Share
Go down

Mała sala

on Sro Gru 04, 2013 8:08 pm
First topic message reminder :

Gdy się wejdzie, wydaje się być niepozornym pomieszczeniem, ale przy pomocy odpowiednich zaklęć zamienia się w miejsce nie do poznania. Skrywa w sobie wiele tajemnic. Poza tym ta mała sala pojawia się, kiedy chce, no chyba, że zna się sposób na "wezwanie" jej.


Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984

Re: Mała sala

on Wto Sty 19, 2016 3:53 am
// Tak, zabijcie mnie. Wiem, że zalegam z postami na innych kontach i do tego sesja, ale pliz ;.; Przymknijcie oko, kocham Was.

A mówiłam Ci, nie jedz i nie pij tyle, bo oszalejesz.
A mówiłam Ci, że się zgubisz i już nigdy nie powrócisz do realnego świata, podążając za cienkim dymem metafizycznego poznania.
Prawda? Jak minie trochę czasu to będą wiedzieli, że tak naprawdę była ciężkostrawna i będą musieli czekać, aż ich organizmy się do tego przyzwyczają. Ten orzeźwiający strumień zabierał oddech po zbyt łapczywym zaczerpnięciu kolejnych dawek źródła wiecznego życia. Stuprocentowy alkohol przynajmniej był w stanie sprawić, że świat zaczynał wirować niczym nakręcona karuzela i wtedy po prostu pragnęło się więcej i więcej, aż w końcu brało na wymioty i zabawa dobiegała końca. W prawdzie nie włączały się żadne hamulce, czerpało się z niej ciągle i ciągle, aż do najgorszego z upadków. I wtedy napęczniałe brzuchy pękały z głośnym trzaskiem. Skoro wytrzymał tak długo, to czemu postanowił pozwolić sobie na taką przyjemność i to właśnie przy niej? Nie była jedną z tych, które gotów są porzucić wszystko byleby sprawić, żeby on był szczęśliwy, albo przynajmniej by nie miał podstaw dręczyć i znęcać się w najgorszy możliwy sposób. Ona byłaby wręcz zachwycona gdyby ją znienawidził! Znienawidził tak jak robiło to większość osób, które miały z nią styczność!
Więc dalej...! Dalej, znienawidź mnie.
Będzie Ci łatwiej.
Skurwysyn czy też nie, z dumą lub też bez niej, był na obcym terenie i tutaj nie mógł być Królem Wilków pod pełną postacią. W każdej chwili jego wszystkie maski mogłyby się roztrzaskać publicznie, odsłaniając samotnego chłopczyka, który tak bardzo pragnął uwagi.
To pewnie dlatego, że mamusia zawsze bardziej kochała Rabastana, co? Jesteś taki biednym, znienawidzonym i poszukiwanym listem gończym synem! Może chociaż Twój bezużyteczny ojciec jest z Ciebie dumny.
Gratulacje! Zostałeś pełnoetatowym czwartym jeźdźcem Apokalipsy! Głód... tylko Ciebie brakowało Nam do kolekcji. Ach, przepraszam! Zapomniałam, że Wojny już przecież z nami nie ma! Sprawdźmy więc jak sprawdzisz się, gnając na złamanie karku.
Byłaby w stanie nawet się uśmiechać dłużej w ten uprzejmy, sztuczny sposób, gdyby nie to, że postanowił zagrać z nią w otwarte karty. Ruszył galopem, chcąc stanąć w ramię w ramię ze Zwycięstwem, której korona przecież miała już być zawsze nienaruszona. Czym były te wszystkie inne wartości pełzających robaków, jeśli nie zwykłym zapychaczem czasu? Czy to w ogóle miało prawo się liczyć?
Szaleństwo już od zawsze miało być częścią jej życia.
Patrzył tak pewnie, tak dumnie, w głowie mając swoją własną wizję jej świata, jej królestwa, zupełnie nie doceniając jej poświęcenia, jej pasji dla stworzenia tak  niezwykłej krainy. Wkładał swoje metafory w obce usta, pędzlem chciał splamić jej obraz, ukazać słuszne i prawdziwe dla niego oblicze.
Spadniesz z konia i przekręcisz kark, a jeśli nawet nie, to podejdę do Ciebie i obiecuję, że się Tobą zajmę. Iście po królewsku, ale już bez uczty. Wyłamię Ci ramię z barku - jedno i drugie, potem wyrwę Twój język i rozkażę Ci go zeżreć, następnie kły, które są Twoją największą dumą, powieszę na szyi niczym gustowne korale. Nie pozwolę Ci zasnąć, będę czekać na Twoją agonię i nieludzkie krzyki. Krew będzie wypływać Ci z oczu, kiedy zaczniesz się śmiać. Dla mnie. A moja korona zalśni wtedy jeszcze mocniej.
Naprawdę sądzisz, że dam się tak łatwo złamać, Rudolfie?
Baśnie od zawsze były wdrążane w życie; tym razem mogli to odczuć nawet intensywniej niż wcześniej. Śmiała się prosto w jego twarz, która pragnęła bólu i wolności. Dawno nikt ją tak nie bawił jak on. Nie w taki sposób, jakby mogła robić to przez całe życie, aż nie opadłaby z sił. Nic tylko śmiać się i śmiać, i... chyba właśnie skończyły się minuty dla tej beztroski. Właśnie teraz mógłby klęknąć, poddać się, upokorzyć w najgorszy dla niego osoby sposób. Pełzać, prosić, całkowicie oddać się w jej ręce. Cóż by to była za rozkoszna wizja!
Może nawet mogłaby go czegoś nauczyć, pokazać coś więcej, jeśliby zasłużył poprzez swoje nadgorliwe bestialstwo i błyski nienawiści, dzięki którym by się nawet szczerze uśmiechnęła. Musiałaby się jednak bardziej nagimnastykować, by móc go choć trochę otworzyć i ukąsić w słabe punkty jak przystało na Żmiję.  
Ale obecna mieszanina, która płynęła przez jej żyły, adrenalina łącząca się z gniewem, szaleństwem i czymś, co nie potrafiła bliżej określić, nie chciała układać mocniejszego planu, który jednak zająłby jej więcej czasu.
- Ciekawe czyja naiwność jest większa - wyszeptała przez zaciśnięte zęby, nie dając się wciągnąć w pułapkę pozornych uprzejmości. Dalszą część jego wypowiedzi skomentowała uniesieniem jednej brwi do góry i krótkim parsknięciem niedowierzania. Lodowate oczy zamigotały ostrzegawczo. - Śmiałe stwierdzenie jak na kogoś, kto może otrzymać pocałunek dementora.
Nie należała do osób, które czekają z niecierpliwością na kolejny ruch przeciwnika. Potwór zresztą pchał ją do przodu, zachęcał do dalszych działań, do odsłonięcia choćby kawałka jego zepsutej duszy by znaleźć choćby jedną małą zdrową część, którą można byłoby pożreć. I zwyciężyć. Zwyciężyć kolejny raz. Patrząc w jego oczy ogarnięte chorobą szaleństwa, która była jej bliska, czuła w sobie jeszcze więcej chęci by doprowadzić go do przepaści. Chciała sięgnąć po jego tajemnice tak jak on sięgał po jej. Przez kilka sekund pozwolił jej na bycie swoją lalką z którą mogłaby zrobić praktycznie wszystko. Nie uciekał, nie atakował jawnie, po prostu czekał.
Druga żaróweczka zadrgała nerwowo. Musiała jednak nad sobą panować, nie mogła pozwolić by cokolwiek wyszło by jej broń ją zdradziła, odsłoniła więcej niż powinna... już i tak sporo poświęciła by znaleźć się tam, gdzie obecnie była. Tak jak można było przewidzieć, odbił jej zaklęcie, dlatego postanowiła zrobić unik, już nawet nie siląc się na rzucanie jakiegokolwiek obronnego zaklęcia. Ciemne kosmyki zawirowały w powietrzu w gniewnym tańcu.
- Och, wierz mi. Pokazałabym Ci o wiele więcej, gdyby nie to, że obecnie mam związane ręce i to kosztowałoby mnie za dużo, a nie jesteś tyle wart - odparła po dłuższej chwili, obnażając swoje białe zęby. Lodowate oczy iskrzyły, poddawały się adrenalinie, która tak uparcie z zawrotną prędkością krążyła w jej żyłach, by następnie roześmiać się na widok łańcuchów, które upadły zaledwie niewielki kawałek od jej stóp.
- Znakomicie, panie profesorze. Widzę, że pańskie umiejętności transmutacyjne są na najwyższym poziomie - dopowiedziała szyderczo, strzelając z karku. Zaczęłaby nawet klaskać gdyby nie to, że gniew nadal nie chciał jej opuścić i jego następna wypowiedź tylko ją bardziej rozjuszyła.
Żaróweczka numer dwa również pękła z głośnym trzaskiem.
- Wampirzej dziwki...? - Powtórzyła za nim, czując jak jej wargi zaczynają się trząść od przerywanego chichotu. Część włosów przysłoniła jej lewe oko. - Czy Ty... mnie właśnie nazwałeś... wampirzą dziwką?
Różdżka ponownie została w niego wycelowana, a C. nie miała najmniejszego zamiaru się przed nim cofać. Teraz wściekłość wylewała się przez każdą część jej ciała. Oczy zdawały się płonąć lodowatym ogniem, a usta ukazały szereg białych drapieżnych zębów.
- O nie. O nie nie nie. Tak nie będzie, nie będziesz mnie tak nazywał. Nie. Powinieneś teraz uklęknąć. Powinieneś teraz okazać skruchę. Myślisz, że nie wiem jak to jest? Myślisz, że tak po prostu opuszczę różdżkę? Nie, nie, nie. Jeszcze nie teraz. Nie, dopóki... - wzięła głębszy wdech, przymykając powieki i uśmiechając się jakby było wszystko miało się ułożyć. - Nie uklękniesz. Skoro już bawimy się zaklęciami z poprzednich lat to... Locomotor Wibbly. Więc klękaj, Rudolfie. KLĘKAJ, RUDOLFIE!
Zaklęcie nie wyszło, więc roześmiała się i wypuściła różdżkę, czekając na nadejście Głodu.
Niemalże z otwartymi ramionami.
I z chęcią odpłacania mu za znieważenie.

~
Unik przed obitym zaklęciem przez Expelliarmus: 3~4
Locomotor Wibbly: 1,6~2,6 (to żem skisła XD)


Ostatnio zmieniony przez Caroline Rockers dnia Wto Sty 19, 2016 2:03 pm, w całości zmieniany 4 razy




Rain down
from a great height

Re: Mała sala

on Wto Sty 19, 2016 3:53 am
The member 'Caroline Rockers' has done the following action : Rzuć kością

#1 'Pojedynek' :

#1 Result : 3

--------------------------------

#2 'Pojedynek' :

#2 Result : 1, 6


Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984

Re: Mała sala

on Wto Sty 19, 2016 8:39 am
Nienawiść? Nienawiść zarezerwowana była dla tych, których życie było warte coś więcej, niż ziarno poświęconej uwagi. Nienawiść była emocją zbyt potężną, zbyt namiętną, by obdarowywać jej zaszczytem byle błahostkę napotkaną na swej drodze. Prawdziwie znienawidzeni zostają tylko ludzie wielcy, zaś prawdziwie nienawidzą tylko zeń najsilniejsi. Wściekłość i obrzydzenie wymagają stałej opieki, pielęgnacji cudzym cierpieniem i niedolą. Rudolf nienawidził wszystkich, a zarówno nikogo, swą pasję stawiając naprzeciw niewdzięcznemu światu, którego ignorancja powaliła go na kolana przed urojonym Czarnym Panem, Lordem Żałosnych Obsesji. To jego nienawidził najbardziej, a jednak to swoje życie i wolność stawiał codziennie na szali w jego imieniu. Świadom konsekwencji swoich wyborów, owoców nastoletnich ambicji i marzeń, spoglądał w lustra rozświetlone światłem poranka i zapamiętywał, pieczołowicie i z płonącym oddaniem, widok oczu lśniących życiem. Nie wiedział, kiedy przyjdzie mu spojrzeć w zakurzone tafle po raz ostatni, kiedy to potworna próżnia rozpaczy pochłonie ogień jego esencji, pozostawi to śmiertelne ciało na pastwę więziennych cel. Wiedział natomiast, że choćby ostatnim pejzażem, jaki przyjdzie mu ujrzeć, będzie zakrwawiona, rozdeptana gleba na wojennym froncie, nie stanie się zaledwie błyskiem w rozwartych pyskach dementorów.
- Śmiałe stwierdzenie jak na kogoś, kto może mieć przywilej konwersacji raz już ostatni - odparował, z odrobinę tylko widocznym dyskomfortem, swój niepokój maskując nonszalanckim wzruszeniem ramion.
Pośród tylu różnic i podobieństw, jedna cecha łączyła ich nierozerwalnymi więzami wspólnie dzierżonej na barkach niedoli. Oboje narażali się na koszty, żyli niby żebracy na pożyczonej nawiności, korzystając z nieuwagi przeciwników. Rockers i Rudolf, dwójka dłużników. Do bram posiadłości Rudolfa nie dobijała się jeszcze śmierć, żądając zwrotu swej obusiecznej kosy, darowanego mu życia i zapożyczonej potęgi, lecz podążała za nim od lat, niby widmo nieuniknionej zagłady.
Śmierć jednak była lubą łaskawą i hojną. Jej ogołocone z człowieczeństwa ramiona kusiły swym kojącym chłodem, obiecując ulgę wobec rozżarzonego szaleństwa i głodu. Rudolf jednakże nie spieszył się do jej łoża, przelotne kochanki-truchła upychając w głębokich szafach swojego sumienia. Sumienia? Sumienie niczym pradawne i współczesne bóstwa pozostawało martwe już od dekad, opuściwszy niegodny padół człowieka. Sumienie kosztowało zbyt wiele, by prości śmiertelnicy mogli pozwolić sobie na jego utrzymanie. Zdechło gdzieś pod płotem, niezauważone, dotrzymując towarzystwa samotnym, dzikim kundlom.
- Możemy podzielić się kosztami - rzucił w beztroskiej złośliwości, nim jej uwaga sypnęła wściekłością w jego oczy.
Jeżeli z ich przyjacielskiego spotkania miało pozostać coś, co przyszłoby pannie Rockers zapamiętać, byłoby to jedno tylko strzeżenie. Rudolfowi Lestrange nie rzuca się wyzwań, umiejętności Rudolfa Lestrange nie stawia się pod ostrzałem. Królowa stopniałego pałacu bluźniła, drażniąc drapieżnika gotowego, by rozszarpać jej zlodowaciałe mięśnie na strzępy. Zatracili się oboje w swym gniewie, w szaleńśtwie rozpalającym końcówki nerwów, radzącym, rozkazującym działanie, natychmiastowy atak, odzyskanie gruntu pod stopami. Dzika walka o dominację, o odzyskanie honoru, który umykał w przestrzeń wraz z nietrafionymi zaklęciami. To, które błyskiem światła rozcięło chłodny półmrok sali, wymykając się krnąbrnie z różdżki Caroline, do owych nieudanych należało.
- Curabitur Exprime - warknął, doskonale świadom niewiedzy i bezbronności Rockers; każda niemal tarcza padała na kolana przed mdlącą słodyczą Czarnej Magii. - Accio!
Gdyby to niewinne dziewczę znało skutki mrocznej klątwy, mogłoby postanowić umknąć przed pędzącym nieubłaganie w jej kierunku zaklęciem. Dlatego też praktykowany przez lata refleks Rudolfa wymusił z jego ust to banalne zaklęcie. Minęło się jednakże z celem, jakim była Ślizgonka, trafiając zamiast tego w jedną z zapomnianych ławek znajdujących się nieopodal sprawiając, że owa wystrzeliła z miejsca, brnąc po zakurzonej podłodze z nieznośnym piskiem, by ostatecznie zza pleców Rockers wytrącić ją z równowagi. Nie czekał by sprawdzić, którego z dwóch zaklęć udało jej się uniknąć, pokonując ostatni fragment dzielącej ich przestrzeni. Pomimo osłabienia, które zakręciło mu w głowie wraz z użyciem jednego z potężniejszych zaklęć czarnomagicznych, skoczył Rockers do gardła. Pięść zacisnął wokół kruchej gardzieli, pchając ją wprost na przeciwległą ścianę.
- Zbyt duże słowa, jak na twoją małą buzię - szepnął do ucha dziewczyny, zanim odsunął się nieznacznie, by móc spojrzeć jej w oczy. - Czym chciałabyś je zastąpić?
Całą długością swego ciała przygniatał ją do ściany. Niepierwszy już raz znalazł się w rozgrywce o życie i śmierć. Rockers powinna wiedzieć, że wilcze instynkty są niezwykle zaciekłe.

---

Curabitur Exprime: 5,5
Accio: 2,4
Atak fizyczny: 6


Ostatnio zmieniony przez Rudolf Lestrange dnia Wto Sty 19, 2016 8:54 pm, w całości zmieniany 3 razy


Re: Mała sala

on Wto Sty 19, 2016 8:39 am
The member 'Rudolf Lestrange' has done the following action : Rzuć kością

#1 'Pojedynek' :

#1 Result : 4, 4

--------------------------------

#2 'Pojedynek' :

#2 Result : 1, 3

--------------------------------

#3 'Pojedynek' :

#3 Result : 5


Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984

Re: Mała sala

on Sro Sty 20, 2016 3:34 pm
To nienawiść pozwalała by dana persona rosła w górę, zyskiwała więcej i więcej. Była silniejsza od samej miłości, związywała mocniej od kajdan i przetrzymywała myśli przez nieograniczony czas. Z namiętności, z pragnień dotyczących posiadania ukochanej osoby było łatwiej się wyleczyć od czegoś, co doprowadzało do upadku ludzi, do pęknięć w ich maskach. Czymże była więc wielkość?
I czy ja sama nie mogę być uznawana za wielką w przeciwieństwie do tych słabeuszy, którzy mnie otaczają?
Pielęgnowała więc swoje obrzydzenie, niechęć, zdystansowanie wobec świata, a przede wszystkim wobec ludzi, którzy niczym pasożyty wdrążali się w sam środek jabłka zwanego Ziemią i pochłaniali najlepszą część. Oddawała się tym uczuciom, dostrzegając jak wiele wad ma obecna hierarchia, pragnąc całkowitego oczyszczenia każdego kawałka planety. Nie chodziło tu tylko o szlamy, czy też zdrajców, ale... o wszystkich. Chciała by została tylko ona i wieczny śnieg. Zamarznięta kraina, która byłaby zwieńczeniem jej marzeń i wolności. Czymś, co stanowiłoby ukojenie dla jej zniszczonej duszy i zamarzniętego serca.
Potrafiłbyś sobie to wyobrazić?
Ty, który oddałeś się marzeniom kogoś innego, kto nigdy nie miał prawa być jednostką najwyższą?
Ty, któremu została tylko wściekłość?
Może Ty sam nie jesteś wielki?
W Twoich oczach również czai się pustka.
Pustka, którą pożera ogień.
Jej plany, jej ambicje, jej... czy w ogóle miała prawo o tym mówić? Przecież została nauczona, że przede wszystkim na pierwszym miejscu liczy się rodzina i to, co będzie dla jej członków najkorzystniejsze. Czy ktokolwiek by zrozumiał, co tak naprawdę należy do źródła jej marzeń o wolności? Jak przystało na Czarnego Łabędzia pragnęła jedynie odzyskać swoje skrzydła. Swoje niesprawiedliwie utracone skrzydła, które przez tyle lat były podcinane, a ją samą skazywano na przegraną. Nie chciała już być więcej marionetką, nie chciała być nigdy od nikogo zależna. Pragnęła władzy tylko dla siebie, tkwiąc w egoistycznym przekonaniu, że jest to jedyna słuszna prawda, którą jest w stanie pożreć. Była Zwycięstwem, które zawsze miało gnać przed siebie, pozbawiając głów swoich przeciwników.
I Ciebie skrócę o głowę.
Lód płonął. Lecz nie był to ogień gorący - wręcz przeciwnie! - sprawiał, że temperatura spadała o kolejne stopnie w dół, chociaż plamy czerwieni, które ozdobiły jej łabędzią szyję mogły świadczyć o czymś innym. Cela czekała również na nią, ale nadal uważała, że to za wcześnie, że przecież jeszcze ma czas! A nawet jeśli okaże się winna... to czy nie zrobiła czegoś wspaniałego? Oddała go! Oddała go swojej własnej siostrze, swojej mentorce by ta mogła go zaprowadzić gdzieś dalej i wyżej, chociaż tak go nienawidziła, chociaż tak mieszał w jej głowie. Była... takim litościwym Zwycięstwem, choć mogła mu pozwolić cierpieć dłużej i intensywniej.
Nie musisz się obawiać, Rudolfie! Ponoć od czasu do czasu pozwalają w Azkabanie na wizyty rodzinne. Chociaż po pewnym czasie i tak nie będziesz tego rozumiał, stając się bezmyślną roślinką.
Nie odpowiedziała, jedynie uśmiechnęła się drapieżnie, czując jak krew zaczyna szumieć w jej głowie. Dostrzegała kolejne rysy na jego dumnym obliczu. Rachunek z każdym dniem stawał się coraz dłuższy i coraz bardziej wymagający, a pierwsze raty radykalnie uderzyły ich wprost w pozornie szlachetne oblicza. Szachownica zaczęła przypominać o tym, czym grozi zbyt długie stanie w jednym miejscu, zmuszając ich do wykonania kolejnego ruchu. Część swojego długu udało jej się zapłacić, ale to nadal nie był koniec. Kończąc jeden dług wpadała w drugi i tak ciągle i ciągle.
Jak myślisz? Kiedy w końcu kosa przetnie powietrze i na końcu Ciebie?
Śmierć łączyła ich wszystkich w swoistym, bardzo skomplikowanym tańcu - pojawiała się postać zmutowanej Śmierci - Jeźdźca, śmiejącej się Wojny - Umarłego, nienasyconego Głodu - Sługi i syczącego Zwycięstwa - Upadłej. Zdawać się być mogło, że mieli jeszcze czas, ale było to wrażenie złudne, bardziej polegające na ulotnych życzeniach, które kłębiły się pod czaszką. Sumienie uciekło już dawno, zabierając ze sobą klucze do skrytek, które kryły się w jej wnętrzu. Władanie przejął potwór, który potrzebował pożywienia. Nie zadowalał się byle czym. W oczach Rockers lodowe bryły zaczęły jeszcze bardziej płonąć od lodowatego ognia, próbując utrzymać się w całości.
- Nie mam żadnej gwarancji, że mnie nie oszukasz - wysyczała w odpowiedzi. Nigdy nikomu nie ufała, więc dlaczego teraz miałoby być inaczej? Przecież Król Wilków i tak nie stanąłby po jej stronie. Powtarzała się? Może. Może... ale to przecież nie było trudne w momencie, gdy te resztki emocji, głównie negatywnych i niekontrolowanych, przejmowały nad nią kontrolę. Płynęła więc wraz z nimi w tym lodowatym jeziorze. Nie obawiała się rzucać wyzwań, kąsać, nawet jeśli sama mogłaby wyjść na tym gorzej, nawet jeśli miałoby się okazać, że jego kły są ostrzejsze i trafniejsze od jej. Chciała bluźnić, chciała go chociaż trochę dotknąć by sprawić, że poczuje się gorzej. Ten widok był wart każdej ceny. Szaleństwo i gniew pchały ją do przodu jeszcze bardziej, odkąd dwie żaróweczki spoczywały pęknięte pod falą ciemnobrązowych, niemalże czarnych włosów. Była tu po to, żeby go zdominować.
Dlaczego więc nie możesz mi na to pozwolić?
Różdżka upadła na ziemię, a ona spoglądała na niego jakby miał się stać jedną z lodowatych rzeźb z bożonarodzeniowego balu, który odbył się wieki temu. Patrzyła tak jakby sądziła, że mógłby rzeczywiście zaraz paść na kolana. I śmiała się, po raz kolejny się śmiała. Tym razem wściekle, niemalże ostrząc kły, bardziej nieludzko, chociaż przez jej dźwięczny głos przebijał się żal. Żal za tymi wspomnieniami, które gdzieś tam w niej były.
Już prawie rozłożyła ręce, kiedy wycelował w nią różdżkę i wymówił zaklęcie, jedno z tych, których nie chciałoby się poznać bliżej. Jako że nie miała różdżki, po prostu wykonała szybki obrót, by następnie odwrócić się i zauważyć ławkę, która uniosła się gwałtownie by równie gwałtownie spaść. Kurz zaatakował jej nozdrza i ponownie zwróciła głowę w stronę Rudolfa by dostrzec, że ten już praktycznie ją ma. Nie broniła się, zamiast tego patrzyła w jego oczy bez krzty zrozumienia, z nieodłącznym pragnieniem, by doświadczył jej bólu. Bólu, który towarzyszył jej od tylu lat i tej pustki, którą nie dało się niczym wypełnić. Kiedy chwycił ją za gardło, zaczęła się nieco krztusić, niemalże pragnąć ponownie wypełnić małą salę swoim szyderczym śmiechem. Nagle Lestrange wydał się jej niezwykle zdesperowany i chociaż jego dotyk bolał i sprawiał, że czuła się niekomfortowo, to nie chciała mu tego pokazywać. Ciało dziewczyny zaczęło się trząść, oczy pokrywały się ciemną mgłą, krew szumiała coraz głośniej w jej głowie, sprawiając, że nawet trzecia żaróweczka zaczęła podrygiwać w miejscu. Nie spuszczała niemniej wzroku, kaszląc i pozwalając by pojedyncze drobiny jej śliny trafiały na jego twarz.
- Czego oczekujesz? Przecież wiesz... że nie mogę... Ci niczego dać - wychrypiała rozbawiona, zaczynając się kręcić w miejscu, chcąc go od siebie odsunąć. Jej chłodna dłoń chwyciła go za policzki i ścisnęła.
- Bla, bla, bla... - wychrypiała ze śmiechem, chociaż jej spojrzenie wyrażało jedynie obrzydzenie. - Bla, bla, bla!
Jej noga uniosła się wyżej a kolano odnalazło odpowiednie miejsce w jego ciele. Przypominało to zetknięcie pałki z tłuczkiem - namierzyła swój cel i uderzyła. Tym celem była jego męska duma pod fizyczną postacią.
- Mówiłam... żebyś... mnie... nie dotykał. Nie pozwoliłam Ci na to.

~
Unik przed zaklęciem: 4~5
Potencjalne zagrożenie od strony ławki: 5~6
Wiercenie się i uderzenie w krocze: 5~6




Ostatnio zmieniony przez Caroline Rockers dnia Sro Sty 20, 2016 5:33 pm, w całości zmieniany 1 raz




Rain down
from a great height

Re: Mała sala

on Sro Sty 20, 2016 3:34 pm
The member 'Caroline Rockers' has done the following action : Rzuć kością

#1 'Pojedynek' :

#1 Result : 4

--------------------------------

#2 'Pojedynek' :

#2 Result : 5

--------------------------------

#3 'Pojedynek' :

#3 Result : 5


Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984

Re: Mała sala

on Sro Sty 20, 2016 5:50 pm
Ich życie było grą, nieustanną wojną. Mówią, że Wojna już dawno odeszła, obdarowała ich gorzkimi wspomnieniami i lśniącym srebrem blizn, lecz czy nie była wciąż obecna w ich codzienności? Walczyli o oddech, o ochłapy pożywienia, o szacunek, o godność, o przetrwanie. Czasem walczyli też ze swoimi własnymi umysłami, bijąc się z emocjami, które zazdrośnie chciały zagarnąć szczęty świadomości dla siebie. Niestety, był to pojedynek, który niemal zawsze kończył się dla nich porażką. Pochłonięci pragnieniem dominacji, nienawiścią, obrzydzeniem, euforią, miłością - oddawali się obiecującym komfort i spełnienie uczuciom, które ofiarować im mogły tylko klęskę. Nazbyt rozproszeni byli chaosem wiodącym prym w ich głowach, by móc wystarczająco docenić uroki rzeczywistości, wykorzystać możliwości, jakie zostawały im dane. Oszołomieni grali dalej, zapominając o zasadach, strategiach i granicach, jakie ich mniej czy bardziej trzeźwe umysły naszkicowały na mapach świata. Ciosy rzucali niemal na oślep, słowami, różdżkami, pięściami, nie dbając nawet o to, czy dosięgną celu.
- Jestem mężczyzną swego słowa - oświadczył, szczerząc się zawadiacko, nim nawet ów uśmiech zniknął w tumanie kurzu.
Ze ślepym szczęściem najwidoczniej przyszługującym tylko niedojrzałym, zapalonym wojowniczkom, Caroline uniknęła zderzenia z dwiema przeszkodami. Z niemalże wyćwiczoną precyzją zniknęła z pola rażenia klątwy, uskoczyła przed rozwścieczonym w sprawiedliwej żądzy meblem i wylądowała w jego uścisku. Być może zagwarantowałby jej nawet owację na stojąco, gdyby nie był zajęty jej podduszaniem. Spojrzał niewinnie w te rozpalone wewnętrzną rozterką oczęta, bez zbędnego gniewu starając się dostrzec w lodowych głębinach coś oprócz pustki. Zabawne, jak głośno mogła krzyczeć nicość. W tej absolutnej próżni miejsce było tylko dla bólu, którego Rockers nie potrafiła wykorzenić. Rany zostały zadane zbyt głęboko, by mogły się zagoić. Gniły tylko, zatruwając jej ciało od środka. Któż zgodziłby się na amputację, gdyby oznaczała ona usunięcie niemalże całości własnego jestestwa? Nie Ślizgonka, ona wolała przybrać rolę upadłej męczennicy, dźwigając na barkach krzyż własnego autorstwa. Sami jesteśmy dla siebie najsurowszymi katami.
- Jesteś pewna, że nie chowasz nic pod spódnicą? - spytał dwuznacznie i tylko dla satysfakcji płynącej z jej agonii, obejmuje dłonią smukły fragment uda wymykający się spod szkolnej spódnicy.
To sadyzm uratował go przed bólem, jaki niewątpliwie była gotowa mu zadać. Mięśnie napięły się pod jego ręką, a on zdążył drwiącą pieszczotę zamienić w kolejny atak, przygważdżając jej nogę do ściany. Znów udało jej się go zirytować. Naprawdę nie miał cierpliwości na szczeniackie bójki. Puszczając jej udo, w mgnieniu oka sięgnął po różdżkę i ze zrezygnowanym westchnieniem wymruczał zaklęcie, celując w ogólnym kierunku jej nóg.
- Curabitur Exprime!
Rockers stała się zaskakująco ciężka, gdy kości niemal całej dolnej połowy jej ciała przestały istnieć. Mógłby ją upuścić i widzieć, jak czołga się po zabrudzonej ziemi, przecinając ramionami powietrze. Zamiast tego, kusząc los, pocałował delikatnie jej gładki policzek.
- Skoro już jesteś spokojna, kochanie, możemy porozmawiać o naszych wspólnych planach na przyszłość.

---
Uniknięcie kopnięcia: 4
Curabitur Exprime: 6,6


Ostatnio zmieniony przez Rudolf Lestrange dnia Sro Sty 20, 2016 9:36 pm, w całości zmieniany 1 raz


Re: Mała sala

on Sro Sty 20, 2016 5:50 pm
The member 'Rudolf Lestrange' has done the following action : Rzuć kością

#1 'Pojedynek' :

#1 Result : 3

--------------------------------

#2 'Pojedynek' :

#2 Result : 5, 5


Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984

Re: Mała sala

on Sro Sty 20, 2016 10:34 pm
Każde życie zdawało się być grą, ciągłym wchodzeniem na deski teatru by móc z nich zejść. Niektórzy mieli tę okazję, że zostawali na scenie dłużej, oczekując końca spektaklu. Większość jednak uczestników przedstawienia była zaledwie widownią, która w ciemnościach oceniała poczynania tych, którzy starannie odgrywali swoje role. Wieczna wojna, zabawa, gra, szachownica, cyrk... tylu określeń można było użyć!
Bo Wojna odeszła, śmiejąc się, kiedy tylko zdała sobie sprawę, że to koniec. Wojna była bez serca, które spłonęło dla mnie. Wiesz dlaczego?
Bo odważyła się złamać zasady i kochać, a każdego kto kocha, śmierć skazuje na litościwą podróż. Gdzieś. W tym przypadku moim życzeniem było, żeby Wojna trafiła do nieba. Bo był kimś, kogo nie mogłam mieć po swojej stronie, chociaż chciałam a na koniec okazało się, że i tak dbał o mnie.
Zabawna rzecz z tą Wojną.
Walczyli więc zaciekle o samych siebie, zanurzając się w ciemnej, palącej rzece ropy, która dostawała się przez wszystkie ludzkie otwory do środka i wypełniała ich ciała. Już przestała pragnąć szacunku, teraz liczyła się duma, przetrwanie, zwycięstwo, wolność - chociaż wolność nie istniała. Ta zamarznięta bryła pod jej piersią nie miała prawa bić z powodu emocji, których chciała się całkowicie pozbyć. Czy to nie ironia losu, że mimo wszystko mieli tyle wspólnych cech? Nawet jakby otwarcie zaprzeczyli to ich własne czyny by wszystko zdradziły. Teraz, gdy stali naprzeciwko siebie, kto ma szansę na wygraną?
Ja przecież nigdy nie przegrywam.
Miłość? Nie ma we mnie miłości, to jest tylko słabość, którą należy zlikwidować. Kpię z miłości. Ale proszę bardzo! Ty kochaj śmiało, tylko na to czekam. Znajdę gdzieś to w Twojej głowie i zniszczę. Z wielką radością.
Chaos wiódł prym, zabierał coraz więcej przestrzeni, a w tym chaosie rządził potwór, który z każdym nieludzkim czynem rósł w siłę. Nie miała nic przeciwko, bo w końcu dzięki temu mogła zwyciężać. Rzeczywistość była niczym w porównaniu z tym, co wykreowała na jej miejsce. Krainę idealną w której nie przetrwałby nikt za wyjątkiem niej. Gdy granice się zaczynały zacierać, wszelkie strategie zaczynały tracić znaczenie, a zasady? Kto by się przejmował zasadami, gdy w grę wchodziło zaspokojenie swoich własnych chorych potrzeb? To przecież nie było niczym złym. Ekspresja, siła, dominacja to miało znaczenie, to sprawiało, że można było poczuć się lepiej. Uwierzyła w te zapewnienia i nie zamierzała ich puścić.
- Złóż mi więc Wieczystą Przysięgę - odparła wyzywająco, nie bojąc się tych słów. Może to nie była kwestia szczęścia a bardziej tego, że nie doceniał jej i nie miał takiego zamiaru? W tym przypadku więc nie powinien się dziwić. Ciało wyszkolone przez grę w Quidditcha i różne przygody w które zazwyczaj się wpakowywała, pozwoliło jej na uniknięcie kłód, które chciał rzucić jej pod nogi. Czuła się niemalże tak jak wtedy, kiedy wypiła Eliksir Dobrego Powodzenia. W końcu jednak i tak wylądowała w jego sadystycznym uścisku, który bardziej wzbudzał jej śmiech niżeli strach. Zbyt dała się ponieść tej rzece szaleństwa by móc się bać. Mógł sprawdzać ją na tysiąc sposobów, spróbować przebić się przez lód, ale czy sądził, że nie będzie walczyła by niczego nie dostrzegł? Rany, które otrzymywała tylko ją wzmacniały, uczyły bezwzględności, utwierdzały w przekonaniu, że to, co robi jest słuszne. Chociaż lodowce stanęły w zimnych płomieniach, żal wymieszany ze wściekłością był wyraźny i wymierzony właśnie w niego. Pustka jednak otrzymała za mało by móc się wypełnić.
Mogę być i upadłą męczennicą, o ile będę mogła użyć tego krzyża by Ci nim przypierdolić. Po co mam być swoim katem skoro mogę być Twoim?
To brzmi zabawniej.
- Tak, Avadę - wychrypiała i splunęła na niego. Po chwili zacisnęła mocniej zęby, wiercąc się w miejscu i próbując odepchnąć jego dłoń ze swojego ciała. Miała ochotę krzyczeć i bić go do utraty sił, byleby tylko nadal tego nie robił. Stęknęła cicho z bólu, czując jak jej ciało stara się wyrwać do przodu, byleby tylko wymsknąć się z jego uścisku. Zanim rzucił zaklęcie, uśmiechnęła się szeroko i karykaturalnie, a w oczach błysnęło jeszcze większe obrzydzenie do jego osoby. Nawet nie próbowała już się wymsknąć z objęcia, wiedząc, że zaklęcie i tak ją sięgnie, zwłaszcza, że nie miała przy sobie różdżki. Na początku nie zrozumiała, co w ogóle się dzieje, po prostu z jej ust wydostał się krótki krzyk, nogi przestały jej słuchać i zanim ból przeniósł się do jej głowy, wsadziła sobie jedną drżącą pięść do jamy ustnej, chcąc się powstrzymać od wrzasku. Miała wrażenie, że ktoś zaciska wokół jej głowy niewidzialne imadło, które napiera na jej czaszkę. Nie chciała się rozpłakać. Naprawdę bardzo starała się by łzy nie zaczęły uciekać z jej oczu, chociaż się już tam nagromadziły. Kiedy nie mogła dłużej wytrzymać, wyciągnęła pięść z ust, odkrywając że na jej palcach zostały głębokie ślady po jej zębach - z niektórych sączyła się krew. Nie była nawet na niego patrzeć, zwyczajnie oparła się swoim ciałem o Lestrange'a, nie chcąc widzieć tej twarzy. Nie była nawet zresztą na siłach; jej głowa pulsowała tak jakby miała zaraz wybuchnąć. Nie odpowiedziała mu, zamiast tego zaczęła uderzać raz za razem w jego tors, chcąc choć trochę ulżyć sobie w cierpieniu.
Jednak nie dostarczało jej to wystarczającej satysfakcji.
Na następny ruch musiała poczekać, aż niewidzialne imadło w końcu zniknie.
Uparcie milczała, wiedząc, że jak otworzy usta to wydobędzie się z nich głównie krzyk.

~
Unik: 1~2
Druga kość nie ma w tym momencie znaczenia.


Ostatnio zmieniony przez Caroline Rockers dnia Czw Sty 21, 2016 2:52 am, w całości zmieniany 3 razy




Rain down
from a great height

Re: Mała sala

on Sro Sty 20, 2016 10:34 pm
The member 'Caroline Rockers' has done the following action : Rzuć kością

#1 'Pojedynek' :

#1 Result : 1

--------------------------------

#2 'Pojedynek' :

#2 Result : 5


Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984

Re: Mała sala

on Czw Sty 21, 2016 10:05 am
Życie jest tylko przechodnim półcieniem,
Nędznym aktorem, który swą rolę
Przez parę godzin wygrawszy na scenie
W nicość przepada - powieścią idioty,
Głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą.

Pomniejsze aktorzyny, gwiazdy teatralnej sceny świata, a nawet wyrzuceni na marginesy ludzkiej świadomości aktorzy - wszyscy graliśmy w tej samej sztuce. Uwięzieni nierozerwalnymi pętami wersów, tańczyliśmy w rytm cudzych scenariuszy. Niczym marionetki w rękach kochanków, przyjaciół, wrogów - całego świata, miliardów ludzkich poczynań, wycieraliśmy sobą parkiety Losu. W wielkiej synchronizacji kreowaliśmy spektakularne widowisko, ku uciesze bóstw, diabłów i szarlatanów. Wojna, Głód, Zaraza, Śmierć - aroganccy, chciwi poeci, autorzy tej pożal się Boże sztuki, walczyli o pióro Fortuny, chcąc napisać na nowo historię. A historia, choć zdawać by się mogło, że zmienia się z każdym uderzeniem teatralnych dzwonów, zawsze pozostawała ta sama. Parafraza minionych mileniów, stuleci i dekad męczyła każde pokolenie aspirujących aktorów. A oni tańczyli dalej, do muzyki boleśnie znajomej, myląc kroki wobec zdeformowanych tonów. Tańczyli i tańczyli, aż w końcu...
Caroline należał się podziw. Pomimo potknięć i upadków, pomimo ciasnych łańcuchów oplatających jej kruche stworzenie, nie przestawała tańczyć. Czasem, gdy czuła się wyjątkowo odważna, pląsała w rytm bicia swego serca, usiłując - och, tak desperacko, tak uparcie próbując - nadać sztuce swój własny obraz. I dziś, choć tkwiła w niezłamanym uścisku agonii, nie pozwalała się stłamsić. Kopiąc, drapiąc, gryząc i plując, wierzgała wobec przydzielonej jej wbrew woli roli, przepychając się ku przodzie sceny. Głód popychał ją swym piórem, prosto w ramiona jednego z jej oprawców. Zdawać by się mogło, że ich akt był punktem kulminacyjnym przedstawienia. Niby para kochanków spod nieszczęśliwej gwiazdy, ciągnęli do siebie zachęcani bezlitosną grawitacją. W ich nic nieznaczącym starciu kryła się pewna ostateczność. Trudno było być pewnym, o co walczyli. Ich potyczka przestała już być walką o dominację. Miotali się w parodii romantycznego uścisku, chcąc znaleźć samych siebie.
- Ach, biedna Caroline - mruknął z udawanym współczuciem podszytym uradowanym okrucieństwem. Różdżkę dzierżoną dumnie w lewej dłoni niemalże wbił w krtań Rockers. - Caught!
Tym razem zaklęcie odniosło oczekiwany skutek, a srebrne łańcuchy oplotły ciasno ciało uczennicy. Miało okazać się, że Ślizgonka w gruncie rzeczy nic nie wiedziała o bezbronności. Uwięziona we własnej, rozsadzanej bólem głowie i magicznych więzach została pozbawiona możliwości obrony. Obojętnie i nieuważnie odstąpił od dziewczyny, pozwalając jej upaść z głośnym łomotem na podłogę. Upadłej aktorce poświęcił mało uwagi, odwracając się, by odzyskać jej różdżkę, którą następnie schował w swojej kieszeni. Spojrzał na bezwładną formę zdobiącą zakurzoną posadzkę. Ból w jej oczach był nie do zniesienia, lodowe bryły lśniły wilgocią łez, które zaczynały swą wędrówkę w dół jej skroni.
- Obscuro! - zaklęcie nie pokonało nawet połowy swej drogi. Rudolf syknął z niezadowoleniem. - Conjunctivus!
Podszedł spokojnie do unieruchomionej Królowej, by pochylić się nad nią i machnąć dłonią przed niewidzącymi oczyma. Działanie klątwy było bez zarzutu, Rockers mogła jedynie wyczuć jego obecność. Z zadowolonym westchnieniem usiadł na podłodze obok niej i chwyciwszy jej głowę w obie dłonie, umościł ją na swych kolanach. Opierając się na jednym ramieniu, bawił się ciemnymi lokami dziewczyny, odgarniając je z jej bladej, wykrzywionej w agonii twarzy.
- Chcąc być łagodnym, okrutnym być muszę - rzucił, wpatrując się w sufit, jednocześnie przeplatając palce przez jedwabiste kosmyki brązowych włosów. - Choć to szaleństwo, lecz jest w nim metoda.
Czuły dotyk musiał być dla Caroline torturą. Pozbawiona wzroku i możliwości ruchu, wyczekiwała tylko kolejnego ataku rudolfowych palców. On z cierpliwością godną najbardziej wyrozumiałej z miłości masował jej skalp, jak gdyby pragnął ulżyć jej cierpieniom. Nie miał takiego zamiaru. Pozwoli klątwie nasycić się zdrowiem Rockers, być może pozbawiając ją zmysłów. Czy stanowiłoby to tak wielką różnicę?
- Jesteś bardzo dzielna, słodka Caroline. - stwierdził fakt z uśmiechem, którego ona nie mogła zobaczyć. - Jeszcze tylko troszkę.
Zaraza przechwyciła złote pióro, kreśląc nim pełne trucizny słowa. Rudolf czuł się dziwnie spokojny. Czuwał przy łożu swej chorej przyjaciółki, będąc jedynym oparciem, na jakie mogła liczyć. Z tej świadomości płynęła dziwna rozkosz. Otulił ją swoim zapachem, oswoił nieprzerwanym dotykiem. Ostatecznie, miał dużo więcej szczęścia niż Rabastan. Być może to właśnie starszy Lestrange był jej pisany. Nienawiść, miłość - jakże podobne emocje. Niezależnie od tego, która wypełni zamarznięte serce Rockers, jednego był pewien. Jego rola w ich wspólnym akcie nie zostanie przez nią zapomniana.

---
Caught: 5,4
Obscuro: 6,2
Conjunctivus: 4,5


Ostatnio zmieniony przez Rudolf Lestrange dnia Czw Sty 21, 2016 12:22 pm, w całości zmieniany 1 raz


Re: Mała sala

on Czw Sty 21, 2016 10:05 am
The member 'Rudolf Lestrange' has done the following action : Rzuć kością

#1 'Pojedynek' :

#1 Result : 4, 3

--------------------------------

#2 'Pojedynek' :

#2 Result : 5, 1

--------------------------------

#3 'Pojedynek' :

#3 Result : 3, 4


Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984

Re: Mała sala

on Pią Sty 22, 2016 1:50 am
Szarp, widownio! Patrz! Potok okropny?
Szykuj kadź czym prędzej! Ranę rwij!
Oddam, świetną, do ostatniej kropli!
(Widz zbielał, kurtyna we krwi).

Sztuka ta musiała naprawdę być wielka, skoro pomieściła w sobie, aż tylu nieznaczących epizodycznych aktorów, którzy wchodzili na scenę na kilka sekund by następnie z niej zejść i zająć miejsca w obdrapanych, krwistych fotelach.
Skoro to my dyktowaliśmy warunki to nie ma mowy by coś mogło pójść niezgodnie z planem. Scenariusz został podarty na strzępy, teraz powinna rozpocząć się prawdziwa gra.
Tańczyli więc, chociaż nie jako marionetki, przynajmniej ona nie chciała już nią być, robiąc wszystko by otrzymać swoją upragnioną niezależność i nieważne, ile będzie musiała przy tym zapłacić. To właśnie wrogowie mieli być w jej rękach bezwładni, robić tak by ją zadowolić swoim rzucaniem się w przepływie gniewu i szarpiącej ich niechęci. Los? Los należał do osobnej kategorii, można by powiedzieć, że był zaledwie właścicielem tego teatru i zajmował miejsce w najlepszej loży. Byli ponad nich, Ci co odważyli się przyjąć nazwy czterech Jeźdźców. Zaraza już dawno przestała być Zarazą, oficjalnie była Zwycięzcą i nie było co do tego najmniejszych wątpliwości. Dumna, ta która otrzymała białe szaty zafarbowane obecnie na czerwień od sił wyższych i jej imię na zawsze miało zostać zapisane w Wielkiej Księdze, w tej która skończyć powinna się Wieczną Zimą. Odgrywali tyle swoje role, że nadszedł czas na zmiany - już i tak pierwsze odstępstwa zostały poczynione. Scenariusz wszak w końcu został podarty i pomimo wymuszonego wyuczenia się go na pamięć i tak coś sprawiało, że obecny spektakl był inny od poprzednich. Danse Macabre powinno więc nadal trwać!
I widziałem, a oto koń biały, a ta, który na nim siedziała, miała różdżkę, i dano jej koronę, i wyszła jako zwycięzca, ażeby zwyciężała.
Przeżywała niegdyś gorsze chwile, więc to, co obecnie jej prezentował było zaledwie przystawką, którą sam próbował się nasycić. Nie byłaby Zwycięstwem, gdyby w taki sposób dałaby się mu pokonać. Taniec stał się bardziej subtelny, ale za to szybciej rozprzestrzeniał swoją truciznę i łatwiej ujawniał część jej prawdziwego oblicza. Oblicza bezwzględnego, chorego potwora, bo przecież nie człowieka. Ludzka była zaledwie ta powłoka w której został zamknięty tak zepsuty obraz jej jestestwa. Nie mógł niemniej doprowadzić do pęknięć na płótnie, które trzymało się tak mocno. Potrzebowała przodować, udowodnić, że nie będzie trzymać się z boku, gdy Śmierć i Głód stawały się zbyt zuchwałe. Fałszywe świadectwa, urojone wizje czegoś, co nie miało zaistnieć, bo wszak w akcie zakazanego owocu, jeśli oboje zdecydowaliby się po niego sięgnąć, wszystko uległoby nagłemu rozproszeniu i zgniciu.
Nie zamierzam zgrzeszyć z Tobą, ulec snom bez najmniejszego sensu.
Walka stawała się punktem wyjścia, oboje byli zbyt pewni swoich wizji, by nie zetknąć się w potyczce. C. jednak nadal w jakimś stopniu walczyła o dominację, o chęć przeskoczenia niewidzialnej przeszkody. Nie widziała w tym za grosz czegoś romantycznego, zresztą na scenie nie było na to miejsca, a każdy kto zdoła ulec pokusie zostanie zniszczony.
Więc uważaj.
Ból nadal był nieznośny, nie była w stanie normalnie funkcjonować i same jej nogi zdawały się niewiarygodnie ciężkie. Oddychała ciężko, wciąż opierając się o Rudolfa i uderzając raz za razem w jego tors, jakby miała nadzieję, że dzięki temu  imadło zostanie szybciej z jej głowy ściągnięte. Zagryzła wargi tak mocno, że aż poczuła metaliczny smak krwi. Jego ton, jego wyrafinowane fałszywe współczucie było znajome, niemalże zdawało jej się jakby czytał w jej głowie i przejmował jej sceny, jej dialogi. Nie miała siły by obronić się przed łańcuchami, które nagle otoczyły jej kończyny. Zimny ogień nadal gdzieś płonął, chęć by go najdotkliwiej zranić wciąż w niej tkwiła, zwiększając się z każdą sekundą. Lestrange przesuwał się na jej czarnej liście do odstrzału w górę, będąc blisko swojego brata.
I tak mnie w taki sposób nie złamiesz.
Bezbronność? Wzbudzała w niej pogardę, niechęć, sprawiała, że widmo przeszłości ponownie zawisło nad jej głową i chwile upokorzenia stawały się realne. Nie lubiła się tak czuć. Upadła, nawet nie wydając z siebie jęku. Zęby zbyt mocno zacisnęły się, niemalże przecinając jej język na pół. Po prostu leżała, oczy mając wbite gdzieś w przeciwległą ścianę. Oddychała nadal ciężko, ale z oczu nie wypływały łzy - och nie - nie chciała na nie pozwolić, nawet jeśli lodowce zdawały się tonąć w słonym morzu. Jeśli nawet mimowolnie jakieś uciekły, nie były godne uwagi. Były zupełnie bezwartościowe. Przynajmniej pozornie.
Oślepił ją i teraz jedynie co widziała to jaskrawą biel, która doprowadzała, wręcz szumiącą gdzieś w jej uszach krew do wrzenia. Włosy na jej ciele zjeżyły się, gdy podszedł bliżej i kiedy jego ruchy zdradził krótki podmuch wiatru. W momencie w którym chwycił jej głowę i zaczął bezapelacyjnie ją dotykać, miała wielką ochotę wbić mu paznokcie w skórę do samej krwi, następnie za pomocą palców zmiażdżyć mu oczy i oblać całe ciało kwasem. Może nawet spróbowałaby użyć na końcu Szatańskiej Pożogi by móc się przyglądać jego ostatniej agonii. Niezmienny ból, który rozgościł się w jej głowie nieco zelżał, jakby te niewypowiedziane życzenia pozwoliły jej na zaczerpnięcie większej ilości świeżego powietrza. Dotyk Rudolfa był niczym trucizna, zupełnie nie przypominał przelotnego wspomnienia Puchona o jadowicie żółtych tęczówkach, który również przekroczył granicę, ale robiąc to... w  inny sposób. Z twarzy zniknął grymas, chociaż musiała zużyć na to spore pokłady własnej energii i cierpliwości po której praktycznie nie zostało nic.  Pocieszeniem zdawało się być to, że ból w głowie powoli przemijał, jakby imadło zaczęło się wycofywać. Kiedy się odezwał, mimo wszystko parsknęła krótkim, histerycznym śmiechem, który potem został zastąpiony przez kaszel, połączony z jękami bólu.
- ... Żyję... póki grożę... ehe...! Słowem zbyt zimnym... ehe...! Czyn... gorący mrożę... ehe...! - Odpowiedziała z trudem, poddając się kaszlu, który nie chciał przejść. Dopiero kilka minut później jej ciało się uspokoiło, niemniej nadal nie mogła nic zobaczyć, a imadło nie zostało jeszcze całkowicie ściągnięte. Łańcuchy nie miały obecnie większego znaczenia. Kiedy zaczął ją masować, skrzywiła się by następnie z nieludzkim, szyderczym uśmiechem spojrzeć gdzieś ponad niewidzialną przestrzeń. Odraza wymieszała się z bólem. Jego słowa sprawiały, że bardziej wzbierało się jej na śmiech i wymioty, niżeli faktycznie się bała tego, co zrobi.
To mało, nadal za mało. To mało, nadal za mało.
Melodio bólu ulotna.
Przeminiesz.
Jej dłonie się poruszyły i delikatnie zacisnęły w pięści. Krew na jednej z nich zdołała już nieco zaschnąć. Zapewne ktoś widząc odgrywającą się obecnie scenę, stwierdziłby, że jest ona idealna do uwiecznienia za pomocą obrazu.  Unieruchomiona Żmija przez łapy Wilka.
Gdzieś tam wśród bólu znalazło się miejsce na przewrotne, chaotyczne plany względem jego osoby. On sam stawał się karykaturalną kukłą, która nie obawiała się przekraczać niewidzialnej granicy. Był silniejszy i bardziej przebiegły od swojego brata, bardziej wyprany z resztek człowieczeństwa, a przy tym stawał się dla niej bardziej wymagającym przeciwnikiem.
Przeznaczenie? Czy Ty w ogóle wierzysz w coś tak naiwnego?
Gardzę Tobą.
Nagle po chwili ciszy, kiedy strużka krwi rozpoczęła drogę od jej dolnej wargi do brody, nieznacznie się poruszyła, pozwalając sobie na cichy, pełen bólu chichot, mimo że w niemogących go ujrzeć oczach lodowce płonęły od błyskawic i miały już pęknięcia w niektórych miejscach, a w głowie na żarówce numer trzy powstały kolejne rysy. Cierpienie stało się tylko wymówką. Dłoń, która została zatrzaśnięta w metalowej obręczy, powolną i drżącą wędrówką natrafiła na jego koszulę na której się ostrożnie zacisnęła.
- Powiedz... mi... Rudolfie...  - zaczęła chrapliwie, ledwo przełykając ślinę. Jej głos choć był słabszy i słowa ledwo opuszczały jej usta, krył w sobie rozbawienie, jakby to, co właśnie mówiła było najlepszym dowcipem pod słońcem. - Powiedz mi... kochasz... brata?
Pod koniec ponownie wargi dziewczyny zadrżały od chichotu, który był teraz wyraźniejszy. Potwór powoli zaczął wyciągać ból z jej głowy.
Za te cierpienie ktoś również będzie musiał ponieść karę.




Rain down
from a great height

Re: Mała sala

on Pią Sty 22, 2016 3:03 pm
Oni żołądki, a myśmy ich strawą;
Chciwie nas chłoną, a gdy są już syci,
Kadzi by nas się pozbyć.

Jakiż sens tkwił w zachowaniu niepotrzebnego już scenariusza, gdy aroganccy aktorzy zastępowali tak cierpliwie klejone wersy swymi własnymi, pełnymi jadu i niezręcznej pasji słowami? Ostatecznie, nawet grube księgi planowanych scen, aktów i wątków tliły się w płomieniach chaosu. Jedyne, co po nich zostawało, to gryzący dym i tak samo dusząca świadomość tego, co być mogło, lecz już nigdy zdarzyć się nie miało. Odzyskana wolność miała gorzki smak, który pozostawiał na języku osad żalu. Podobnie Zwycięstwo, choć zmieniła swe miano, ciągnęła za sobą odór Zarazy.
Choć jej królestwo mogło być najokazalszym z ziemskich dóbr, choroba zeżre je od wewnątrz. Stopniowo zdobne fasady, piękne trony, chmary poddanych okryją się pleśnią i zgnilizną. Wówczas wodze przejmie Głód, wyszarpnąwszy z dłoni Upadłej władzę, tratując tych, którzy okażą się zbyt słabi, by móc się nasycić. Poprowadzi ich wizją odzyskanej władzy, ogrzeje smakiem świeżego mięsa, podsyci żar tlący się w odważnych i na poły szalonych sercach, by podążały z oddaniem za czarnym rumakiem. Chciwość i żądza wypełnią ich obrzmiałe brzuchy, stając się czystą energią - energią, która strąci plugawą koronę z głowy Zwycięstwa. A gdy rzesze wygłodniałych robaków stracą są wartość, pożrą sami siebie, oszołomieni wielkością Głodu. I stanie się światłość.
Caroline również była głodna. Była głodna kontroli, która przez lata zostawała jej wydarta. Była głodna władzy, której nie mogła przecież nigdy mieć - zbyt zniszczonym była stworzeniem, zbyt długo poddawała się okrutnym zabiegom swej matki, całej swej rodziny. Czy była jednak głodna zemsty? Czy może Zwycięstwo, którego imię wyżłobiła w swej wypełnionej próżnią czaszce było niczym, jak tylko iluzją? Być może nie była na tyle odważna, by sięgnąć po absolutny tryumf. I dlatego właśnie Głód, który chciwymi łapami zagarniał spełnienia swych potrzeb, rzucił ją przed sobą na kolana. Rockers nie znała prawdziwego potencjału pragnienia, szaleństwa żądzy. Jej szaleństwo było dziełem kogoś innego, dziełem jej oprawcy.
Pożerał wzrokiem jej cierpienie, a radość mieszała się w jego wnętrzu ze smutkiem. Tak fascynującą mogła być istotą. Była niczym surowy diament, o ogromnym potencjale. Niepisane było jej jednak osiągnięcie doskonałości. Nieostrożny szlifierz bowiem, oślepiony blaskiem jej możliwości, roztrzaskał to czyste istnienie w proch. Lśniące odłamki wciąż sypały się z jej pozbawionego wartości ciała, wbijając się w tkankę wszystkich wokół. Każdy jej krok przynosił cierpienie i rozpacz, lecz nawet tego nie mogła przypisać sobie. Wszystko, czym dziś była, należało do jej matki. Jej ciało, jej dusza, jej przyszłość - wszystko to oddała diabłu, zbyt słabą będąc, by móc się ochronić. Nawet sakramentalne "tak", które przyjdzie jej kiedyś powiedzieć, wypowiedziane zostanie głosem jej rodzicielki. A to wszystko, co zostało z Caroline, wręczone zostanie Rabastanowi w lodowej szkatule.
- Tak jak i ty, Caroline. Wspaniałą będziesz żoną. - wymruczał jej do ucha. - Co prawda, będziesz musiała przywyknąć do tej roli. Ale nie martw się, na sypialnianych dywanach klęczy się wygodniej, niźli na zamkowych posadzkach.
Znudzony jej jęczeniem i kaszlem, uwolnił ją spod swego dotyku. Jego koszula pękała już w szwach, nie będąc w stanie otulić odpowiednio Rudolfa; Avellin był w końcu drobnym człowiekiem, w połowie jeszcze dzieckiem. Bez odrobiny wahania chwycił jeden z uszkodzonych już mankietów koszuli i szarpnął mocno, odrywając spory kawałek materiału. Zwinął go dokładnie i prawą dłonią zatkał Rockers nos. Ta, pozbawiona resztek powietrza zmuszona była do otwarcia posłusznie buzi, w którą bez ostrzeżenia Lestrange wepchnął prowizoryczny knebel. Tkwił w jej ustach zbyt głęboko, by mogła się go pozbyć. Wreszcie zamilkła.
- Powiedz, ćwiczyłaś już, jak będziesz traktowała swego przyszłego męża? Może za posągiem Merlina, z bogatszym Ślizgonem? Albo gdzieś na błoniach, kurwiąc się ze swym wampirzym przyjacielem? Zebrał kolegów? Pokazałaś mu wszystkie ząbki, niby klacz na sprzedaż? Jestem pewien, że wiem, jak musiałaś smakować.
Obrócił się, a jego ciało znalazło się w dość niewygodnej pozycji, gdy musnął ustami obnażoną szyję dziewczyny, prześmiewczo drażniąc ją zębami. Pachniała mydłem i potem, a także krwią, jak gdyby ta permanentnie zaplamiła jej uczniowskie szaty.
- Jak najzwyklejsza, bezwartościowa dziwka. Może nawet wyczuli, jak bardzo, podobały ci się jego awanse. Biedna Caroline, której nikt nigdy nie poświęca uwagi. Czułaś się kochana czy może wiedziałaś, że nie znaczysz dla nikogo więcej niż śmieć?
Pożądał jej cierpienia. Wyprostował się znów, ponawiając swą poprzednią pieszczotę. Chciał pożreć wszystko, co miała do zaoferowania. Marzył, by móc oskubać ją z resztek godności, by rozerwać jej już dawno niebijące serce na strzępy. W tym pragnieniu było coś z miłości. Rudolf kochał sposób, w jakim wierzgała pod jego dotykiem, kochał szaleństwo szarpiące jej ciałem. Chciał więcej.

---
Zakneblowanie Caroline: 6


Ostatnio zmieniony przez Rudolf Lestrange dnia Pią Sty 22, 2016 4:30 pm, w całości zmieniany 1 raz


Re: Mała sala

on Pią Sty 22, 2016 3:03 pm
The member 'Rudolf Lestrange' has done the following action : Rzuć kością

'Pojedynek' :

Result : 5


Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984
Sponsored content

Re: Mała sala

Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach