Zapraszamy serdecznie do przyłączenia się do przygody!


CalendarCalendar  IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  GrupyGrupy  FAQFAQ  

Share | 
 

 Kwatery Avellina Louvel

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
AutorWiadomość
Mistrz Gry
avatar


avatar

PisanieTemat: Kwatery Avellina Louvel   Sro Gru 31, 2014 9:39 am

Pokój sypialniany oraz mały gabinet Avellina Louvel, znajdujący się niedaleko sali do Transmutacji oraz gabinetu prof. McGonnagall.

_________________
Sowa Specjalna & Prośby do MG & Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me. It resembles my own mind except that you happen to be insane.”
— George Orwell, 1984

Chcesz napisać prośbę do konkretnego Mistrza Gry na Prywatną Wiadomość? Użyj odpowiedniego określenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rudolf Lestrange
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Kwatery Avellina Louvel   Nie Lis 22, 2015 10:05 pm

!Avellin Louvel

Hogwart... niewiele się zmienił. Grube, chłodne mury zamku wciąż przynosiły mu swego rodzaju ukojenie i poczucie bezpieczeństwa, które było całkowicie absurdalne – nikt nie był bezpieczny w Hogwarcie, nie z co najmniej trójką Śmierciożerców infiltrującą zamek, nie z wspomnieniem ostatniego ataku wciąż żywym w głowach uczniów. Szczeliny kamiennych ścian szeptały znajomymi głosami o Rudolfowych doświadczeniach, jego radościach i smutkach, okresie dojrzewania, który wtarł się w pradawne niemalże mury. Błądząc znajomymi korytarzami Hogwartu, Rudolf czuł się, jak gdyby znów przyszło mu chłonąć tę podstawową wiedzę, której głębia nigdy nie była w stanie go zaspokoić. Tym razem jednak nie miał na sobie ślizgońskiego uniformu, nie wzdychał cicho pod ciężarem bezwzględnych ksiąg w torbie, nie spieszył się, by znów ujrzeć twarze swoich kolegów. Widok nieznajomych ludzi odzianych w szaty domu Slytherina napawał go niemałą konsternacją. Obce ciała w znajomych kolorach, znajome krawaty okalające obce szyje, obce oblicza wykrzywione w znajomym wyrazie wyuczonej obojętności. Powrót do Hogwartu był niczym powrót do domu z dzieciństwa, w którym miała zaszczyt zamieszkiwać nowa rodzina. Gdzieś w tłumie rozochoconych nastolatków wypatrzył niedawno swojego brata, lecz przykrość płynąca z niemożności uściśnięcia jego chuderlawej sylwetki była większa, niż radość na jego widok. Wątły błysk pogardy w oczach młodszego Lestrange’a upewnił go jednak, że jego fasada trzymała się dobrze, myląc nawet osobę, która znała go przecież najlepiej.
Maszerując pustym korytarzem, opuszczonym już przez uczniów kończących lekcję Transmutacji, skierował się rezolutnie w stronę swojego gabinetu. Upewniwszy się, że stara – choć butna, jak zawsze – belferka niczego od niego już nie potrzebuje, odegrawszy rolę nadochoczego praktykanta, miał wreszcie szansę odpocząć w zaciszu swoich kwater. To była kolejna różnica: ciężko było przyzwyczaić się do braku rytmicznego chrapania swoich współlokatorów, gdy spędzało się noce w tych samych przecież murach. Zabawne, jak wiele nawyków podłapał Rudolf w tym tętniącym życiem zamczysku, jak wiele dyskomfortu budził w nim brak możliwości spełnienia owych nawyków. Jak zwykle, nieco zamyślony, dotarł do portretu strzegącego jego komnat. Piękna, blondwłosa kobieta uśmiechnęła się do niego olśniewająco, z urokiem godnym tylko wili. Rudolf mimo woli docenił poczucie humoru starego dyrektora. Czyż on sam nie twierdził, że w jego rodzinie płynęła ta właśnie krew? Odwzajemnił uśmiech, który w zamierzeniu miał być radosny i nieśmiały, lecz wylądował na jego ustach z jakimś skrzywieniem, cieniem ironii schowanym w świetle niewinności. Będzie musiał nad tym jeszcze popracować.
Już przestępował przez próg, gdy jego uszu dobiegł dźwięk jego imienia, jak gdyby z końca korytarza. Przywołując się, przywołując Avellina, do porządku, odwrócił się, marszcząc delikatnie brwi w zaskoczeniu. W jego stronę zmierzała drobna brunetka, uczennica Slytherinu, którą mgliście kojarzył z poprzedniej lekcji. Zdziwiła go jej obecność, powinna przecież kroczyć dumnie w gronie swych ślizgońskich koleżanek, pomstując na niesprawiedliwość dyrektora. Uśmiechnął się jednak zachęcająco i uprzejmie, czekając cierpliwie, nim wreszcie za nim nadąży.
- Oui, panno... – zawahał się na moment, szperając w głowie w poszukiwaniu odpowiedniego nazwiska. Ach, przypomniał sobie. – Dark, czyż nie? W czym mogę Ci pomóc?
Dziewczyna nie była charakterystyczna. Na lekcji albo nie starała się w ogóle, albo wszystkie jej starania kończyły się klęską. Pamiętał ją tylko dlatego, że z niechętną ciekawością i jakąś nadzieją wypisaną na twarzy obserwowała go uparcie, gdy zajął swą pozycję u szczytu klasy. Nie poświęcił jej jednakże zbyt wielkiej uwagi, choć teraz stanowiła dla niego zagadkę. Czyżby oddała się swojemu zainteresowaniu i postanowiła go znaleźć? Zastanawiając się, czego mogłaby od niego chcieć, gestem dłoni zaprosił ją do swojego gabinetu, podążając tuż za nią. Portret zasunął się z cichym szelestem za ich plecami, a on cierpliwie rozpakował swą skórzaną torbę, wypakowując z niej podręcznik, notatki, atrament, pióro i wszelkie inne błahostki, o których istnieniu niemalże zapomniał. W końcu spojrzał na młodą twarz, uśmiechając się delikatnie, zachęcająco. No dalej, mówże wreszcie.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Natalie Dark
avatar


avatar
VII rok

PisanieTemat: Re: Kwatery Avellina Louvel   Pon Lis 23, 2015 8:26 pm

(popołudnie) 29 kwietnia 1978 roku

Zajęcia dobiegły końca i Natalie mogła wreszcie opuścić salę. Szczerze mówiąc, marzyła od tym już od dłuższego czasu. Kompletnie jej dzisiaj nie szło. Jak ostatnio z resztą. Rozumiała, że zdarzały jej się gorsze dni, ale żeby aż tyle pod rząd? Strasznie ją to dobijało. Jakby nie miała dość własnych problemów na głowie, musiało jej jeszcze na lekcjach nie wychodzić.
Zgarnęła książki i notatki do torby i szybkim krokiem udała się na korytarz, po drodze potrącając jakiegoś innego ślizgona. Usłyszała za sobą kilka niezbyt miłych komentarzy, ale nawet się nie odwróciła. Miała dziś wystarczająco zły dzień, by mieć gdzieś co inni mamroczą sobie o niej pod nosem.
Potarła skroń kierując się w stronę gabinetu Louvela. Gryzło ją to, co była zmuszona dzisiaj zrobić. Miała nawet ochotę zawrócić, ale odwodziła ją od tego myśl o podjętej już decyzji. Nienawidziła się wycofywać. Wolała uznać, że nie ma już opcji na zmianę zdania. Tak było znacznie łatwiej niż przy każdej drobnostce bić się z myślami nie raz, nie dwa, a setki razy podczas wykonywania stworzonego wcześniej planu. Wahanie się było zbędne. Klamka już zapadła i trzeba się było z tym pogodzić. Dzięki temu było po prostu łatwiej w życiu.
Z resztą, czym ja się w ogóle przejmuję? Nie wychodzi mi? Spoko, to normalne. Gdybym we wszystkim była doskonała, to nie potrzebowałabym tej szkoły.
Prychnęła, widząc już mężczyznę na końcu korytarza. Przyspieszyła kroku.
Po prostu go zapytaj. To normalne, że jakiś uczeń nie zawsze radzi sobie z materiałem i potrzebuje pomocy. Nie jesteś wyjątkiem.
Skrzywiła się. Ten sposób pocieszania się odnosił chyba odwrotny skutek. Próba wytłumaczenia sobie, że boryka się z tymi samymi problemami co inni nigdy jej nie pomagał. Czuła się, jakby wpychano ją w ten sposób w szereg tych wszystkich szarych, nudnych ludzi, którzy nigdy jej nie interesowali i którymi gardziła. Zawsze chciała być ponad nimi. Chciała być lepsza. Ładniejsza, sprawniejsza, mądrzejsza, bardziej uzdolniona. Ale czy ze wszystkim tak można? Jak długo człowiek jest w stanie wypruwać sobie żyły by przegonić wszystkich w swoim otoczeniu? Panna Dark długo męczyła się, usiłując pobić ludzi w praktyczne wszystkich napotykanych dziedzinach i odnosiło to raczej marny skutek. Dlatego parę lat temu zdecydowała się ograniczyć jakoś płaszczyzny, na których zamierzała się rozwijać. W szkole wybrała tylko te przedmioty, które naprawdę ją interesowały, a inne po prostu zignorowała. Być może dlatego, frustracja wywołana niepowodzeniami na jednym z przedmiotów tylko się zwiększyła. W końcu ograniczyła przecież swoje zainteresowania i skupiła się na nauce tego. Dlaczego więc to nadal nie wychodziło?!
Westchnęła z rezygnacją, doganiając Avellina i wbijając oczy w posadzkę. Szybko je jednak podniosła, słysząc swoje nazwisko. Posłała mu szybki, niezbyt udany uśmiech. Była zbyt pogrążona w myślach, by dostatecznie szybko przywdziać swoją maskę, miłej i radosnej uczennicy. O jakże ona jej nie cierpiała. Niestety, niektóre sprawy tylko tak można było załatwić.
- Tak, tak. Nazywam się Natalie Dark - pospieszyła z uzupełnieniem jego informacji. W sumie, nawet nie spodziewała się, że zapamięta choćby nazwisko. Sama miała spore problemy z zapamiętywaniem danych osób, które mało ją obchodziły. Nawet teraz, choć miała z nim zajęcia, przed przyjściem tutaj musiała dopytać się jednej z koleżanek, jak on ma właściwie na nazwisko.
Odruchowo chwyciła za pasek skórzanej torby przewieszonej przez ramię i weszła do gabinetu. Zdjęła ją i położyła obok biurka, czekając aż mężczyzna skończy rozpakowywać swoje rzeczy. Wzięła głęboki wdech, wbijając oczy w blat biurka i porządkując sobie w głowie myśli. Wiedziała, że nie przejdzie jej to łatwo przez gardło, ale wycofanie się teraz było już zdecydowanie głupim pomysłem. Nie było odwrotu.
- Emm. Ostatnio na zajęciach nie idzie mi najlepiej. Starałam się uczyć po lekcjach, ale to również z marnym skutkiem. - Przerwała na moment, walcząc z nie do końca opanowanym głosem. Nie trudno było zauważyć, jak bardzo cierpi teraz jej duma.
- Czy mógłby mi Pan pomóc w ogarnięciu tego materiału? - W końcu wyrzuciła to z siebie i podniosła na niego ametystowe oczy.
Nie, dzisiaj zdecydowanie nic jej nie szło. Nawet zgrywanie "normalnej uczennicy potrzebującej korków" było ponad jej siły. Była zbyt zmęczona, by maskować w tej chwili swoją irytację i zranione ego. Już same jej oczy mówiły: "Za jakie grzechy muszę to robić? Błagam, nie zmuszaj mnie do płaszczenia się bardziej, bo szlag mnie trafi."


Ostatnio zmieniony przez Natalie Dark dnia Sob Lut 13, 2016 9:11 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rudolf Lestrange
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Kwatery Avellina Louvel   Pon Lis 23, 2015 9:10 pm

Rudolf dobrze znał ten wyraz twarzy. Grymas frustracji i upokorzenia wykrzywiający rysy twarzy w nieprzyjemną konstrukcję, blady płomień rumieńca biorący w posiadanie dziecięce policzki, zaciśnięte delikatnie kruche piąstki i opuszczone na czystą podłogę oczy – widział to wszystko na twarzach swych rówieśników, gdy sam kroczył Hogwarckimi korytarzami spragniony wiedzy. Jego własna twarz jednakże nigdy nie przyzwyczaiła się do tego konkretnego wysiłku, nigdy nie została oszpecona poczuciem klęski czy bezowocnych wysiłków. Lestrange uważał się za geniusza i miał ku temu pewne powody. Jednym z nich było to, że był po prostu kurewsko dobry w magii, która formowała jego umysł na własne widzimisię.
Patrząc na twarz Natalie, przegraną w walce z własną dumą, wiedział, czego może się spodziewać. Chciał westchnąć – ze zniecierpliwienia i ekscytacji, zadowolenia i znużenia. Bycie praktykantem oznaczało dla niego tyle, co targanie na barkach obowiązków McGonagall, wiecznie zajętej sprawami swych uczniów czy Zakonu. Bycia aktywnym praktykantem jednakże dawało mu możliwość wpływania na młodych uczniów, oplatania ich ramionami własnych idei.
Uśmiechnął się wyrozumiale, beztrosko, a jego radość była tylko w połowie fałszywa. W istocie, cieszył się, że oto stanęła przed nim możliwość rozrywki, co prawda jakaś filigranowa, ładna i zbuntowana, lecz wciąż tak samo interesująca.
- Hm – mruknął w zamyśleniu, potakując nieobecnie głową, jak gdyby ważył jej słowa i głęboko zastanawiał się nad spełnieniem jej prośby. A może by tak.... Nie. Błaganie może zmusić ją do ucieczki. – Naturalnie panno Dark, cieszę się, że obdarzyłaś mnie wystarczającym zaufaniem, by skierować się do mnie po pomoc.
Wskazał jej dłonią wygodne, obite przyjemnym w dotyku materiałem krzesło, sam zajmując miejsce za biurkiem ich dzielącym. Wyjmując ciężki podręcznik do Transmutacji zastanawiał się, jak wiele będzie kosztować go ta decyzja. Ile ze swoich obowiązków – Śmierciożercy, praktykanta – będzie musiał odłożyć chwilowo na półkę, by uchwycić w swe zręczne palce zagubioną niewiastę. Odrzucił tę myśl, mówiąc sobie, że ze swoim talentem urobienie jej na kształt jej i jego oczekiwań zajmie zaledwie chwilę. Z cierpliwością i zrozumieniem w oczach (ileż wysiłku sprawiało mu utrzymanie tej niezmiennej fasady łagodności) przesunął powoli podręcznik w jej stronę, jego gruba okładka sunęła z łatwością po wypolerowanej powierzchni drewna. Wiedza, którą mógł jej przekazać z równą łatwościa zagnieździ się w jej głowie, jeśli tylko podejdzie do tego w odpowiedni sposób.
- Wskaż mi proszę – zaczął, sadowiąc się wygodniej w fotelu, by mieć lepszy widok na jej wciąż nieco zażenowaną twarzyczkę – z czym masz największy problem i dlaczego uważasz, że ten problem istnieje. Bardzo możliwe, że natura pewnych dziedzin magii najzwyczajniej w świecie po prostu nie jest kompatybilna z twoim umiejętnościami, Natalie. Nie możemy być we wszystkim najlepsi.
Oczywiście, że możemy. Cieszył się, że posada praktykanta, ta uprzejma maska pozwalała mu na okrucieństwo otoczone cukrem zmartwienia. Było coś satysfakcjonującego w kruszeniu jej ambicji, kierowaniu jej na właściwy tor. A gdyby mógł, gdyby tylko się udało, znaleźć więcej takich spragnionych informacji i pomocy duszyczek... Świat byłby piękniejszy.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Natalie Dark
avatar


avatar
VII rok

PisanieTemat: Re: Kwatery Avellina Louvel   Sro Lis 25, 2015 9:58 pm

Nienawidziła, naprawdę nienawidziła zwracać się do ludzi z prośbą o pomoc. Zawsze wyglądało to tak, jakby przyznawała się do porażki. Jak gdyby mówiła: "Tak, to ja. Wielka, wspaniała Natalie nie umiem sobie z czymś poradzić". Prawda była jednak nieco inna. Zazwyczaj robiła to z jednego prostego powodu, takie rozwiązanie było bardziej efektywne. Po co miała spędzać nad książkami i ćwiczeniami długie godziny? Po cóż marnować swój czas, energię i nerwy? Co prawda, osiąganie wyników jedynie za sprawą własnych umiejętności dawało dużą satysfakcję, jednak praktyczny umysł dziewczyny brał czasem górę nad dumą i przekonaniem o własnych zdolnościach i Natalie pojawiała się na jakichś dodatkowych zajęciach lub wkręcała kogoś w ćwiczenia z nią oferując nieraz pomoc w innej dziedzinie, jeśli akurat był to uczeń.
Niemniej jednak, kiedy przychodziło do samej prośby, ego nagle postanawiało przypomnieć jej o swoim istnieniu i usiłowało odciągnąć ją od rozwiązania, które sugerowało, że może nie być wcale taka samowystarczalna, na jaką stara się wyglądać.
Trudno. Nie pierwszy, nie ostatni raz. Jakoś to przeżyję. Przynajmniej nie zmarnuję kolejnego weekendu na próbach poprawnego wymówienia jednego zaklęcia.
Nie odrywała od niego wzroku, w oczekiwaniu na odpowiedź. Nie przepadała za kontaktami z nowymi osobami. Nigdy nie wiedziała, czego można się po kimś takim spodziewać. Wybuchnie śmiechem? Zdenerwuje się? Wzruszy ramionami? Odejdzie? Powie, że coś zrobi, a później zapomni? Trudno było to oszacować, nie mając żadnego punktu odniesienia. Kiedy znała już daną osobę od jakiegoś czasu, miała w głowie przynajmniej skrótowa instrukcję postępowania z danym przypadkiem, a tutaj? Mogła się opierać jedynie na poszlakach, plotkach i tym, co widziała na lekcji. A co widziała? No właśnie niewiele. Dla osoby uwielbiającej sprawować kontrolę nad sytuacją było to naprawdę frustrujące.
Uśmiechnęła się do niego jednym kącikiem, kiedy przerwał w końcu to oczekiwanie i dał jej twierdzącą odpowiedź.
Przynajmniej to już mamy z głowy.
Odetchnęła, siadając na wskazanym miejscu i dopiero teraz pozwalając sobie na rzucenie okiem na gabinet. Do tej pory była zbyt skupiona na swoim celu, by przejmować się tym, gdzie się właściwie znalazła. Po krótkich oględzinach, wróciła wzrokiem do swojego nauczyciela i książki, która własnie kładł na stole. Nachyliła się nieco nad książką, zerkając na stronę, która wybrał mężczyzna. Jeden z niesfornych kosmyków zsunął jej się z czubka głowy i opadł na podręcznik. Bezzwłocznie odsunęła go za ucho i znowu spojrzała na Avellina marszcząc brwi. Wspominanie jej, że może mieć z czymś problem zdecydowanie nie było dobrym posunięciem, jeśli nie chciało się wstępować z panna dark na wojenną ścieżkę. Dziewczyna zwyczajnie nie dopuszczała do siebie takiej myśli. Owszem, dostrzegała przeszkody na swojej drodze, ale nigdy nie uważała ich za mur nie do pokonania. Były to po prostu kolejne wyzwania na drodze do celu. Tak, wyzwania to dobre określenie. Ot urozmaicenie w życiu, które byłoby bez tego nudne. Z drugiej jednak strony, czasem występowało aż za dużo tych "urozmaiceń".
Zamyśliła się na moment.
- Myślę, że w chwili obecnej moim problemem jest dykcja. Być może czasem również koncentracja. - Westchnęła nadal lekko zirytowana i poprawiła się na krześle. Wyprostowała i odchrząknęła zanim zaczęła mówić dalej. Patrzyła mu w oczy bez zażenowania i z widoczną pewnością siebie.
- Owszem, Transmutacja nie jest przedmiotem, na którym z marszu dostaję jedynie wybitne. Nie zeszłam jednak nigdy poniżej zadowalającego. Owszem, moje umiejętności nie są "w pełni kompatybilne", ale co może powiedzieć połowa grupy, która nie dorasta mi do pięt, a i tak nie zrezygnowała? Wielu z nich osiągnąwszy mój poziom z chęcią spoczęłoby na laurach, ale nie ja. Ja chcę opanować tę dziedzinę w stopniu zadowalającym mnie. Jestem świadoma, że mój praktyczny umysł może się buntować przeciwko dziedzinie magii, w której spotyka się zaklęcia, których jedyną funkcja jest zamiana człowieka w gęś. Niektórych rzeczy zwyczajnie nie zrozumiem i pewnie nawet nie będę próbowała. Niemniej jednak uważam, że jestem w stanie "coś" osiągnąć w Transmutacji i zamierzam dołożyć do tego wszelkich starań, czego dowodem może być chociażby fakt, że tu przyszłam. Czy udzieliłam Panu satysfakcjonującej odpowiedzi? - Skończyła swój dość długi monolog i zamilkła w oczekiwaniu na odpowiedź. Tak długi wywód nie był spowodowany urażonym ego, jak mogłoby się niektórym wydawać. Natalie lubiła stawiać sprawę jasno. Nie cierpiała ludzi, przy których trzeba się było ciągle domyślać, czego oni tak właściwie chcą. Jakby nie mogli tego zwyczajnie powiedzieć. Zawsze jakieś komplikacje. Już chyba wolała, kiedy ktoś nie do końca uprzejmie, ale szczerze odpowie jej na zadane pytanie, niż jeśli będzie jej słodził, ale z jego wypowiedzi będzie więcej kłopotów niż pożytku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rudolf Lestrange
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Kwatery Avellina Louvel   Sro Gru 02, 2015 4:18 pm

Rudolf widział w dziewczynie potencjał zerkający zza kurtyny upartej dumy, lecz podejrzewał, że owa kurtyna może być niezwykłym uprzykrzeniem, jeśli brało się pod uwagę próbę nauczenia jej czegokolwiek. Być może odpowiednią ku temu drogą była ścieżka usłana upokorzeniem i autorefleksją, ścieżka niezwykle wyboista. A Lestrange chciał, by ona przeszła ją boso. Ba! Miał zamiar zepchnąć ją prosto na ostre odłamki jej narcystycznych przekonań, nie pozwalając jej na odwrót. Wiedział, że jej ambicja i determinacja, na modłę Salazara, może okazać się wyjątkowo przydatna. Wystarczy utrzeć jej nosa i będzie jak nowa, nieskalana zbyt wybujałym ego. Najpierw jednakże będzie musiał zbliżyć się do niej wystarczająco, by móc owego nosa sięgnąć.
Udało mu się rownież dojrzeć jej ulgę, która rozpromienia duże oczy, gdy zgodził się jej pomóc. Przez chwilę żałował, że nie zmusił jej do błagania, lecz ujrzawszy powracającą w jej barki dumę wiedział, że wówczas straciłby tak dogodną okazję zaopiekowania się nią. Tak, miał zamiar wciągnąć ją pod swoje skrzydła - niosąc opiekę i ślepotę na wszystko, czego nie aprobował. Roześmiał się ciepło, gdy usłyszał jej monolog. Rozparł się wygodnie na krześle, niczym przeciągający się drapieżnik; ta beztroska swoboda pasowała do obrazu młodego praktykanta.
- Źle mnie zrozumiałaś - sprecyzował, uśmiechając się pogodnie. - Gdybyś miała problem z jakimś konkretnym działem transmutacji, wszystko można byłoby zrzucić na predyspozycje. Niektórzy preferują, gdy przemiany transmutacyjne mają miejsce na poziomie pierwiastkowym, inni zaś mogą radzić sobie tylko w zakresie transmutacji letalnej. Nasze magiczne rdzenie mają różne charaktery, co wpływa na efektywność praktykowanej magii. Jeżeli jednak Twoim problemem jest koncentracja, problem jest jak najbardziej rozwiązywalny.
Teoria magii, charakter jej oblicz - to był zakres wiedzy, który niewątpliwie był Rudolfowi najbliższy. Oczywiście, problem dziewczyny najwidoczniej nie tkwił w jej esencji, a zwykłym braku uwagi. Jakim rozczarowaniem była wiedza, że Ślizgonka po prostu nie jest w stanie wymówić poprawnie zaklęcia czy skupić się na lekcji. Szkoda tylko, że Avellin powinien być wyrozumiały i pomocny - Lestrange niewątpliwie wyrzuciłby ją za drzwi i zalecił słuchanie wykładów McGonagall, zamiast bełkotu rówieśników. Mentalnie westchnął, niezmiernie sfrustrowany, lecz jego twarz zachowała ten ciepły, rozbawiony wyraz. Czasem praktyki w Hogwarcie były bardziej nużące, niż wpatrywanie się w sufit jednej z komnat rodowej posiadłości.
Z pewną dozą złośliwego humoru opuścił swoje wygodne krzesło i skierował się w stronę zatłoczonych przez książki regałów, które stały na straży ściany za biurkiem. Muskając opuszkami palców mniej i bardziej podniszczone grzbiety starych tomów, znalazł ten, którego szukał. Stary podręcznik, mający niespełna 90 lat zawierał zaklęcia, których dawno już przestano nauczać, przynajmniej w Hogwarcie, z rożnych względów. Niektóre zaklęcia zostawały uznane za niepotrzebne, a inne za zbyt niebezpieczne. Przewertował poplamione, pożółkłe stronice i natrafił na zaklęcie, które niezaprzeczalnie wymagało ogromnej ilości koncentracji, jak zresztą większość zaklęć o naturze iluzorycznej. Odwrócił się do dziewczyny, gdy tylko skopiował tekst znajdujący się w zapomnianej księdze na czysty pergamin, niezauważalnym gestem dłoni. Nie sadził, by Dark była obdarzona wystarczająco bystrym umysłem, by zauważyć skrzętnie zakamuflowany pokaz magii bezróżdżkowej. Gdy wręczał jej złożoną kartkę, z ciekawością obserwował jej twarz. Był ciekaw, czy zwracając się do niego z prośbą o pomoc oczekiwała dodatkowych zadań i pracy. Zapewne nie.
- To zaklęcie zostało wycofane z programu nauczania magicznego, ze względu na swoją domniemaną bezużyteczność. - wyjaśnił uczennicy, przewracając teatralnie oczyma, jak gdyby zmęczony czarodziejską ignorancją. - Jest wyjątkowo skondensowaną iluzją, która wpływa na wszystkie zmysły, pozwalając się zobaczyć, dotknąć, powąchać czy usłyszeć. Jak zapewne wiesz, tego typu magia wymaga niezwykłej koncentracji, więc niewielu czarodziejów jest w stanie skutecznie użyć jej w walce. Ja jednak oczekuję, że gdy znów się spotkamy, będziesz w stanie podtrzymać ów czar, nawet będąc usilnie rozpraszaną.
Nie omieszkał uśmiechnąć się tym razem czarująco, nawet puszczając brunetce oczko. Avellin był niezwykle przystojnym mężczyzną, w tym wyjątkowo kanonicznym pojęciu. A Rudolf, bezwzględny wilk, jakim był, nigdy nie wahał się owej cechy używać. Znów siedział naprzeciwko dziewczyny, oczekując protestu, bądź pokornej zgody i chwili wyczekiwanego spokoju. To pierwsze wydawało się mu jednakże bardziej prawdopodobne.
[zt]


_________________


Ostatnio zmieniony przez Rudolf Lestrange dnia Pią Gru 04, 2015 12:43 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Natalie Dark
avatar


avatar
VII rok

PisanieTemat: Re: Kwatery Avellina Louvel   Czw Gru 03, 2015 7:19 pm

Czy tak chętnie okazywana przez panienkę Natalie duma była rzeczywiście prawdziwa? Czy ona naprawdę była aż tak zapatrzona w siebie, by nie widzieć nic poza czubkiem własnego nosa? Odpowiedź na to pytanie wcale nie była taka łatwa, jak mogło się niektórym wydawać. Panna Dark już dawno temu wybudowała wokół siebie mur, chroniący ją przed całym światem. Rzadko wyglądała zza zasłony, którą stanowiło jej ogromne ego. W rzeczywistości była to (w większości) tylko gra. Jej duma była nieraz mocno przerysowana, ale nie przeszkadzało jej to, bo pozwalało jej na trzymanie ludzi z daleka. Tam, skąd nikt nie mógł jej skrzywdzić lub wpłynąć na nią wbrew jej woli.
Tylko czasem żałowała tej decyzji. Kiedy w samotności nachodziła ją refleksja nad beznadzieją jej życia. Wiedziała, że nie jest idealna; że niektórych rzeczy nie jest w stanie zrobić; że czasem zwyczajnie sobie nie radzi. Wszystko to wiedziała. Zdążyła się już z tym nawet pogodzić. Nie dziwiło ją już, że coś może jej się nie udać za pierwszym razem. Ani za drugim czy trzecim. Owszem, była tego świadoma. Dlatego też zamiast ciskać gromami wszędzie dookoła, brała się w garść i bardziej przykładała się do danej rzeczy. Była pewna, ze jeśli nie talentem, to chociaż ciężką pracą osiągnie każdy wyznaczony sobie cel. W końcu miała w sobie dość siły i samozaparcia by to zrobić.
Natalie od urodzenia należała do tego rodzaju ludzi, których ciężko złamać. Wściekła nawet wykończona i z połamanymi nogami byłaby w stanie się czołgać w stronę wyznaczonego sobie celu, którym najprawdopodobniej byłaby właśnie osoba, którą ją tak urządziła. Panna Dark nigdy nie godziła się całkowicie z porażką. Każda z nich była dla niej motywacją, by jeszcze więcej z siebie dać i jeszcze ciężej pracować.
Również ze względu na różdżkę nie mogła sobie pozwolić na okazanie słabości. Krew Reema, choć potężna, miała pewną wadę. Nie lubiła słuchać osób, które sobie nie ufały. Dlatego też Natalie odczuwała każde zawahanie ze zdwojoną siłą. Zwyczajnie nie mogła sobie pozwolić na błąd. Musiała ćwiczyć, starać się i nie poddawać. Choćby dla tej głupiej różdżki. Ona zawsze przypominała dziewczynie, że nie wolno jej zrezygnować. Pisane jej jest coś więcej niż tylko machanie tym patykiem by posprzątać mieszkanie. Ba, tyle mogła zrobić nawet i bez niej. Wystarczyło jedno skinienie ręki (i nieco skupienia) by zmusić przedmioty do posłuszeństwa. Gdyby przeznaczone jej było zwykłe, szare życie to nie wybrałaby jej tak potężna różdżka, czyż nie? Co prawda, była to czasami złośliwa i szczwana bestia, ale z pewnością była w stanie zrobić znacznie więcej niż inne. Panna Dark zawsze sobie o tym przypominała, gdy opuszczała ją motywacja do dalszej pracy. Ten głupi kawałek drewna był dla niej wtedy niczym latarnia rozświetlająca drogę przez ciemność. Nie pozwalała sobie wtedy na obijanie się i wracała do normalnego trybu.
Przecież nie mogła się poddać, skoro było jej pisane coś wielkiego. Wierzyła w to całym sercem i tylko dlatego znosiła z pokorą cały ten trud, jaki musiała wkładać w swoją naukę. Gdyby nie ten upór i pewność swojej wielkości już dawno dałaby sobie spokój z tymi staraniami i zadowoliła się poziomem nieco ponad przeciętnym. Tyle mogła mieć nie kiwając nawet placem.  
Z zewnątrz zadufana w sobie i pewna swoje wielkości, w duchu świadoma swoich słabości i potknięć oraz gotowa z nimi walczyć.  Tak mniej więcej można ją było opisać.  
Ach, chciałoby się, żeby to wszystko wchodziło do głowy jak na zawołanie.
Uzbrojona na nowo w tarczę ze swojej dumy, wpatrywała się w Louvela. Zmarszczyła brwi, słysząc jego odpowiedź. Jej myśli jak zwykle musiały pognać w zupełnie innym kierunku niż rozmówcy. Westchnęła.
- Nie, nie mam problemów z żadną konkretną dziedziną Transmutacji. Ostatnio wszystko mi chyba gorzej wychodzi. - Spuściła wzrok, a jej głos stracił nieco na sile. Miała teraz zdecydowanie zbyt wiele zmartwień na głowie i zdecydowanie za często pozwalała sobie na okazywanie słabości. Potarła brwi, starając się ogarnąć napływające się do jej świadomości myśli. Początkowo nie zwróciła uwagi na to, że mężczyzna skierował się w stronę regału.
- To wszystko chyba przez to, że nie mogę się na niczym skupić. Muszę się najpierw sama ogarnąć zanim wezmę się za zaklęcia. Moja różdżka nie cierpi, kiedy tracę rezon. - Zaśmiała się gorzko.
Po co ja tu właściwie przychodziłam? To nie wina braków w nauce, a problemów ze sobą. Zabawa w machanie różdżką nic tu nie da. Nie wszystkie problemy da się rozwiązać ćwiczeniami.
Podniosła się z miejsca i obróciła w jego stronę. Przeszła powoli kilka kroków, by widzieć wyraźnie jego profil, gdy wertował jedną ze starych ksiąg. Odsunęła od siebie na moment nieprzyjazne myśli, by skupić się na jego działaniach. Zaciekawiło go to, czego mógł tam szukać.
Na jej twarzy wymalował się lekki uśmieszek, gdy Rudolf skopiował zaklęcie. Nie tak łatwo było ukryć coś przed bystrym okiem Natalie. Zwłaszcza, gdy robiło się coś tak dobrze jej znanego. Magia bezróżdżkowa była w jej domu czymś naturalnym. Dziewczyna często widziała, jak jej ojciec ją stosuje, dlatego skojarzenie faktów nie zajęło jej tak długo, jak czarodziej mógł się tego spodziewać.
Opanowała swoją twarz, zanim ten się odwrócił i obdarzyła go przyjaznym uśmiechem z nutką zaciekawienia w oczach. Podniosła jedną brew, słysząc o powodzie wycofania zaklęcia.
Błagam, niech to nie będzie aż tak bezużyteczne, jak to z gęsią.
Przyjęła kartkę z lekkim uśmiechem i skinieniem głowy. Teraz był czas na odegranie pokornej i pilnej uczennicy. Była mu to w końcu winna. Mimo wszystko, pomagał jej. Nieco inaczej niż się tego podziewała, ale pomagał. Przyjrzała się zaklęciu na papierze i na chwilę się zamyśliła. Nie była pewna, czy powinna to robić, ale po prostu nie mogła się powstrzymać. Ot, drobnostka na poprawę podłego nastroju.
Podniosła oczy na Avellina i słodko się uśmiechnęła. Na tyle słodko, na ile pozwalał jej wrodzony jad.
- Dziękuję Panu. Z pewnością Pana nie zawiodę. - Pan, pan, pan. To irytujące, że muszę określać tym tytułem osobę niewiele starszą ode mnie.
Przeniosła wzrok z powrotem na złożona kartkę, po czym wypuściła ją spomiędzy palców i pozwoliła jej się swobodnie unieść. Wpatrywała się przez chwilę w obracający się w powietrzu przedmiot, następnie znów spojrzała na mężczyznę. Uśmiechnęła się do niego i przechyliła głowę.
- Tak. Myślę, że wysoki stopień koncentracji i podzielność uwagi zdecydowanie leżą w zakresie moich możliwości. - Zmrużyła oczy i gestem dłoni nakazała zwitkowi papieru schować się w torebce.
Nawet teraz czuła, w jak kiepskim jest stanie. Naprawdę musiała się teraz postarać, by przypadkiem nie stracić kontroli nad zaklęciem, a na co dzień to było już dla niej przecież takie łatwe.
Chwyciła za skórzaną teczkę i zawiesiła ją sobie na ramieniu. Podeszła do drzwi i odwróciła się do Rudolfa.
- W takim razie, do zobaczenia panie Avellinie Louvelu. - Skinęła mu jeszcze raz głową i wyszła.

[z/t]

/Przepraszam za poziom, ale post strasznie nie chciał mi się dać dzisiaj napisać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kelly McCarthy
avatar


avatar
V rok

PisanieTemat: Re: Kwatery Avellina Louvel   Sro Sty 20, 2016 2:42 pm

Och, ileż ludzie by dali za chwilę wytchnienia w szalonym pędzie! Egzaminy, egzaminy i jeszcze raz egzaminy. Za chwilę przyjemności trzeba zwykle zapłacić bardzo wysoką cenę. W zamian za nieprzespane godziny, chwila dla siebie. Tak było i tym razem. Wieczór, tuż po kolacji w Wielkiej Sali. Większość uczniów udała się do biblioteki, inni do dormitoriów, aby zasięgnąć wiedzy z ksiąg. Ostatni dzwonek, aby móc się przygotować. Przygotować do napisania (tylko pozornie) najważniejszego egzaminu w ich życiu. Jednakże czym był ów sprawdzian umiejętności, który nie przygotowywał dostatecznie do dorosłego życia? Powinni uczyć się o Czarnej Magii, tym w jaki sposób jest ona praktykowana, jak rozpoznać niebezpieczeństwo, skąd mieć pewność, że osobnik stojący nieopodal nie czyha na twoje życie? Uczy obrony, już w trakcie ataku. Nie uczy tego, jak unikać zagrożenia. Tak samo było z animagią, to właśnie w okół niej powinny skupiać się zajęcia transmutacji...
Przecież zmiana liny w szczura jest bardzo przydatna!
McCarthy - dziewucha z przeciętnego mugolskiego domu. Wszystko było dla niej nowe, tyle miała do nadrobienia, tak mało czasu! Do jedenastych urodzin nie miała pojęcia co to magia, a istniała ona jedynie w bajkach czytywanych przez matkę. A teraz? Została rzucona w wir nowości, wir nieprzewidywalnych ludzi, wydarzeń, które nie powinny nigdy mieć miejsca w jej świecie. Przez brak instynktu samozachowawczego pakowała się zwykle w najgorsze bagna tego magicznego świata.
Kilkukrotne wkraczanie do Zakazanego Lasu, zakłady z duchami, robienie sobie żartów z "najgroźniejszego" ucznia w szkole? Co to dla niej!
Ćwiczenie animagii w najciemniejszych zakątkach Hogwartu? Ależ oczywiście!
*~*~*
Ciężka torba przepasana przez ramię obijała się boleśnie o jej uda w szalonych podskokach. Pędziła, niemalże biegła. Potrzebowała pomocy. Z prostej przyczyny nie udała się do profesor transmutacji, ta zapewne zadawałaby za dużo pytań, na które ona nie bardzo miała ochotę odpowiadać. Szczególnie, że robiła coś, co poniekąd było... Zakazane?
- Panie Louvel! - wykrzyknęła z wyczuwalnym przerażeniem w głosie. Z tego wszystkiego nie zapukała, nie przywitała się, po prostu wtargnęła do jego komnaty jak do siebie. Długi czany płaszcz, którego kaptur zaciągnęła na oczy załopotał, kiedy zamaszyście zamknęła za sobą drzwi. Los chciał, że musiała zamykać je trzykrotnie. Za pierwszym razem przytrzasnęła poły płaszcza, innym razem, to jej torba zdecydowała się stanąć na drodze.
- Potrzebuję pomocy, już! - rozbieganym spojrzeniem szukała jego postaci. Wydawał się być bardzo wyrozumiały. O ślicznej buźce nieskalanej złem ani gniewem. Prościej było zwrócić się do niego, niż do niekiedy zbyt surowej McGonagall. Rzuciła torbę obok biurka stojącego niemal na środku pomieszczenia i zasiadła na krześle, również bez zaproszenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rudolf Lestrange
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Kwatery Avellina Louvel   Sro Sty 20, 2016 4:02 pm

!Avellin Louvel

Wbrew wszelkim konceptom ludzkiej przyzwoitości, Rudolf powinien przywyknąć do tego, że do drzwi jego kwater dobijają się samotne, zagubione uczennice spragnione jego pomocy. Och, Lestrange mógł pomagać im na wszelkie możliwe sposoby, lecz one widziały w nim swego rycerza na białym koniu, gotowego by osuszyć nastoletnie łzy i naprawić wszelkie zło spędzające im sen z powiek. Rudolf był w trakcie wieszania swych wierzchnich szat na wieszaku w sypialnianej części komnat, gdy dobiegł go głośny dźwięk zatrzaskiwanych drzwi i dziewczęcy pisk. Jego mięśnie spięły się w reakcji na tak nieoczekiwane wtargnięcie. Spojrzał na zegarek, który nosił na lewym ramieniu. Pozostało mu 15 minut do momentu, w którym Eliksir Wielosokowy przestanie działać, więc sięgnął raz jeszcze ku wewnętrznej kieszeni swojej szaty i wyciągnął zeń srebrną piersiówkę.
- Chwileczkę! - odkrzyknął spokojnie, nim zaczerpnął sporego łyku eliksiru.
Poczekał kilka sekund, by ohydny posmak zniknął z jego języka i poprawiając swój krawat, przeszedł do swojego gabinetu. Jeszcze kilkadziesiąt minut temu mógłby uznać swój dzień za udany, pozbawiony zbędnych ekscesów i wykroczeń, lecz wrażenie to minęło. Przygotował się na nieprzespaną noc, gdyż agonia powodowana opuszczającym organizm Eliksirem Wielosokowym niewątpliwie wytrąci go z błogiego stanu nieświadomości. Przekraczając próg, jego wzrok skupił się na drobnej, zakapturzonej postaci usadowionej na krześle naprzeciw jego własnego. Westchnął wewnętrznie, kamuflując swój grymas ziewnięciem. Rudolfie, tutaj jesteś szczeniakiem.
- Co jest przyczyną tej nocnej wizyty? - spytał, zręcznie fingując zmartwienie pomieszane ze zmęczeniem.
Z kapturem rzucającym głęboki cień na twarz dziewczyny, ciężko było określić jej na pewno ogromnie przytłaczający problem czy nawet tożsamość, dlatego powoli wyciągnął rękę w jej stronę, zdejmując z głowy dziewczęcia czarną tkaninę. Zamarł, nie przez lisie uszy sterczące ciekawie spomiędzy płomiennie rudych włosów czy nienaturalnie wydatny nos. Jakieś dziwne, duszące uczucie rozpostarło skrzydła w rudolfowej piersi, a on opuścił swoje ramię, wpatrując się w dziewczynę z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
To nie tak, że nie mijał uczennicy na Hogwarckich korytarzach, to nie tak, że nie przyciągała jego spojrzenia na każdych zajęciach, które ze sobą dzielili, to nie tak, że nie zapamiętał dokładnie rytmu jej kroku czy sposobu, w jakim odgarniała niesforne kosmyki włosów z oczu. A jednak, w widoku jej twarzy, przerażonej i bezbronnej, było coś zapierającego dech w piersiach. Wysokie regały zapchane książkami zmieniły się w potężne pnie drzew Zakazanego Lasu, a srebrne światło księżyca wpadające do gabinetu przez strzeliste okna przybrało barwę Lumos Maxima. Tym razem jednak nie szukała w jego ramionach zguby. Szukała pomocy, tak niewinna i naiwna, otwarta na każdy cios, jaki mógłby jej zadać. Tylko Avellin zasługiwał na tę desperację i ufność w oczach.
- Jak do tego doszło? - spytał rzeczowym tonem, podnosząc się z miejsca i zmierzając w kierunku McCarthy. Tym razem niepokój w jego głosie był szczery, lecz pozbawiony ciekawości, którą czuł Rudolf. Kelly, ta niepokorna gówniara pchająca swój lisi pyszczek wszędzie tam, gdzie nie trzeba. A miał nadzieję, że zapamięta jego słowa. Masochizm nikomu nie służy. Przeganiając pragnienie złajania rudowłosej krukonki, skupił się na obejrzeniu obrażeń, które w swej lekkomyślności sobie zadała. Jego palce ostrożnie zbadały lisie, miękkie futro pokrywające nowonabyte przez dziewczynę uszy. Przynajmniej nie były zdeformowane.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kelly McCarthy
avatar


avatar
V rok

PisanieTemat: Re: Kwatery Avellina Louvel   Sro Sty 20, 2016 4:46 pm

Jak do tego doszło? Och to było chyba najmądrzejsze, a zarazem najgłupsze pytanie jakie w ostatnim czasie usłyszała. Kłamać czy mówić prawdę? Szczerze powiedziawszy nie myślała nad tym, co powie po przekroczeniu progu gabinetu. Było późno, jutro rano zaczynały się zajęcia, więc musiała przybiec czym prędzej po pomoc. Przecież nie pokaże się tak w dormitorium... Ani tym bardziej nie wyruszy na lekcje. Uszy były zbyt oryginalnym dodatkiem, aby nie wzbudzać zainteresowania.
- To nic... - machnęła ręką ściszając głos. Podobno ściany mają uszy, a szczególnie tutaj - w Hogwarcie. Podniosła się delikatnie i zsunęła z ramion płaszcz, który swobodnie spłynął na oparcie krzesła. Gdzieś spod koszuli mundurka, zaraz nad szkolną spódniczką wystawał długi ogon. Na oko sześćdziesiąt centymetrów długości, tego samego koloru co jej włosy. Zamachała nim, marszcząc nos. Nie spodziewała się, że posiadanie dodatkowej części ciała może być tak... Denerwujące?
- Po prostu... To... Samo się stało. - skłamała, wzruszając obojętnie ramionami. Cóż, w takich sytuacjach okazywało się, że nie najlepiej radzi sobie z omijaniem prawdy. Para zielonych oczu zatrzymała się w końcu na blacie jego biurka, aby tam zakończyć wędrówkę od ściany do ściany.
Westchnąłwszy głośno schowała twarz w dłoniach, aby ukryć zażenowanie swoją nieporadnością. Bo w końcu ktoś, kto pakuje się w tak wielką sztukę jaką jest animagia, powinien radzić sobie w takich sytuacjach jak ta.
- Proszę tylko, aby to zostało między nami. Profesor McGonagall udusiłaby mnie gołymi rękami. - wymruczała gdzieś spomiędzy dłoni. Jej uszy zabawnie poruszały się z każdym wydanym przez praktykanta dźwiękiem, a końcówka ogona niespokojnie kołysała się z prawa na lewo ze zniecierpliwieniem. - A jeżeli tak mi zostanie? - uniosła na niego spojrzenie, które wręcz błagało o pomoc. Zapewne gdyby okazał się żartownisiem i lubił się znęcać nad uczniami, mógłby pokiwać poważnie głową i utwierdzić ją w fakcie, iż już zawsze będzie nie-wiadomo-czym.
Och, gdybyś ty wiedziała z kim rozmawiasz...
Czekała w napięciu na każde jego słowo, pozwalając zbadać każdą (nie) jej część ciała. Zabawne uczucie, kiedy dotknął jej uszu, słyszała tylko głośny szum, jakby pocierać papierem ściernym o ścianę... Wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, gdyby nie nieszczęsny ogon. Niełatwo z nim nawet usiąść, nie mówiąc o innych czynnościach...
- Wie pan jak ciężko z czymś takim... No wie pan. - ściszyła głos do konspiracyjnego szeptu - Zrobić siusiu?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rudolf Lestrange
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Kwatery Avellina Louvel   Sro Sty 20, 2016 5:32 pm

Rudolf nie mógł się oprzeć i w swym najbardziej powątpiewającym geście, uniósł obie brwi, spoglądając na dziewczynę z niedowierzaniem. Ku nieszczęściu McCarthy, jej zbawiciel nie był Puchonem - należało do najszlachetniejszego domu Salazara Slytherina i jeżeli to czegokolwiek go nauczyło, to właśnie sztuki łgania.
- Cóż... - westchnął, z teatralną bezradnością w głosie. - Skoro przyczyna problemu jest nieznana, nie jestem w stanie go rozwiązać. Przykro mi.
Wrodzona złośliwość zapędziła go z powrotem na własne krzesło, gdzie usiadł, spoglądając na dziewczynę i jej histerię w milczeniu. Rudolf był poniekąd pod wrażeniem jej popisu. Była bardzo młoda, a z tego, co wydedukował, nie mogła liczyć na pomoc nauczycieli, lecz mimo to postanowiła zostać animagiem. Oczywiście, jej lekkomyślność również była godna podziwu, wręcz onieśmielająca. Nie zaszkodzi jej, jeżeli jeszcze chwilkę będzie delektować się smakiem piwa, które sama sobie nawarzyła.
- Zawsze możesz spróbować unieść jedną nogę - odparł z suchym humorem w głosie, słysząc jej nieco tylko niesmaczny komentarz. Dziwnym trafem, kwestia zaspokajania przez nią potrzeb fizjologicznych nie budziła w nim większej fascynacji.
Wyciągnął różdżkę z kieszeni i zaczął się nią bawić, spoglądając z cierpliwym oczekiwaniem na twarz Kelly. Jej animagiczna postać stanowiła dla niego zagadkę - w żadnym stopniu nie przypominała mu sprytnego, inteligentnego lista. Teraz zachowywała się bardziej, jak... Wiewiórka? Roznerwicowana, drżąca i niepotrafiąca wysiedzieć w miejscu, przypominała najbezbronniejsze ze ssaków. Rudolf chciał to wykorzystać, lecz powstrzymywał się uparcie. Kelly całkiem do twarzy było z tymi lisimi uszami, wyglądała jeszcze bardziej niewinnie. Jaka szkoda, że nie mogła ujrzeć prawdziwej twarzy swojego rozmówcy. Chociaż wówczas Lestrange nie miałby możliwości poznania tej strony McCarthy, która nie walczyła zaciekle o przetrwanie.
- To jak będzie, McCarthy? Przypomniałaś sobie już coś? - spytał niewinnie, jak gdyby wierzył każdemu jej słowu.
Powinna była mu ufać, jak i większość uczniów. Tak bardzo starał się wyglądać na pobłażliwego, sympatyzującego z gówniarzami praktykanta. Chociaż, gdyby to on miał przyznać się do spartaczenia jakiegokolwiek zaklęcia, zapewne zareagowałby podobnie. Wstyd był ciężkim krzyżem do dźwigania.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kelly McCarthy
avatar


avatar
V rok

PisanieTemat: Re: Kwatery Avellina Louvel   Sro Sty 20, 2016 6:30 pm

Wydęła usta i skrzyżowała ręce na wysokości klatki piersiowej, osuwając się nieco na krześle. Jeżeli ktoś nazwałby ją dzieckiem, byłoby to niesamowicie trafne porównanie. Zdarzało jej się często zachowywać w ten sposób lub brać ludzi na słodką minę obrażonego dziecka.
Czy coś tym kiedyś osiągnęłaś?
Jeżeli szanowny pan praktykant nie zechciałby udzielić jej pomocy, spędzi noc na przeszukiwaniu szkolnej biblioteki, któż wie z jakim skutkiem. Możliwe, że będzie musiała udać się jednak do profesor McGonagall, odbębnić biczowanie słowem, przeprosić i po sprawie. Nie sądziła, że z Louvelem pójdzie jej tak... Ciężko.
- No dobra... Robiłam coś, czego robić nie powinnam, teraz proszę o pomoc. To wszystko. - zmarszczyła nos i wstała z krzesła, aby uciec od presji spojrzenia, kogoś kto chcąc nie chcąc miał nad nią przewagę. Chociażby dlatego, że był szczebel wyżej w Hogwarckiej hierarchii, miał większe pokłady wiedzy niż ona i był mężczyzną. Tyle wystarczy, aby skutecznie ściągnąć ją na ziemię, a nawet niżej. Okrążyła biurko, stając naprzeciw jednego z regałów wypełnionego po brzegi księgami różnego rodzaju. W większości dotyczyły one transmutacji, było też kilka pozornie nic nie znaczących notatników, zapewne z własnymi przemyśleniami odnośnie nauki. Szukała tytułu, dzięki któremu sama mogłaby się uporać ze swoim futrzanym problemem.
Gdzie lecisz ptaszyno?
Trzepot skrzydeł i ciche pukanie w szybę przerwało ciszę, która przez chwilę zapanowała między nimi. Szybko rozpoznała w ptaszysku, które przysiadło na parapecie tuż za szybą swoją sowę, która w dziobie dumnie dzierżyła w połowie zjedzony list. Tak. Miała w zwyczaju pożerać korespondencję, parę razy dziewczyna dostawała ją spowrotem, ponieważ odbiorca nie był w stanie nic odczytać...
Wysyłałaś może list, McCarthy?
Powierzyłaś coś tak ważnego temu głupiemu ptaszysku?

Wysyłała list? Z pewnością, nie do nowego praktykanta, z którym wymieniła jedynie kilka serdecznych uśmiechów i powitań, gdy mijali się na korytarzach. Ach!
Doskoczyła do okna i otworzywszy je - wyrwała małą kopertę (a raczej jej pozostałości) z dzioba Sue i rzuciła spojrzenie mordercy w stronę Louvela.
- Przechwytuje pan listy uczniów? - rzuciła oskarżycielsko w jego kierunku, zaciskając dłoń w okół listu. Zapewne i tak byłby nie do odczytania, ale jednak... Był ważny.
W końcu długo zastanawiała się co mogłaby napisać i czy dostanie jakąkolwiek odpowiedź. Siedziała nad nim kilka godzin. A właściwie to wszystkie zajęcia... I tak nie była w stanie się na nich skupić. To tylko ciągła plątanina rozkazów i nakazów. "Powtarzajcie do egzaminów!"
- To nie jest w porządku! - i nagle zapomniała po co tak naprawdę tu przyszła. Jej ogon nasrożył się pod przypływem gniewu. Jak on mógł? Czytać cudze listy?! A co jeżeli to nie był pierwszy, który widział?! Odgoniła sowę dłonią, zupełnie jakby strzepywała kurz z biurka, a ta wzniosła się w powietrze i odleciała.
McCarthy, też chciałabyś tak uciec?
- Masz... - zmieszała się na moment, plotła to co ślina na język przyniesie, czyli nic nowego. - To znaczy... Czy ma pan coś na swoją obronę? - nie sądziła, że kiedyś to jej zdarzy się zadać to pytanie jakiemuś dorosłemu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rudolf Lestrange
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Kwatery Avellina Louvel   Sro Sty 20, 2016 8:55 pm

Nie mogła oczekiwać uporu od niepozornego praktykanta transmutacji, czyż nie? Z tymi jasnymi, lśniącymi niewinnością oczyma i nieścieralnym z młodej twarzy uśmiechem, musiał wydawać się jej niezwykle beztroską osobą. Gorzkie zaskoczenie było widoczne na jej twarzy, wykrzywionej w dziecinnym wyrazie frustracji. Niewątpliwie liczyła na to, że Louvel skinie pobłażliwie głową i naprawi jej pomyłki bez słowa, jak gdyby ratował z tarapatów koleżankę z ławki. Nie mogła przecież podejrzewać, że pod tą jasną czupryną kryje się jaźń Śmierciożercy, nieustępliwego i zdeterminowanego w dążeniu do obranych przez siebie celów. Widział już wahanie w jej przymrużonych oczętach, może nawet chęć wycofania się. Avellin okazał się niespodzianką, lecz po Rudolfie nie oczekiwałaby niczego innego. Pomimo przyjemności, jaką czerpał z obserwowania jej nerwowych poczynań, wcale nie chciał, by z niego zrezygnowała. Chciał udowodnić swoją wartość, przed nią, przed całą tą uczniowską chmarą, która odebrała mu jego własny potencjał. Może było w tym coś więcej, nie był pewien.
Obrócił się w swym fotelu, gdy dziewczyna postanowiła zbadać zawartość jego biblioteczki. Spoglądał na nią z jakąś dziwną emocją grającą swą skomplikowaną, polifoniczną melodię w czeluściach rozkojarzonego umysłu Lestrange'a. Nie był w stanie usłyszeć pojedynczych tonów, większość z nich zupełnie dla niego obca. Dlatego opuścił zakamarki swej głowy, skupiając się na chwalebnym "tu i teraz". McCarthy stanowiła rozkosznie zabawny widok, z rudą, lisią kitą wystającą spod szczytu szkolnej spódnicy, z tymi niezwykle miękkimi uszami drżącymi przy najmniejszym ruchu Rudolfa. Ku jego zdziwieniu, zdawała się mieć niemalże pełną kontrolę nad swymi nowymi "członkami", jeżeli tym słowem można określić wierną precyzję, z jaką odzwierciedlały jej emocje. Wyobraził sobie ją w całej swej okazałości, z lisią gracją napędzającą każdy, najmniejszy nawet ruch. Był ciekaw, czy nawet w zwierzęcym ciele nie uciekłaby, widząc wilczą postać Lestrange'a.
- Nie mam zamiaru łajać Cię za tę nieodpowiedzialność, niemniej jednak... - urwał, gdy dziewczyna szybko rzuciła się ku oknie jego gabinetu. Dopiero teraz zwrócił uwagę na sowę dziobającą wściekle w szybę.
Ptak był mu dziwnie znajomy, choć Rudolf mógłby przyrzec, że nie należał do żadnego z czarodziejów, z którymi zwykł korespondować. Wydawało mu się, że powinien skądś kojarzyć nieregularne umaszczenie jej piór, albo chociaż zadziorny wyraz jej oczu, a jednak... Nie. Był niemal pewien, że nigdy nie zdarzyło mu się jej zobaczyć. Zresztą, nie różniła się zbytnio od większości sów pocztowych czy szkolnych. Co przykuło jego uwagę, to zaborczość z jaką Kelly ścisnęła w dłoni list. Skrawek pergaminu mógł przybyć do Rudolfa z najbardziej nieodpowiednich źródeł i ten poczuł kościstą dłoń niepokoju zaciskającą się wokół gardła. Jeżeli którykolwiek z tych kretynów miał czelność... Niezależnie od swej frustracji, Lestrange nie mógł pozwolić uczennicy na przeczytanie jego zawartości. Było to bardziej ryzykowne, niźli ujawnienie się przed Rockers. Rockers była... szalona. Nie należało jej zaliczać do reszty społeczeństwa.
- Panno McCarthy! - rzucił ostro, nie podnosząc jednak głosu, zamiast tego wstając z fotela. - O ile jestem w stanie przymrużyć oko na uczniowskie eksperymenty, tego typu zachowania nie toleruję. Proszę zwrócić mi list w tym momencie.
Wyciągnął w jej kierunku rozwartą dłoń, nie przestając wbijając w nią rozczarowanego i deprymującego spojrzenia. Może uda mu się wygrać tę potyczkę używając broni ofiarowanej mu przez Dumbledore'a, jedynej bezpiecznej linii obrony. Niecierpliwiąc się, skinął palcami, usiłując ją pospieszyć. Coś w wyrazie jej twarzy i dziwnym doborze słów niepokoiło go. Na jakiej zasadzie mogła sądzić, że list nie został zaadresowany do niego...?
- Ostatnia szansa, nim postanowię wyciągnąć z tej sytuacji odpowiednie konsekwencje. Lisie uszy na głowie będą ostatnim, czym będziesz musiała się martwić. Oboje wiemy, jak bardzo profesor McGonagall ceni sobie dyscyplinę i wzajemny szacunek.
Nie musiała wiedzieć, że były to puste, pozbawione pokrycia groźby, lecz w razie potrzeby mógł wyrecytować bezbłędnie kilka paragrafów szkolnego statutu. Miał tylko nadzieję, że jej instynkt samozachowawczy zwycięży nad nastoletnim uporem, gdy wyprostował się i pozwolił sobie na najmniejszą, mikroskopijną dozę śmierciożerczości w spojrzeniu. Nie miał zamiaru szarpać się z kolejną już uczennicą.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kelly McCarthy
avatar


avatar
V rok

PisanieTemat: Re: Kwatery Avellina Louvel   Sro Sty 20, 2016 10:06 pm

Nagle tyle emocji pojawiło się na jej twarzy. Od wściekłości, po lekkie rozbawienie. Jej nieco dziecięca buźka nie była stworzona do kłamstw czy udawania. Była wściekła, że list mógł trafić w niepowołane ręce. Rozbawiona tym, jak zażartą walkę toczyli o zwykły strzępek pergaminu. Zażenowana treścią, jaką mógłby przeczytać praktykant jej ulubionego przedmiotu. Zapadłaby się pod ziemię, gdyby się o tym dowiedziała. Upozorowałaby własną śmierć, nawet jeżeli byłaby taka konieczność! Co prawda nigdy nie podpisywała listów ani imieniem nadawcy, ani tytułem odbiorcy, mogła byś spokojna o swoje jestestwo tylko przez chwilę. W końcu nie trzeba było się zbyt wiele trudzić by zidentyfikować jej pismo, które z bardzo starannego, nagle przechodziło w bazgroły mugolskiego lekarza, które były ciężkie do rozszyfrowania. Ale los chciał, iż nie dopuściła do największej klęski jej szkolnego życia.
Chwała ci losie!
Zmarszczyła brwi, zaciskając mocniej spoconą dłoń na pergaminie. Przecież nie może odebrać jej listu, który nie był zaadresowany do niego! Jasna cholera! To było tak bardzo nie w porządku. Nie-w-po-rzą-dku!
- Niech mnie pan nie straszy profesor McGonagall. Ona nie poparłaby szpiegowania uczniów W TEN SPOSÓB. To oto ptaszysko należy DO MNIE, list wysłałam JA. I na pewno nie do PANA. - wysiliła się na spokojny ton, jednak gdzieś w środku, krzyczała na niego, dźgając go palcem oskarżycielsko. Nie powinien był zdecydowanie mieszać się w życie prywatne uczniów. Rozumiała, iż nastały czasy, gdzie każdego można było podejrzewać o maczanie palców w czarnej magii. Ale to co robił było szczytem szczytów!
- Dyscyplina dotyczy również pana. Ma pan się uczyć, a nie wściubiać nochal w nie swoje sprawy. Podkreślam ponownie, iż list zaadresowany był do zupełnie innej osoby. Więc pozostaje opcja, iż to pan szpieguje uczniów, bądź Sue pomyliła się w dostarczeniu przesyłki. - ha! Miała przewagę stojąc tuż nieopodal wciąż otwartego okna.
Chyba tego nie zrobisz?
Wyprostowała się dumnie i wychylajac nieco za okno, podarła list na strzępki i wyrzuciła go. Tak po prostu. Mogłaby oczywiście użyć zaklęcia... Spalić kartkę, po której pozostałby jedynie popiół, ale wtedy musiałaby minąć szanownego pana praktykanta i wyjąć magiczny patyk z torby, a tego by nie chciała. Nie dysponowała zbyt wielkim refleksem, więc w razie próby wyrwania jej koperty z dłoni była bez szans. Z resztą... Była z domu mugoli, tam wszystkie sprawy załatwiało się bez magii, a ludzie jednak żyli i mieli się całkiem dobrze.
- Ile listów zdołał pan dostać w swoje łapska? - znów zwróciła się w jego stronę. Nie bała się odjęcia punktów, ani szlabanu. Nawet gdyby miała prać zatęchłą bieliznę woźnego, musiała się dowiedzieć co tutaj jest nie tak. Sue jeszcze nigdy nie pomyliła się co do miejsca dostarczenia listów. Więc problem musiał tkwić w tym uroczym aniołku, który stał tuż przed nią.
Chyba znacznie bardziej wolała kontakty ze śmierciożercami. Oni byli prości, łatwo było ich rozszyfrować, nie zasłaniali się nikim ponad sobą ani nie cytowali z pamięci regułek.
Wszyscy byli płytcy z małym wyjątkiem, który...
Stop.
Ze zwinnością, w podskokach wyruszyła do kolejnych drzwi, podejrzewając, że jest tam coś, czego szuka. Na przykład stos korespondencji, albo inne ciekawe rzeczy. Pierwsze co przykuło jej uwagę, to kilka par koszul pozostawionych na wierzchu kufra. Zaścielone łóżko, wszystko na swoim miejscu. Cóż... Możliwe, że nic nie znajdzie.
Odwróciła głowę, aby spojrzeć za siebie, czy przyszły-niedoszły profesor już otrząsnął się z szoku wywołanym bezczelnością uczennicy. Stała więc w progu przez parę sekund, które ciągnęły się w nieskończoność i doskoczyła zwinnie do łóżka, siadając na nim.
- Jeżeli nie powie mi pan nic na temat listów, będę się drzeć, dopóki ktoś się nie zjawi. Wtedy przyjdzie się panu tłumaczyć. - rozpięła jeden guzik koszuli i potargała sobie włosy, rozsiadając się na łóżku wygodniej. - Komu uwierzą? Mnie, wzorowej uczennicy, z którą nigdy nie było kłoportów czy nowemu w szkole? - przechyliła głowę.
Tak, jesteś wariatką McCarthy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rudolf Lestrange
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Kwatery Avellina Louvel   Sro Sty 20, 2016 11:19 pm

Dla Kelly ów list mógł być zwykłym zwitkiem pergaminu pozbawionym wartości. Dla Rudolfa mógł być wyrokiem śmierci - dla McCarthy, lub dla niego samego. Doskonale wiemy, kto stał wyżej w tej wyimaginowanej hierarchii, lecz nie mógł nie zauważyć impasu, w jakim się znalazł. Musiał odzyskać ten list, gdyż bezmyślność jednego z jego drogich towarzyszy, nieuważnego Śmierciożercy, mogłaby go srogo kosztować. Kelly była teraz niczym dzikie zwierzę, do którego trzeba zbliżać się stopniowo, cierpliwie, najlepiej ze smakołykiem w ręku. Czy było jednak coś, co mógł jej zaoferować? Nie sądził, w swym uporze przypominała rozkapryszonego dwulatka, niegodzącego się na żaden kompromis.
- Co Ty... - z niedowierzaniem wypisanym na twarzy patrzył, jak rwie na strzępy list, o który tak zaciekle walczyła. Ucisk, jaki odczuwał w klatce piersiowej zelżał, nie grożąc już połamaniem żeber. Największe z potencjalnych zagrożeń zostało zneutralizowane. Jedynym jego zmartwieniem pozostawała teraz niezrównoważona 15 latka. Banał.
By zamaskować uśmiech ulgi grający w kącikach jeden ust, przysłonił dłonią twarz, wzdychając z udawanym zmęczeniem i zrezygnowaniem. Kelly mniej czy bardziej świadomie mogła mu uratować życie. Lub wolność, co właściwie było jego synonimem. Słysząc jej tyradę, spojrzał na dziewczynę z niedowierzaniem. Jej ptak? Jej list? I to, jak zażarcie chciała go powstrzymać przed ujrzeniem jego zawartości... Nie był pewien, czy chciał zrozumieć, chociaż wiedza już drapała o ściany jego umysłu, niczym rozjuszone kocię. Usiadł na nowo, rozkładając się w wygodnym oparciu fotela.
- Nie mam zielonego pojęcia, o czym mówisz - rzekł, wzruszając ramionami. - Przechwytywanie uczniowskich listów jest poważnym naruszeniem waszej prywatności, a zarazem czymś, czym głęboko się brzydzę. O ile się nie mylę, to ty wparowałaś tutaj bez najmniejszego uprzedzenia, droga Kelly, wściubiając swój nochal za mój próg.
Wróciła do niego świadomość Avellina, jego odrażający spokój i cierpliwość. Zagrożenie minęło, a potencjalna utrata stanowiska nie znajdowała się wysoko na liście jego lęków. Pozwolił Krukonce na przeszukanie swoich komnat, nie zwracając zbędnej uwagi na jej podekscytowane ruchy. Nic, co mogłoby stanowić jakikolwiek dowód jego rzeczywistego przestępstwa nie mogłoby zostać przez nią znalezione. Przecież ona nawet nie wiedziała, czego szuka! Rozluźnił się ostatecznie i podążył za dziewczyną do swej sypialni, gdzie stanął w progu, splótłszy ręce za plecami. Obserwował ją z uniesionymi brwiami i zmartwieniem widocznym na twarzy.
- Kelly, jesteś pewna, że dobrze się czujesz? - spytał spokojnie, jak gdyby rozmawiał z szaleńcem. - Nie przechwytuję żadnych listów, na Merlina. Jeżeli sowa w rzeczywistości należy do ciebie bardzo możliwe, że chciała po prostu zwrócić twoją przesyłkę. Twoja teoria spiskowa jest naprawdę absurdalna.
Nie zbliżył się do niej, zamiast tego przemierzył pokój, by dokończyć wieszanie swych szat i zamknąć małą szafę stojącą w rogu pokoju. Chociaż zdawał się być pochłonięty swoim zadaniem, był okrutnie świadom obecności rudowłosej uczennicy w swoim pokoju. Nie przywiązywał się do miejsc, nie odczuł tego, jako ciosu w swą "przestrzeń osobistą". Zawsze pozostawały mu rozwiązania siłowe, jeśli nawet kompromisy miałyby zawieść. Prawdę mówiąc, po dziurki w nosie miał wykłócania się z dziećmi. Chyba nawet w imię Lorda Voldemorta nie był w stanie znieść tej katorgi.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Kwatery Avellina Louvel   

Powrót do góry Go down
 
Kwatery Avellina Louvel
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 6Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
 Similar topics
-
» Gabinet i prywatne kwatery profesora OPCM
» Dziennik C. [w posiadaniu Avellina Louvela]

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hogwart [schowany na czas wakacji] :: Tereny zamkowe :: VI piętro-