Zapraszamy serdecznie do przyłączenia się do przygody!
CalendarCalendar  IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  GrupyGrupy  FAQFAQ  

Share | 
 

 Sala Klubu Prostej Kreski

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
avatar
avatar


PisanieTemat: Sala Klubu Prostej Kreski   Wto Gru 30, 2014 9:27 pm

First topic message reminder :

Kiedy wchodzi się do pomieszczenia, pierwsze co się rzuca w oczy to wielkie, praktycznie na całą ścianę okno, przez które dokładnie widać Zakazany Las. W sali znajdują się sztalugi, na których zawsze czekają puste płótna, gotowe by je zapełnić. Jest też pełno wszelkich akcesoriów artystycznych, takich jak farby, pędzle, węgiel etc. Na ścianach wiszą obrazy i szkice - niektóre delikatnie się poruszają, zmieniając przedstawioną treść, inne zaś zdają się zupełnie nieruchome...


Sowa Specjalna & Prośby do MG & Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me. It resembles my own mind except that you happen to be insane.”
— George Orwell, 1984

Chcesz napisać prośbę do konkretnego Mistrza Gry na Prywatną Wiadomość? Użyj odpowiedniego określenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Sala Klubu Prostej Kreski   Pon Sty 26, 2015 9:36 pm

Oho, zaczynało się robić tłoczno. Nie spodziewała się jednak, że aż tyle ludzi się spóźni. W tym sam opiekun. (Co prawda tylko o minutę, ale Al często czepiała się takich szczegółów. Taka już była i raczej nic jej nie zmieni). Przyglądała się uważnie (i zdziepko niepokojąco, w końcu oczy miała prawie na policzkach, tak mocno je wytrzeszczyła) każdemu uczniowi. Lubiła to robić, chociaż odstraszała tym większość ludzi. Przeto kto lubi, kiedy jakaś dziwna, różowo włosa dziewczyna obserwuje każdy twój ruch z kąta sali? Raczej nikt, chociaż kto wie? Zdarzają się może tacy. Szczerze mówiąc, to nie zwróciła już potem większej uwagi na to, co mówiła opiekunka, ponieważ była na tyle zajęta przyglądaniu się fałdom na własnych spodniach, że o tym zapomniała. Po chwili złapała mocniej ołówek i zaczęła bardzo lekko szkicować to, co widziała. Na początku były to tylko kreski i kółka, które potem nagle (dosłownie, bo szczegóły dodała w masakrycznie szybkim tempie) stały się ludźmi, ścianami, sztalugami i tak dalej. Było to bardzo „bałaganiarskie", ale dlatego używała ołówków, a nie węgla, prawda? Oczyszczanie szkiców jest fajne, odprężało ją. (No może prócz tych licznych momentów, kiedy była na to za leniwa). Dopiero kiedy jakimś sposobem usłyszała jedną z odpowiedzi zrozumiała, że też powinna odpowiedzieć. Mówili coś o szkicowaniu i pięknie. Nie tak źle, to przynajmniej może jeszcze mieć sens. Zastanowiła się chwilę, przykładając koniec ołówka do brody i wydymając lekko usta.
- Lubię rysować ludzi i zwierzęta, głównie motyle. Ludzi rysuję tylko z żywymi modelami. Zwykle używam do tego węgla, jakiś miękkich ołówków i suchych pasteli, czy farb, żeby je pokolorować. No może prócz olejnych, są okropne - zaśmiała się z jakiegoś powodu. Pewnie przypomniała sobie coś głupiego i oczywiście musiało ją to rozśmieszyć.
- Za piękno uważam wszystko, co ma w sobie duszę. Nie mówię tu do końca o takiej prawdziwej duszy, a prędzej o metaforycznej.
Uśmiechnęła się, zadowolona ze swojej odpowiedzi. Chyba nie brzmiała aż tak głupio, jak się spodziewała!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Nauka

PisanieTemat: Re: Sala Klubu Prostej Kreski   Czw Sty 29, 2015 9:11 pm

Nauczycielka wysłuchiwała wszystkich odpowiedzi uważnie i już chciała coś jeszcze dodać, kiedy do sali weszła spóźniona Krukonka. Profesor Sprout posłała jej jedynie delikatny uśmiech i zachęciła do tego by zajęła miejsce. Jej zdaniem zresztą była różnica pomiędzy zajęciami a spotkaniami klubu i osobiście wychodziła z założenia, że nie ma co karać uczniów na spóźnianie się na te ostatnie. Zwłaszcza, że zdarzyło się to Alice pierwszy raz. Przynajmniej jeśli chodziło o zajęcia profesor Zielarstwa. Gdy Kim zaczęła mówić, kobieta posłała jej promienne spojrzenie. Może więc zaakceptują ją jako nową opiekunkę Klubu Prostej Kreski? Byłoby wspaniale, zwłaszcza że dotychczas nie brała udziału w takiego rodzaju przedsięwzięciach.
- Wspaniale, Kim. Cieszę się, że się tym z Nami podzieliłaś. Może podczas zajęć odkryjesz w sobie więcej artystycznych zainteresowań? Sharon, ciekawe podejście do piękna i z pewnością na swój sposób trafne. – Pokiwała głową entuzjastycznie, jak to miała zwyczaju i ponownie zwróciła swój wzrok w stronę drzwi, przez które weszła kolejna Krukonka. Czyżby dom Roweny Ravenclaw miał ostatnimi czasy za dużo nauki na głowie, że głównie właśnie oni spóźniali się na zajęcia? - W porządku, Cirillo. Zajmij jedno z miejsc.
I już chciała posłuchać kolejnych wypowiedzi, kiedy Krukonka postanowiła na starcie odpowiedzieć na dwa zadane przez profesor Sprout pytania.
- Bardzo dobrze. I interesująca odpowiedź odnośnie piękna – ponownie się uśmiechnęła. Zwyczajnie kobieta taka była, że wręcz z jej twarzy nie schodził zazwyczaj uśmiech. Zwłaszcza jeśli uczniowie byli tacy aktywni! Na odpowiedź Steve’a, brwi nauczycielki uniosły się niebezpiecznie do góry, ale odpowiedział na zadane przez nią pytania.
- W porządku, panie Fluffy. Chociaż odnośnie piękna chodziło mi z lekka o coś innego, ale ta odpowiedź również jest...wyjątkowa. Co do Ciebie, Alchemy jestem zaintrygowana Twoimi słowami. Chyba najbardziej do mnie przemówiły. Oczywiście są różne definicje piękna, niemniej dużo osób odnosi piękno do powierzchnowości i zapomina o pięknie wewnętrznym. Pięknie metaforycznej duszy, jak to ładnie ujęłaś– posłała w jej stronę zachęcający uśmiech i sięgnęła po różdżkę, a w powietrzu pojawił się napis „Piękno sztuki”. – Zapewne sporo z Was zastanawia się, dlaczego zadałam te dwa pytania i czy mają one coś ze sobą wspólnego. Przede wszystkim chciałam Was nieco poznać i to z innej strony. A poza tym... wasze dzisiejsze zadanie będzie polegało na tym, żeby przedstawić temat, który wisi w powietrzu dowolnie wybranym przez Was stylem. Tak więc do dzieła, moi drodzy! Życzę Wam owocnej pracy.
I sama profesor Sprout chwyciła ołówek w ręce i zaczęła szkicować na białym płótnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Hufflepuff

PisanieTemat: Re: Sala Klubu Prostej Kreski   Pią Sty 30, 2015 3:04 am

Posłuchała sobie jeszcze tego, co mówi reszta towarzystwa i sama profesor Zielarstwa i nawet uśmiechnęła się delikatnie, kiedy usłyszała komplement z ust kobiety. Bo to był raczej komplement, prawda? Raczej jej się nie wydawało, nie? Bo jak zaczyna się już coś Sharon wydawać to bardzo źle. To świadczy o tym, że coś zaczyna się roić w jej głowie, a na to absolutnie panna Galagher nie mogła pozwolić! Matka by ją zatłukła swoim wałkiem, gdyby o tym usłyszała. Z całą stanowczą pewnością. Niemniej, nie był to czas, ani miejsce, żeby myśleć o takich nierozsądnych rzeczach w obliczu arcyważnego zadania. Musiała się przecież postarać. Bardzo, ale to bardzo postarać, żeby pokazać na co ją stać! Coś tam powiedziała w kwestii swojego stylu i samej definicji piękna, ale raczej nie namaluje jednego wielkiego "WOW' na środku nie? To zupełnie byłoby bezsensu. Należało więc sięgnąć głębiej i posłużyć się swoją wrażliwością, bo gdyby ktoś nie wiedział ta gruba dziewczyna ją posiadała. Niektórzy jednak zdawali się tego nie zauważać, atakując ją swoimi ostrymi, jak kły słowami i nie zdając sobie sprawy z konsekwencji, jakie mogły ze sobą nieść. Ale przecież nie będzie się tym przejmować! To miała być nowa Sharon Gallagher! Szampon wspaniały! I ona...ona jeszcze pokaże na co ją stać, ha! Z CAŁĄ PEWNOŚCIĄ!
Po chwili sięgnęła po ołówek i zaczęła kreślić niebo i jakieś sylwetki, które unosiły się wysoko. Ktoś by powiedział, że powinny być jeszcze miotły, bo jak inaczej unoszą się w powietrzu? Musieliby znać jakieś zakazane techniki! Ale... w imię piękna sztuki, magia była bardziej otwarta. I dwójka wolnych ludzi nie potrzebowała żadnych mioteł w tym przypadku.
Unosili się bowiem dzięki swoim złączonym dłoniom.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Sala Klubu Prostej Kreski   Pią Sty 30, 2015 12:23 pm

Z ulgą przyjęła fakt, że profesor Sprout nie wydawała się być zbyt zdenerwowana jej spóźnieniem. Nie bez znaczenia zapewne pozostawał tu fakt, że to jednak nie była taka sobie zwyczajna lekcja, tylko zajęcia dodatkowe. Ciri mogła się tylko cieszyć. Z uwagą wysłuchała tego, co inni mieli do powiedzenia. Zaśmiała się krótko, słysząc wypowiedź Steve'a i przez chwilę zastanowiła się nad słowami Alchemy. Taka metaforyczna dusza... Ciekawe. Faktycznie, sporo osób zapominało o pięknie wewnętrznym. I to nie tylko podczas procesu tworzenia, ale również podczas nawiązywania relacji z innymi ludźmi...
Podeszła do jednej ze sztalug. Lubiła przychodzić na spotkania klubu również dlatego, że miała je do dyspozycji. Zazwyczaj korzystała tylko ze swojego szkicownika. Tym razem postanowiła narysować coś inną techniką. W końcu chyba można czasami spróbować czegoś innego? Wyjęła farby i zastanowiła się nad tym, co powinna namalować. Po chwili zdecydowała się na jeden z wielu pomysłów, które kłębiły się w jej głowie i zabrała się do pracy. Można powiedzieć, że obraz był podzielony na dwie części, chociaż jedna przechodziła płynnie w drugą. Górna część obrazu przedstawiała czarne niebo, na którym wisiały zawieszone na sznureczkach żółte i złote gwiazdy. Z kolei na dolnej części, na tle błękitnego nieba wisiały chmury. Wszystko było przedstawione w taki sposób, w jaki rysuje się w mugolskich książkach dla dzieci. Naiwny i prosty, ale na swój sposób również piękny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Sala Klubu Prostej Kreski   Sob Sty 31, 2015 5:35 am

Odchyliłeś się na krześle, by z Daszy skierować spojrzenie przed siebie, kiedy wszyscy po kolei zaczęli się wypowiadać na temat tego, co o sztuce myślą - zajęcia te wcześnie prowadził Nightray i chociaż ciarki przechodziły po plecach, ilekroć się zbliżał i nie wiadomym było, czego się spodziewać, to na pewno były... interesujące. Czy bardziej interesujące niż te obecne? Zmieniło się też w ciągu tego całego nieco jego podejście, więc darował sobie jakiekolwiek ocenianie - zresztą był tutaj, żeby rysować, żeby w swym nudnym życiu się czymś zajął, w przerwach od spania, przesiadywania w Pokoju Wspólnym Kruków i wyszukiwania względnie zapomnianych miejsc w zamku.
Uśmiechnąłeś się lekko pod nosem słysząc wypowiedź Steve'go i pokręciłeś nieco głową, chociaż nie miało to żadnego negatywnego wydźwięku - co sam powiedziałbyś o pięknie..? Że wywołuje u Ciebie pokusę zniszczenia? Pochłonięcia całego blasku, jaki wydziela? Piękno było rzeczą fizyczną, która była pożerana przez duszę i pozwalała doznać duchowych namiętności, niemożliwych do osiągnięcia bez niego - mogły to być przecież emocje skrajnie różne - od smutku i pustki, do radości i miłości.
Podniosłeś się, żeby wyminąć Krukonkę i podejść do biurka, na którym położone były pergaminy, porwałeś też przy okazji jeden z ołówków; usiadłszy na miejscu zacząłeś niemal leniwie, jakby wcale ci się nie chciało, przejeżdżać rysikiem po pustej powierzchni, próbując zebrać swe myśli i zmusić je do twórczego myślenia - nie wiedzieć czemu widniała tam teraz jedna, wielka blokada, która nie bardzo widziała coś głębszego... chyba wszystko przez to, że nie nawykłeś zastanawiać się nad tematem. Rysowałeś pracę, a potem tytuł sam się dodawał, kiedy popatrzyłeś, co ci w ogóle wyszło. Najlepiej było zrobić tak i teraz - więc rysowałeś, a szelest twojego ołówka dołączył do szelestu innych, gdy na sali zapanowała przyjemna cisza.
Piękno sztuki, tak..? Nie potrafiłeś wyzbyć się cynizmu i ironii, która chodziła za tobą krok w krok ostatnimi czasy, to i praca siłą rzeczy taka wyszła - w twoim mniemaniu nie istotne było, co się w tym temacie przedstawi - sztuka była sztuką, sztuka to piękno, zawsze indywidualne - czy to nie był cudowny zabieg psychologiczny..? Człowiek zastanawiał się, co w sztuce było piękne, podczas gdy cała ta maskarada polegała tylko na wyłowieniu emocji... Uśmiechnąłeś się sarkastycznie pod nosem, rozmazałeś kciukiem jeden ze śladów - połączenie tych dwóch słów, które profesor użyła na temat, złączenie ich w jedno, nadawało im jakiś głęboki, niezrozumiały sens, podczas gdy wystarczyło spojrzeć na nie oddzielnie...
Zastukałeś nienaostrzonym krańcem ołówka w blat, unosząc ponure, a zarazem rozbawione spojrzenie na profesorkę, zastanawiając się mimochodem, co pięknego mogło być dla wszystkich wokół, co przedstawią..?
Machnąłeś szybki podpis pod swoim dziełem, by odsunąć je na bok, położyć na nim ołówek, a potem położyć samego siebie na blacie, skończywszy szkic.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Sala Klubu Prostej Kreski   Sob Sty 31, 2015 12:54 pm

czym dla niej było piękno sztuki? Dla Kim były to wszystkie barwy na świecie. To one sprawiały, że praca oddawała jakieś emocje. Jeśli chciałeś pokazać strach ukazywałeś to w ciemnych barwach, a jeśli szczęście dawałeś jasne kolory. takie było myślenie Kim, więc po zadaniu tematu pracy zaczęła mazać po kartce pędzlem wszystkie barwy jakie miała farby. Używała tych jasnych, bo się jej podobały. Wiedziała, że nie będzie to idealna praca, ale taki miała dzisiaj pomysł i nie było to pójście na skróty. Po prostu chciała ukazać na tym swoje uczucia i emocję, więc nic dziwnego, że po chwili na białej kartce było widać kolorowe kreski i plamy. W pewnym momencie zapomniała, że ma dwa pędzle w dłoni i pomazała sobie policzek, bo ją tam zaswędziało, ale nie przejęła się tym.Uśmiechała się zadowolona zapominając, że w ogóle wokół niej są ludzie, a pani profesor liczy na jakieś piękne dzieła. Dała się ponieść swojej wyobraźni, więc nic dziwnego, że nagle wszystko wokół niej zniknęło, a na płótnie pojawiło się to.
- Ale super - powiedziała do siebie z uśmiechem.- Wygląda jak cukierki, albo fasolki. Milion kolorowych fasolek zbitych w jedną wielką barwę - ucieszyła się.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Sala Klubu Prostej Kreski   Sob Sty 31, 2015 1:08 pm

Alice stanęła przed sztalugą i patrzyła cały czas na białą kartę. Widziała jak inni pracują na różne sposoby, a ona miała pustkę w głowie. Nie wiedziała co miała narysować. Czym się pochwalić. Nie wiedziała też czym jest dla niej piękno sztuki. Znaczy wiedziała, ale nie potrafiła tego przedstawić. Miała tyle możliwości, ale nie bardzo wiedziała co zaprezentować. W jednej chwili ją natchnęło i bez żadnego skrępowania zaczęła rysować ołówkiem zarysy pędzli, farb i innych przedmiotów, które były potrzebne do stworzenia jakiegoś dzieła. Tak, w końcu bez tego nikt nic by nie stworzył. Nie upiększała tego magią, bo chciała, aby wyszło to od niej samej. To ona miała pokazać piękno sztuki, a nie jej różdżka. Starannie rysowała to co miała w głowie, a w tle stworzyła spokojne jezioro ze słońcem, co oznaczać miało spokój duszy, który jest potrzebny do stworzenia czegoś pięknego. Oczywiście ona musi być spokojna, bo jeśli tak nie jest to ręce się jej trzęsą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Sala Klubu Prostej Kreski   Sob Sty 31, 2015 5:04 pm

Pokiwała do samej siebie głową, patrząc z powrotem na to, co już zdążyła narysować. No cóż, miała trochę mniej roboty. Teraz pytanie, czy chce ten szkic czyścić, czy zostawić taki... Dziwny? W tym momencie całość była dość prosta- kilka postaci siedzących przy sztalugach, jedna postać spiesząca się na swoje miejsce i jedna stojąca na przedzie sali. Wszystko wydawało się jej żywe i takie... Natchnione. Nie no, dobra, teraz zaczynała brzmieć jak pierwszy lepszy poeta z ulicy. Jednak jej myśli chyba zawsze tak brzmiały. Ciekawe, czy kiedyś się to zmieni...? Postanowiła, że jednak nie oczyści szkicu i  pokoloruje go takiego, jakim jest. Zabrała się więc za wypełnianie rysunku za pomocą farb wodnych. Często przestawała na chwilę, żeby popatrzeć, jak pigment rozchodzi się po czystej wodzie w pojemniku. Fascynowało ją to, jak kolory łatwo się mieszały i traciły poprzednią barwę. Przypominało jej to ludzi. W końcu my wszyscy też bardzo łatwo tracimy swoją osobowość i mieszamy z innymi, prawda? Spojrzała z powrotem na swój rysunek. Każda z postaci się różniła tylko nieznacznie, bo to czy kolorami, czy pozą, w jakiej ją uchwyciła. Zerknęła na salę. Naprawdę nie widziała aż takich różnic. Czy ona też się nie różniła? Po chwili tylko zachichotała do siebie, złapała znów ołówek i dorysowała wyrastające spomiędzy przerw w parkiecie kwiaty i małe krzewy. Tak lepiej. Wróciła do kolorowania z małym uśmiechem na ustach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Sala Klubu Prostej Kreski   Nie Lut 01, 2015 11:20 am

Stefek nie przejmował się tym, że profesorce chodziło o zupełnie coś innego. Nie zamierzał opowiadać romantycznych dyrdymałów, wygłaszać filozoficznych przemów. Po prostu: to nie był ten adres. Fluffy raczej wolał robić niż mówić. Pewnie, mógł rozwodzić się nad swoją „miłością” bardzo długo, ale kto by go chciał słuchać? To byłoby po prostu niesmaczne, w dodatku w kręgu tylu osób. Wolał więc zachować swoje wyznania miłosne na momenty, kiedy był z Aną tylko sam. Tak było o wiele lepiej, romantyczniej, odpowiedniej.
Krukon spojrzał na hasło, które pojawiło się w powietrzu. Westchnął ciężko. Rysunek domu, który przygotował, nijak miał się do tematyki, dlatego musiał zmienić kartkę. Podniósł się ze swojego miejsca, otrzepał tyłek. Wybrał dla siebie czystą kartkę, niewielką, bo wielkości A4. Położył ją na podkładkę. Wybrał jeszcze kilka ołówków o różnych grubościach. Powrócił na stare miejsce, usiadł na podłodze po turecku. Tym razem jednak był zwrócony twarzą do Sali. Podejrzanie za często zerkał na swoją dziewczynę. Wiedział, że rysunku na pewno dzisiaj nie zakończy, ponieważ ludzie nigdy nie byli jego mocną stroną. Być może po zajęciach będzie musiał udać się do dzisiaj zapoznanej Alchemy, aby mu coś w tym pomogła… Być może.
Stefcio rysował, czasami przejeżdżał opuszkami palców po liniach, aby je delikatnie rozmazać. Najpierw naszkicował całą postać, proste kreski, nic skomplikowanego. Duże oczy, lekko rozwarte usta, cyc odpowiednio duży (jak to Stefcio rysował). Długo mu to zajęło zanim przeszedł do wypełniania konturów odpowiednim cieniem. Niestety, zdążył wypełnić tylko jeden mały kosmyk włosów, który opadał dziewczynie na czoło. Przyjrzał się krytycznie swojemu dziełu. Dokończy je innym razem.
A wyglądało ono tak!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Nauka

PisanieTemat: Re: Sala Klubu Prostej Kreski   Pon Lut 02, 2015 9:23 pm

Reszta spotkania minęła dosyć spokojnie; każdy zajmował się swoją pracą, nie przeszkadzając przy tym innym za co profesor Sprout była niezwykle wdzięczna. Po jakimś czasie, kiedy sama skończyła zaczęła przechadzać się po sali i przyglądać się dziełom, które powstały dzięki rękom jej uczniów. Sprawiało jej to bardzo dużo przyjemności, zwłaszcza że każdy praca była na swój sposób oryginalna i wyjątkowa. Niektóre jednak doprowadzały nauczycielkę do tego, że przez jej ciało przechodziły dziwne ciarki - dotyczyło to głównie pracy Sahira, która choć była niezwykła to jednak dość niepokojąca. Udzieliła kilku osobom wskazówek, po czym wróciła na swoje miejsce i rozejrzała się z uśmiechem po pomieszczeniu.
- Dziękuję wszystkim za dzisiejszy dzień! Mam nadzieję, że na następnych zajęciach również będzie Was tak dużo. Wspaniale wywiązaliście się ze swojego zadania i jestem oczarowana wszystkimi pracami! Nie mogę się zdecydować, która zrobiła na mnie największe wrażenie. Prosiłabym byście na następne zajęcia przygotowali sobie jakąś wizję odnośnie zbliżającej się wiosny. To by było na tyle. Do widzenia!
Po chwili wszyscy zaczęli opuszczać salę Klubu Prostej Kreski.
[z/t dla wszystkich]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Martwy †

PisanieTemat: Re: Sala Klubu Prostej Kreski   Sob Mar 07, 2015 7:27 pm

Siedział, a siedząc myślał. Myśląc palił, a paląc nasłuchiwał.
Wrzaski, trzaski, powiew powietrza, szelest i szum.
Przymknął oczy, gdy dym odnalazł drogę do jego płuc. Mrużył je tak długo, aż nie zobaczył mlecznobiałej warstwy mgiełki opuszczającej jego wargi. Sahir Nailah. Ileż oni sobie tak naprawdę napsuli krwi, ileż oni sobie jej upuścili. Ich ostatnie spotkanie mogło nie należeć do najbardziej udanych - z pewnością Kim Miracle, która była niechętną ochotniczką, kiepsko je wspomina. O co właściwie wtedy poszło? Nie pamięta, choć naprawdę stara się to sobie przypomnieć. Niestety, jego pamięć jest zwodnicza, ucieka wraz z dymem pod kamienne sklepienie sali Klubu Prostej Kreski. To tutaj miały miejsce cuda, niezliczone spotkania, wyczuwał aurę bijącą z niestrapionych czarami ścian. Mógłby nawet przysiąc, że jeszcze słyszy cichy śmiech, jak wiatr niosący miłe podmuchy ciepła, otacza go pierzyną w chłodny, jesienny wieczór. Sahir Nailah, wampir, krukon. Przyjaciel? Może jedynie na drodze ku sianiu zniszczenia. Jak to mówiła Biblia? Czy to czasopismo dla laików określało w jakiś sposób ludzi ich pokroju? Z pewnością, był jeden fragment, który wyjątkowo sobie oblubił. Wyszedł pierwszy, koń płowy, a tego, który siedział na nim, imię było Śmierć, a Otchłań mu towarzyszyła. I dana im jest moc nad czwartą częścią ziemi, aby zabijali mieczem i głodem, i morem, i przez zwierzęta ziemskie. Myślę, że śmierć przez wykrwawienie w czarnych szatach okrytych ciemnością to niegodne odejście. Ciche osunięcie się w zimne odmęty snu, koniec na który zasługują duchowni, ale nie królowie. Nie Ci, którzy ramię w ramię walczą z samą Śmiercią, by wreszcie się do niej przyłączyć i siać wspólnie zniszczenie. Wyszedł wtóry, koń rydzy, a temu, który na nim siedział, dano, aby odjął pokój z ziemi, a iżby jedni drugich zabijali, i dano mu miecz wielki. Zasyczał w ciemności, tak jak i jego wąż wychynął zza kołnierza skórzanej kurtki. Cień okalał ich ciała, a cichy śmiech dudniał pod czaszkami. Czy na pewno to były myśli chłopaka? Czy cokolwiek ze zdrowego, ludzkiego rozsądku pozostało pod zmierzwionymi włosami i urokliwym uśmiechem? Czy na pewno jego oczy wciąż należały do człowieka? Ja już znam odpowiedź na to pytanie - obawiam się jednak, że nie spodoba Ci się Czytelniku to co niedługo przeczytasz. A uwierz, wieść niesie nie jednego, nie dwóch, a Trzech Jeźdźców Apokalipsy, których łączy jedno - Głód. Pożądają chaosu, chcą by świat legł w posadach, chcą nurzać się w krwi swoich ofiar - tak, Twojej też.
"Wyszedł i trzeci. I widziałem, a oto koń biały, a ten, który na nim siedział, miał łuk, i dano mu koronę, i wyszedł jako zwycięzca, ażeby zwyciężał." Czy ona mogłaby to przegapić? Czy mogłaby odstąpić od swojej korony i szczerozłotego tronu skąpanego po siedzisko w posoce? Caroline Rockers. Równie szalona, równie niebezpieczna, równie nieobliczalna i o wiele piękniejsza niż oni. Dzierżyła bezwzględność i przepowiadała upadek każdego kto przed nią stanął. Mniej ludzka od Sahira Nailaha, samej Śmierci. Bardziej ludzka od Shane'a Collinsa, ucieleśnienia Wojny. Niestety, ta postanowiła wyruszyć na łowy.
Obrócił głowę w kierunku drzwi sali, słysząc kroki. Dwie pary jadowicie żółtych ślepi spoglądały martwo na wyjście, opalizując w wątłym blasku Słoneczka Collinsa, które wisiało nad głową chłopaka.
Przedstawienie czas zacząć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Sala Klubu Prostej Kreski   Sob Mar 07, 2015 8:30 pm

Kroki zwiastują burzę.
Kroków nie powinno być słychać – idzie przecież sama Noc, a za ramieniem swym, podczepioną doń na kościstej dłoni, ciągnie Śmierć, by rozwierała za nimi skrzydła i zamykała ścieżki, gdy przed nimi sama Otchłań garnie czule w objęcia – zaprasza swego Pana, odtrąca wszystkich nieproszonych – tak wiruje poszarpana dusza, która korzenie swe splata z czernią wszędobylską – nie przeszkadzają jej promienie popołudniowego słońca, nie przeszkadza jej godzina – przecież jest wszędzie tam, gdzie stukot kroków dosięga wnętrza ludzkiego. I pobudza. I drażni. I zachęci jednych do tańca, podczas gdy całą resztę zmusi do ucieczki – niech budzą się instynkty ludzkie, niech powstają wszystkie wiedźmy, bestie i senne koszmary, bo to już pioruny, to już uderzenie – im głośniejsze, tym bliżej ta burza, przed którą umykać trzeba tym, co nie potrafią Trupioblademu rumakowi spojrzeć w puste ślepia, w których zalęgły się białe larwy zeszmacające wszystko, czego tylko dosięgną, wypadając na podłoże i wyciskając z niego wszystkie kolory. Całe życie. Jeśli dotkną skóry, to całe życie przewija się przed oczyma niczym kiepski film (może ktoś z Was powie mi, że jego żywot był tym z rodzaju wyższej półki?) - co więc z tymi, którzy sami dosiadają swych wiernych koni i przed którymi umykają wszystkie piony na planszy, nawet jeśli nie mają one korony, nawet jeśli nie są Królową, co zagarnia każdy kwadrat od samego początku i zniszczeniem jest jej drugie imię? Co z nimi? Są, trwają, czasem ich drogi się krzyżują – mierzą się wtedy przenikliwymi oczyma, w których drzemią własne demony – niby każdy inny, a jednak gdzieś spotykający się na poziomie zrozumienia i... i przystępują do niszczenia siebie wzajem. Dziobią, drapią, szlachtują ostrzami tak, by nie zabić – a może właśnie w głębi swych podartych jestestw najbardziej pragną zniszczenia właśnie samych siebie? To jak trójka drapieżników – polują na tych słabszych, wiedzą, że ta dżungla nie uchowa w swym łonie słabych i wiedzą, że jedynie najsilniejsi przetrwają... Jak na razie, mimo wielu spotkań (zbyt niewielu) żyją. Jak się mają? Co u nich słychać? Nie pytajcie o to teraz... Shhh... Cicho, moje dzieci.
Nadchodzi burza.
Zmęczone dłonie opadły na klamkę i nacisnęły ją – wymknął się, a dzięki czemu? Nieuwadze, dzięki zbiegowi okoliczności, dzięki mdlejącemu uczniowi, któremu nic nie uczyniłeś, napędzany strachem, który teraz już nie był tak wysokim triumfem – strachem, na który Aberacius pozwolił sobie dopiero po pojawieniu się wilkołaka, wobec którego swego czasu starałeś się być naprawdę grzecznym – poziom grzeczności, bycia miłym i spokoju wyczerpał się wraz z tym, gdy ludzie powiedzieli: Śmierć jest niesprawiedliwa. Ta sama Śmierć, których wszystkich traktowała po równo, dawała i zabierała, nie patrząc na wiek, urodzenie, kolor skóry, język, czy status majątkowy. I mówili: Ona niesprawiedliwa.
On demonem.
Burza była ledwo zmęczoną, czarną chmurą, z której nie skapywała nawet orzeźwiająca mżawka.
Klamka została naciśnięta i tak oto wampir wtoczył się do sali – sali bardzo znajomej, sali, która kojarzyła mu się z samymi dobrymi rzeczami i którą odwiedzał regularnie od paru lat. Zamknął je za sobą i opadł się o nie plecami, rozchylając powieki, zza których, niby zza kurtyny czerni, wyłonił się Shane Collins – ktoś, kto chyba powinien być Twoim wrogiem... a może nie? Może właśnie był przyjacielem, gdy niemal zawsze stawaliście po tej samej stronie i rzucaliście zaklęciami wymierzonymi w kogo innego? Ostatnie spotkanie..? Ach, Kim Miracle... Taaak, ta pamięć była równie ulotna, co dym znikający pod sklepieniem sufitu utrzymującego jeszcze parę pięter nad nimi, by nie runęły nikomu na głowę – czarnowłosy nie powitał się, nie uciekał, nie wydawał się jakkolwiek spięty – odetchnął głośniej i zjechał plecami po drewnianym oparciu dla swych łopatek, żeby usiąść na wyczyszczonej przez skrzaty podłodze.
Chyba nie zamierzał się stąd nigdzie ruszać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Martwy †

PisanieTemat: Re: Sala Klubu Prostej Kreski   Nie Mar 08, 2015 9:22 am

Mogło odnieść się wrażenie i miało się ku temu słuszność, że Sahir Nailah był zmęczony. Zgnębiony. Dusił się w świecie do którego przestał pasować tak szybko jak ktoś wymierzył w niego potępiający palec. Czy chłopak zrobił coś złego? Czy to, że czarodzieje wyzyskują mugoli, bawią się ich kosztem, jest czymś rozbieżnym od wampira walczącego o przetrwanie? Najwyraźniej tak, skoro teraz siedział przed nim. Czarodzieje dzielą się na tych, którzy posługują się rozumem i na tych którzy wolą różdżkę. Szkoda tylko, że zszargana reputacja to jedyne co się tutaj liczy. A z pewnością sama Śmierć nie mogła myśleć o sobie najlepiej, gdy przychodzi jej walczyć z samą sobą, prawda?
Przekręcił delikatnie głowę, nie spuszczając spokojnego spojrzenia z Krukona. Nie wynikało to z nieufności, czy przekonania o złych zamiarach, wręcz przeciwnie. Shane próbował zrozumieć, a zapewniam, że ludzkie emocje bywały dla niego nieco chaotyczne w ostatnim czasie. Jedynie samotnymi wieczorami, gdy Astaroth wychodził na polowanie do chłopaka docierało, że stracił coś cennego. Coś za co ludzie zabijali, palili wioski i grabili. Wypełniała go pustka, ale zyskał coś innego. Siłę, by walczyć dopóki jego własne ścierwo nie użyźni gleby. Dopóki gad nie zanurzy swoich kłów w jego gardle w ostatnim pożegnaniu.
Uśmiechnął się ciepło do wampira. Jego przemyślenia z którymi tu przyszedł potwierdzały się, stali po tej samej stronie czarodziejskiej barykady uprzedzeń. A wiecie drogie dzieci co jest najlepszą obroną?
- Mogę Ci pomóc ukarać hipokryzję i położyć kres prześladowaniu. Mogę Ci pomóc przelać tyle krwi, byś nurzał się w niej po swój kres. Mogę Ci pomóc stać się wreszcie tym na kogo zasługuje ten świat.
Gardłowy pomruk przechodził płynnie w syk i na przemian, gdy kolejne głoski opuszczały usta chłopaka. Wąż na jego ramieniu spoglądał z tą samą żarliwością to na Collinsa to na Sahira - pomysł ewidentnie nie wyszedł od niego, a teraz zimno kalkulował czy to się opłaca. Język delikatnie dotknął twarzy chłopaka, a Ślizgon wziął to za dobrą kartę. Przekonać wampira to dopiero półmetek, ale jeżeli udało się przekonać do rozsądku najbardziej szaloną część samego siebie... hey. Ja bym powiedział, że już wygraliśmy.
- Ruszymy, zanim oni ruszą na Ciebie. Zapewniam, że mam w tym interes. - kolejny uśmiech, choć smutny. - Nie cieszę się już tym samym szacunkiem co kiedyś. Pora pokazać im wszystkim co znaczy stanąć oko w oko ze Śmiercią.
Wąż sunął po ławkach, wyglądając przez okna i cicho sycząc.
Shane zsunął się z ławki i kucnął na przeciw Sahira, wyciągając w jego kierunku dłoń.
-Rozejm?
Światło jadowitych tęczówek zgasło, a przez chwilę czaił się w nich najszczerszy, ludzki uśmiech.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Sala Klubu Prostej Kreski   Nie Mar 08, 2015 3:01 pm

Widzisz, Lisie nasienie zrodzone z kobiecego łona, opowiem Ci bajkę – bajkę o Aniołku, który przygarniał ramieniem tych biednych, tych strudzonych, który przemierzał ulice Londynu i wyciągał dłoń do tych, którzy się potknęli. Wiesz, ten Anioł miał naprawdę piękne skrzydła – białe, białe niczym śnieg, a duszę czystą i jakże naiwną... Serce zaś? - szklana rzeźba! Cienka, poskładana z części, którą rozdawał na prawo i lewo, by widzieć uśmiechy ba twarzach wokół siebie – słodka nagroda za wszystkie upadki, które zaliczył i pozdzierane kolana, kiedy sam siebie musiał dźwigać. Nie było Boga. Ten wysłał swego sługę na misję, strącił go z Niebios w jakże wspaniałej misji i opuścił – zajęty, nie zainteresowany, złośliwy – skreśl sobie niepotrzebne, młody (o wiele za stary na swój fizyczny wiek) Lisie. Wiesz, co się potem stało? Aniołek podrósł. Podrośli ludzie wokół niego, znikający szybciej, niż zdążył choćby powiedzieć im na ucho ostatnie pożegnanie. Chciwość kazała zrywać pióra, strach przed innością nakazywała podpalać przed nim drogę – tak go szarpali za włosy, za szatę, aż nagle wszystko, co białe, zbezczeszczone i porzucone, zamieniło się w czerń.  Nie było ludzkiego śmiechu, ludziom nad głowami grzmiały błyskawice; był tylko głos z ciemności, co wołał: idź dalej, idź dalej..! Tak Anioł usłyszał: odejdź. Nic nie wskórasz. I tak przysiadł w jednej z pustych klas, która w swej pustce była bardziej zapełniona niż jakakolwiek inna – nie, nie grzmiały tutaj słowa krótkiej powiastki, z której wyciągnąć można tylko jeden wniosek: bądź skurwysynem, nic innego Cię nie uratuje przed zatraceniem samego siebie – łagodna aura Lisiego Węża rozciągała się w powietrzu i łechtała zmysły drugiego Jeźdźca Apokalipsy (o zgrozo, Jeźdźcy wszak też aniołami byli..!), miast odstraszać i informować o niebezpieczeństwie – tak, zgadza się, przyznam Ci pełnię racji, Shane Collinsie – bardzo zmęczona, rozgorączkowana wręcz chorobą jaźń, która przez pryzmat nieskończonej Otchłani oczu obserwowała każdy twój ruch i każde zagięcie dymu papierosowego w eterze, bo oto wstajesz, jeszcze nie dosiadasz Ognistego rumaka i nie wznosisz ramienia z mieczem, zwiastując lubą sercu Wojnę – to ta Twa partnerka, która trzyma Cię za ramię, poznaję Ją... Powitałbym się, lecz nie wypada. Jej jedynie Śmierć odpowiada spojrzeniem i uśmiecha się uśmiechem, który nie był przeznaczony dla naszych nazbyt ludzkich ocząt.
Czarnowłosy wykrzywił wargi w grymasie... czego? Niezadowolenia? Pogardy? Słyszał dokładnie każde słowo, które poruszało Jego Bestią w środku i kusiło tak, jak kusi cudowny piucharek udekorowanych owocami i syropem ulubionych lodów postawionych przed nosem, tymczasem ktoś paca naszą dłoń i nie pozwala ich ruszać – nie rozumiemy, dlaczego, lecze nie pozwala – tak tu coś gryzło się z tym drugim, chęć z niechęcią – zawsze chyba popełniał ten sam błąd, nie mogąc się zmusić do zajęcia któregoś ze stanowisk... Był stworzony do bycia tłem, którego nikt nie zauważa – jak ciężko było kompletnie odwrócić swe dotychczasowe jestestwo – osądźcie sami.
Rozchyliłeś wargi, by zadać jakże oczywiste pytanie: jaki masz w tym interes, panie Collins, ale jedynie odetchnąłeś, bo Shane już Cię uprzedził, cóż za szczwany Lis – winno się go wystrzegać, winno reagować zmarszczeniem nosa na zapach tytoniu, który go otaczał, a jednak pod tą kopułą pachniał wyjątkowo przyjemnie, aż pragnęło się oprzeć nos na jego szyi – czemu dotychczas tego nie zauważyłeś? Zapewne dlatego, że nie zwracałeś większej uwagi na takie rzeczy. Bardzo wiele się zmieniło od tego felernego, ostatniego spotkania, jakie oboje podzieliście – jak zawsze krótkiego, a zarazem nadmiernie intensywnego – większość mogłaby to nazwać przygodą życia, podczas gdy wy obaj... po prostu zamazaliście je, zaliczając do tego, co nazywane jest swoistą rutyną... Choć może przesadnie to ująłem?
Czarnowłosy uśmiechnął się pod nosem, spoglądając teraz prosto w oczy rozmówcy, który zmniejszył dzielącą ich odległość i wyciągnął dłoń... dłoń, która kusiła, dłoń, która zapewniała zysk... dłoń niebezpieczna. Czerwona lampka delikatnie migała w umyśle, ostrzegając przed kontaktami tego typu i podświetlała od razu wszystkie "za" i "przeciw" – brzmiało to jak wytoczenie rebelii przeciwko całemu światu... a czy tego właśnie chciałeś? Sam prowadziłeś do tego, że ludzie się ciebie bali i nienawidzili – zacząłeś czerpać chorą satysfakcję z tych strachliwych, odrzucających spojrzeń pełnych pogardy i wszystkich wyzwisk, których nie wyrzucali ci w twarz, bo w większości byli zbyt wielkimi tchórzami, ale szeptali do siebie wzajem po kątach za twoimi plecami.
- Niebezpiecznie igrasz z moim pragnieniem zniszczenia, Shane Collinsie... - Wzbiłeś Otchłań z dłoni i długich palców mężczyzny na jego piękną, przystojną twarz – tak, zdecydowanie pasował do tego miejsca. Piękna rzeźba epoki, która przeminęła, cudowny artefakt czasów, w których był podziwiany, ale jak każda moda – i ta zniknęła, zastąpiona nową, a o artefakcie nikt już nie pamiętał – mijali go, wzgardzeni, na korytarzach i starali traktować jak... cień. Och, patrzcie, jak to ścieżki Losu z was obu zakpiły! - pozamieniali wasze plansze, na których czuliście się pewnie, poszargali i nakazali żyć z tym, coście dostali. Wy cóż? Wy żyliście. Jak ostatni żebracy. Oczy Shane'a nie były stworzone do tego, by żebrać – były oczami Lisa, który z nadmierną inteligencją przemykał chyłkiem, obserwował, by czasem, niby wąż, wyłonić się z ciemności, która chętnymi ramionami przygarniała go do siebie, ażeby mógł zaatakować wybraną ofiarę – co jednak dokładnie robił ostatnimi czasu, gdy niemal całkowicie zniknął z życia szkolnego..? Oto było niepokojące pytanie. Nie niepokojące dla Nailaha. Być może była to pułapka. Być może miał być to dziwny żart... Niestety za bardzo ukochałeś taniec ze swą siostrą o kościstych palcach zaciśniętych na twoim barku, żeby nie wyciągnąć własnej dłoni i nie uścisnąć ręki Collinsa.
- Rozejm. - Silny, bardzo stabilny – rozejm. Z kimś, komu nie powinno się ufać. Z kimś, do kogo nie powinno się podchodzić. Z kimś, kogo w szkole się bali – z Lisem o oczach węża, tak samo zdegradowanym, co Czarny Kot.
Dziki Lis z dzikim Kotem, rudy ogień z czernią otchłani...
Łowy tych dwóch istnień nie oznaczały niczego dobrego dla Hogwardzkiej społeczności.
Nailah szarpnął Shane za rękę, żeby przyciągnąć go do siebie tak, że z pewnością zderzyłby się czołem z jego ramieniem, gdyby nie zdążył się podeprzeć o drzwi dla zachowania równowagi.
- Nie szukam kary dla hipokryzji i prześladowania. Nie zależy mi na wywalczeniu sobie tutaj jakiegokolwiek miejsca. Przecież i tak zawsze byliśmy lepsi od nich wszystkich. - Szeptał tak niemal do ucha ciemnowłosemu chłopakowi, trzymając wciąż jego dłoń, lecz nie był to uścisk, który miałby uczynić jakąkolwiek krzywdę. - Ale pobawmy się, Shane. - Czarnowłosy uśmiechnął się – chyba był to uśmiech z tych... bardzo, bardzo smutnych. - Jeden, ostatni raz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Martwy †

PisanieTemat: Re: Sala Klubu Prostej Kreski   Nie Mar 08, 2015 6:40 pm

Obserwował go i niestety wiedział od samego początku - widział to w jego oczach, wypalonych do cna z dawnej żarliwości, widział to w opadniętych ramionach, które luźno kryły go przed całym światem i wreszcie, widział to w jego uśmiechu. Pustkę. Tą samą, która i w nim jarzyła się jak halogen, ni to przyzywając ni to ostrzegając. Otchłań, bezdenną, pochłaniając wszelkie szczęście jak ziemia świeże ścierwo. Tylko czemu miał wrażenie, że Śmierć, ta sama i jednocześnie inna od tej, do której rękę wyciągał, spogląda na niego lubieżnie pustymi oczodołami? Dlaczego czuł, że i Wojna swój silny uścisk luzuje przy ostrej brzytwie Kosiarza? Nie wiedział, choć zapewne wiele by mu to powiedziało o siedzącym pod drzwiami chłopaku, albo gdyby miał świadomość klęski, o swoim przeznaczeniu. Ale to przecież tylko niewinne wyrżnięcie kilku czarodziejów. Przecież to tylko położenie kresu jednej dynastii, a jej miejsce na raz zajmie inna. Nie chciał tronu. Chciał walki. A po niej miał nadejść błogi spokój na zasłużonej emeryturze - nawet generałowie na nią odchodzą, a on nie zgorzej wie kiedy ze swojej sceny zejść. 
Jego oczy, przykute do twarzy chłopaka, obserwowały i mierzyły. Czy właśnie tego Sahira Nailaha chciał, potrzebował i pożądał na swojej drodze? Czy ten Sahir Nailah chciał, potrzebował i pożądał właśnie jego? Ostrożność w spojrzeniu przeradzała się w kruchą pewność. Upadły Anioł samej Śmierci zdawał się pojmować i rozumieć szaleństwo na jakie się porywał - mało tego, najwyraźniej przystał na śmiałą i nieoczekiwaną (bo przecież skąd?) propozycję Collinsa. 
- Niebezpiecznie igrasz z moim pragnieniem zniszczenia, Shane Collinsie... Powstrzymał uśmiech, który próbował przebić się przez biznesową maskę obojętności - czy naprawdę z nim igrał? Szczerze wątpię. Jeżeli już, to jedyne co tak naprawdę próbował osiągnąć to...
-Ja tylko chcę Cię wyzwolić.
Nagłe szarpnięcie pociągnęło go do przodu, a rychłe spotkanie z framugą drzwi wydało się teraz nad wyraz realne. Huk z jakim jego dłoń zatrzymała cały impet poniósł się echem po pustej sali. Z pewnością nie było w tym geście złej krwi - przecież nie próbowałby go zabić, nie po tym co usłyszał, nie po tym co chłopak zobaczył w jego oczach. Pęknięta dusza ziała pustką, której załatanie wymagało nie lada siły i samozaparcia. Ale może zamiast lokować ciemność we własnej duszy, powinien ją zapełnić czymś innym? Czy przecież nie jest ona naczyniem, do którego wlanie jakiejkolwiek innej miłostki nie stanowi problemu? Z pewnością nie byłoby znaczącym wyzwaniem dla kogoś takiego jak Sahir Nailah. Ten Sahir Nailah. Niezłomny, niezniszczalny, rzeczywiście nierzeczywisty symbol nieśmiertelności. 
-Nie szukam kary dla hipokryzji i prześladowania. Nie zależy mi na wywalczeniu sobie tutaj jakiegokolwiek miejsca. Przecież i tak zawsze byliśmy lepsi od nich wszystkich. Teraz niestety jego uśmiech wykwitł w pełnej krasie, pozwalając sobie sięgnąć oczu, które radośnie spoglądały na Sługę Śmierci. 
-Nie byliśmy. Jesteśmy. A oni potrzebują jedynie małego powtórzenia, bracie. - a gdy i słowa o ostatniej zabawie dotarły jego uszu, uśmiech przygasł. Zastąpiła go realna świadomość nieuniknionego. W krótkim przebłysku zrozumienia, dotarło do niego dlaczego szpic Kosy jest wymierzony w jego kark, a oddech Kostuchy owiewa delikatną skórę obojczyka. Z każdym zimnym oddechem czuł jak jego serce wyrywa się z piersi, adrenalina musuje w jego żyłach, a przepalona lampka bezpieczeństwa próbuje wyzwolić ostatni bezpiecznik w jego umyśle przed wypowiedzeniem słów, które swoją magią miały zmienić rzeczywistość. "Uciekaj. Zaklinam Cię chłopcze, uciekaj." Pełne powagi oczy utkwione były w tak bliskim w tej chwili spojrzeniu Sahira. Dzieliło ich kilka centymetrów, gdy wargi mojego podopiecznego zadrżały w gardłowym pomruku.
-Ostatni raz.
Siła tych słów wibrowała w jego klatce piersiowej, a on po raz pierwszy poczuł, że coś w nim umiera. Choć nic się nie zmieniło - świat wciąż niezłomnie stał w swoich posadach, uczniowie wciąż chodzili po pokojach śmiejąc się, żartując, pijąc i pisząc, nauczyciele snuli swoje historie, a nawet Dumbledore zamknięty w swoim gabinecie podjadał czekoladowe żaby - Shane już wiedział.
Śmierć wychynęła zza swojego kaptura, a chłopak przysiągłby że nie była to tylko wizja jego spaczonej wyobraźni.
Odepchnął się od framugi, stawiając Jeźdźca Trupiobladego Konia na równe nogi.
Teraz pozostaje tylko...
Wojna.

[z/t]x2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Sala Klubu Prostej Kreski   

Powrót do góry Go down
 
Sala Klubu Prostej Kreski
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
 Similar topics
-
» Sala Klubu Prostej Kreski
» Sala Klubu Magii Nut
» Sala operacyjna
» Sala lekcyjna nr 2
» Sala segregacji

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hogwart :: Piętra :: VI piętro-
Skocz do: