jego serce, ale miał ją jednak teraz przed sobą i to było najważniejsze.
- Och, no… Marlene, Marlene McKinnon. Nie chciała wracać do domu w którym zamordowano jej rodziców, więc zaproponowałem jej że może się u nas zatrzymać póki sobie czegoś nie znajdzie – zrobił dłuższa przerwę, akurat o Marlene nie było mu ciężko powiedzieć, Erin wiedziała, że są na stopie kumpelskiej, za to Charlotte, oj tak, z nią sprawy miały się trochę inaczej – I nie zabijaj mnie proszę, ale jeszcze Charlie… - zacisnął zęby jakby czekał na jakiś cios, ale szybko przeszedł do tłumaczeń – Nie jesteśmy razem, po prostu musiała gdzieś ukryć się przed ojcem… Żeby była jasność – rozłożył ręce w geście bezradności chociaż wiedział, że tak po prawdzie to chciał ją przyjąć nie tylko dlatego że tego potrzebowała.
James nigdy nie pozwoliłby Luniakowi odejść. Nie wyobrażał sobie również, że mógłby zostawić Remusa podczas pełni. Szanował jego niechęć do spotkań, był nawet w stanie ją zrozumieć. Sam czasami nie mógł sobie patrzeć w oczy widząc tam Erin. Wolał listy? Ok, niech będą listy. Przynajmniej były chociaż one…
Co? Gdzie? Jak? Jaka teleportacja!? Przez moment nie miał pojęcia co się dzieje, gdy nagle Rin była już pod swoim pokojem i wołała go by pomógł jej go otworzyć. Tak po prawdzie, to James tylko raz do tej pory kogoś teleportował i była to ich mama, gdy dostrzegł na jej dłoniach oznaki smoczej ospy. Przeniósł ją do św. Munga i wtedy widział ją po raz ostatni. Dlaczego akurat teraz musiał o tym pomyśleć?
Otworzył drzwi do jej pokoju, ale nie przekroczył progu. Wpatrywał się w te wszystkie rzeczy które z dniem śmierci Rin zostały tam zamknięte i nie potrafił się ruszyć. Było jej tam tak dużo, tak przerażająco dużo… Ocknął się dopiero gdy chwyciła go za dłoń.

Pierwsze co zrobił, to oczywiście sprawdził, czy Erin teleportowała się cała i zdrowa. Objął ją ramieniem i niemalże odetchnął z ulgą samemu nawet drgnieniem powieki nie przyznając się, że również nie przyjął teleportacji zbyt dobrze. Kto wymyślił to cholerstwo… Przecież na świecie istnieją tak wspaniałe miotły…
Dopiero później dotarło do niego gdzie są. Świeży śnieg zdołał przykryć jego nocne ślady, ale poza tym nie zmieniło się tu nic. Dalej tkwiły tu dwa nagrobki, świeże kwiaty i… ten bałwan przez którego Potterowi poczerwieniały policzki. Dobrze, że mógł zgonić to na mróz.
- Tak… - bąknął. Nieco pokrzywiony przez czas i zmienne warunki atmosferyczne? Niestety, był on całkiem świeży, tyle że właśnie mniej więcej tak wyglądały umiejętności artystyczne Jamesa – Nie rycz… Starałem się – uśmiechnął się żartując i schował ręce do kieszeni, gdy kucnęła przed nagrobkiem z wazonem różowych goździków.
Co jakiś czas rozglądał się dookoła jakby w obawie, że ktoś znowu przyjdzie mu ją odebrać. Różdżkę ciągle miał w pogotowiu, a wszystkie zmysły wytężone na otoczenie. Jego uwagę w końcu przykuły napisy mówiące, że to właśnie jego mama spoczywa pod tym kamieniem i zacisnął usta. Tyle razy tu przychodził, ale robił to głównie po to by porozmawiać z Erin. Tymczasem jej tu wcale nie było, a jego mama… owszem. Był na siebie wściekły, miał wrażenie że zawalił jako syn. Pamiętał tylko jej obojętne, smutne spojrzenie gdy snuła się po domu, jakby bez Erin był on całkowicie pusty. Pamiętał tylko to, a przecież powinien pamiętać o wiele więcej…
Podał jej różdżkę bez słowa, a sam ukląkł na śniegu i po dłuższej chwili rzeźbienia ulepił coś na wzór jelenia, równie pokracznego co kruk. W miejsce rogów wbił mu dwa patyki i ustawił go obok drugiego bałwana. Otrzepując skostniałe ręce ocenił swoje dzieło na PO i ponownie objął Rin dając im chwilę w absolutnej ciszy w trakcie której z drugiego nagrobka usunął wszystkie litery pozostawiając lity kamień.


Cmentarz - Page 3 C10
Erin Potter
Oczekujący
Erin Potter

Cmentarz - Page 3 Empty Re: Cmentarz

on Czw Lut 07, 2019 12:31 am
Odsunęła się, widząc, jak jej brat zabrał się do lepienia kolejnego bałwana. Postanowiła dać mu ku temu stosowną przestrzeń, prostując się i krzyżując ręce na piersi. Obserwowała zaserwowany przez Jamesa pokaz artystyczny z nieukrywanym rozbawieniem i jednoczesnym wzruszeniem. W czynności chłopaka było coś uroczo radosnego, jakiś pierwiastek dziecięcej niewinności, której nikt nie mógł odebrać.
Wszyscy po cichu mówili o wojnie – przeraźliwej sile, która miała odbierać resztki człowieczeństwa. Przygotowywali się, tworzyli sobie zaplecze do walki, schronienie, a także zapewniali możliwość ucieczki. A ona? Ona po prostu zapragnęła zapisać ten krótki moment w pamięci, zamknąć go w szklanej kuli śnieżnej, aby móc wielokrotnie go potem oglądać – by nie zapomnieć, że wszyscy wciąż byli tylko i wyłącznie ludźmi. Ludźmi, którzy zasługiwali na śmiech, na łzy i na cholerne lepienie bałwana. Ludźmi, których istnienie nie było i nigdy nie miało być uzależnione od nieustannej walki. Bo nikt z nich nigdy samodzielnie nie zdecydował się na taki los.
Lekko oparła się głową o ramię brata, kiedy ten stanął tuż obok niej i zajął się usuwaniem liter z jednego z nagrobków. W milczeniu spoglądała na grób mamy, żegnając się z nią w myślach. Atmosfera cmentarza pogrążonego w bezwzględnej ciszy nieco uspokoiła ją wewnętrznie. Znalazłszy się tutaj, wszystkie emocje, które dotychczas dusiły ją od środka, w końcu znalazły jakieś ujście. Głęboko wdychała zimne powietrze, czując, jak wraz z nim do jej wnętrza przychodziło upragnione ukojenie. Nabyła przy tym dość spore pokłady świadomości, które zresztą skutecznie ją orzeźwiły – na tyle mocno, że w końcu dotarło do niej, że podeszwa w jednym z jej butów pękła na pół, powodując, iż znaczna część śniegu dostała się do środka, bestialsko mocząc jej wełnianą skarpetę. Potrząsnęła poszkodowaną stopą, krzywiąc się nieco.    
- Wojna… - odezwała się w końcu, przygryzając dolną wargę. – Wiesz, jakoś nie mogę w to uwierzyć. Jeszcze chwilę temu oboje wygrywaliśmy mecze w Hogwarcie i to była dla nas najbardziej istotna rzecz na świecie. A teraz… - westchnęła cicho. – Ty nigdy nie byłeś rozsądny, James. I nagle okazuje się, że wystarczyło, żebym zniknęła na dziewięć miesięcy, abyś stał się odpowiedzialnym człowiekiem. Też chcę się ogarnąć życiowo. Wytypujmy kogoś, kto zostanie porwany na kolejne dziewięć miesięcy i wtedy być może będą dla mnie jakieś szanse.
To mówiąc, posłała mu nieco zawadiacki uśmiech, po czym odsunęła się od niego na moment. Spojrzała w niebo, opierając obie dłonie o potylicę.
- Tak naprawdę wydaje mi się, że nie jestem gotowa na to życie. Ani trochę. Kiedyś chciałam być aurorem, a teraz myśl o tym, że miałabym stanąć na polu bitwy… przeraża mnie. Stałam się jakimś pieprzonym cieniem samej siebie. Dlatego podziwiam cię. Ja… ja nie wiem czy chcę uczestniczyć w tej walce.
Objęła się ramieniem, jakby sama nie do końca będąc pewną tego, co właśnie wydobyło się z jej ust. W końcu westchnęła ciężko, spoglądając na Jamesa.
- Daj mi zapalić. Ale może… chodźmy już stąd. Nie chcę, aby mama była tego świadkiem.
Zaczęła powoli podążać alejką w kierunku wyjścia z cmentarza, uprzednio rzucając ostatnie spojrzenie nagrobkowi. Czuła się o wiele lepiej niż jeszcze pół godziny temu, zanim przybyli na miejsce. Cieszyła się, że miała szansę zobaczyć matkę po raz ostatni.
Nagle przypomniała sobie wszystkie te wiadomości na temat ich nowych lokatorów, które James zdołał przekazać jej jeszcze w domu. Lekko uniosła brwi, próbując w miarę sprawnie przeanalizować każdą z nich.
- A wracając do naszej rozmowy… ojciec ot tak się na to zgodził? Na te wszystkie osoby? Hej, czy mój pokój nadal należy do mnie? – spytała, udając chwilowe przerażenie, na potwierdzenie czego rozszerzyła oczy ze strachu.
A więc Charlotte… doskonale pamiętała Charlie. Dziewczyna, która była równie nieodłącznym elementem ich dzieciństwa, co latanie na miotłach. Może było to dość niefortunne porównanie, jednakże nadzwyczaj trafne, zważywszy na ich dawną codzienność. Doskonale pamiętała, że James z Charlie wyjątkowo mocno przypadli sobie do gustu – na tyle mocno, że Erin co wakacje unikała zwyczajowego wpadania do pokoju brata bez zapowiedzi z obawy na widok, który tam zastanie.
Uniosła jedną brew.
- Z jednej strony walczysz ze śmierciożercami, a z drugiej wciąż nie możesz poradzić sobie z dziewczynami. Oj, James.


Erin Potter
only the dead have seen the end of war
[mru]
James Potter
Oczekujący
James Potter

Cmentarz - Page 3 Empty Re: Cmentarz

on Sob Lut 09, 2019 11:24 pm
Chociaż był traumatycznym lepiaczem bałwanów to uwielbiał to robić, nie umniejszając faktu że zdecydowanie bardziej znany i lepszy był w produkcji śnieżek i prowadzeniu bitew śnieżnych. Kiedyś to w takich bitwach uczestniczył, ba, dalej mu się to zdarzało, to dziecko z niego ciężko będzie przegonić, teraz jednak miał stawić czoła zgoła innym wrogom, prawdziwym wrogom, a śnieżne kule miały zastąpić prawdziwe ciosy i zaklęcia, niosące ze sobą już nie śmiech, a śmierć. Czy był na to gotowy? A za cholerę! Nie wyobrażał sobie jednak, że mógłby zostać jedynie biernym obserwatorem. Nie gdy bezpośrednie niebezpieczeństwo zagrażało jego bliskim.
- Nie zawdzięczaj sobie wszystkich zasług. Zawsze byłem rozsądny i odpowiedzialny, nie było jednak potrzeby by to okazywać – stwierdził górnolotnie posyłając jej krótki wścibski uśmieszek, który szybko został starty przez coś na wzór smutku albo zmęczenia – Nie potrzebujesz do tego porwania – może i momentami był totalnym arogantem i uważał, że świat kręci się tylko wokół niego, ale za nic w świecie nie chciał wierzyć, że rzeczywiście potrzebował jej zniknięcia by się otrząsnąć – Daj sobie trochę czasu. Los dał mi szansę bym wyprzedził cię w edukacji, nie odbieraj mi tej chwili chwały – znowu się uśmiechnął. Zawsze był lepszy w obracaniu wszystkiego w żart, niż w szczerych rozmowach – Ale żałuj, że nie widziałaś jak pożegnaliśmy Hogwart. Podpaliliśmy wieżę Gryffindoru – dodał dumnie, naprężając się przy tym jak paw – Co prawda przez przypadek – wywrócił oczami – Ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie?
Ciągle nie mógł uwierzyć, że znowu ma ją przy sobie. Jakoś długo trwał ten sen, a co najgorsze, był cholernie realistyczny. Właśnie patrzył na nią jak spogląda w niebo z rękoma splecionymi z tyłu głowy, a na twarz opadają jej drobne płatki świeżego śniegu. Co z tego, że od kiedy się pojawiła przez większość czasu przytulał się do niej jak jakiś glonojad, znowu miał ochotę wziąć ją w ramiona i najlepiej to wcale jej nie wypuszczać. Tak jakby chciał się nacieszyć nią na zapas w razie jakby jednak działo się to wyłącznie w jego wyobraźni, albo jakby chciał nadrobić te minione dziewięć miesięcy, chociaż przecież nigdy nie słynął z takiej czułości.
Stał jednak teraz nieruchomo, z rękoma wciśniętymi w kieszenie i tylko pożerał ją wzrokiem słuchając uważnie jej słów.
- Nie musisz, Rin – rzucił szybko, jakby bał się, że za chwilę zmieni zdanie i będzie już za późno – Już swoje w tej wojnie wycierpiałaś. Teraz pozwól, że ja się wezmę za aurorowanie i nie żebym proponował wymianę marzeń, ale w Quidditchu byłaś genialna… - zaproponował mając nadzieję, że mimo wszystko może ją to skusi, aby tylko odsunąć ją od walki, zapewnić jej jakiś azyl w którym będzie bezpieczna. Nie to żeby chciał teraz wszystkich wpakować do jakiegoś schronu, by wypuścić ich dopiero gdy będzie po wszystkim, chociaż… Może i najchętniej by tak zrobił?
- Na pewno chcesz? – mruknął niepewnie, posyłając jej podejrzane spojrzenie spod jednej uniesionej brwi. Nie miał zamiaru jej ojcować, ale wolałby by przynajmniej wróciła do pełni sił nim zdecyduje sama się podtruwać. Mimo to wyciągnął w jej stronę paczkę by później samemu również wpakować sobie fajkę do ust. Posłał jedynie mamie przepraszające spojrzenie i ruszył za siostrą alejką pomiędzy grobami.
- Eee... No… Nie zgłaszał obiekcji – odparł. Właściwie to postawił ojca przed faktem dokonanym i jedynie oznajmił mu, że dwa dodatkowe pokoje będą zajęte. Czy pan Potter jakkolwiek się tym przejął? Nawet jeżeli zaczął obawiać się, że jego syn zamienia dom w przytułek dla bezdomnych, organizuje sobie harem, albo Merlin wie co jeszcze, to nie dał po sobie tego poznać. I tak rzadko w nim bywał, może rzeczywiście było mu to już obojętne? – Twój pokój zawsze zostałby twój – zapewnił, chociaż wiedział, że wcale nie musiał, szczególnie po tym czego dziś w nim doświadczyła.
- Och, bo… ze śmierciożercami jest dużo prościej! Ja ich nienawidzę, oni nienawidzą mnie, czarno na białym, nikt się nad niczym nie zastanawia, wszyscy wiedzą na czym stoją… A z dziewczynami? Raz cię kochają, później nie cierpią. Biją po twarzy by później przyznać, że im na tobie zależy. Całują, by za moment schrzanić gdzie pieprz rośnie, najlepiej bez słowa. Pokazują stanik i trzaskają drzwiami przed nosem. Mówią, że chcą jednego, tak naprawdę oczekują innego... Bez obrazy siostra, ale jesteście cholernie skomplikowane…


Cmentarz - Page 3 C10
Erin Potter
Oczekujący
Erin Potter

Cmentarz - Page 3 Empty Re: Cmentarz

on Nie Lut 10, 2019 1:25 pm
Parsknęła śmiechem. Przez cały czas rozłąki zdołała niemalże całkowicie zapomnieć, jak bardzo uwielbiała ich wzajemne przekomarzanie się.
- I mam rozumieć, że równie rozsądnie podpaliłeś wieżę Gryffindoru. Na Merlina, James, gdybyś był rozsądny, to wybrałbyś szatnię Slytherinu.
Dobrze, że nie zdecydowałeś się na szatnię Gryffindoru, Potter. Merlinie, mam nadzieję, że o TYM nie wiesz.
Wspomnienie wydarzenia tuż sprzed jej porwania było na tyle odległe i jednocześnie iluzoryczne, że prawie sama nie potrafiła w nie uwierzyć. Szczerze nie sądziła, aby Lupin komukolwiek kiedykolwiek o tym powiedział; gdyby jednak tak było… och, byłby martwy. I to bynajmniej nie w taki sposób, w jaki martwa była ona przez ostatnie dziewięć miesięcy.
Postawiła parę kolejnych kroków, odbierając papierosa z paczki podstawionej przez brata. Wsunęła fajkę między wargi, a następnie podpaliła ją różdżką Jamesa. Dopiero gdy napotkała spojrzenie Pottera, lekko uniosła brwi, początkowo, w ramach dość bezwarunkowego odruchu, nie spodziewając się, że ktokolwiek mógłby chcieć się o nią martwić czy zabiegać o jej dobre samopoczucie. To była kwestia jej nowo nabytego przyzwyczajenia – konieczności polegania tylko i wyłącznie na sobie. Dopiero chwilę później uświadomiła sobie, o jak wielką abstrakcję to zahaczało. Ona, Erin Potter, zaczęła się dziwić, że ktoś wykazywał wobec niej szczerze dobre zamiary. To, na ile straciła swoje dawne człowieczeństwo i zaufanie do ludzi, było na swój sposób przerażające.
Lekko drgnęła, uciekając wzrokiem od twarzy brata, nie chcąc, aby spostrzegł jakąkolwiek zmianę w jej zachowaniu. James był jej ostoją, gwarantem normalności, a ponowne spotkanie go stacją, przy której mogła się zatrzymać po swej długotrwałej tułaczce by zregenerować siły. Nade wszystko nie chciała stracić go w tej formie, bo wiedziała, że wówczas straciłaby również ostatnie funkcjonujące cząstki samej siebie.
Wypuściła z ust szary kłąb dymu, który na chwilę zawiesił się w powietrzu. Nie mogła jednak powstrzymać pojedynczego prychnięcia, gdy usłyszała słowa Jamesa na temat jego przyszłości.
- To, że porwał mnie jakiś pieprzony psychopata, w żaden sposób nie powoduje, że powinieneś przekreślić swoje marzenia – wyrzekła z wyrzutem. Musiała mu jednak przyznać, że wizja jej samej na miotle… była kusząca. Jak mogłaby jednak swobodnie realizować się w swym ukochanym sporcie, wiedząc, że w tej samej chwili jej brat nadstawia karku? Poza tym, quidditch przynosił sławę. Nawet jeśli dana drużyna dopiero zdecydowała się przyjąć w swe szeregi nowego zawodnika, jego nazwisko automatycznie zostawało dopisywane do sekcji sportowej chociażby w głupim Proroku Codziennym. Świadomość faktu, iż Wolfgang mógłby w tak łatwy sposób zyskać dostęp do informacji na temat tego, czym aktualnie zajmowała się w swoim życiu, napawała ją ogromnym lękiem.
Wyszła z cmentarza, a następnie przysiadła na murku, który odgradzał to miejsce od reszty otoczenia. Po raz kolejny potrząsnęła dziurawym butem, a gdy stwierdziła, że lada moment na pewno nabawi się przeziębienia, podciągnęła obie nogi, obejmując je rękami.  
- Chyba za bardzo się boję. Wszystkiego. – skwitowała w końcu, wypuszczając z ust kolejną chmurkę dymu. Założyła jeden z kosmyków włosów za ucho i po chwili przeniosła spojrzenie na Jamesa.
- Na miejscu Charlie też bym ci trzasnęła drzwiami przed nosem, jakbyś podglądał mnie na samym staniku. Chyba, że to nie ją miałeś na myśli – to mówiąc, posłała mu lekko zadziorny uśmieszek. Prawdę mówiąc, tym sposobem chciała wyciągnąć od niego nieco więcej informacji. W sumie nigdy nie miała okazji porozmawiać z nim akurat na takie tematy. Teraz, widząc go po raz pierwszy po tak długim czasie, w końcu miała możliwość nadrobienia wszystkich tych bezpowrotnie straconych chwil. – Nie no, mów mi wszystko. W ostateczności zawsze mogę taką nawiedzić w nocy, udając ducha i tym sposobem zmusić ją do pokochania mojego ulubionego braciszka. Ach, przyznaj, że beze mnie byś sobie nie poradził.


Erin Potter
only the dead have seen the end of war
[mru]
James Potter
Oczekujący
James Potter

Cmentarz - Page 3 Empty Re: Cmentarz

on Sro Lut 13, 2019 10:25 pm
Na moment nawet zadarł głowę do góry i zmarszczył niesymetrycznie brwi usilnie zastanawiając się nad opcją podpalenia szatni Slytherinu. Gdyby umyślnie miał wywołać pożar, to rzeczywiście było to miejsce idealne. Oczywiście najchętniej puściłby z dymem ich pokój wspólny, ale podpalenie lochów mogłoby niechybnie zakończyć się pożarem całego Hogwartu, a to już chyba nie uszłoby mu płazem…
- Chcieliśmy TYLKO zorganizować pokaz fajerwerków w trakcie naszej ostatniej przeprawy łódkami przez jezioro. Także wieża Gryffindoru była idealna. Ustawiliśmy wszystkie materiały wybuchowe w naszym pokoju, tylko no… Coś źle wyliczyliśmy – odchrząknął – I było spektakularnie – pokiwał głową na nowo przeżywając całe widowisko – Bardzo spektakularnie – uśmiechnął się jak to miał w zwyczaju po wywinięciu jakiegoś dobrego dowcipu – Przynajmniej Filch nie nudził się w wakacje – dodał, niby od niechcenia – Ale szatnię Slytherinu też z chęcią bym spalił, zresztą, Gryffindoru też – przerwał na chwilę  puszczając jej oko. I nie, wcale o TYM nie wiedział, i o TYM nie mówił, chociaż swoją drogą ciekawe jakby zareagował na tak barwną opowieść – Przecież wiadomo, że bez nas to w Gryfilandzie poziom Quidditcha drastycznie sięgnie dna… - zakończył na moment myślami odlatując do Hogwartu. Zastanawiał się, jak sobie radzi ich domowa drużyna, w końcu nie przekazał nikomu konkretnemu swojej funkcji kapitana, a razem z ich rocznikiem odeszło mnóstwo świetnych graczy. Trochę im się zejdzie nim zgrają się na nowo.
Obserwował ją jak naturalnie odpala sobie papierosa i wypuszcza pierwszy kłąb dymu posyłając mu trochę zdziwione spojrzenie, by chwilę później uciec wzrokiem. Również odbił gdzieś w drugą stronę, uparcie zachowując milczenie. Czuł, że zamiast częstować ją fajką, powinien wpakować w nią kolejną porcję jajecznicy i zagonić do łóżka by wypoczęła. Tak czuł, ale po tym co przeszła nie był w stanie zabronić jej czegokolwiek, nawet z troski. Nie chciał pakować jej z klatki do klatki, ani sprawić by chociaż przez moment tak się poczuła.
- Nie przekreślam… Mówiłem, odkładam na później – uparcie stał przy swoim – I to nie przez twoje porwanie… Myślę, że i tak w końcu doszedłbym do takiej decyzji. Źle się dzieje Rin, ta wojna wcale nie ma się ku końcowi, jest tylko gorzej… - mruknął, a przed oczyma wertował to kolejne nagłówki z gazet o morderstwach. Nie chciał kolejny raz dostrzec tam znajomego nazwiska.
Gdy przysiadła na murku stanął naprzeciwko niej. Nie wiedzieć czemu chciał ją osłonić przed główną ulicą, mimo że póki co nikt tu się nie kręcił. Skąd taka reakcja? Nie miał pojęcia.
- Zimno ci? – spytał gdy podciągnęła nogi, chociaż nie powiązał jej potrząsania stopą z możliwością dziurawego buta. Kolejny raz cisnęły mu się na usta złote rady, a mianowicie że nie powinna siadać na kamieniu bo się przeziębi. Merlinie, aż był zły na ten głupi rozsądek który ciągle gdzieś mu się tam obijał po głowie, gdzie on się tego cholerstwa nabawił?
- Dopiero wróciłaś, powtórzę się, ale daj sobie czas – bąknął trącając ją pocieszycielsko kolanem i również wypuścił obłok dymu delektując się smakiem nikotyny.
Kolejny raz dziękował pogodzie za mróz który zarzucił na jego twarz rumianą maskę kamuflującą wypieki które udzieliły mu się po wymienia stanikowych poglądów.
- Nikogo nie podglądałem! – żachnął się, nie wiedząc jeszcze, że tymi słowami sam sobie podłożył świnię – I akurat nie o Charlie chodziło… - w jej przypadku jak sytuacja dociera już do stanika to zdecydowanie nie kończy się to trzaśnięciem drzwiami – Och, no… Nieważne – zaplatał się, nie przywykł do kontemplowania z kimś swoich miłosnych porażek, nawet z Erin – Akurat Charlie to zwiała bez słowa na ponad dwa miesiące z kraju jak ją pocałowałem – podjął temat byleby tylko nie wracać do staników – W końcu wkurzyło ją to moje niezdecydowanie – dodał sięgając po kolejnego papierosa, tym razem nie poczęstował już Erin – Przyznaję, że bez ciebie trochę się pogrążyłem… - w końcu w kwestii Lily, Rin była idealnym doradcą – Ale myślę, że to nie problem dziewczyn, tylko mój – dodał, wzrokiem ambitnie analizując śnieg pod swoimi butami.


Cmentarz - Page 3 C10
Erin Potter
Oczekujący
Erin Potter

Cmentarz - Page 3 Empty Re: Cmentarz

on Pią Lut 15, 2019 8:00 pm
Kiedy słuchała opowieści Jamesa o pamiątkach, jakie pozostawił po sobie wraz z resztą przyjaciół w Hogwarcie, uśmiech nie schodził z jej twarzy, a jedynie z sekundy na sekundę pogłębiał się coraz bardziej. Powodem tego nie było jednak wyłącznie rozbawienie – było jej zwyczajnie miło oglądać brata takiego, jakim był dawniej. Energicznego, pewnego siebie Jamesa, niemyślącego za specjalnie o konsekwencjach podejmowanych działań. To był dokładnie taki sam Potter, jakiego zapamiętała – nieprzytłoczony nieuchronnie zbliżającą się obietnicą wojny, chcący choć przez chwilę okazywać radość ze swoich żartów i wygłupów. To właśnie dlatego za każdym razem, gdy, pełna paniki i strachu, zamknięta w czterech ścianach i zdana wyłącznie na łaskę Wolfganga, zamykała oczy, próbując przypomnieć sobie twarz brata, widziała go w właśnie takiej formie. To było coś, co mogła traktować jako swoisty wentyl bezpieczeństwa.
Mógł tego nie wyczuć – zresztą dołożyła sporych starań, aby nie było to szczególnie łatwe do zauważenia – ale za każdym razem, gdy wspominał o wojnie, miała wrażenie, że coś wewnątrz niej umierało od środka. To było coś niewyobrażalnego. Przez okrągłe dziewięć miesięcy nie pragnęła niczego innego, jak tylko tego, aby w końcu się uwolnić. Ucieczka była wszystkim – spełnieniem marzeń, realizacją planów, powrotem do tych wszystkich ludzi, których tak bardzo kochała, a którym nawet nie mogła tego przekazać. I gdy w końcu udało jej się zbiec, gdy wróciła do rzeczywistości, którą z wypiekami na twarzy wspominała każdego dnia, okazało się, że wszystko to, co dotychczas było jej znane, stało się całkowicie obce. Postrzępione na kawałki, bezwzględnie wyrwane przez szpony okrutnej wojny. Matka, Remus, Lily, James. Każde z nich zostało obdarte z elementów, które niegdyś, w oczach Erin, były nierozłącznie przypisane do ich osób. Wtedy nie sądziła, że cokolwiek będzie w stanie im je odebrać - teraz  na przykładzie Jamesa widziała na własne oczy, że wojna nie liczyła się z nikim, a już w szczególności nie z jej dziecięcym wyobrażeniem rzeczywistości.
Nie mogła poradzić sobie z tym cholernym poczuciem niesprawiedliwości. Nie była na to przygotowana. Nikt nie zdołał jej tego nauczyć. Nikt nie powiedział, że pewnego dnia będą musieli otworzyć oczy i nie zajmować się dyskusją na temat wyników ostatniego meczu, w którym grała ich ulubiona drużyna quidditcha, a tym, czy aby na pewno mają co do garnka włożyć. To nie takiej rzeczywistości oczekiwała przy swoim powrocie. Nie tego się spodziewała. Miało być dobrze. Miała przestać być więźniem.
Drgnęła lekko, widząc, jak James puścił jej oczko przy wspomnieniu szatni Gryfonów. Zamarła, czując, jak jej ciało oblewa zimny pot. Zaraz jednak wypowiedział słowa, które zdawały się zaprzeczać temu, aby cokolwiek wiedział. Zdołała jedynie wygiąć usta w delikatnym uśmiechu i kiwnęła głową, starając się odwrócić uwagę brata od swej możliwie dość podejrzanej reakcji.  
- Musimy kiedyś tam wpaść i pokazać im wszystkim, jak się gra. Nawet nie wiesz, jak strasznie przez ten cały czas brakowało mi miotły. Tam… nie miałam za wiele pola do popisu – z pozoru niepozorne zdanie wymsknęło się spomiędzy jej warg, zanim zdołała w ogóle przemyśleć to, co chciała powiedzieć. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że niekoniecznie powinna w obecności Jamesa traktować aspekt porwania w równie naturalny sposób, jakby mówiła o pogodzie. O ile dla niej miała to najpewniej być swoista forma terapii, dzięki której mogłaby łatwiej pogodzić się z tym, co ją spotkało, o tyle znała temperament brata i wcale nie zdziwiłaby się, gdyby ten nagle postanowił rzucić wszystko i znaleźć Wolfganga, aby następnie porządnie się z nim rozprawić.
- Tak, trochę mi zimno. Może wracajmy już? – szybko zmieniła temat, po czym podniosła się, wyrzucając niedopałek do pobliskiego śmietnika. Podstawiła ramię Jamesowi i pociągnęła go w stronę uliczki, którą następnie zaczęli kierować się w stronę ich rodzinnego domu. – Tym razem na piechotę?
Zerknęła na brata kątem oka, nie mogąc powstrzymać lekkiego uśmieszku, kiedy ten zaczął się tłumaczyć w dość nieudolny sposób. Nieco mocniej ścisnęła jego rękę, po czym zaczepnie szturchnęła go ramieniem.
- Heeeej, już rozumiem! Nie podglądałeś, czyyyyyli… ta „tajemnicza kobieta” sama chciała, abyś patrzył! Opowiedzmiopowiedzmiopowiedz. Prooooszę. – przeciągnęła, spoglądając na niego w najbardziej uroczy sposób, na jaki tylko było ją stać.
Nagle szeroko otworzyła oczy, wciągając powietrze.
– Chyba, żeeeeee… to Lily?! Nie, to do niej nie pasuje… a może jednak? Skoro wam „nie wyszło”… na Merlina, tyle mnie ominęło, ja się w tym wszystkim nigdy nie połapię!
Na kolejną wzmiankę o Charlie, lekko ściągnęła brwi. W końcu zatrzymała się, zmuszając również do tego samego Jamesa i pomachała kilkakrotnie głową.
- Zaraz, zaraz, zaraz. Całujesz Charlotte, Evans lub JESZCZE KTOŚ INNY pokazuje ci się na staniku. I ty się dziwisz, że którąś z nich mogło wkurzyć twoje niezdecydowanie? Poza tym... no, muszę przyznać, że nie próżnowałeś! Ale to dobrze. Chociaż któreś z nas miało coś od życia.
Mimowolnie wbiła wzrok przed siebie, lekko przygryzając dolną wargę. Trudno było przy tym wszystkim nie myśleć o Remusie.
Chciałaby tylko wiedzieć, czy wspomnienie o niej pojawiało się w jego głowie równie często, co myśl o nim u niej.


Erin Potter
only the dead have seen the end of war
[mru]
James Potter
Oczekujący
James Potter

Cmentarz - Page 3 Empty Re: Cmentarz

on Nie Lut 17, 2019 12:56 am
- Spokojnie, przecież wcale bym jej nie podpalił… - rzucił tylko, z nutą troski i zakłopotania w głosie. Często rozumieli się bez słów, ale były takie sfery gdzie nadawali na całkowicie innych falach. Nie domyślił się, że z szatnią Gryffindoru łączą ją wstydliwe wspomnienia. James był facetem. Typowym facetem. Owszem, zauważył jej drgnięcie przy wspomnieniu o podpaleniu i to jak później zamarła, ale jedyne o czym wtedy pomyślał, to to że po tym co przeszła nawet takie słowa mogą napawać ją lękiem. Nie miał pojęcia jaki był Wolfgang, podejrzewał, że nawet jeżeli Rin kiedyś opowie mu o nim coś więcej, to i tak będą rzeczy o których nie będzie chciała wspominać. Był na niego wściekły, okrutnie wściekły, za to wszystko co jej zrobił, za to jak ją zmienił, za to jak pokazał jej jaki świat może być okrutny...
- Och… - bąknął. Tam. Przez ostatnie miesiące nie istniało dla niego żadne tam. Żołądek znowu mu się zacisnął na myśl, że przez ponad pół roku żył jakby jej nie było, a ona tkwiła w zamknięciu, w realnym miejscu, miejscu które gdzieś tam dalej istniało. Zacisnął usta na papierosie, potrzebował czasu by to przyswoić, to jasne, ale potrzebował czegoś więcej… zemsty - Zagramy, nie raz. A na lot możemy wybrać się jeszcze dziś - posłał jej szeroki uśmiech i uniósł jedną brew, jakby obiecywał jej przy tym niezapomniane wrażenia.
- Jasne – odparł i zdjął swoją kurtkę zarzucając jej na ramiona. Nie przyjąłby odmowy, ani zwrotu. Pewnie gdyby wiedział o dziurze w jej bucie, również i tą częścią odzienia by się podzielił stosując wcześniej odpowiednie zaklęcie zmniejszająco zwiększające. Mróz niekoniecznie mu dokuczał, zresztą, dalej był w szoku po jej powrocie, więc wszystko inne zeszło gdzieś na dalszy plan – Skoro nalegasz… - stwierdził jakby jemu było to całkowicie obojętne, ale prawda była taka, że od teleportacji po stokroć wolał już podróż na własnych nogach.
Udał, że wcale nie widzi jej uśmieszku, nie czuje tego mocniejszego uścisku, ani szturchnięcia… A pobliskie drzewa są aż nad wyraz ciekawe! W końcu jednak rzucił jej krótkie spojrzenie pełne obronnych błyskawic, a z ust wypuścił długim podmuchem chmurę dymu.
- Naprawdę chcesz słuchać jak twój brat dobiera się komuś do stanika? – rzucił licząc, że się zreflektuje, ale zamiast tego chwilę później padło imię Lily, a on o mało nie zakrztusił się własną śliną – To było jeszcze przed twoją… twoim porwaniem – zawiesił się na moment – Czy to ważne z kim? Tak tylko… palnąłem… dawno i nieprawda – dodał jeszcze i zatkał sobie usta papierosem, kolejna zaleta fajek, potrafiły ratować z opresji. Siłą rzeczy, miał teraz ten stanik przed oczyma, stanik i oczywiście jego właścicielkę. I aż gorąco mu się zrobiło, chociaż był właśnie na mrozie i to bez kurtki. I niby wiele cycków widział już w życiu, i to bez stanika, ale to właśnie to wspomnienie sprawiało, że serce biło mu szybciej. Merlinie, co za siara…
Gdy tylko się zatrzymała wiedział, że zaraz mu się dostanie. Rzucił końcówkę papierosa w śnieg i zagasił go butem. Najchętniej sięgnąłby po kolejnego, zamiast tego jednak wcisnął ręce do kieszeni bluzy i z zaciśniętymi ustami przyglądał się Erin mierząc ją niepocieszonym wzrokiem spode łba.
- Nie dziwie się – wtrącił w ramach samoobrony – Och, to nie tak… - na moment wyjął dłonie z kieszeni i przetarł sobie nimi po twarzy jakby był zmęczony. Nie próżnowałeś (…) Chociaż któreś z nas miało coś od życia. Czuł się winny, winny, że w ogóle mogła tak pomyśleć. Nie chciał, by uważała, że bez niej wszystko było jak dawniej. Bo nie było, ani trochę. Z Lily ledwo potrafił rozmawiać, zresztą, z Lottą teraz było podobnie - Charlie ma prawo mnie nienawidzić, nauczyłem się, że zawsze jest obok i nie raz to wykorzystywałem… Zależy mi na niej, na swój sposób i czasami mam wrażenie, że gdybym był rozsądny, to dałbym sobie spokój z Lily i wróciłbym do Charlotte… Ale wiesz co jest najgorsze? Że nawet po tych pieprzonych dziewięciu miesiącach, gdzie definitywnie Evans dała mi do zrozumienia, że to ty byłaś Potterem na którym jej zależało, nie ja, nie my oboje, ale tylko i wyłącznie ty, nie jestem w stanie sobie z tym poradzić, zamknąć tego, nie mówiąc już o rozpoczęciu czegoś nowego… Nie mam kurwa pojęcia na co ja liczę, na co czekam, niby wydaje mi się że rozumiem, ale i tak nie mogę pchnąć tego do przodu… Czasami jestem naprawdę na nią wściekły… - zakończył i znowu ruszył ścieżką w stronę domu, z kieszeni wyciągając kolejnego papierosa.


Cmentarz - Page 3 C10
Erin Potter
Oczekujący
Erin Potter

Cmentarz - Page 3 Empty Re: Cmentarz

on Nie Lut 17, 2019 11:43 am
Na jej twarzy automatycznie pojawił się uśmiech, gdy usłyszała, że jeszcze dziś mieliby okazję polatać. Merlinie, miałaby możliwość ujrzenia i skorzystania ze swojej miotły po tak długim czasie!
Mało kto potrafił zrozumieć jej miłość do latania. Dla sporej ilości ludzi to był po prostu element głupiego sportu, jedna z możliwości poruszania się, być może nie najwygodniejszy środek transportu. Do dziś pamiętała, jak niejednokrotnie przekomarzała się z Lily na temat tego, jak istotną rzeczą w życiu czarodziejów były miotły. Evans nigdy nie widziała w nich nic specjalnego, z kolei Erin czuła się tym głęboko urażona. Z ich dwóch to ruda była tą twardo stąpającą po ziemi, a Potter tą, która najchętniej nie zbliżałaby się do gruntu ani na sekundę. To właśnie dlatego tak bardzo kochała latanie – w powietrzu była nieuchwytna. Nie tylko dla zawodników z przeciwnej drużyny, ale przede wszystkim dla trosk i dla zmartwień.
Wystarczyło, aby James tylko napomknął na ten temat, a jej serce niemalże natychmiast zaczęło bić przyspieszonym rytmem. Właściwie… skoro reagowała w ten sposób, skoro quidditch uwalniał w niej tak wiele pozytywnych emocji, to czy faktycznie nie powinna wziąć propozycji brata na temat skoncentrowania się na karierze sportowej w przyszłości na poważnie? Przemawiało za tym tyle sensownych argumentów… w końcu jej nazwisko już i tak stało się sławne w świecie czarodziejów – a to za sprawą nowego stanowiska jej ojca.
I nagle po raz pierwszy od paru godzin odczuła dobrze już znany, ciepły oddech na karku. Ten sam, który oblewał jej skórę każdego dnia, gdy Wolfgang znajdował się za blisko. Ten sam, który, co najgorsze, w końcu zaczął wyzwalać pozytywne emocje, kiedy przez okrągłe dziewięć miesięcy był jedynym świadectwem innej żywej istoty, z jaką przyszło jej obcować w tym samym pomieszczeniu. Ten oddech ostudził ją, przyprawił o dreszcze, które skutecznie pozbawiały nadziei na jakąkolwiek świetlaną przyszłość.
Jakże mogłaby pomyśleć, że kiedykolwiek będzie prawdziwie wolna.
Skuliła się delikatnie, co na szczęście można było potraktować jako potwierdzenie jej niedawnych słów na temat tego, że było jej zimno. Na ratunek szybko przyszedł James, oddając jej swą kurtkę. Nie mogła powstrzymać się od tego, aby na chwilę zatrzymać spojrzenie na twarzy brata. To, jak o nią dbał, jak się troszczył… za każdym razem rozczulało ją coraz bardziej. Na tyle mocno, że miała wrażenie, że jak tak dalej będzie, to w końcu się rozpłacze.
Przełknęła ślinę, starając się wziąć w garść. Zaczęła gorączkowo szukać jakiegokolwiek punktu zaczepienia do dalszej rozmowy, byleby tylko przerwać emocjonalny rozgardiasz panujący w jej głowie.
- Nie pal tyle – burknęła w końcu, lekko ściągając brwi. Nie zdołała nawet policzyć, ile papierosów przebrnęło przez jego dłonie w ciągu tych paru minut. Na szczęście temat podbojów miłosnych Jamesa stał się głównym filarem ich aktualnej rozmowy, stąd też postanowiła się go uczepić.
Cały czas stała w miejscu, nawet już po tym, jak jej brat, po wypowiedzeniu wszystkich tych słów, które najwyraźniej ciążyły mu na sercu już od dawna, zaczął iść w kierunku ich domu. Przez moment nie wiedziała co powinna ze sobą zrobić. Do tej pory przekomarzała się z nim, specjalnie nieco podważając jego kompetencje romansowe, a teraz poczuła się zupełnie tak, jakby została oblana kubłem zimnej wody. Szczególnie mocno dotknęły ją jego słowa na temat Lily.
- Nie… to nie może być tak… - powiedziała cicho, zanim w ogóle zorientowała się, że faktycznie wygłosiła to na głos. Dopiero po chwili, właśnie dzięki tym słowom, otrząsnęła się i podbiegła w stronę brata, chwytając go za przedramię i tym sposobem zatrzymując w miejscu. – James… przepraszam…
Nabrała powietrza w płuca, próbując poukładać w głowie wszystko to, co chciała powiedzieć.
- Nigdy nie chciałam wchodzić pomiędzy was dwoje. Nigdy. Zawsze trzymałam za was kciuki. Dobrze wiesz, że lubię Charlotte, nie pochwalałam też tego, że była dla ciebie czymś w rodzaju pocieszenia, ale… tak naprawdę nigdy nie sądziłam, że mógłbyś się z nią związać. Wiesz dlaczego? Bo kochasz Lily. Zawsze kochałeś. To nigdy nie chodziło o Charlie, James. Zawsze o Lily.
Na chwilę przerwała, puszczając jego rękę. Wbiła spojrzenie w czubki butów.
- Wierzyłam w was, wierzyłam nawet przez te wszystkie miesiące, kiedy mnie nie było. To o tobie myślałam, kiedy próbowałam walczyć o Remusa, a on miał mnie głęboko gdzieś. O tobie i o tym, że ty nigdy byś się nie poddał.
W końcu przeniosła spojrzenie na Jamesa.
- Jesteś wściekły, bo ją kochasz.


Erin Potter
only the dead have seen the end of war
[mru]
James Potter
Oczekujący
James Potter

Cmentarz - Page 3 Empty Re: Cmentarz

on Wto Lut 19, 2019 10:47 pm
Posłał jej jeden ze swoich zawadiackich uśmiechów, ten trochę przekorny i trochę wścibski.
- Ja ci oddaję swoją kurtkę, a ty w zamian śmiesz mnie pouczać? – żachnął się teatralnie i zawiesił papierosa pomiędzy wargami by zmarznięte ręce spleść na torsie.
Była to forma obrony, po pierwsze, przed zwróceniem uwagi na fakt, że rzeczywiście, jak to brat z siostrą, częściej sobie dokuczali niż obdarowywali się gestami pełnymi troski, a dnia dzisiejszego James wykorzystał chyba limit uprzejmości na całą wieczność, a po drugie, przed tym, by jakkolwiek na poważnie odnieść się do swojego nałogu. Właściwie to Erin była pierwszą osobą która zwróciła mu na to uwagę. Szczęście w nieszczęściu temat szybko zboczył na inne tory, niestety równie wyboiste.
Nigdy nie był skory do rozmów o uczuciach, takich szczerych rozmów, na poważnie, gdy nie chodziło już o zwykłe podrywanie rudowłosej przyjaciółki siostry, tylko o coś więcej. Ciążyło to na nim już od dłuższego czasu, niby wiedział, że jest w niezłym bagnie i należałoby się z niego w końcu wygrzebać, ale zupełnie nie wiedział jak się do tego zabrać. Uczucia były dla niego skomplikowane niczym pradawna magia, a dziewczyny które się z nimi bezpośrednio wiązały przekraczały już chyba wszelkie znane mu granice pogmatwania.
Gdy więc wylał to wszystko z siebie na niczemu winną Erin, odwrócił się na pięcie w geście ewakuacji i ruszył w kierunku bezpiecznej przystani. Nie umknęło jego uwadze, że została w tyle i chociaż był bardzo niechętny by ją zostawiać, nie zatrzymał się. Nie słyszał co wypowiedziała pod nosem, ale z pewnego rodzaju ulgą przyjął, gdy w końcu podbiegła do niego i chwyciła go za ramię.
- Nie przepraszaj – fuknął i zacisnął usta dogłębnie analizując wszystkie płatki śniegu w jej włosach – To nie ty weszłaś pomiędzy nas – wtrącił – To wy byłyście najlepszymi przyjaciółkami od samego początku, a później ja postanowiłem się wtrącić – uderzył sobie pięścią w pierś i na moment spuścił wzrok, gdy wspomniała o Charlie. Chciał się postawić, zaprzeczyć temu, że była dla niego pocieszeniem, bo był czas gdy przecież świata poza nią nie widział. Może rzeczywiście było to już dawno temu, gdy dopiero poznawali czym jest zauroczenie, miłość, namiętność, ale było i było im dobrze, czyż nie? Nie miał pojęcia czy potrafiłby to odbudować, czy to w ogóle było możliwe po tym wszystkim co wydarzyło się pomiędzy nimi później i po tym jak bardzo od tego czasu się zmienili. Nie miał pojęcia czy w ogóle tego chciał. I czy ona tego chciała.
Bo kochasz Lily. Zawsze kochałeś. To nigdy nie chodziło o Charlie, James. Zawsze o Lily.
Również wbił spojrzenie w czubki butów, jej butów. Czuł, że miała mnóstwo racji, bo owszem, zdawał sobie sprawę, że zależy mu na Lily, zależy, bo to że ją kocha już tak łatwo nie przechodziło mu przez usta, a nawet i z myśli starał się to wypierać. Tylko co z tego? Gdyby rozchodziło się tylko o niego, tylko o jego uczucia, to pewnie by jej sobie nie odpuścił, sęk w tym, że i z jej uczuciami musiał się liczyć, chciał się liczyć.
- Rin… Walczyć można o kogoś, kto chce by o niego walczono… - nie chciał przy niej snuć domysłów, które zaprzątały mu głowę, tych w których tłumaczył sobie postawę Lily, to że w pewnym momencie mu uległa, by później bez słowa wyrwać się i uciec. Wstydził się ich, nie tylko dlatego że mało który stawiał go w dobrym świetle, ale dlatego że każdy oznaczał jego porażkę, a jej krzywdę – To nie tak, że się poddałem… Po prostu… - westchnął ciężko, przygryzając policzek od środka – Nie chcę jej wmawiać, by chciała czegoś, czego nie chce – mruknął. Zrobiło się strasznie poważnie i nie czuł się z tym komfortowo, co pewnie wyczuwała. Skoro jednak postanowili zaserwować sobie kilka szczerych słów, stwierdził, że i on jest jej coś winny – Za to Remus… Kochał cię i zdecydowanie nigdy nie miał cię gdzieś, zwyczajnie… Lepszy był w książki niż w dziewczyny… – oj, zdziwiłbyś się Potter, zdziwił… – I wiem, że kocha cię dalej. To się da jeszcze odbudować, ale żeby to zrobić, musisz niezwłocznie powiadomić go o swoim powrocie z zaświatów – pokusił się o uśmiech, chociaż niezmiennie temat jej relacji z Remusem był dla niego krępujący, w końcu, Merlinie, tu chodziło o jego siostrę, jego niewinną siostrę, całą godzinę młodszą od niego, i że ona niby miałaby... ten tego z jego kumplem? – Chodź, Merlin niedługo doleci do taty… - dodał i podsunął jej swoje ramię.


Cmentarz - Page 3 C10
Sponsored content

Cmentarz - Page 3 Empty Re: Cmentarz

Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach