Zapraszamy serdecznie do przyłączenia się do przygody!


CalendarCalendar  IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  GrupyGrupy  FAQFAQ  

Share | 
 

 Puste ramy

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
AutorWiadomość
Mistrz Gry
avatar


avatar

PisanieTemat: Puste ramy   Sob Gru 13, 2014 10:03 pm

First topic message reminder :



Puste ramy, wiszące na ścianie.

_________________
Sowa Specjalna & Prośby do MG & Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me. It resembles my own mind except that you happen to be insane.”
— George Orwell, 1984

Chcesz napisać prośbę do konkretnego Mistrza Gry na Prywatną Wiadomość? Użyj odpowiedniego określenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
Nickolas Lloyd
avatar


avatar
Martwy †

PisanieTemat: Re: Puste ramy   Sro Sty 21, 2015 7:53 pm

Może miejsce wyznaczone na spotkanie nie było najcieplejsze, ale przynajmniej miał pewność, że będą mogli spokojnie porozmawiać bez zbędnych spojrzeń i pytań. Rozmawianie o Annie nie było bowiem zbyt mile widziane przez dom Helgi Hufflepuff, który starał się, jak mógł by oszczędzić dziewczynie całego tego społecznego szumu wobec jej osoby. To był jeden z tych tematów o których nigdy nie należało wspominać Żółtym, którzy cokolwiek wiedzieli. Nigdy. A Nickolas co właśnie robił? Miał powiedzieć wszystko tej urokliwej Krukonce, która od jakiegoś czasu go interesowała, ale nie miał w sobie aż tyle odwagi by zrobić ten pierwszy krok. A teraz? Teraz nadarzyła się znakomita okazja! Poza tym miał pewność, że Florence nikomu nic nie powie, bo przecież nie powie, nie? Lloyd przejechał dłonią po swoich blond kosmykach i wypuścił ciężko powietrze.
To było naprawdę skomplikowane.
- Tak, całkiem udany. Nie mogłem się jednak doczekać by się z Tobą zobaczyć - powiedział po chwili nieco zakłopotany całą sytuacją. Odchrząknął jednak i przysunął się do dziewczyny. - Tak, odpowiem na wszystko. Nie wiem za wiele, bo Anna jest o rok niżej i w sumie, jak się domyślasz, nie chce zbyt wiele o tym opowiadać. W każdym razie te wydarzenie bardzo ją zmieniło. Zawsze była pełna życia i życzliwości dla każdej osoby - wszystko zdawało się ją cieszyć. Aż do dnia, kiedy postanowiła pójść do Zakazanego Lasu. Tam właśnie trafiła na jakąś dziwną istotę, która zdawała się mieć...kłopoty? Nie pamiętam dokładnie, ale było coś w tym stylu. Anna mi mówiła, że z początku sądziła, że to tylko normalna staruszka. I zanim się obejrzała znalazła się w jakimś dziwnym miejscu, a to coś podało jej jakiś dziwny napar i...pozbawiło dłoni. Więcej Anna nie była mi w stanie powiedzieć, ten temat jest bardzo drażliwy, sama rozumiesz. Niemniej raz podsłuchałem, jak ktoś mówił, że uratowała ją jakaś Krukonka i to w samą porę. Gdyby nie tamta dziewczyna pewnie Anny by już z nami nie było...
Nickolas zakończył swoją wypowiedź i spojrzał gdzieś w bok by następnie znów spojrzeć na rudowłosą. W jego oczach był widoczny bardzo wyraźnie niepokój.
- Co zamierzasz zrobić, Flor?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Florence Frederica Floyd
avatar


avatar
VI rok

PisanieTemat: Re: Puste ramy   Sob Sty 24, 2015 11:57 pm

Florence rozumiała dlaczego spotykali się w tak odosobnionym miejscu. Pytania o Annie nie były mile widziane, rudowłosa wiedziała, że tak naprawdę wypytywanie Puchona o tą sprawę było wielkim nietaktem i nie powinna tego robić, ale cóż - ciekawość, moi drodzy, ciekawość... Podobno to pierwszy stopień do Piekła i faktycznie, kto wie, gdzie tym razem zaprowadzi ją ta ciekawość...
-To bardzo miłe. - uśmiechnęła się szeroko, słysząc, że czekał na to spotkanie cały dzień. Cóż, ona też, ale niestety z innych powodów niż on... Czyżby chłopak był w niej zadurzony? Florence miała nadzieję, że tak nie jest - w końcu ledwo go znała, a i nie interesowały jej aktualnie związki. Ojej, Nickolas...
Miłosne myśli szybko jednak wyleciały z głowy Krukonki, gdy chłopak zaczął opowiadać o historii Annie.
Wsłuchiwała się w jego słowa, starając zapamiętać każdy szczegół opowieści. Nie było tego dużo, Flo liczyła na trochę więcej - ale cóż, to i tak było o wiele lepsze niż marne pogłoski, które miała wcześniej. Coś jednak się dowiedziała.
-Dziękuję. - uśmiechnęła się zamyślona do Nickolasa. Była naprawdę wdzięczna za to, że poświęcił swój czas, by tu przyjść i opowiedzieć jej o tym.
-Co zamierzam... - powtórzyła, popadając w jeszcze głębsze zamyślenie. Sięgnęła do nadgarstka i zsunęła z niego gumkę do włosów, którą następnie związała je w kitkę, nadal rozważając pytanie Puchona. W końcu otrząsnęła się, spojrzała na niego z wojowniczym wyrazem twarzy i uśmiechnęła się szeroko. - Masz może ochotę na wyprawę do Zakazanego Lasu, drogi Nickolasie? Coś czuję, że tam czekają wszystkie odpowiedzi...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Nickolas Lloyd
avatar


avatar
Martwy †

PisanieTemat: Re: Puste ramy   Pon Sty 26, 2015 5:50 am

Może i była bardzo ciekawska, ale to tak, jak przystało na prawdziwą Krukonkę, poza tym to absolutnie mu nie przeszkadzało. Wręcz w jakiś sposób mile pochlebiało, że właśnie na nim skoncentrowała swoją uwagę i poprosiła o pomoc. No i to nie tak, że był nią zauroczony, on zwyczajnie dostrzegał te wszystkie drobnostki, które sprawiały, że Florence była taka interesująca i wyjątkowa. Zupełnie inna od tych - jego zdaniem - monotonnych dziewcząt, które zazwyczaj go otaczały. Oczywiście, byłoby świetnie gdyby ich znajomość nabrała zupełnie innego wyrazu, no ale przecież...nic nigdy nie wiadomo. To zresztą były tylko takie jego marzenia na jawie. Na jej słowa, uśmiechnął się szeroko i pogładził swój krawat w barwach Hufflepuffu.
Co do jego wypowiedzi, może nie zawierała wszystkich elementów, ale powiedział tyle, ile sam wiedział. I można by stwierdzić, że powiedział nawet za dużo i pewnie gdyby Anna się o tym dowiedziała to nie byłaby zachwycona. Nickolas jednak nie miał wyboru; spojrzenie Florence sprawiało, że wszystko zdawało się być prostsze. I rozsądniejsze. Poza tym może dzięki temu pomoże biednej Annie?
Przypatrywał się jej w milczeniu, a niepokój całkowicie z niego wyparował, kiedy się uśmiechnęła. Poczuł się wtedy, jakby wypił jakiś eliksir odwagi. Może nie był do końca przekonany, ale nie chciał by szła sama. Przecież mogłoby jej się coś stać w Zakazanym Lesie, a tego by sobie nie wybaczył. Nigdy!
- No dobrze...pójdę z Tobą, ale trzymaj się mnie, dobrze? Odkąd jest tam te...stworzenie Zakazany Las jest jeszcze bardziej niebezpieczny, niż zazwyczaj - ostrzegł ją, ale jego oczy delikatnie rozbłysły. Po chwili oboje po kryjomu udali się na dół by następnie przejść na błonia, a stamtąd wprost do lasu.
[z/t x2]

Jeśli chcesz szybciej spotkać się z Żerlicą, napisz tutaj. Istnieje jednak większe ryzyko, że odniesiesz rany.

Jeśli wolisz jednak nieco opóźnić Wasze spotkanie, a przy tym nieco 'namieszać', napisz tutaj. Możesz jednak przegapić herbatkę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sahir Nailah
avatar


avatar
VI rok

PisanieTemat: Re: Puste ramy   Sob Lut 28, 2015 12:39 am

Padało? Nie, tym razem nie padało – nie miejcie mi tego za złe, naprawdę uwielbiam zaczynać wszystko od tak banalnych słów i opisów pogody – w końcu w pewien sposób określa to świat przedstawiony, a ja, ten marny narrator, muszę wiedzieć, na czym stoję – aktualnie więc... chyba nie padało. Nie wiem. Chciałbym wiedzieć – może Ty, drogi czytelniku, przyniesiesz mi tą informację? Bo oto siedzi jedna z postaci, cała odziana na czarno, która powinna mieć na sobie jakiś emblemat świadczący o tym, z jakiego domu pochodzi, tymczasem nie miał ani krawatu, ani swojego płaszcza, sam za to wyglądał jak psu z pyska wyjęty – bardzo charakterystyczne powiedzenie, jeśli przyjrzymy się trochę bliżej skulonej (niemal) sylwetce – czarnowłosy, w czerń odziany... tak, tak – to właśnie on, szkolne straszydło – Sahir Nailah w swej... nie pełnej krasie, śmiertelnie blady, z mocno podkrążonymi oczyma, teraz zresztą zamkniętymi, chociaż jeszcze niedawno otchłań, której brakowało swej głębi, w której można było się gubić i zwiedzać nieprzebyte przestrzenie, wpatrywała się tępo przed siebie – teraz wampir smętnie opierał głowę na ramieniu, wykończony pewnym wydarzeniem, jakie miało miejsce nad pewnym jeziorem (nie, wcale nie chodzi o to, że przy Hogwarcie było jezioro w sztuce RAZ (słownie ponownie: RAZ)), po którym struł się tak... tak... właśnie tak, jak widać. Był to widok godny pożałowania, co się więc dziwić, że Nailah nie zjawił się na lekcjach, na których zdecydowanie zjawić się powinien, ponieważ nie było go od tygodnia, a on znowu olewał kolejne – nie poszedł też do skrzydła szpitalnego, no bo niby po co? Już i tak zdecydowanie za często tam bywał, a z aktualną przypadłością lepiej mu było w miejscu takim, jak to – cichym, spokojnym... OPUSZCZONYM! Podwaliny kurzu, jakie nakrywały podłogę dostatecznie świadczyły o jego nieużywalności – potem dochodziła do tych cieni ściana pełna ram – w nich kiedyś tkwiły dumne portrety czarodziei, może jakieś malowidła, ale przez nieużywalność tego korytarza zakończonego ślepym zaułkiem – wszystkie stąd pozabierano, żeby nie skazywać zmarłych świętej pamięci na samotność... Sahir na tą samotność chciał się skazać. Chciał tutaj trwać w bezruchu, pod tym niedziałającym od dawna zegarem, który nie tykał i nie wżerał się swą monotonną melodią w głowę, pozwalając jej odpocząć od wszystkich bodźców, podczas gdy on pół drzemał – powinien wrócić do swojego dormitorium, powiecie, jasne – pewnie powinien, zresztą było mnóstwo rzeczy, które wampir WINIEN robić, ale... jakoś tak zawsze wychodziło, że na jego koncie pojawiało się więcej minusów, niż plusów... Jak to pewna osoba powiedziała: obraża dla wszystkich, którzy chcą pozostać w cieniu, byłoby nazwanie czarnowłosego "outsiderem", za dumnym zaś był, by nazywać go "wyrzutkiem" – w pewnym sensie opisywało to całą kwintesencję tego, kim się stał – ba, chciałaś wiedzieć, Alice, więc słucha – stał się tym, kim ludzie chcieli go widzieć – marą, cieniem, któremu nadano kształt i wepchnięto weń wszystkie strachy, które skrywała w ramionach noc – Spektrum Czerni w samej osobie, dumny Władca, co nawet władcą samego siebie nie zowie... Zaprzedał duszę diabłu, wziął młodość i wieczne trwanie i poszedł w świat – trafił tutaj, do Hogwartu, tutaj pewnie na długo się nie zatrzyma – jak niewiele go dzieliło od zostania stąd wykopanym na zbity pysk on sam wiedział najlepiej i nie czynił czegokolwiek, żeby ten stan poprawić, nie próbował nawet skontaktować się z Dumbledorem po ostatniej rozmowie z nim, bo i po co? Wydawało się to kompletnie bezwartościowe... Głowa teraz zresztą za bardzo ciążyła, by skupiać się na czymkolwiek. Więc tonął. Tonął w gościnnej czerni i spokojnie spacerował po dnie, z którego niżej upaść się nie dało, dając samemu sobie parę niezbędnych chwil do złapania oddechu...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Aberacius Lovegood


VI rok

PisanieTemat: Re: Puste ramy   Sob Lut 28, 2015 3:21 pm

To spotkanie musiało być im zapisane, malutkimi literkami, na srebrnych niciach losu, przędzonych starannie przez piękną Lachesis. Niczym czerń i biel w końcu zmieszały się w nieprzeniknionej szarości tak i ich kolidacja musiała dojść do skutku. Bo oto on, Aberacius Etherled Lovegood, ucieleśnienie wszystkiego co cudowne, Puffkowe, kolorowe, optymistyczne, postanowił właśnie... wybrać się na spacerek po Hogwarcie. Lubił tłuc się po tajemniczych zakurzonych korytarzach. Każdy z nich opowiadał swoją tajemniczą historię. Lovegood nigdy jednak nie przekroczył progu miejsc, do których nie było wstępu. Zabawa w granicach rozsądku.
Nawet jeśli niebo płakało, a wszechobecna mieszkanka przygnębiającej czerni z bielą zalewała cały świat, słońce nadal było obecne. Czasem nawet można było stwierdzić, że sam był jego uosobieniem. Gdzie by się nie pojawiał, ludzi otaczała fala pozytywnej energii. Niektórzy się z niego śmiali, niektórzy podchodzili do tej bezinteresownej radości sceptycznie, a niektórzy z niej czerpali. Tacy właśnie stawali się najczęściej mu bliscy i to ich zdanie się dla niego liczyło. Ludzie, którzy go nie znali go nie obchodzili. Nigdy. Nawet nie musiał sobie tego wmawiać.
Oczywiście, ten chłopak jak żaden inny miał tendencję do pojawiania się właśnie tam, gdzie był najmniej potrzebny. Co więcej w większości przypadków wychodził z tego cało. Miał w sobie ten talent – los jakby sam prowadził go ku najlepszej możliwej ścieżce do wyjścia z opałów. Ludziom, którym wszystko wychodziło samo warto zazdrościć. Kto by jednak pomyślał, żeby czuć to właśnie wobec niego? Nikt, bo większość ludzi uważała, że tak radosny może być człowieka niespełna rozumu.
Tak czy inaczej, te ramy mijał zupełnie przypadkiem. Chętnie na nie spoglądał, zastanawiając się co mogło się w nich znaleźć. Możliwości były nieograniczone! Mogli w nich zamieszkać nowi rycerze, może jakaś koleżanka Grubej Damy, a może nawet portretowa wersja ich dyrektora!
Jego obecność mocno zaburzała ciemne fale bijące od obecnego tu chłopaka. To spotkanie było jak początek świtu. Wesołe, ciepłe słońce zaczynało wbijać się w ciemność. Wypychało ją powolnie z podniebnego piedestału.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sahir Nailah
avatar


avatar
VI rok

PisanieTemat: Re: Puste ramy   Sob Lut 28, 2015 3:50 pm

Świt..? Może to nie świt, a właśnie zmierzch nastawał..? Ten moment, kiedy słońce jaśniało najjaśniej i wszyscy wypatrywali go z podnieceniem, ponieważ malowało na niebioskłonie przeróżne kolory i przemywało nimi wrażenie codzienności – nikt nie dopatrywał się w tym zagłady nadejścia nieubłaganej Nocy i zjawienia się luny, nikt niemal jej nie wypatrywał – każdy wolał dać się oczarować ognistej kuli i jej ostatnim, czułym muśnięciom na policzku, które pozostawiały dreszczogenne wspomnienie wspomnienie na skórze aż do następnego dnia – i nawet wtedy ludzie nie potrafili zapomnieć romantycznego momentu, gdy największa Gwiazda szeptała im na ucho "dobranoc". Zakochiwali się w niej i w sobie samych na nowo, zachwyceni darami natury zesłanymi na ich głowy i gamą emocji, jaką mogli odczuć z wzbierającym wrażeniem, iż zaraz uniosą się na skrzydłach, wolni i nieograniczeni – potem, kiedy już ciemność pochłaniała świat, a jedynym nośnikiem blasku były srebrzyste pociski mroźnego księżyca, zamykali się w domach, zasuwali kotary i siadali przy lampkach, przy kominkach, by tam śmiać się w zaciszu swego domu i pozwolić Nocy trwać samotnej, groźnej w samym swym wydźwięku, ale będącej jednocześnie zaledwie cichą i niemą zapowiedzią następnego poranka... więc czymże tak naprawdę była? Jedynie marnym straszydłem, w której żyły bezkształtne mary gotowe czaić się ze swymi pazurami na każdego, kto o złej godzinie i w złym miejscu ukarze Lunie swą czuprynę..? Wszak kryła w sobie przestępców, kryła w sobie mordy i tylko ona pozostawała jedynym świadkiem nocnych drapieżników, które wypełzały na żer.
Więc? Świt to czy zmierzchanie..? Napiera silny blask na ponure cienie tańczące wokół znanej sylwetki – tak i to "Słoneczko" nie było obce samemu wampirowi – widział go nie raz nie dwa na zajęciach, nie da się takich osób przeoczyć, nie da się nie zapamiętać – lśniły, błyszczały, otaczając się gromadką swoich wesołych i niemal zawsze na ich facjatach gościł uśmiech – magia sama w sobie, ta sama, którą zauważyłeś u Coletta i której naprawdę, słowo daję!, mógłbyś pozazdrościć... Prawdopodobnie właśnie ten przejaw chłodnego gniewu, który czernią zawirował wokół Ciebie, był właśnie wynikiem jakiejś swoistej zazdrości... o ile mogę cię oskarżyć o jakiekolwiek głębsze myśli i odczucia w danym momencie, gdzie na pograniczach snów i jawy spoglądałeś w kierunku, z którego do twych czułych uszu dochodziły odgłosy kroków – ktokolwiek tutaj szedł, zaraz dane mu będzie zbliżyć się do ślepego zaułka, w którym nie palono żadnych pochodni, w którym wszelaka jasność była bardzo mocno ograniczona, a jej jedynym źródłem była para okien w oddali... szare, ponure miejsce pełne kurzu i zapomnianych zabytków – ba! - nawet te zabytki zdecydowano się stąd zabrać, bo marniały w oczach tutejszych nauczycieli! A może to uczniowie je pokradli? Miejsce zdawało się mieć klasę w samo w sobie, czujecie ten klimat – to zupełne zapomnienie, odrzucenie w niepamięć, nikt już się nie zastanawiał, co zdarzyło się w tym korytarzu, że pozabierano zeń wszystkie obrazy – przecież nawet w ponurych korytarzach podziemnych piwnic Hogwartu, gdzie niby nikt nie chadzał, nadal obrazy na swych miejscach tkwiły i nikt ich nie ruszał – stąd jednak zniknęły... Cała ściana pozalepiana samymi ramami niemal ściśle do siebie przylegającymi...
Wyprostowałeś się i oparłeś potylicę o chłodną ścianę, bezczelnie badając Aberaciusa spojrzeniem – chłopak z twojego rocznika, który kręcił się zawsze blisko Smoka Katedralnego, cóż za spotkanie... Zaraz nie posiadasz się z radości zawarcia kolejnego kontaktu i zaczniesz skakać pod niebiosa... Otchłań bez dna niemal to odzwierciedlała – niemal, bo w wyniku końcowym nie ukazywała żadnych blasków, zarówno tych czysto-fizycznych, jak i tych, za które niby odpowiedzialne było serce... czy też dusza... sam już nie jestem pewien, co – w każdym razie tego "czegoś", czegoś ludzkiego, próżno było się w nich dopatrywać.
- Mamusia cię nie uczyła, że niebezpiecznie jest chodzić po ciemnych zakamarkach? - Niemal stapiałeś się w jedno z tymi cieniami – tylko chorobliwie blada skóra odznaczała się jakoś w tym felernym doborze barw, do którego tak pasowałeś.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Aberacius Lovegood


VI rok

PisanieTemat: Re: Puste ramy   Sob Lut 28, 2015 4:30 pm

Czy świt czy zmierzch? Tego nie mogłeś wiedzieć. Wiedzieć można było jedynie to, że właśnie w tej jednej chwili noc starła się z dniem. Spektrum Czerni w swojej pełnej okazałości zajmował pewną część swojej nienaruszalnej przestrzeni, tonąc jak zwykle w pełni mroku, zaś Słoneczko błyszczało w drugim końcu racząc świat pełnią ciepłych kolorów. Ich codzienna wędrówka przypominała taniec w kółeczku. W końcu każde z nich lądowało na miejscu drugiego i tak do końca świata, tak odległego od czasów, które teraz nastają. Czasów ciemnych niemal tak bardzo jak sam pan wampir. Mimo wszechobecnego zła i czerni Słoneczna Zjawa zawsze znajdowała w sobie dość siły, aby rozświetlić dzień wszelkimi barwami, nawet kiedy chmury przysłaniały jego egzystencję, on nadal był. Nadal błyszczał.
Podobnież, pan Nailah nie był nikim nieznajomym dla niego. Z resztą, w obu przypadkach było trudno ich przeoczyć. O Lovegoodzie mówiło się często ze względu na to, że był... podwójny. Trudno byłoby, aby Sahir go przeoczył, skoro dzielił dormitorium z chłopakiem o identycznej twarzy. Lepiej dla niego, że akurat z Luthiasem, który był cichszy i spokojniejszy od pana Słoneczko. Zabawne czyż nie? Jak w jednym czasie zrodzić mogło się dwóch panów tak różnych od siebie. Aberacius, którego było wszędzie pełno, który ciągle tanecznym krokiem przemierzał korytarze i mrugał zawadiacko do przechodzących dam, a Luthias, który siedział z nosem w książkach, przy swojej gitarce i na widok dziewczyn rumienił się jak głupek (taka prawda, Lutek)... To było niemal niemożliwe. Ale działo się na oczach wszystkich.
Na całe szczęście dla biednego, niewinnego umysłu Abcia, nie miał pojęcia o znajomości jego najlepszego fąfla z Nailahem. Wolał żyć w błogiej nieświadomości jakiegokolwiek ich spotkania, choć zapewne milczenie ze strony Cola także nie jest świetnym wyjściem... I tak źle i tak niedobrze.
Chłopak zwrócił wzrok ku Sahirowi. Stał daleko od cieni, tak bliskich wyglądowi bruneta, więc jego sylwetka była doskonale widoczna. Teraz, kiedy nie obowiązywały ich mundurki, trudno było poznać czy to on, czy jego brat, albowiem nosił białą koszulę i proste, brązowe spodnie. Bywało, że ich ubrania się powtarzały, a nieraz nawet się nimi wymieniali... Przynajmniej kiedyś. Teraz powoli wyrastali z tego.
- Ale słaba zaczepka. - powiedział, wyginając lekko usta i skrzyżował ręce na piersi. - Byłoby bardziej przekonująco, gdybyś powiedział to stojąc na rękach. I mógłbyś jeszcze zrobić salto.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sahir Nailah
avatar


avatar
VI rok

PisanieTemat: Re: Puste ramy   Sob Lut 28, 2015 4:49 pm

Prawda, nie mogłem. I nie wiem. Ja, wyobrażacie sobie? Ja, niby wszechwiedzący narrator, który pcha ten świat do przodu, który planuje, który myśli, który ustawia pionki na szachownicy tak, żeby wszystko ze sobą idealnie współgrało... Lub tak, żeby wszystko ogarniałchaos, a w marmurowej, dwukolorowej podstawie świata tworzyły się dziury od starć pionków. Teraz? Teraz stoi naprzeciwko siebie Czerń i Biel, oboje tak samo niewinni w swej prostej obsłudze, oboje niepewnie zamiarów jeden do drugiego – jest Goniec, na takiej pozycji ustawię tego, który promieniował swą energią i nieskoordynowanie skakał z jednego pola na drugi, przmeierzając w swym pędzie nawet całą szachownicę i jest też... Wiatr. Wiatr, który kłębił się hebanem po drugiej części magicznej linii, jaką wyznaczała połowa planszy i kotłował sam w sobie, przestrzegając, a jednocześnie wyjąc do ucha... coś w głowie mówiło: hej, to tylko wicher! Wszak wiatr niczego złego wyrządzić nie może, dlaczego wstydzić się brnięcia do przodu i dotknięcia obiecującego krańca nie swojego terytorium, po którym można zdobyć nawet tytuł samej Królowej, dla której już nie istniały żadne ograniczenia w poruszaniu się? Więc idziesz... Aż się zatrzymujesz – i czemu? Wolisz utknąć przed tą magiczną linią, gdzie terytorium i podłoże już znasz, gdzie wiesz, że żadne pułapki na Ciebie nie czekają..? Chyba słusznie... Bo oto podnosi się Władca Nocy, bardzo powoli, bardzo stonowanie, z flegmatycznością wpijaną w jego żyły, a jednocześnie gracją Pantery, której nie da się mu odmówić – taki leniwy drapieżnik, co to widzi już sarnę... ale ta sarna z pewnością nie jest taka bezbronna, na jaką wygląda... Tak i te hebanowy wiatr w końcu kumuluje się w jedną, zbitą mgłę, z któej tka się figura karego ogiera, za którego plecami wyrasta ściana czerni – nocy takiej głębokiej, że nie widać gwiazd, nawet Luna wolała ukryć się za bezpieczną pierzyną – i cóż widzi ten Ogier? Gońca, który za sobą ciągnie całą jasność dnia. Nikogo więcej poza nimi tutaj nie było. Teraz ten stolik pokerowy jest pusty, Mistrz Rozdania nie siedzi przy krzesełku, tak jak i Aberacius nie zasiada do rogrywki... Czemu? Czemu nie czuć tu żadnego niebezpieczeństwa..? Zupełnie jakby dwie Pory Dnia wiedziały, iż nie można im się wzajem unicestwić, by nie zburzyć porządków tego świata... Tylko nie jestem pewien, czy w końcowych sekundach rozgrywki pewne niepisane prawa gry zwanej "życie" będą miały cokolwiek do powiedzenia, gdy rozkosz uderzy w podniebienie możliwością wygrania jednej, malutkiej wojny... nawet jeśli nie całej bitwy.
Koń ruszył do przodu.
Nailah ruszył do przodu.
Krokiem wolnym, bardzo ospałym, wyginając jeden kącik warg w górę, z podkrążonymi oczyma, na sobie mając jedynie golf, brak było płaszcza (ciekawe, dlaczego...), brak było krawata, mimo to żaden z nich nie musiał mieć jakiegokolwiek odznaczenia, by rozpoznać siebie wzajem i wiedzieć, z jakiego domu są... choć rzeczywiście – rozróżnienie dwóch braci było niemałą sztuką... przynajmniej dopóki nie wiedziało się, na co patrzeć – wszak jeden tak spokojny i stonowany, drugi zaś? - istne uosobienie energii! Wiecie... zwierciadła duszy potrafiły zdradzić każdą, najbardziej skrytą tajemnicę...
- Naturalnie... jeszcze jakieś... specjalne życzenia, chłopaczku? - Zbliżał się, zbliżał nieuchronnie, a żaden szmer nie zdradził nawet, że Czarny Kot utkany z cieni ruszył na żer.
Dziwne, że Aberacius o tym nie słyszał, przed dwoma dniami głośno było o Sahirze Nailahu, który bez pardonu wparował do Pokoju Wspólnego Puchonów i wytargał stamtąd Coletta Warpa... Ale to chyba nawet lepiej, że o tym nie słyszał...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Aberacius Lovegood


VI rok

PisanieTemat: Re: Puste ramy   Pon Mar 02, 2015 9:01 pm

Czy on w ogóle mógł nazwać się imieniem jakiejkolwiek z figur? Czy w ogóle był w tej ciągnącej się historii tak ważny, aby nadać mu rolę choćby pionka? Czy on w ogóle chciał być częścią tego wszystkiego? Zrodził się z ziemi, ulepiony jakby z jasnej, błyszczącej gliny. Pięknej, lecz nadal mało szlachetnej. Był Słońcem, niósł radość, rozświetlał dzień, lecz nadal był ponad wszystkie historie, nie mieszał się w nie? Dlaczego? Może czuł, że nie powinien? Że powinien trzymać się z dala od jądra czerni tego zamku? Dla niedawnych ofiar to miejsce przyniosło zgubę, ponieśli największą z cen... Co więcej, jedna osoba zniknęła z jego bardzo bliskiego otoczenia. To znaczyło jedynie tyle, że nikt nie mógł się ostatecznie ochronić przed zgubnymi skutkami tego bałaganu... Nikt nie wiedział kto będzie następny. To sprawiało, że każdy musiał mieć oczy z tyłu głowy i uważać. On także... Nie wyglądał, prawda? Nadal był słoneczkiem przemierzającym wesoło szkolne korytarze, nie czuł potrzeby, aby ze strachu zatracać siebie.
Czarny kot czaił się niczym na jakąś malutką mysz. Jego kroki były niesłyszalne, jednak wzrok... Mógł powodować nieprzyjemne dreszcze. Był jakiś drapieżny, pełen tajemnicy. Czy mógł przynosić mu pecha? Aberacius wiele razy mierzył się z pechem i nieraz, smiechem, żartem, udawało mu się wyjść z pułapki losu. Może w końcu przeznaczenie poczuło się urażone, jakby było zadumaną damą i chciało pchnąć go prosto w ramiona zguby za tę szczęśliwą zniewagę?
On robił dobrą minę do złej gry, choć niewątpliwie, powoli w głowie zaczynała zapalać się mała, czerwona lampka, świadcząca o niebezpieczeństwie. Słyszał o Nailahu, brat mówił o nim jako o cichym chłopaku, który raczej nie przebywa w dormitorium całymi dniami i nie rozmawia z każdym napotkanym człowiekiem.
Tacy kryli tajemnice. Lovegood lubił odkrywać tajemnice... Jednak nie miał cierpliwości o zawsze doprowadzał do tego, że jego wesołe światło świeciło tajemnicy po oczach.
Nailah sprowadzał na ludzi kłopoty.
- Byłbym wniebowzięty, gdybyś włożył strój tancerki hula! - grał idiotę. Zaraz, czy grał? Przecież słoneczko było takie cały czas. Nazwać to graniem, było stwierdzeniem takim, jakby powiedzieć, że księżyc wcale nie błyszczy, tylko je imituje...
Porównanie godne sytuacji... Przecież Luna tylko odbija światło. Czy nie łatwiej jest odbijać niż samemu świecić?
Chłopak trzymał dłoń blisko kieszeni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sahir Nailah
avatar


avatar
VI rok

PisanieTemat: Re: Puste ramy   Pon Mar 02, 2015 9:59 pm

Chcieć, móc i musieć – czy wyczuwasz misterną granicę między tymi trzema słowami? Przeplatają się ze sobą wzajem i bardzo często są ze soą zamieniane w nieprawidłowy sposób, tak jak i tutaj niebezpiecznie było twardymi palcami wybijać na klawiaturze którekolwiek z nich, by ich głośny baryton odbił się membranami od pustych, surowych ścian, jakie nosił na sobie zakurzone ślady poprzechylanych ram – a przynajmniej jednej ramy – tej, którą Nailah właśnie przechylił, kiedy przejechał palcami po chropowatej nawierzchni i zahaczył nimi o jeden z misternie zdobionych prostokątów z ciemnego drewna, pozwalając mu utracić jego idealność i zastój, w jakim został pozostawiony po wyrwaniu mu wnętrza. Czy się zatrzymał? Skądże znowu. Mistrz Rozdania sypał na stół kolejne karty, kiedy już do stołu podszedł, a Czarny Rumak skakał do przodu, pokonując na raz zatrważającą ilość pól. Nie ma tutaj "chcieć", nie ma "móc" – nie z perspektywy Kota, w którego spojrzenie wkradała się jakaś gorączka i błędność chwili – mieli się znaleźć w tej sytuacji, to było im pisane wielkimi literami na planszy przeznaczenia, właśnie w tej sekundzie, właśnie podczas tej niepewnie-pewnej pogody, gdzie niby słońce było jedynym źródłem światła, gdzie niby deszcz bębnił w okna – nie wiem, która z tych prawd może być moją prawdą, nie interesuje mnie, czy jedno jest kłamstwem, a drugie tylko wyobrażeniem Słonecznego Chłopca – liczą się tylko dla ciała, między którymi zaczynało brakować niezbędnych metrów dających poczucie "bezpieczeństwa", które gwarantowało nieruchomej myszce strugającej z siebie błazna bezpieczne i szybkie wycofanie się, póki to naprawdę był poranek, a nie zmierzch, kiedy wszystkie koszmary budziły się do snów, a jeden z nich, kompletnie urzeczywistniony, obojętnie, jak niektórzy nie próbowaliby doń podchodzić, stał właśnie tuż przed jej noskiem – nadal nie drgnęła, nadal nie próbowała się uciekać – przecież jej nie zabije, prawda? Przecież śmierć tej myszki nie może dotknąć, czyż nie? Oczywiście, oczywiście, moje dzieci... Chodźcie tutaj, pod moje ramię, zaraz będę kontynuował bajeczkę, tylko najpierw – napełnię wasze kufle strachem Nocy...
Każdy musi odpokutować kiedyś za swoje życie – za dobre i za to złe też.
Czarnowłosy zatrzymał się na niewidzialnej ścianie (ścianie utkanej z własnej woli) i przylgnął bokiem do wiernego chłodu, opierając na nim czoło, sycąc spojrzenie żywotliwą sarną przed sobą – sarna ta jednak, miast czuć strach, miast próbować uciekać, stała jak zablokowana drętwotą – nie drgała nawet, jej źrenice nie zdradzały jej przeżyć wewnętrznych – co to za przyjemność gonić za skonfundowaną ofiarą, kiedy nie można nawet odczuć ekscytacji polowania? Do przodu pchał głód, a do tyłu zmęczenie – oba przeplatały się wzajemnie i okrążały Śmierć, pytając się jej: co robić siostro, co robić? - ona uparcie milczała – również wolała spoglądać na ludzkie uosobienie Słońca i dumać – nad czym? Nad tym, co w swym wnętrzu chowa, czy to kolejny z tych, którzy tyle złudzeń tkają i będą męczyć koniecznością wysilania umysłu? Po co rozwodzić się nad kimś, kto i tak zostanie obiadem? - chyba dla przyjemności, jak sądzę, by ściągnąć z tego kawałka mięsa sos i przekonać się, jak smakuje bez żadnych dodatków, rozumiecie? Ach, przyrównywać ludzi do kawałka mięsa, cóż za poetyckość..!
Nie możesz go gryźć, nie możesz gryźć kogokolwiek – pójdą, naskarżą, wyrzucą – pieśń zostanie zakończona, nim zostało zaczęta... Czy ci zależy? Czy ci naprawdę na kimś tak mocno zależy, żeby zacząć się "przejmować"? Jeszcze niedawno gotowyś był powiedzieć, że tak... Dziś? Jakie to znaczenie miało dziś, kiedy kolejny gracz stał przed stolikiem – no podejdź, dlaczego nie podejdziesz, Aberaciuszu? Ta choroba jest jednostronna, nie zarazisz się... Możesz tylko zatonąć, a czy to naprawdę taka wielka cena, by ciekawość zaspokoić? Poznasz rąbek tajemnicy – niewielu ma okazję zatańczyć ze Śmiercią, a Nailah właśnie podaje ci jej kościstą dłoń – bierz ją – bierz i przyjdź..!
Czekam.
Nudzę się.
Zrestartuj rzeczywistość i dodaj do niej kilka barw, tak ładnie proszę, hmm..?
Czarnowłosy nagle drgnął – wydaje mi się, że to było drgnięcie – a już nie dotykał po tym drgnięciu ściany, a jego dłoń wyrwała różdżkę zza pazuchy i wycelowało ją w pierś Aberaciusa – błysnęło zaklęcie, które rozświetliło mrok swą barwą, w postaci Drętwoty.
Kot ruszył.
I nie był to już wolny, leniwy krok.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mistrz Gry
avatar


avatar

PisanieTemat: Re: Puste ramy   Pon Mar 02, 2015 9:59 pm

The member 'Sahir Nailah' has done the following action : Rzuć kością

'Pojedynek' :

Result : 4, 2

_________________
Sowa Specjalna & Prośby do MG & Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me. It resembles my own mind except that you happen to be insane.”
— George Orwell, 1984

Chcesz napisać prośbę do konkretnego Mistrza Gry na Prywatną Wiadomość? Użyj odpowiedniego określenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Aberacius Lovegood


VI rok

PisanieTemat: Re: Puste ramy   Pon Mar 02, 2015 10:30 pm

Tutaj nie pragnął czuć niebezpieczeństwa. Czasy wymagały jednak, aby ono czaiło się na słońce na każdym kroku. Nie chciał się przejmować...
Chciał żyć, jakby każdy dzień miał być jego ostatnim. Paradoks sprawiał, że jednak nie chciał w głębi duszy, aby był. Żył całym sobą, każda chwila była jego chwilą. Czy to dziwne, że pragnął zatrzymać ten czas? Nie ważne, iż jego zachowanie określali słowami wskazującymi na przygotowanie na jej utratę. Nie. On nigdy nie będzie na to gotów.
Hogwart jest najbezpieczniejszym miejscem w tych czasach - mawiali, zapominajac, że ciemność nie istnieje tylko w Czarnym Panie, nieustannie ścigającym za niewinnymi ludźmi, u których zawiniła jedynie krew. Jak można obwiniać o rzecz tak mało ważną, jak krew? Obwiniać powinniśmy ludzi za czyny, a nie za to, z jakiego łona zostali zrodzeni... To przecież nie określa!
Przynajmniej tak chciało myśleć słońce. Dla Słońca wszystko było jednakowe i nikt nie zasługiwał na wiecej promieni niż inni...
Nie chciał uciekać. Nie czuł potrzeby uciekania, nawet kiedy kot szykował się do skoku... Jakaż była różnica między Słońcem, a jego cielesną wersją?
Słońca nikt nie mógł dosięgnąć, a pan Lovegood upadał z hukiem.
Robiło się gorzej, tylko coraz gorzej.
Nie zdążył nawet wyciągnąć różdżki przeciwko jego atakowi. Słowa nie zostały wypowiedziane, co tylko świadczyło o doświadczeniu tegoż Czarnego Kota w rzucaniu zaklęć. Słoneczny Chłopak nigdy nie był tak dobry... Nie zdołał się obronić.
Czar trafił go, jednak nie był silny na tyle, aby spełnić w stu procentach swoje zadanie. Drętwota miała odbierać przytomność, a jego wprowadziła w stan chwilowego zamroczenia. Cóż mogło sprawić, że był on tak nie silny?
Jakieś kolorowe promyczki błyszczały przed jego oczami. Upadł na ziemię, tak zupełnie po ludzku, wpadając na ścianę... Coś na niego upadło, powodując lekki ból. O dziwo, nieco otrzeźwiający i wyprowadzający zza granicy snu, bardziej na granicę rzeczywistości. Czy to niebo zaczynało spadać bez swojego Słońca?
Nie... To ramy. Posypały się ze ściany jedna za drugą pod wpływem upadku wysokiego chłopaka. Tylko jeszcze chwila... Czuł się ospały... Tak mocno ospały.
Czy możliwa była próba ucieczki...? Nie wiedział. Nie miał jednak zamiaru leżeć i czekać aż szczęście znowu mu dopisze. Drżącą, nieco słabą dłonią (durne zaklęcie), postarał się wyciągnąć różdżkę z kieszeni.
Spać...


Ostatnio zmieniony przez Aberacius Lovegood dnia Sro Mar 04, 2015 5:51 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mistrz Gry
avatar


avatar

PisanieTemat: Re: Puste ramy   Pon Mar 02, 2015 10:30 pm

The member 'Aberacius Lovegood' has done the following action : Rzuć kością

'Pojedynek' :

Result : 5, 1

_________________
Sowa Specjalna & Prośby do MG & Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me. It resembles my own mind except that you happen to be insane.”
— George Orwell, 1984

Chcesz napisać prośbę do konkretnego Mistrza Gry na Prywatną Wiadomość? Użyj odpowiedniego określenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sahir Nailah
avatar


avatar
VI rok

PisanieTemat: Re: Puste ramy   Sro Mar 04, 2015 8:33 pm

Pragnienia, pragnienia..! Wszyscy czegoś pragną, ale jest pewien problem – dostawać to, czego się chce, a pozostawiać to w ramach zwykłych marzeń (zwykło-niezwykłych, zależy, jak bardzo romantycznie podchodzimy do zepsutego, zniszczonego świata i siebie samych) to dwie różne sprawy. Czy wszak zdajesz sobie sprawę, kto się zbliża? To łamacz takich bzdurnych myśli, jak szczęśliwy żywot. Czy wiesz, że on łamie, że potrafi zgruchotać kości i wkraść się do wnętrza, zalęgając tam niczym rak, którego nie da się pozbyć? Był ideą samą w sobie – ideą odzwierciedlenia tego, czego nie widać powierzchownym okiem, kiedy zaplatamy się w złudzeniach, chcąc, żeby było nam najlepiej... I chcąc, żeby słońce nas ciągle dosięgało. Masz w sobie ciepło i wiarę, masz na oczach bezpieczne klapki chroniące cię przed dniem powszednim, przed śmiercią takiej Elizabeth, z którą codziennie mierzyliście te same ścieżki, wkraczając w progi domu Puchonów, śmierci osób takich jak Vincent Nightray, który kiedyś cię uczył i którego codziennie widziałeś na korytarzach, śmierci jakiś Ślizgonów, któych nie znałeś – bo mówią, rzeczywiście ludzie bardzo dużo mówią, że tutaj najbezpieczniej... Najbezpieczniej przed Voldemortem, który obawiał się starego, potężnego czarodzieja, jakim Albus Dombledore był, ale co z tym złem, które lęgnie się wewnątrz, pozostawiając młode, jeszcze niezdolne do poruszania się wilki pośród owcami w owcze futra przebrane? Tacy jak Aberacius nie chcą na nie patrzeć. Nie chcą nawet patrzeć na te potężne stworzenia napierające na bezpieczną barierę z zewnatrz, co dopiero myśleć, że ktoś chodzący z nimi do klasy, przyjęty do szkoły przez dyrektora i w niej trzymany mimo wszystkich plotek rozsiewanych wokół, jest prawdziwym mordercą...
Czy wiesz, co się zbliża, miłe Słoneczko..?
Tak, tak – to Noc, Noc nadchodzi, chmury się zbierają, grzmią błyskawice, choć światła żadnego nie dają...
Ta Noc zapowiada się bardzo pochmurnie.
Rozgorączkowane, zmęczone oczy obserwują, jak przeciwnik przechyla się w tył, jak jego dłonie zahaczają o ramy, o ścianę, jak przejeżdża po niej palcami – w nich nie ma oparcia, w nich nie ma ducha! Sam zimny kamień ignoruje upadek ognistej Gwiazdy, bez której nic na niebie by nie zalśniło i Noc byłaby najbardziej przerażającym epitafium każdej doby, uwieńczona słodkim strachem... Nadal się nie boi – ten, na którego spogląda Otchłań nadal nie poddaje się panice... Drobna irytacja porusza Bestią w środku, która rozwija się, niczym wąż, do tej pory mocno opleciona na wnętrznościach, by przesunąć się między flakami, musnąć obrzydliwym łbem żołądek i w końcu dobrnąć do samego serca, by zacisnąć na nim kły – tak się wzbudza irytacja niecierpliwego drapieżnika, który machnął ponownie różdżką, rzucając Expeliarmusa, by rozbroić swego przeciwnika – nadal chciał się bronić? Cóż za nonsens! Niech tak leży, przywalony ciężkim drewnem, niech nie śmie nawet drgnąć – czas dla niego na ucieczkę się skończył, oto dotarłeś już do tego na wpół otępiałego ciała, już kopnąłeś stos ram, tylko po to, by opaść na chłopaka, siadając na jego torsie okrakiem i przysunąć twarz do jego twarzy – różdżka nie odleciała daleko, przesunęła się zaledwie o paręnaście centymetrów, lecz teraz..? Sięgać po nią teraz..?
Nie sądzę, żeby jakiekolwiek tutaj słowa były potrzebne...
- Pachniesz słońcem... - Wyszeptał, przysuwając nos do szyi swej ofiary, po której przejechał językiem, zaledwie po fragmencie skóry, na której zaraz odbił się jego gorący oddech. - Klasowe słoneczko przez wszystkich uwielbiane... - Odsunął się, by zawisnąć nad twarzą Aberaciusa, jedną ręką podpierając się o podłogę, a w drugiej wciąż trzymając wymierzoną w niego różdżkę. - Słoneczko, zagrajmy w grę... - Bestia we wnętrzu rozluźniła napięcie ogona w brzuchu i pozwoliła rozpełznąć się wiedźmom po podłożach jaźni, by osiadły na niej cieniami i marami swych długich, zwodniczych szat – nie dokończył, nie powiedział, co to za gra miała być – sięgnął po różdżkę Aberaciusa i podniósł się, cofając iście tanecznym krokiem parę metrów w tył, by zaraz mu tą różdżkę rzucić – słaba Drętwota powinna przestać już działać. Wampir rozłożył ramiona – z pewnością nie zamierzał robić uniku, nie wyglądał na takiego, który byłby w stanie zrobić jakikolwiek ostrzejszy ruch nogami bez przewrócenia się... I z pewnością czekał, aż zostanie w niego wymierzone jakieś zaklęcie.
Świat wydawał był tak nierealny i nieosiągalny, jak wiele razy przedtem.

Aberacius - 5% HP


Ostatnio zmieniony przez Sahir Nailah dnia Sro Mar 04, 2015 9:23 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mistrz Gry
avatar


avatar

PisanieTemat: Re: Puste ramy   Sro Mar 04, 2015 8:33 pm

The member 'Sahir Nailah' has done the following action : Rzuć kością

'Pojedynek' :

Result : 3, 2

_________________
Sowa Specjalna & Prośby do MG & Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me. It resembles my own mind except that you happen to be insane.”
— George Orwell, 1984

Chcesz napisać prośbę do konkretnego Mistrza Gry na Prywatną Wiadomość? Użyj odpowiedniego określenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Puste ramy   

Powrót do góry Go down
 
Puste ramy
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hogwart [schowany na czas wakacji] :: Tereny zamkowe :: VI piętro-