Share
Go down

Esy i Floresy

on Wto Wrz 03, 2013 9:02 pm
First topic message reminder :

Jest to najlepsza księgarnia na Ulicy Pokątnej. W czasie wakacji sklep przeżywa prawdziwe trzęsienie ziemi. Wszyscy uczniowie Hogwartu przychodzą tutaj, aby kupić swoje podręczniki.

Re: Esy i Floresy

on Nie Lut 18, 2018 8:51 pm
Simon miałby małe szanse, jeśli doszłoby do jakiejkolwiek walki wręcz. Nie miał mięśni, ani za grosz motywacji, by je jakoś nabyć. Na pewno wolałby iść na łatwiznę i jakoś magicznie je powiększyć, ale czy to równałoby się sile w nich zawartych. Zresztą jak miałby wskazać sprawcę, skoro nie znał jego imienia, a jedynie kojarzył ze szkoły? Obiecał sobie, że jak tylko go w zamku rozpozna, to na pewno powie o tym Isaacowi.
- Wiem o tym, tylko jestem bardzo leniwy, jeśli chodzi o kwestię fizyczną - odparł zgodnie z prawdą. Nie lubił ćwiczyć, wolał w tym czasie coś zjeść, gdzieś pochodzić albo pożartować. Był człowiekiem umysłu, nie mięśni, aczkolwiek Isaac, będąc Krukonem, był zarazem i mądry i silny, w końcu był pałkarzem i był dosyć barczysty, czego oczywiście, Simon mu zazdrościł. Natura obdarzyła Jordana chudością, ale za to dała możliwość pochłaniania olbrzymich ilości jedzenia i słodyczy bez tycia.
- Jestem przekonany, że tak będzie. Powtórki z poprzednich lat, dodatkowe prace domowe... a przecież czeka nas wspólna nauka nad zaklęciami i transmutacją - mrugnął do niego przyjaźnie. Co ich nie zabije, to wzmocni. Skoro przez Sumy przebrnęli, to teraz też dadzą radę, choć będzie o wiele więcej nauki z racji tego, że to ich ostatni rok w Hogwarcie.
- Nie, większość już wydałem na inne akcesoria i zostawiłem sobie tylko na książki - odpowiedział. Był bardzo wdzięczny przyjacielowi, że mimo, iż sam miał prawie pustą kieszeń, to jednak zdecydował się na pożyczenie pieniędzy tchórzliwemu Puchnowi. - Będę ci niezmiernie wdzięczny i oddam ci wszystko, co do knuta - dodał, dla jasności i idąc za przykładem Krukona, równie zaczął szukać odpowiednich ksiąg, wymienionych w liście.



Władza to dopiero początek drogi do potęgi

Re: Esy i Floresy

on Wto Lut 20, 2018 1:58 am
Isaac zdecydował się nie naciskać bardziej na treningi, wychodził bowiem z założenia, że taka potrzeba powinna wyjść od samego Simona. Miał nadzieję, że uda mu się sprawić, aby chłopak uznał że jest to warte jego czasu i odmieni tym jego podejście. Chciał powiedzieć, że każdy wolałby się lenić niż męczyć, ale w gruncie rzeczy nie był tego taki pewien... nie wyobrażał sobie siebie samego w takiej pasywnej pozycji. Puchon poruszył temat, którego krukon starał się unikać czując na samą myśl lekkie zażenowanie w związku z pomocą udzieloną mu pod koniec roku szkolnego. Zdał Transmutację na tak niskim poziomie, że nie dopuszczono go do zdawania tego przedmiotu na poziomie owutemów. Isaac zdecydował się nie przyznawać, że w gruncie rzeczy bardzo mu ulżyło, gdyż wzmagało to w nim tylko większe poczucie winy i beznadziei. Jakby nie patrzeć zawiódł swoją porażką samego siebie.
- Chyba odpuszczę Transmutację w tym roku - zaczął powoli. Jego głos zdradzał niepewność i lekkie zdenerwowanie... a nie często jego wypowiedziom towarzyszyły podobne emocje. Simon, który zdążył go już trochę poznać mógł wyczuć, że wkraczają na tematy zalegające poza strefą komfortu krukona. Jego spojrzenie utkwione było nieprzerwanie w regale z książkami.
- Wiesz, uznałem że to nie ma sensu... i tak nie przyda mi się ten przedmiot w pracy. A gdyby tak miało być to chyba nie byłby zawód dla mnie. Więc zdecydowałem się skupić na pozostałych przedmiotach i Quidditchu. I tak będę miał sporo do roboty... sam przecież wiesz. - Była to dość długa wypowiedź jak na Isaaca brzmiąc przy tym podejrzanie jak wymawianie się, o co parę minut temu oskarżał innych. Na dzień dzisiejszy nie mógł jednak nic już na to poradzić, decyzja zapadła wraz z otrzymaniem przez niego wyników z egzaminu. Choć Isaac nie zdawał sobie z tego sprawy to podświadomie oczekiwał od Simona aprobaty, której z resztą nie mógłby otwarcie przyjąć.
- Nie ma sprawy - dodał z roztargnieniem, gdy puchon obiecał spłacić dług, jego myśli krążyły bowiem w okół zupełnie innych tematów. Sięgnął na półkę po przypadkową książkę, którą okazał się podręcznik do zaklęć dla klas czwartych, po czym szybko ją odłożył. Tym razem z większym już rozmysłem podniósł właściwy tom i podał Simonowi identyczny patrząc na niego po raz pierwszy od jakiegoś czasu.

Re: Esy i Floresy

on Pon Lut 26, 2018 10:30 am
Z drugiej strony Simon chciałby wyglądać nieco bardziej jak mężczyzna, a nie jak wychodzony emigrant, wzbudzający litość. Patrząc z perspektywy czasu, wcale się nie dziwił, że to akurat on został zaatakowany. Fakt, że był szlamą to jedno, ale na sam pierwszy rzut oka Jordan wyglądał, jak potencjalna ofiara, którą możliwie był, gdyż poza Transmutacją niewiele umiał. Jakimś cudem udało mu się zdać Sumy z przedmiotów, z którymi zawsze miał problem i sam nie rozumiał dobrze, jak mu się to udało. Zmartwiło go tylko to, że Isaac odpuszcza Transmutację. Nie mógł przecież wiedzieć, że Krukon nie zaliczył tych zajęć na egzaminach i chociaż Simon uważał, że to przedmiot niezwykle ważny, wiedział też, że nie dla wszystkich. Miał jednak nadzieję, że zdoła przekonać przyjaciela do zmiany swojej decyzji.
- Dlaczego? Przecież mogę ci pomóc to jakoś ogarnąć. To drugi, po Zaklęciach przedmiot, w którym jestem dobry. Wystarczy przysiąść i poćwiczyć. Możemy zrobić tak, jak w tamtym roku. Ty pouczysz mnie OPCM, ja pouczę ciebie Transmutacji. Co ty na to? - zaproponował chłopakowi z szerokim uśmiechem. Zawsze był skory do pomocy, nigdy nikomu jej nie odmawiał. Jeśli ktoś miał jakiś problem, to najlepszym wyjściem było wspólnie go z kimś rozwiązać. Nie chciał także na niego naciskać, gdyż wkraczali na dość niepewny grunt i wiedział, że bez powodu Isaac tak po prostu nie zrezygnowałby z czegoś.
- Tak, w pracy może ci się nie przyda, masz rację - zgodził się z nim ostatecznie, bo skoro tak zdecydował, to już jego sprawa. - Masz już jakieś konkretne plany na dalszą edukację po Hogwarcie? Chcesz zostać graczem w Quidditcha, czy wolisz skupić się na czymś innym? - zapytał z zainteresowaniem, wyciągając z pomiędzy regałów podręcznik do Obrony przed czarną magią, stopień szósty, by zaraz odłożyć ją nie miejsce i wyjąć tę właściwą, ze stopniem siódmym. Wyczuł na sobie spojrzenie Fawlera i wziął od niego książkę, którą ten mu podał, zerkając na tytuł. Przeszli kilka półek dalej i Simon sięgnął po książkę do Eliksirów, a następnie otworzył na  losowej stronie, po czym skrzywił się z niesmakiem.
- Na Merlina, już gorzej być nie może. Felix Felicis, Veritasserum, Eliksir na odpadanie kończyn... nigdy nie uda mi się tego uwarzyć - jęknął, zamykając podręcznik z trzaskiem, dokładając do coraz większego stosiku. Sięnął po raz drugi i odnalazł tom dla Isaaca, po czym mu go wręczył. Powoli zaczynali odnajdywać właściwe tomy, wykreślając z listy, te które już mieli.

______
może jeszcze po poście i kończymy? w końcu pora ruszyć do szkoły i prosić o kolorek :)



Władza to dopiero początek drogi do potęgi

Re: Esy i Floresy

on Pią Mar 02, 2018 2:44 pm
Entuzjazm Simona wszystko utrudniał, lecz Isaac poznał go na tyle, aby spodziewać się takiej reakcji. Starał się pozostać obojętnym na jego słowa i skupił całkowicie na wybieraniu książek. Poczuł nagłą potrzebę oddalenia się w jakieś samotne miejsce, gdzie nikt nie kwestionowałby jego decyzji życiowych. W gruncie rzeczy wierzył, że postąpił dobrze. Nie bądź tchórzem, powiedział sobie nim znów podjął temat z kumplem. Mężczyzna musi brać odpowiedzialność za swoje czyny.
- Dzięki, ale już podjąłem decyzję. Pozostało mi z nią teraz żyć. - Wolał myśleć o tym w taki sposób, że porzucenie Transmutacji było jego świadomym i przemyślanym wyborem. - Co ma być to będzie, póki co skupię się na pozostałych przedmiotach.
Simon pozostawił na szczęście furtkę do tematu znacznie wygodniejszego dla krukona, który bez strachu spoglądał w swoją przyszłość. Postawił sobie całkiem określone cele i nie obawiał się ich realizacji, wręcz nie mógł się tego doczekać. Spodziewał się, że ten rok zleci mu wyjątkowo szybko.
- Chciałbym zostać zawodowym graczem Quidditcha, zobaczymy czy starczy mi talentu. Jeśli nie to mam jeszcze kilka możliwości. Ty będziesz próbował zatrudnić się w Ministerstwie Magii tuż po ukończeniu szkoły, prawda?
Isaac nie wyobrażał sobie tego wesołego chłopaka w otoczeniu poważnych urzędników Ministerstwa i miał nadzieję, że puchon wiedział na co się decyduje. Jego marzeniem było pewnego dnia zostać Ministrem Magii, lecz droga do tego celu nie zapowiadała się zbyt ekscytująco. W porównaniu z nim, krukon wyobrażał sobie swoją własną karierę w znacznie jaskrawszych barwach. Z drugiej strony ciężko porównywać gracza Quidditcha to Ministra Magii, więc jeśli im obu uda się spełnić swoje marzenia to znajdą się w zupełnie innym miejscu w życiu. Kto wie, może Simon nie będzie chciał mieć już z nim nic wspólnego? Isaac chciał wierzyć, że tak się stanie ale kto mógł przewidzieć przyszłość? Był tak zaaferowany rozmową na poważne tematy, że nawet nie zauważył kiedy zdążył odnaleźć większość książek.
- Felix Felicis? To się może przydać - rzucił lekko, jakby ufał swoim umiejętnością na tyle, aby wypić eliksir własnej roboty. Choć był całkiem niezły z tego przedmiotu to miewał opory przed korzystaniem z jego dobrodziejstw, szczególnie jeśli były owocem jego własnej pracy. To zapewne wynikało z jego mugolskiego pochodzenia.


***

Jasne, jeśli chcesz :)

Re: Esy i Floresy

on Wto Cze 12, 2018 5:38 pm
Zakończenie sesji pomiędzy Isaacem a Simonem z powodu zbyt długiego zwlekania z postami.
[z/t x2]


Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984

Re: Esy i Floresy

on Sro Paź 31, 2018 11:27 pm
Mgła, która zaborczo otulała londyńskie kamienice zdawała się przesiąkać przez gruby materiał jego szaty, wkradać pod skórę, wślizgiwać w żyły, docierać nietypowo spokojnego umysłu. Zdawała się być ona bardziej lekarstwem niźli groźbą, łagodząc krawędzie niepokoju, który nie opuszczał go od powrotu do domu. Nie opierał się wcale, porzucając za sobą nazbyt często mury posiadłości, zanurzając się w tym chłodzie i wilgoci, znajdując ukojenie w ich wszechobecności. W tej mgle łatwiej było się schować, umknąć rozczarowanym spojrzeniom ojca, zatroskanym brwiom matki, własnym myślom.
A więc chował się. Chował się, błądząc bez celu po wszystkich zakamarkach ulicy Pokątnej, chowając lico w futrzanym kołnierzu, stąpając z pewnością, której nie miał prawa czuć. Podziwiał witryny w poszukiwaniu wymówki dla swego spaceru. Ostatecznie, gdy i sklep z antykami go zawiódł, skierował się Esów i Floresów, zwykle niezawodnych w zadowoleniu jego jakże wysokich wymagań. Racjonalnie uznał, że faktycznie potrzebował jakiejś książki. Nie zamierzał tutaj szukać nic, co zakrawać by mogło na podręcznik do eliksirów czy choćby encyklopedię ziół. Zaprzestał się łudzić, że znaleźć mogłby tam cokolwiek choć w połowie satysfakcjonującego.
Przekroczył próg sklepu, niemalże pustego o tej porze roku i przywitał się skinieniem głowy ze sprzedawcą. Wzgardził oferowanym ciepłem, marszcząc nieco nos i po krótkiej chwili rozpinając szatę. Zwróciłby się ku regałom z poezją, początkowo lustrując grzbiety książek w nadziei na znalezienie czegoś odrobinę mniej kolorowego, mniej lśniącego, mniej nowego. Jego oczy mimowolnie powędrowałyby w kierunku malutkiej sekcji z literaturą irlandzką. Nie upolował nic ciekawego.
Jebać anglików.

Re: Esy i Floresy

on Czw Lis 01, 2018 2:42 am
12.11.1978 r.

Jesień wkroczyła na dobre w jego codzienność. Na nowo przyzwyczaił się do szkolnych murów, opracowując kolejne plany, dbając o sprawy bezpieczeństwa, w tle też zajmując się sprawami, które musiały zostać domknięte, między innymi swoją pracą badawczą, która zajęła mu większość wakacji. Nie miał więc czasu rozmyślać o absolwentach Hogwartu ani o tym jak potoczyły się ich losy. Sporo uwagi poświęcił swoim sprawom, w tym i przygotowaniu kolejnej grupy do zbliżających się egzaminów. Uczył ich tyle na ile mógł, licząc że łatwiej będzie im się potem odnaleźć w zaklęciach, przeważnie defensywnych lub ofensywnych. Tyle mógł dla nich zrobić. Tego dnia po nawałnicy prac domowych i raportów uzupełnionych dla dyrektora i Ministerstwa Magii, sporządził listę pozycji, których poszukiwał od dłuższego czasu. Zamierzał się w końcu udać do magicznej księgarni by uzupełnić swoje zbiory, nie miał już czego czytać, a do domu czy rodowej rezydencji było mu daleko. I choć dzisiaj wypadał najcieplejszy dzień w tym tygodniu, czuł jak gęsia skórka pokrywa jego ramiona schowane pod wyprasowaną brązową szatą. Mgła też nie była przyjazna, gęsta jak mleko, zadomowiła się na Pokątnej, co Hucksberry stwierdził od razu, kiedy tylko przekroczył przejście za Dziurawym Kotłem. Rozejrzał się, odkrywając, bez zaskoczenia, że dzisiejszego dnia było mniej ludzi niż zazwyczaj. Dłonie schowane w skórzanych rękawiczkach uderzały rytmicznie o jego boki, gdy w końcu skierował swoje kroki do Esów i Floresów. Przyjemne ciarki opanowały ciało mężczyzny, kiedy ciepło sklepu porwało go w swoje objęcia, malując delikatnie czubek nosa i policzki. Miodowe oczy zamigotały, a nozdrza z ulgą powitały zapach książek. Niemal od razu się rozluźnił, witając się ze sprzedawcą w sposób elegancki i pełen szacunku, po czym ruszył do działu dotyczącego zaklęć obronnych. Zgarnął do sklepowego lekkiego kociołka, robiącego za koszyk, dwie wypatrzone pozycje, jedną pióra Roberta Reeda dotyczącą zaklęć, które zrujnowały najpiękniejsze domostwa w Szkocji i drugą Fredrici Morales o zaklęciach, które zamiast bronić zaczęły zabijać. Szykował się owocny wieczór. Po upływie dwudziestu minut ruszył do regałów poświęconych poezji i tak pochłonęła go okładka tomiku wierszy o testralach rosyjskiego poety, że nie zwrócił uwagi na to, że oprócz niego była tu tylko jedna osoba, a dokładnie to panicz Mulciber z niezadowoloną miną. Otworzył zaciekawiony malutką książkę, ciekaw co mógłby tam odnaleźć.




Re: Esy i Floresy

on Czw Lis 01, 2018 11:52 pm
Niewiele się zmieniło. Alistaire nie mógł pozbyć się wrażenia, że więcej zmian powinno było nastąpić, że opuściwszy mury zamku powinien był zaczerpnąć głęboki oddech rozlewającą się przed nim przyszłością, bezkresną, niczym jebany ocean. Może i odetchnął, może i tą przyszłością, a teraz woda wezbrała w jego płucach, gdy tonął powoli pod ciężarem możliwości.
Nie miał jednak o tym myśleć. Myśleć miał raczej o bezkresie tej mgły i ciężkich chmurach nad głową, o przytulnym mroku, w którym wszystkie przewinienia uchodziły na sucho. Mógł grzeszyć do woli.
Zapach w Esach i Floresach nie był idealny. Był zbyt nowy. Może powinien był wybrać się na Nokturn, zapukać do drzwi Borgina i Burkesa, gdzie otoczyłby go ciężki, ale jakże miły zapach stęchlizny, kurzu, historii. Takie wyprawy jednak wymagały od niego trochę więcej energii, niż był teraz w stanie na to poświęcić.
Odsunął się nieznacznie od regału, nie chcąc stać na drodze drugiemu klientowi i zerknął na niego przelotnie, chcąc rzucić zwyczajowe „przepraszam”.
Och. Nie spodziewał się go tutaj. Nie powinien leżeć w Mungu, albo w piachu? Byłby autentycznie zaskoczony obecnością Hucksberry’ego w księgarni, w całkiem dobrej formie. To znaczy, nieokaleczonego w widoczny sposób. Hucksberry nigdy nie był w dobrej formie.
- Gratulacje – rzuciłby, nie mogąc się powstrzymać, nie patrząc na niego bezpośrednio.
Zerknąłby na jego dłonie, trzymaną książkę, zawartość kociołka. Skrzywiłby się trochę. Nie miał gustu. Sam skierowałby się odrobinkę dalej, poszukując włoskich pozycji. Tych z reguły było więcej. Może chociaż znalazłby jakieś ładne wydanie Dantego. Polował na wszystkie.

Re: Esy i Floresy

on Pią Lis 02, 2018 1:44 am
O przyszłości sporo myślał podczas ostatnich wakacji, ale teraz Charles miał wrażenie, że nie miał kiedy tak naprawdę usiąść i przemyśleć swoje kolejne posunięcia. Czuł się trochę tak jakby błądził w tej mgle, która opanowała całą ulicę Pokątną, jakby był tylko małym dzieckiem, które na chwilę straciło z oczu swoich rodziców. Brakowało mu instrukcji, czegoś więcej, może nawet przewodnika.
Och Charlie.
Rozbolała go nieco głowa, ale postanowił skupić się na książkach. One zawsze poprawiały mu humor i przede wszystkim nie szkodziły jak alkohol. Teoretycznie przecież był uleczonym alkoholikiem, którego niegdyś z samego dna wyciągnął mugolski lekarz, James Ryan. To było tak dawno... od śmierci Ryana minął z rok. Nie odwiedził go ani razu. Ile zaś minęło od śmierci Delilah? Niedawno przecież odwiedzało się groby bliskich, a on... on siedział w swoim gabinecie, zupełnie jak zawsze. Ojciec musiał się w głowie przewracać, a jego biedna matka.... Cholera. Chyba był nieczułym ignorantem. Teraz z łatwością skupił się na testralach, których łby upadły pod wpływem jesiennych łez. Rozumiał to, ten wers rozbrzmiał w jego głowie.  Jak jesienne łzy przez które łby testrali upadły. Upadły też królestwa. W tle pod wodą ginęło po raz kolejny Shi Cheng o którym czytał niedawno. Skojarzenia swobodnie przepływały pod luźno związanymi falowanymi włosami. Jego największy grzech. Wyłapał kurz, który dobrze skomponował się z zapachem nowości, najwyraźniej ktoś nie doczyścił do końca zaklęciami półek albo potężnych tomiszczy. Czy powinien wziąć ten mały tomik ze sobą? Nadal się wahał, choć w głowie brzęczały mu jesienne łzy i łby testrali.
Najwyraźniej Hucksberry miał wyjątkowe szczęście i klątwa, póki co, postanowiła mu odpuścić. Może wyczuła, że to za wcześnie by potraktować go Cruciatusem? Z pewnością łatwiej będzie go zaskoczyć w połowie drogi niż na jej początku lub końcu. Na początku nie usłyszał jego głosu, może nawet pomyślał sobie, że ten ktoś odezwał się do kogoś innego. Kiedy w końcu się otrząsnął i postanowił rozejrzeć wokoło, jego były uczeń był już kawałek dalej, przy regale z włoskimi dziełami. Charles nie wiedział jednak, przynajmniej jeszcze, że ów jegomość to nikt inny jak świeżo upieczony absolwent Hogwartu, Alistaire Mulciber. Tomik traktujący o testralach wylądował w jego sklepowym kociołku. Powoli przesunął się do tego samego działu, co młody mężczyzna, będąc zainteresowanym czy odnajdzie tutaj coś nowego.
- Dzień dobry - przywitał się, lekko się zginając w geście szacunku, jak przystało na dżentelmena. Zdążył go już rozpoznać. Nawet jeśli był zaskoczony, nie dał po sobie tego poznać, nawet miodowe oczy pozostały nieczytelne. Stanął obok niego, w nieznacznym oddaleniu. - Znalazł pan coś ciekawego, panie Mulciber?
W tym czasie sprzedawca odkrył bunt książek z regału o polowaniach na czarownice. Najwyraźniej ktoś potraktował jedną z pozycji bardzo nieładnie, bo na grzbiecie lśniła świeża plama po jakieś cieczy, co doprowadziło wrażliwą książkę do szału. Zaczęła się tam walka.


Re: Esy i Floresy

on Pią Lis 02, 2018 10:09 pm
Czy ktokolwiek miał czas, ochotę, by usiąść i rozplanować na pachnącym pergaminie przebieg swojego życia? Merlinie, jakże Alistaire chciałby mieć taką możliwość. Rozplanowałby wszystkie śniadania, kąpiele, książki, karmienie Pani Kot, drzemki... Tak trudniej było cokolwiek spierdolić. Tego chyba bał się najbardziej.
W tej mgle tylko bał się trochę mniej. Nieznacznie. Łatwiej było skupić się na zewnętrznych bodźcach, umknąć wszelkim niepokojom. Książki również pomagały, musiał to przyznać. Ostatnimi czasy cierpiał jednak na ich niedobór, przeczytawszy wszystko ze swej osobistej biblioteki po raz kolejny, zapoznawszy się z najciekawszymi pozycjami biblioteki rodowej. Wciąż było mu mało. Za dużo miał czasu na rękach. Zbyt często w te ręce wpadały papierosy, alkohol czy nieznajomi.
Może klątwa stanęła przed nim w postaci jego ulubionego absolwenta?
- Dzień dobry – odpowiedział, odwzajemniając gest instynktownie, ukrywając swoje zaskoczenie.
Pytanie Hucksberry’ego, pozornie niewinne, roziskrzyło tylko jego już istniejącą frustrację i irytację.
- Nie – odpowiedział, spokojnie, ale chyba nie zdążył się ugryźć w język. – Oczywiście, że nie, nie powinno to wcale zaskakiwać. Zaopatrzenie większości księgarni, a ta nie jest żadnym wyjątkiem, jest personalną obelgą rzuconą w moją stronę. Jak gdyby nie wystarczyła jawna dyskryminacja innych państw czy kręgów kulturowych – wystarczy spojrzeć na ofertę irlandzkiej literatury, z której zdaje się tylko Wilde jest wystarczająco imponujący, by na półce pojawić się w 3 cholernych wydaniach – asortyment sam w sobie jest żałośnie mały i najzwyczajniej w świecie plebejski. Absolutnie nie jestem uprzedzony wobec erotyków czy jakiejkolwiek literaturze skupiającej się na ukazaniu fenomenu zakochania, ile razy można czytać pierdolony poemat o wiedźmie wzdychającej do swojego kociołka, podczas gdy w tafli eliksiru niewątpliwie odbija się piękne lico jej miłości? Ministerstwo powinno wprowadzić jakąś cenzurę, bo publikowanie tych bzdur jest najzwyczajniej niebezpieczne. Nie wspominając już o tym, że 99% ważniejszych dzieł jest tłumaczone, co całkowicie mija się z celem, kiedy utwór poddany jest transkreacji i po prostu nie jestem już tym samym utworem, a znalezienie oryginału równa się w tym cholernym kraju z cudem. Proszę bardzo- – wskazał na piękną półkę Dantego. – -Dante. Nawet Dante. Żadnej moralności czy przyzwoitości.
Całkowicie zignorował to zamieszanie, ale teraz, kiedy już odetchnąl, zerknął w jego stronę z niesmakiem, niewątpliwie mając na ustach kolejny strumień żalu. Przypomniał sobie o swoim rozmówcy i o, Merlinie, chyba poczuł, jak rumienią mu się uszy. Po raz kolejny w życiu był wdzięczny za swe piękne, długie włosy.
- A pan? – zapytał uprzejmie, jak gdyby przed chwilą wcale nie wypluł z siebie litra bardzo dojrzałego jadu. Dalej podziwiał półki.

Re: Esy i Floresy

on Sob Lis 03, 2018 12:36 am
W ten sposób można by było funkcjonować prościej, w sposób uporządkowany, choć trochę przewidzieć przebieg swojego życia, nawet jeśli ono tak uparcie potrafiło zaskakiwać. Nigdy nie do końca był przekonany do niespodzianek, choć część jego, ta dobrze ukryta, ta bardziej pokręcona, kochała niespodzianki.
Kto potrafił trzymać się ustalonego planu od początku do końca? Zawsze przecież coś musiało się wkraść, bo jak było wspomniane wcześniej, życie zaskakiwało. Wkradały się niewiadome i psuły szyki, zmieniały równania. Kiedy się chce to wszystko staje się możliwe, włącznie z zepsuciem prostych czynności do których ciało zdążyło się przecież przyzwyczaić. Bodźce atakowały z każdej strony, ale gdy na co dzień żyło się w Hogwarcie, Pokątna nie była taka straszna i uciążliwa z tymi wszystkimi głośnymi rozmowami, śpiewami, wystawami. Z tymi wszystkimi zaklęciami i eksplodującymi przedmiotami, i z czarodziejami krzyczącymi o ostatnich sztukach, najnowszych okazjach, promocjach poćwiartowanych macek jadowitej tentakuli. Hucksberry, o ironio, w swoich dłoniach najczęściej miewał podręczniki, pergaminy na których znajdowały się prace domowe, prace lekcyjne, testy, raporty, wnioski. Dużo za dużo, ale przynajmniej łatwiej było zachować trzeźwość i trzymać się z dala od kieliszka. Porządny były alkoholik. Klątwa ta byłaby raczej za skromna i nieszkodliwa, bo czymże mógłby mu zaszkodzić jego były uczeń? Gdyby chciałby go otruć to już dawno by to zrobił, a nawet nie próbował. Oboje dobrze o tym wiedzieli. Za sobą mieli też jedno przypadkowe spotkanie na plaży podczas wakacji i choć magiczna część Londynu nie była wcale taka duża jak można było się spodziewać, nie oczekiwał prędko kolejnego spotkania z panem Mulciberem. Nie zakładał też, że w ogóle go nie spotka, bo to byłoby chyba zbyt pobożne życzenie nawet jak na niego. Po prostu, dzisiejszy dzień był za bardzo zaskakujący. Wylewność młodego mężczyzny wyrwała go z dziwnego stanu kontemplacji na temat testrali i jesieni i sprawiła, że skupił się na jego słowach. Co więcej, dostrzegł w nich nawet sens. Nie przerywał mu, oczami błądząc po książkach, które teraz miał przed sobą, ale uszy pozostały czujne.
- Widziałem jeszcze Shawa i Joyce'a - dodał grzecznie, nie patrząc na niego. Resztę wypowiedzi rozważał, nie chcąc odpowiadać mu krótko i bezsensownie. To nie byłoby w jego stylu. - Jest pan zdecydowanie za ostry dla Esów i Floresów, panie Mulciber. Spory problem jest z transportem, podatkami, kontraktami... autorzy i ich rodziny też mają przeróżne życzenia, które niekoniecznie są realne. Kwestia popularności też robi swoje, duża część czarodziejów, stety lub nie, ubóstwia kwestię zakochania. Eliksiry miłosne, listy miłosne, powieści miłosne, wiesze miłosne, przedmioty zaklęte tak by wzbudzały w obiekcie westchnień pożądanie i oddanie. Jest tego mnóstwo. Może spróbuje się pan zaangażować w politykę? Ewentualnie wykorzystać kociołek sugestii dla klientów Esów i Floresów do którego można wrzucać karteczki z propozycjami zmian, autorów lub konkretnych tytułów - wskazał na odpowiedni kąt pomieszczenia, gdzie unosi się ciemnobrązowy kociołek posiadający usta. Właśnie ziewał. - Nie wszyscy znają na tyle dobrze obce języki by ryzykować, sam jestem człowiekiem, który niezbyt dobrze sobie z tym radzi by móc przeczytać oryginał. Chociażby taki Dante... moim zdaniem niektórym czarodziejom, zajmującym się tłumaczeniem, idzie naprawdę dobrze. Jestem nieraz pod wrażeniem użytych przez nich słów, próby jak najrzetelniejszego przedstawienia treści.
Jego miodowe oczy znalazły się teraz na Dantym. Skupił się na eleganckich okładkach, krzyżując ręce na klatce piersiowej i pozwalając sobie na to, by myśli popłynęły gdzieś daleko. Może nawet do Włoch? Poczuł na sobie jego spojrzenie, ale sam nie spojrzał, chyba nie chciał wiedzieć jak teraz wygląda. Chyba tak było prościej.
- A ja? - zdziwił się, rozkojarzony, wreszcie pozwalając sobie na wyrwanie się z tego stanu. - Ach, no tak. Cóż, można by tak powiedzieć. Dwie książki związane z pracą, jeden intrygujący tomik poezji. O testralach. I jesieni. Teraz będę sporo o tym myślał...
Wyrwało mu się. To pewnie przez niego, przez pana Mulcibera, który sam powiedział sporo i teraz nawet Hucksberry zgłupiał i powiedział więcej niż zwykle. Spojrzał na niego, dość ukradkowo, po czym skoncentrował się na unoszących się książkach w dziale polowań na czarownice.
- Ciekawe czy pouciekają w różne strony księgarni i zaczną atakować klientów... - zaczął zastanawiać się na głos.


Re: Esy i Floresy

on Sob Lis 03, 2018 1:30 am
Gdyby spojrzeć na to bardziej racjonalnie, gdyby znało się każdą kolejną godzinę swego życia, czy byłoby po co żyć? Wszystko, na dobrą sprawę, byłoby już przeżyte. Jakże nużącym byłoby odhaczanie każdej kolejnej czynności na takiej długiej liście.
Pokątna była przyjemnie rozpraszająca, kiedy takiej dystrakcji się szukało. Alistaire na przykład był ich wielkim amatorem. Ta wycieczka była jedną wielką dystrakcją. Cholera, jego życie chyba było z nich złożone. I znów robiło się zbyt poważnie. Czy to czas na komentarz o skrzacich stópkach?
Trochę zbyt dosłownie potraktował ten żart o klątwie. Mulciber myślał raczej o czymś w rodzaju przyjemnej aluzji do tego, jak rozkosznym był uczniem. Ciekawe, czy gdyby trochę bardziej postarał się być nieznośnym, mógłby odebrać Hucksberry’emu chęć do życia. Interesujący pomysł, zapisze go sobie gdzieś.
Rzucił mu bardzo rozeźlone spojrzenie, nie doceniając jego próby obronienia honoru księgarni.
Wysłuchał co też jego były nauczyciel ma do powiedzenia, ledwo co powstrzymując się przed przerwaniem mu gdzieś w połowie.
- Esy i Floresy są w tym momencie najbliższym przykładem. Transport nie jest żadnym problemem. Książki nie są przenoszone przez sowy z głębi Puszczy Amazońskiej. W samym Londynie jest kilka wydawnictw, które mogą przebierać w autorach ubiegających się o ich łaskawą opiekę. Problemem jest właśnie to, jak skupioną na zarobkach stała się literatura i każda inna forma sztuki. Pisarz przestaje być artystą, staje się rzemieślnikiem, zaledwie realizującym postrzegane przez siebie życzenia społeczeństwa. W takiej sytuacji, chcąc sięgnąć jak największej liczby klientów, kieruje swą pracę do mas, których standardy nie należą do wyjątkowo wysokich. To nie tylko obniża średnią jakość obecnej na rynku literatury, ale również hamuje rozwój kulturowy społeczeństwa, gdy nie czuje ono potrzeby doskonalenia się, aby mieć styczność z kulturą, a sami pisarze przestają stawiać sobie wyzwania, gdy ich czytelnicy kupią absolutnie wszystko. Ponadto, te obniżone standardy sprawiają, że tak zwanych literatów pojawia się coraz więcej, czyniąc rynek bardziej konkurencyjnym, a ze względu na oczywiste upodobania większości Brytyjczyków, mniej banalni autorzy nie mają prawa z tą konkurencją sobie poradzić. – chyba musiał w końcu zaczerpnąć oddech. – Nie ma innej metody poznania języka, jak obcowanie z nim, czy to poprzez przebywanie w miejscach, w których język ten jest używany czy to poprzez czerpanie z kultury, takich jak literatura. Bez tego procesu akwizycji, nie można oczekiwać jakichkolwiek przydatnych umiejętności związanych z językiem. Tłumaczom idzie dobrze, ponieważ tworzą nowe dzieło w oparciu o oryginał. Aby przetłumaczyć taki utwór, muszą przełożyć niektóre aspekty kultury zagranicznej na docelowe, zrozumiałe dla czytelnika, co automatycznie zmienia każdą metaforę, gdyż żaden odpowiednik nie jest nigdy idealny. Jednocześnie, w przypadku tłumaczeń nazbyt często zatracony zostaje rytm, struktura i wszystkie aspekty stylistyczne dzieła. Tłumacze są dobrymi pisarzami, może bez wyobraźni, ale wciąż. To, co kreują, jest czymś innym, nowym za każdym razem.
Gdyby na siebie spojrzeli, ta sytuacja byłaby zapewne nawet bardziej niezręczna. Zajął dłonie książkami, przeglądając poszczególne wydania tego umiłowanego Dantego, poszukując jakiegoś, które byłoby choć w połowie tak zachwycające jak te, które już posiadał.
- A więc moje gratulacje – rzucił, niekoniecznie zgryźliwie, z braku lepszego komentarza pod ręką. Dyskusja o interpretacji poezji była chyba nieco poza granicami jego ewidentnego szaleństwa.
Zbyt był zajęty ocenianiem zaistniałej sytuacji, żeby zauważyć spojrzenie mężczyzny.
- Przynajmniej nie musieliby już cierpieć z powodu tego ograniczonego asortymentu, próbując wybrać mniejsze zło – rzuciłby lekko, wzruszając nieco ramionami.
Hucksberry brzmiał niemal tak, jak gdyby miał na to nadzieję. Brakowało mu wrażeń w życiu?

Re: Esy i Floresy

on Sob Lis 03, 2018 4:52 pm
Wszystko zależy od punktu widzenia, niektórzy by pewnie dodali jeszcze punkt siedzenia. W gruncie rzeczy, jeśli zna się swoją przyszłość, zapewne istnieje możliwość, że będzie się wszystko robić tak jak powinno i zmieniać jakieś drobne elementy by ewentualnie wpłynąć na zmianę tego odgórnego scenariusza. Tylko pytanie, czy nie będzie w tym krył się jakiś podstęp, czy to również nie zostało przewidziane przez kogoś lub przez coś. Nie żeby Hucksberry wierzył w jakichś bogów, może czasami wahał się nad fatum, ale ogólnie nie był wierzącym czarodziejem. Za bardzo był racjonalny, czasami wręcz do bólu logiczny, trzymający się znanych praw dotyczących życia, funkcjonowania i oddziaływania. Jego ojciec był podobny, matka zaś po cichu, gdy nikt nie patrzył modliła się, składała ofiary, czciła podobizny czarodziejskich bogów. Wierzyła. Widział ją przynajmniej raz jak się tym zajmowała. Ona chyba też zdawała sobie z tego sprawę, bo przyciskała palec do ust jakby starała się uciszyć samą siebie. Ale to był znak, dla niego, by nie mówił nikomu. I pomyśleć, że ród Crouchów zdawał się być taki restrykcyjny i chłodno kalkulujący!
Hucksberry niekoniecznie lubił dystrakcje, też należało wspomnieć, że to słowo było dość zdradliwe. Z jednej strony mogło oznaczać coś, co rozprasza uwagę, przeszkadza, a z drugiej przyjemność lub zabawę. Byli dość sztywni w swoim towarzystwie, ale to dość normalne, zważywszy na różnice między nimi. Wiek, pozycja, odgrywana rola. I jeszcze sam Charles był dość sztywny w obcowaniu z innymi ludźmi, taki dodatek, który pojawił się przez wychowanie i jego podejście do życia.
Brakowało mu cierpliwości? Przerywanie komuś uchodziło za bardzo niegrzeczne.
- Dużo regulują przepisy. Narastające problemy. Tak działa obecny świat, panie Mulciber. Wcześniej pisarze umierali z głodu, z powodu chorób, które miały bezpośredni związek z ich życiem w nędznych warunkach. I cóż z tego, że w końcu otrzymywali uznanie, skoro nie przeżyli by być świadkiem swojej sławy? Poza tym śmiem twierdzić, że za bardzo pan wyolbrzymia, generalizuje. Rozumiem pana, ale z drugiej strony to w końcu pisarze i inni artyści decydują o tym o czym będzie ich dzieło. Nikt za nich nie chwyci pióra czy pędzla. A jeśli ulegają presji społeczeństwa to czyż nie jest to poniekąd ich wina? Desperację można pokonać, na zdobycie pieniędzy zawsze znajdą się inne sposoby. Poza tym faktyczni rzemieślnicy wiedzą jak zrealizować swoją pasję i przy okazji zaspokoić żądze gawiedzi. Nie jest tak?
Też zrobił krótką przerwę. Miał teraz wielką ochotę zapalić, ale musiał się wstrzymać. Oparł swój bark nieznacznie o kant jednej z półek, patrząc gdzieś daleko, bardzo daleko, gdzie nie mógł sięgnąć zwykły ludzki wzrok. Chyba myślał o tych wszystkich pisarzach, co skończyli marnie, a których teraz zaczęto czcić jak bogów.
- Chciałby pan zmusić wszystkich do ślęczenia ze słownikami języków obcych i tłumaczeniu oryginalnych tekstów? Albo do czytania tychże oryginałów bez zrozumienia? Dobrze pana zrozumiałem? - chyba był bliski roześmiania się. To brzmiało tak niedorzecznie! Odchrząknął by się uspokoić. - Nie oszukujmy się, tylko nielicznych pasjonatów na to stać. Zgodzę się jednak w kwestii tłumaczy, ale są pewne jednostki, które starają się przedstawić dane metafory w sposób rzetelny, jak najbardziej oddany oryginałowi. Śmiem twierdzić, że przy tym potrafią zachować ten rytm i strukturę, co więcej!, tworzą nieraz własną wizję, która lepiej odzwierciedla dane dzieło niż oryginał, choć nie powiedziałbym że tworzą rzeczywiście coś nowego. Czy zostałem teraz w pana oczach heretykiem?
Ależ się nie mógł powstrzymać. Chyba nawet odrobinę się ożywił z powodu tej pogawędki, co było dość zaskakujące. Cóż, nie spojrzeli, takie mieli szczęście. Poruszył swoim kociołkiem, a książki uderzyły o siebie. Może powinien kupić coś jeszcze? Zaczął na nowo sprawdzać tytuły, które były na pobliskiej półce. Był jednak w zbytnim oddaleniu by sprawdzać Dantego.
- Dziękuję - skinął grzecznościowo głową. Rozmowa o interpretacji wierszy to z pewnością byłoby za wiele. Kierunek miodowego spojrzenia i tak się zmienił, popłynął gdzieś dalej, choć z pewnością był już bardziej skupiony na rzeczywistości niż chwilę temu.
- Nie jest pan za młody na taką zgryźliwość? - rzucił znienacka, dość cicho, mimo że odrobinę doceniał tę jego szczerość. Książki zaczęły walczyć między sobą, doprowadzając sprzedawcę do istnej rozpaczy. Zaczął machać różdżką by je powstrzymać, choć niezbyt dobrze mu to szło. Jedna z książek straciła właśnie trzy strony.
- Nie zgadłem, ale zawsze istnieje ryzyko, prawda? Książki potrafią być bardzo żywotne.


Re: Esy i Floresy

on Nie Lis 04, 2018 9:32 pm
Z przeznaczeniem sprawa wyglądała tak, że albo ono istniało, w całej swej okrutnej, nieustępliwej formie, albo nie istniało wcale. Jeżeli wszyscy byli nieświadomymi ofiarami predestynacji, nie mieli możliwości jakiejkolwiek zmiany swego losu, wolna wola była niczym innym, niż jakąś pokrzepiającą bajką. Oczywiście, miałoby to swoje wady i zalety. Zdecydowanie, zdając sobie sprawę z błahości swoich decyzji, można byłoby czuć się wolnym od odpowiedzialności, pozwolić sobie dryfować wraz z prądem w kierunku już ustalonym. Z drugiej strony, któż mógłby biernie obserwować swe życie, nie wiedząc jakie cierpienia mogą go czekać?
Alistaire nie utożsamiał przeznaczenia z religią per se, a przynajmniej nie z żadną już istniejącą, określoną księgami. Nie nazwałby się człowiekiem religijnym czy specjalnie zaangażowanym w sferę sacrum; mity, podania, święte przypowieści traktował raczej, jak interesujące teksty literackie, potencjalnie fascynujące aspekty świata, którego  nie mieli szansy zrozumieć w pełni. Nie odrzucał istnienia jakiejś Wyższej Istoty, lecz nie przejmował się specjalnie jej ewentualnym wpływem na jego życie.
Każda przyjemność, zabawa, igraszka była czymś rozpraszającym. Obowiązki też mogły nim być. Merlinie, ludzka psychika była kwestią tak niezwykle skomplikowaną. Granice pomiędzy dobrym, a złym, korzystnym, a szkodliwym, zdrowym i niezdrowym były bardziej niewyraźne, niż sylwetki w tej brytyjskiej mgle.
Ostatecznie nie przerwał mu, w dyskusji, o dziwo, pozostając raczej kulturalnym czarodziejem. Należało zachować pewien poziom konwersacji, nawet jeżeli Hucksberry nie był jego wymarzonym rozmówcą. Musiał przyznać, że bez względu na sympatię, którą (nie) darzył nauczyciela, rozmowa z nim nie była trudna czy męcząca. Płynęła, pomimo tego, że ograniczały ich wiadome kwestie ich poprzednich interakcji, pozycji społecznej czy tego wspomnianego już wieku.
- Wiele osób w minionych czasach umierało z głodu czy z powodu chorób. Nie sądzę, by związane było to bezpośrednio z ich profesją, a raczej okrutnymi warunkami życia całego społeczeństwa, które z kolei były rezultatem ówczesnych ustrojów politycznych, dysonansów społecznych, rozwoju ekonomicznego i technologicznego. Kwestia świadomego podejmowania decyzji również jest kwestią sporną. Czyż nie jesteśmy, w głównej mierze, owocem naszego otoczenia, wychowania, doświadczeń? Padamy ofiarą wielu systemowych manipulacji, z których niekoniecznie zdajemy sobie sprawę, ze względu na ich wszechobecność. – odpowiedział, odrobinę cynicznie, odrobinę drwiąco.
Ta rozmowa, w końcu, pochłonęłaby większość jego uwagi. Porzucił półki, żeby odwrócić się całkiem w stronę Hucksberry’ego, splatając ramiona na piersi.
- Lubię myśleć o sztuce, jako o aspekcie Najwyższym, tak często podejmowanym w literaturze gotyckiej. Jest ona trochę, jak ta przepaść czy ciemność, w którą mimowolnie spoglądamy, szukając weń jakichś kształtów. Sądzę, że dla artysty sztuka, czy raczej tworzenie jej, jest nieunikniona, całkiem bezlitosna. Prawdziwa sztuka, z reguły jest efektem jakichś głębszych przeżyć czy przemyśleń, których nie można wyrazić w inny sposób, a których ekspresja jest konieczna do prawidłowego funkcjonowania. Może jest trochę jak ta nieosiągalna dama z literatury wczesnoangielskiej, która woła do samodoskonalenia, poświęceń. Kto mógłby jej odmówić? – uśmiechnął się nieco sarkastycznie. – A więc nie sądzę, by artyści faktycznie mieli jakikolwiek wybór.
Jego pytania brzmiały całkiem absurdalnie i niepożądanie. Przewrócił oczami, nie mogąc się powstrzymać. Upraszczał to wszystko aż nadto.
- Tak i nie. Lektura zagranicznych tekstów nie wymaga ślęczenia nad nimi ze słownikiem, zaledwie odrobiny zaparcia i ciekawości. Konieczne są jedynie podstawy języka, by móc się go nauczyć, ze względu na ludzką wrodzoną umiejętność jego akwizycji – wzruszył lekko ramionami.
Był heretykiem. Zdecydowanie. A Alistaire go wyśmiał, śmiejąc się krótko i cicho, bo właśnie potwierdził wszystko to, o czym mówił. I może tylko trochę go zirytował.
- Ależ nie mogą odzwierciedlać oryginału bardziej, niż oryginał! Mogą odpowiadać przyjętej przez pana interpretacji, może nawet interpretacji ogólnie przyjętej, ale absolutnie nigdy nie będą odzwierciedlać lepiej oryginału. Oryginał jest idealny, jest dokładnie tym, czym autor chciał, by był. Niekoniecznie pod względem językowym, ale pod każdym innym – każdy błąd, każde potknięcie, każde wybrane słowo ma znaczenie. Jest efektem długiego procesu kreacji, który sam w sobie jest dość fascynującym i romantycznym tematem. To wszystko składa się na portret autora, a raczej stanu jego umysłu, kiedy dzieło tworzył. Nie można tego tak po prostu sobie dopasować do własnej wizji. Własne wizje realizuje się we własnych dziełach.
Powinien skusić się na Dantego. W oryginale. Z drugiej strony, Alistaire był pewien, że wcale by go nie docenił. Hucksberry nie zasługiwał na Dantego, ot co. Niech się zadowoli marnymi podróbkami.
Jego pytanie było całkiem zabawne. Niemal... poufałe.
- Ja? Zgryźliwy? Nigdy – odpowiedział bardzo poważnie.
Zerknął przez ramię na ten chaos, niekoniecznie zainteresowany. Rozpraszał go hałas, szamotanina postrzegana kątem oka.
- Wolałbym, żeby zajęły się klientami, niż sobą. Szkoda pergaminu – rzucił, absolutnie nie zgryźliwie.

Re: Esy i Floresy

on Pon Lis 05, 2018 1:51 am
Albo wszystko albo nic? Można i tak, choć widać było że mieli do tego całkiem różne podejście, nie musieli nawet o tym rozmawiać na głos, w pełnej chwale swoich głosów, kiedy język tak lekkomyślnie uderzał o podniebienie podczas tworzenia kolejnych formułek. Nie ma więc ratunku w tej wizji świata? Predestynacja - a cóż to za nikczemne słowo! Jakże łatwo się wkradło w ten tok rozumowania. Brak wolnej woli, zdania, wszystko przesądzone. Niczym w osławionym danse macabre, gdzie ludzie tańczą ze śmiercią, bo ta każdego zgarnia do swojego pięknego, ale i ostatecznego tańca. Ta koncepcja się sypie, to nie piramida, która mogłaby przetrwać tysiące lat, jak nie więcej. Religia, przeznaczenie, wierzenia to po prostu łatwiejsze dla głowy wrzucić pewne zagadnienia do jednego worka, zwłaszcza gdy nie zamierza się im poświęcać uwagi. Kowal czy też czarodziej własnego losu? Równie dobrze mogło mu się tylko wydawać, że miał kontrolę nad swoim życiem.
Nic nowego i nieważne czy zajrzysz mugolowi czy czarodziejowi pod czaszkę, mózg będzie najbardziej zawiłą i tajemniczą częścią człowieka. Za dużo niewiadomych by móc tak po prostu przy tym usiąść i się tym porządnie zająć, dlatego chyba lepiej byłoby zostawić to filozofom. Najpewniej im, i centaurom, łatwiej będzie ujrzeć coś w tej mgle, w tych ledwo widocznych zarysach sylwetek, świata niewidocznego gołym okiem do którego przeciętni śmiertelnicy nie mieli wstępu.
Cóż to za zaskoczenie, kiedy krnąbrny czarodziej postanawia zachować się tak jak przystało. To pewnie dlatego, że byli w publicznym miejscu, w innym przypadku pewnie zdążyłby mu przerwać przynajmniej raz. Rozmowa pewnie zakończyłaby się przed prawdziwym jej rozpoczęciem. Nic nie stało na przeszkodzie by odwrócić się na pięcie i wyjść, ewentualnie wymigać się i uciec w inną część księgarni. Czyżby duma nie pozwalała na tak radykalne kroki? Charles nawet się nad tym nie zastanawiał, chyba po prostu płynął, a właściwie to słowa wypływały z niego pod wpływem rozwinięcia dość ciekawych kwestii. Nie spodziewał się tego kompletnie, ale wyszło to na tyle naturalnie, że nie przerywał tego zaklęcia z długą formułką.
- W tym momencie skupiamy się jednak na pisarzach i może ogólnie artystach, panie Mulciber, co pragnę zauważyć. Rozpoczynając temat reszty populacji, zaczęlibyśmy zbytnio się zagłębiać w rzeczy mniej interesujące i przerzucać się argumentami, a wątpię byśmy mieli tyle czasu na podobne dywagacje, czyż nie? Jeśli będziemy zakładać że nie podejmujemy świadomych decyzji runie obraz wolnej woli, a nie wiem jak pan, ale ja zakładam że takową posiadam. Dalej, jeśli artyści, z naciskiem na pisarzy, nie podejmowali świadomych decyzji to jak nazwać tworzenie przez nich opowieści, wierszy, dramatów? Uważa pan, że to rodzina albo środowisko naciskało na nich by zajmowali się pisaniem a nie bardziej praktycznymi rzeczami, jak chociażby pracą na polu? Manipulacja w imię wyższego dobra? - wyszła z niego drwina, zgrzyt, nuta pasji, którą przemycił do swoich słów. Potrzebował papierosa. Zapali go od razu po wyjściu, pewnie gdzieś na uboczu.
- Ciekawe, ale najprościej i jakże pospolicie byłoby ująć to tak, że sztuka jest wszystkim. Pan widzi ją w przepaści czy ciemności, ktoś inny widzi ją w chmurach, słońcu, ostrym świetle dnia codziennego. Sztuka jest i prawdą i kłamstwem. Sztuka nie musi być poświęceniem - zatrzymał się i spojrzał mu nieco ostre spojrzenie. - Sztuka może być poświęceniem. Może nawet powinna, ale nie tylko pan o niej decyduje. Sztuka jest sama w sobie wyborem artysty.
Spojrzenie popłynęło dalej, do książek, dłoń zadrżała gdy już sięgał do kieszeni by wyciągnąć papierosa i odpalić. Instynktownie. Odruch bezwarunkowy. A mimo to nadal tutaj był i rozmawiał z nim.
- Tylko dla pana jest to takie proste. Każdy jest inny pod względem przyswajalności wiedzy, obcych słów, czy też zaparcia. Ciekawość to zaledwie wstęp, zaklęcie popychające do kolejnych działań, a nie faktyczne podłoże pod obcowanie z surowymi oryginałami. Języków jest całe mnóstwo, prawdziwy pasjonat musiałby więc spędzić dużą część życia na uczeniu się języków zamiast na czytaniu interesujących go dzieł. Rowena raczy wiedzieć jak długo ktoś musiałby spędzić na uczeniu się takiego trytońskiego by zrozumieć w pełni piękno podwodnych poematów - wyrzucił z siebie, niemalże zgrzytając zębami na samą myśl. Chrząknął. Chyba sam trochę się zirytował, a tak przecież nie powinno być.
- Stawia pan oryginał ponad wszystko, a nieraz sami pisarze potrafią się przyznać, że dane tłumaczenie oddaje lepiej to o co im chodziło niż ich dzieło. To jak to w końcu jest? Nie ma w panu choć odrobiny zwątpienia? We mnie jest. Kopie, oryginały, tłumaczenia... mnóstwo analiz - westchnął nieco zniecierpliwiony. - Romantyzm. W tym tkwi pana problem. Za bardzo pan tkwi w tej epoce. Jej ideałach. Friedrich by pana pokochał. Wypisz wymaluj jego wędrowiec ponad morzem mgły.
Nie mógł się powstrzymać, język był szybszy od rozumu. Westchnął nagle i wykonał kilka kroków w stronę Dantego. Cóż, na szczęście to nie panicz Mulciber decydował o tym na co Hucksberry zasługuje a a na co nie. Parsknął krótko, zasłaniając usta dłonią. Oczy i tak patrzyły w stronę grzbietów książek. Tych dumnych podróbek.
- Niech pan do nich podejdzie i próbuje przekonać. Może to zadziała - udał powagę, stwierdzając że chyba te trzy pozycje mu wystarczą. Książki odleciały w różne strony. Polowanie na czarownice najwyraźniej przejmowało Esy i Floresy. Jedna z książek nawet zaczęła krzyczeć jak czarownica.



Sponsored content

Re: Esy i Floresy

Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach