Share
Go down

Dziecko Niespodzianka z Zerrikani

on Pon Paź 17, 2016 1:30 am
Każdy z moich braci i sióstr tak naprawdę opowiedział już swoją historię życia. Teraz wy podchodzicie do mnie i zadajecie to głupie pytanie "jak to z tobą było?" Naprawdę uważacie, że opowiem wam coś wyjątkowego. A może macie nadzieję, że przynajmniej moja opowieść będzie bardziej radosna. Niestety muszę was rozczarować. No, ale skoro tak bardzo chcecie, to zapraszam was do karczmy, na kufel piwa, i tam opowiem wam wszystko ze szczegółami.
Jak pewnie zdążyliście już zauważyć po moim niecodziennym odzieniu, po malowaniach na twarzy nie pochodzę ani z Redani, ani z Nilfgardu, czy innych znanych wam miejsc na tym padole łez. Moja ojczyzna znajduje się bardzo daleko od was. Zerrikania... słyszeliście kiedyś? naturalnie, że nie tyle ile byście chcieli. To nawet dobrze, dzięki temu nasza kultura ma szansę przetrwać znacznie dłużej niż wy. Ahhh Zerrikania, piękna kraina która znajduje się na połódniowym-wschodzie. Kraina która tętni życiem, ale pomimo piękna które się w niej znajduje, potrafi być równie śmiercionośna. Słyszeliście pewnie legendę o pewnym smoku, który niegdyś żył na terenach Zerrikani. Dbał o on o wszystko co żyje, pilnował równowagi w naturze. Niektórzy nawet uważają, że to on wszystko stworzył. Nie przytoczę wam jego imienia, bo nie ma w tym najmniejszego sensu, i tak uznacie, że to co wam opowiem to stek bzdur. Tak czy inaczej smok ten był tak potężny, że to właśnie od jego imienia wzięła się obecna nazwa mojego kraju. Moi przodkowie wiedli tam spokojne i dostatnie życie. Niestety z chwilą kiedy z barbarzyńskiego lądu pierwsi obcy weszli na nasze tereny równowaga została bardzo poważnie zachwiana. Ludzie ci bowiem byli chciwi, chcieli zawładnąć wszystkim co spotkali na swojej drodze. Niszczyli wszelkie piękno jakie tylko pojawiło się na tej ziemi. Smok miał tego dosyć, nie miał siły już naprawiać za każdym razem tego co ci barbarzyńcy zniszczyli. Któregoś dnia rozpostarł swoje skrzydła i wzleciał w niebo, po czym zionął ogniem i takim o to sposobem zniszczyła część dżungli, stworzył pustynię, wielką i nieprzyjazną. Teren ten ponoć z lotu ptaka przypomina smoka, a w miejscu gdzie powinno być serce znajduje się własnie owa oaza która nosi nazwę Zerrikania.
Przez ludzi północy jesteśmy nazywani dzikusami, barbarzyńcami, ale gdyby któryś z nich poznał chociaż trochę naszą kulturę, zrozumiałby, że tak naprawdę jesteśmy łagodnym ludem. Mamy, jednak swoje zasady i jedyne czego chcemy to tego aby ci którzy pragną przybywać na nasze ziemie ich przestrzegali. Nie mieszamy się w żaden wojny, one nas tak naprawdę nie dotyczą. Dzięki temu, że żyjemy w dżungli mamy pod dostatkiem jedzenia, nawet w naszych ziemiach są złoża cennych metali, dzięki czemu możemy być niezależnym krajem. Kto rządzi naszym krajem?... król? my nie mamy czegoś takiego. U władzy u nas są kobiety... dokładnie tak, kobiety są wojowniczkami, władczyniami, jak byście to nazwali. Mężczyźni za to pracują w polu, zajmują się ogrodami, albo pracują w kopalniach. I bynajmniej nie są zmuszani do tego. Taki porządek w tym kraju panował od samego początku i raczej tak już pozostanie.
No, ale miałam opowiadać o swojej historii a nie opiewać piękno mojego kraju, chociaż to również jest niesamowicie interesujący temat. Tak czy inaczej od zawsze wiedziałam, że jestem inna. Nie pasowałam do Zerrikan chociażby kolorem skóry. Przy nich byłam niezwykle blada, nawet w chwili kiedy tamtejsze słońce muskało moją skórę. Właśnie te cechy sprawiały, że zaczynałam rozumieć, że moja ojczyzna tak naprawdę była gdzieś indziej, ale zadziwię was. Nie było to dla mnie wcale wielką tragedią. Nie chciałam obsesyjnie znaleźć swojego miejsca na ziemi, bo moje miejsce było w Zerrikani i ja o tym wiedziałam. Moja rodzina można powiedzieć, że była czymś w rodzaju waszej szlachty. Matka dowodziła jak byście to nazwali "wojskami" a mój ojciec był handlarzem. Jak zapamiętałam rodziców. Byłam oczkiem w głowie matki. Pokładała we mnie naprawdę wielkie nadzieje. Jej największym pragnieniem było doczekanie chwili aż jej córka zostanie wojowniczką i wyruszy na barbarzyński ląd. Ojciec... on był raczej stosunkowo chłodno do mnie nastawiony, od kiedy pamiętam. Gdybym znalazła w sobie trochę więcej odwagi najpewniej powiedziałby mi skąd się tak naprawdę wzięłam, ale wówczas wolałam żyć tym co będzie, niż tym co było. Z resztą w Zerrikani zupełnie inaczej upływał czas. Wasze zmartwienia były nam tak naprawdę obce. Przez to, że wszyscy staraliśmy się utrzymywać równowagę, to i każdy z nas wolał iść do przodu niż do tyłu.
Matka... była odważna, nie znam drugiej tak samo odważnej kobiety jak ona. Wszelkim niebezpieczeństwom wychodziła naprzeciw. Nigdy nie cofała się przed wyzwaniami. Niestety pewnego razu trafiło się coś czego nie była w stanie zabić. Była to niezwykle przerośnięta matikora. Miałam wtedy dokładnie czternaście lat. Była to dla mnie niesamowicie ważna lekcja. Mianowicie, są takie przeszkody które da się przeskoczyć, ale nie zawsze w tradycyjny sposób. W tym wypadku tym "sposobem" był wiedźmin. No i przyjechał... uporał się z potworem, a po powrocie do wioski zażądał godnej zapłaty. Niestety cały czas wypytywał się o jakieś blaszane motety z północy. Teraz wiem, że chodziło mu o pieniądze... ale w Zerrikani tego nie było. Mówiłam, byliśmy wolni od tego co u was potrafi odebrać rozum. Robiło się coraz bardziej niezręcznie. Wiedźmin czekał na zapłatę, a moja matka zachodziła coraz bardziej w głowę co mu ofiarować. W końcu poszli na rozmowę w cztery oczy. W chwili kiedy wrócili widziałam moją matkę po raz ostatni. Wiedźmin posadził mnie na swoim koniu, po czym sam na niego zasiadł i nie pozwalając mi na dłuższe pożegnania pognał przed siebie. Wiedziałam, że moja matka oddała mu to co miała najcenniejszego, mnie samą. I istną zniewagą byłoby gdyby ten nie przyjął takiego daru... nie miał tak naprawdę wyjścia. Wiedźmin miał na imię Meinard... był bardzo małomówny na skutek czego większość podróży mijała nam w milczeniu. Od czasu do czasu udało mi się wydobyć od niego jakieś strzępki informacji, na temat samych wiedźminów... ale nigdy na temat jego samego. I takim o to sposobem mijały dni, miesiące... aż w końcu teren zaczął się zmieniać. Ludzie się zmienili. Ci których widziałam wtedy po raz pierwszy byli przestraszeni, uciekali w popłochu przed koniem, a może raczej na widok wiedźmińskiego medalionu który zwisał z szyi Meinarda. Co więcej, ludzie północy byli raczej milczący, więcej myśleli niż mówili... i to oni nazywali nas dzikusami... było to dla mnie wówczas całkiem zabawne...
Chcecie już wiedzieć jak przechodziło moje wiedźmińskie szkolenie... dobrze... opowiem wam... w najbliższym czasie...


Opowiadanie oparte na tym co udało mi się przeżyć na Larpie który był osadzony w świecie wiedźmina. Moja postać miała na imię Cinna i pochodziła z Zerrikani. Jak poukładam sobie jeszcze raz myśli to napiszę wam kontynuację tej naprawdę wspaniałej opowieści ;)
Powrót do góry
Similar topics
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach