Share
Go down

Kto ma najzabawniejszy strój?

6 - 86%
0 - 0%
0 - 0%
0 - 0%
0 - 0%
0 - 0%
1 - 14%
 
Wszystkich Głosów: 7

Wejście do Wielkiej Sali

on Czw Gru 11, 2014 7:33 pm
First topic message reminder :

Przeważnie dwuskrzydłowe, ogromne drzwi, są otworzone, by uczniowie nie musieli się tłoczyć w przejściu i przepychać jeden przez drugiego - jest to jedyne wejście i wyjście z Wielkiej Sali na korytarz główny, na tyle szerokie, by nie tworzyć za wielkich korków w dni powszednie.


Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984

Re: Wejście do Wielkiej Sali

on Sro Maj 27, 2015 8:03 pm
Oh, na miłość boską, przecież po prostu byli młodzi. To nie ich wina, że przyszło im dorastać w tak trudnych czasach. Jakby nie patrzeć, to wojna sama w sobie również była czymś w rodzaju samousprawiedliwienia... jakkolwiek gorzką ironią by to nie było. Ale niestety, w stwierdzeniu tym kryło się wiele prawdy. Wszelkie nastoletnie problemy i "głębokie depresje" można było teraz tłumaczyć wojną, a smutki i jakiekolwiek złe nastroje usprawiedliwiać przeczytaniem informacji o odnalezieniu kolejnej grupy zamordowanych na jednej z opuszczonych londyńskich ulic. Jasne, atmosfera była ciężka, a życie cholernie trudne, ale... zgadzanie się na taki stan rzeczy nie było jedyną słuszną opcją. Wśród nastolatków wciąż odnaleźć można było jednostki, które zdawały się nie poddawać i walczyć o swą wolność i niezależność, o radość z życia, o czerpanie z niego maksymalnej ilości ciepła i radości, nawet mimo całej tej goryczy i żalu, na które, jak można było pomyśleć, zostali bezpowrotnie skazani.
I Erin należała do takich osób.
Mogła wygłupiać się, cieszyć, trwać, a nawet robić z siebie idiotkę i sprowadzać innych w osłupienie swoim nietypowym zachowaniem, ale znacznie bardziej wolała zachowywać się w taki sposób i jednocześnie dzięki temu móc czerpać siłę na walkę z siłami zła, niż pozostać zniechęconą do wszystkiego, zrozpaczoną i jednocześnie bierną.
Innymi słowy - wolała żyć.
Tak, panna Potter wybrała życie, bo nie pozwoliła sobie zapomnieć, że życie to najlepszy i najcenniejszy dar, jaki mogła kiedykolwiek otrzymać.
I nie, to nie było tak, że nie żałowała zabitych, że nigdy jej to nie przygnębiło czy że nie rozumiała tych, którzy raz za razem odwracali wzrok gdzieś w bok, nade wszystko nie chcąc pozwolić komukolwiek na dojrzenie w ich oczach kropelek drobnych łez. Nie, wręcz przeciwnie - współczuła im, pragnęła ich pocieszyć, przytulić, obetrzeć ich łzy, ale... po prostu nie zamierzała pozwolić komukolwiek na zabicie w sobie ducha walki. Była w końcu Gryfonką, do cholery! Jak już idziemy w skrajności, to pełną parą, nie pamiętasz, panie Rain..?
Jakkolwiek śmieszne i przerysowane by to jednak nie było, jedno trzeba było przyznać (i to zupełnie szczerze) - pomagało. Brnięcie w ideały i postawiony sobie cel było dla niej jak klucz otwierający sekretne drzwi prowadzące do ukojenia bólu. Bólu, który, swoją drogą, potrafił się strasznie szybko rozprzestrzeniać po innych ludziach.
Gryfon, który do tej pory przyglądał im się w niemałym szoku, oddalił się od nich o parę kroków, sam chyba już nie do końca wierząc w to, co widzi. W końcu, zamrugawszy kilkakrotnie swymi wytrzeszczonymi oczyma, postanowił opuścić teren dziwnego zdarzenia, co następnie uczynił w zaledwie parę sekund.
Czarnowłosa stała tak przy Ślizgonie jeszcze przez chwilę, zaraz potem wybuchnęła jednak niepohamowanym i niekontrolowanym śmiechem. Jej twarz, rozpromieniona i roześmiana, wyjątkowo kontrastowała z twarzami innych uczniów, którzy bynajmniej nie wyglądali na kogoś, komu jest aktualnie do śmiechu. Potter uświadomiła to sobie jednak dopiero po chwili, kiedy to na jej bladych policzkach pojawiły się delikatne rumieńce. Parsknęła cicho i chrząknęła, próbując uspokoić się nieco, nadal jednak nie pozbyła się ze swej twarzy lekkiego uśmiechu, którym następnie obdarzyła swego dotychczasowego rozmówcę.
Chwilę później po prostu minęła go bez słowa, przez ułamek sekundy posyłając mu nieodgadniony uśmiech, po czym, ot tak, po prostu, zniknęła w tłumie.
Nawet nie poznawszy jego imienia.

z/t



Erin Potter
"Only the dead have seen the end of war."

Re: Wejście do Wielkiej Sali

on Sro Maj 27, 2015 8:48 pm
I co z tego wszystkiego wniknęło, moi drodzy..? Chyba nic, koniec końców, tak mi się wydaje - oprócz tego, że Blaise się uśmiechnął z lekkim niedowierzaniem, że wyszło tak, a nie inaczej, bo Gryfon, na którego się uwzięli koniec końców, czmychnął, decydując się na szybką kapitulację bez prób nawiązywania w dalszej części dialogu - tak więc nie pozostawało nic więcej, jak może odezwać się do całej prowokatorki zamieszania, pogratulować jej, zaśmiać się z nią..? Ale ta "Prowokatorka", "Szpieg-Mistrzyni", jak to ją ująłeś, wyminęła Cię i obdarzyła żartobliwym uśmieszkiem, żeby czmychnąć przed siebie, jak łania gnana potrzebą odczepienia się od stada, żeby zakosztować odrobiny wolności - och, cóż - zjawiskowa niewiasta, doprawdy... I jak każdy, biedny mężczyzna, pod paluszkiem takim, zrobiłeś obroty tak, jak ci nakazała, po czym zostawiła cię oszołomionego, nim przypomniałeś sobie, że powinieneś iść na lekcję eliksirów i nie sterczeć tu jak kołek...
[z/t]





Kolejna zima
Słychać miliony tchnień sekundnika
Śnieg przypomina, że miniony dzień w sercu znika
Trudno - dziś umarło
Przynajmniej jutro jeszcze nie śpi.


Re: Wejście do Wielkiej Sali

on Pon Paź 05, 2015 9:40 pm
Plany, plany, plany... wszyscy coś planują, jakoś rysują sobie zarys swojego własnego życia, tylko jedna osoba w tej szkole takowego nie posiadała. A tą osobą jak nie trudno się domyślić jest właśnie Kyo. Egzystował sobie gdzieś w tym życiu pomiędzy wszystkim i niczym... z tym, że coraz bardziej zbliżał się do tej granicy gdzie znajdowały się te nic nie warte przedmioty, i czasami lądowali tam ludzi. Pytanie tylko dlaczego było tam tak bardzo pusto. Czy był jedynym człowiekiem który tutaj wylądował. Czy naprawdę nie miał w sobie chociaż by jednej cennej rzeczy, albo cechy... no jasne, że nie. Był biedny, dosłownie, pieniędzy miał tyle co nic, a i osobowościowo odczuwał jakąś dziwną pustkę. Naturalnie, że wiedział czym to było spowodowane. Tyle lat udawać, aby ta nalepka którą inni mu przyczepili z taka łatwością się utrzymała. Chociaż czy w tej chwili udawał... nie wydaje mi się. To wszystko co robił, jaki był weszło już w rutynę jego życia, i możliwe, że jednocześnie stało się częścią jego osobowości. Czy było mu dobrze? naturalnie, że nie. Przeszkadzało mu to kim był, nie potrafił spojrzeć sobie w oczy, w tym odbiciu w lustrze nie widział już od bardzo dawna nikogo wartościowego, ale za to widział tam wielkiego głupca, przegranego. Przegrał to życie, chociaż był nadal tak bardzo młody, to już teraz je przechlapał. Kiedyś chciał zdobyć najwyższe szczyty na tym świecie, chciał w życiu osiągnąć wszystko to co najlepsze... miał marzenia, ale los bardzo szybko je zweryfikował i pokazał, że nie ma sensu marzyć bo to i tak nie miało najmniejszego sensu. I tak kręcił się po tym świecie zdobywając nowe wspomnienia których tak bardzo się wstydził, które na każdym krok przypominały mu jak nisko upadł.
Tym razem Kyo miał zamiar w końcu iść coś zjeść... ostatnio jakoś apetyt mu nie dopisywał. Może dlatego, że ponownie dopadły go te cholerne melancholijne rozmyślania... nie to nie były melancholijne... to był istny sąd jedno osobowy. Czasami przychodzi taka chwila w życiu człowieka kiedy musi wyspowiadać się sam przed sobą, a w wypadku puchona ta spowiedź była naprawdę długa. I wszystko szło dobrze, aż do momentu kiedy nie zatrzymał się nad tym jednym błędem. Neve... dziewczyna o fiołkowych oczach które nawet teraz prześladowały go. Co ma zrobić aby w końcu się od nich uwolnić. Pokazać, że nareszcie zrobił krok do przodu, ale przecież nie potrafi... nie jest w stanie tego zrobić. Ona przeżyje to życie najlepiej jak umie... a on... on będzie w najlepszym wypadku stał w tym samym miejscu niczym kamień, niewzruszony, a w najgorszym? będzie się cofać, krok za krokiem, aż w końcu dotrze do jakiegoś urwiska z którego spadnie, i już nikomu nie uda się go odszukać. O czym to ja... ach tak. Chciał iść coś zjeść, ale jak już mówiłam te rozmyślania, ta jego spowiedź sprawiła, że za miast wejść do wielkiej sali, po prostu zasiadł sobie na jednym schodku i wyciągnął nogi przed siebie, wzrok wbił w skrzyżowane dłonie które teraz swobodnie zwisały między jego udami. I tak po prostu patrzył... myślał, analizował... i dochodził za każdym razem do tego samego wniosku. Jest nikim.

Re: Wejście do Wielkiej Sali

on Wto Paź 06, 2015 5:25 pm
Planowanie życia nie ma i mieć sensu nigdy nie będzie, a przynajmniej do takiego wniosku doszedł Kai. Życie za łatwo może się schrzanić, zbyt łatwo jeden ruch może je całkiem zniszczyć. I co wtedy? Zostajesz z planami, które już nigdy się nie spełnią, z bólem w sercu i utraconymi marzeniami. Dokładnie tak samo jak młody Gryfon, który właśnie szedł do Wielkiej Sali. Udawał przed wszystkimi, że wszystko jest w porządku, że już nie tęskni, że zapomniał, że nie pamięta, że się nie obwinia. Oni nie rozumieli w końcu. Dla nich wszystko było takie różowe, powinien o wszystkim zapomnieć... A blizny? Tak, właśnie te blizny, które o wszystkim przypominały. O całej tej paranoi, o całym tym bólu, o tym wszystkim, co się wydarzyło, a co się zdarzyć nie powinno. Westchnął do siebie i potrząsnął głową. Nie, to wszystko nie ma znaczenia. Musi zapomnieć, bo w innym wypadku po prostu zwariuje.
Poszedł z braku innego wyjścia do Wielkiej Sali. W sumie nawet nie był głodny, ale przynajmniej tam są wszyscy i przestanie o tym wszystkim myśleć. O utracie przyjaciela, o utracie rodziców, o utracie wszystkiego. Podchodząc jednak do drzwi zamarł. Kyohei? Tutaj? Serio? Nie. Wszystko, ale nie to. Nie chciał gościa widzieć na oczy. Nigdy więcej. Zatrzymał się i nawet chciał zawrócić, ale zaraz potem zaklął. Dlaczego do wszystkich diabłów, oni i inszych stworów to on miał się kryć i wycofywać? On nie zdradził. Nie zrobił nikomu takiego świństwa jak Kyo. Więc to Takano powinien się kryć i cofać, a nie on sam. Ot co. Taka jest prawda. Z dumnie podniesioną głową ruszył do Wielkiej Sali, chcąc wyminąć Puchona.

Re: Wejście do Wielkiej Sali

on Wto Paź 06, 2015 5:59 pm
Cóż z wzięciem udziału w tym wielkim wyścigu zwanym życiem trzeba liczyć się w pewnych momentach, że w nas zapłonie płomień, ale trzeba również pamiętać, że ogień to potężna siła niszczycielska i jeżeli zapali się w sercu nieodpowiedniego człowieka, kogoś kto nie będzie potrafił nad nim zapanować, rozprzestrzeni się na całe jego życie i jeszcze w dodatku poparzy. Takie były realia tego świata, tak wyglądało życie każdego człowieka. I stwierdzenie, że wszyscy inni mają bardziej kolorowe życie było tak bardzo głupie, o ile nie zahaczało o szaleństwo. Ty udawałeś, tak samo jak każdy. Wszyscy ci ludzie których mijałeś codziennie robili dobrą minę do złej gry, i nim się obejrzałeś sam dołączyłeś do tej zabawy. Po co? przecież życie i tak nie miało sensu (tak bardzo EMO), dlaczego więc starałeś się żyć normalnie. Czy aż tak bardzo bałeś się samotności, że wolałeś udawać niż oznajmić światu jesteś nieszczęśliwy... no jasne, że tak. Ten nasz świat niestety ma ten brzydki zwyczaj, że nie toleruje ludzi którzy nie potrafią zająć się swoim życiem należycie. Cóż nie ma co się dziwić, nikt ani Kyo ani ciebie nie nauczył. Do wszystkiego musieliście dojść sami, przez co teraz żyjecie tak jak umiecie, przez to życie tak naprawdę nawet życiem nie jest. jest to przetoczenie się do kolejnego dnia. Nie posiadacie bowiem umiejętności stania o własnych siłach, aczkolwiek macie jedną dobrą cechę która sprawiła, że jeszcze was inni ludzie nie zjedli. Umiecie udawać, jesteście doskonałymi aktorami. Z tą różnicą, że Kyo poszedł bardziej w ucieczkę, w końcu to wychodziło mu najlepiej. Uciekał idealnie, byle tylko nie skonfrontować się z problemami które spędzały mu sen z powiek. I jedyne co mu pozostało to nadzieja, która tak naprawdę bez niego samego nie znajdzie odzwierciedlenia w rzeczywistości.
Brązowe oczy chłopaka zatrzymały się na pewnej sylwetce... to on... nie, to nie możliwe, na pewno go tutaj nie ma. Na pewno chłopak za wiele myślał, przez co jego mózg postanowił zrobić mu psikusa. Potrząsnął lekko głową, ale w chwili kiedy ta zjawa przeszła obok niego i poczuł powiew lekkiego wiatru, otworzył szeroko oczy ze zdziwienia i zerwał się na równe nogi.
-KAI...- Krzyknął tak głośno, że parę oczu zwróciło się ku niemu, nie dbał teraz o to... ale pytanie po co się teraz odzywał, przecież i tak nie miał mu nic do powiedzenia. Cóż... jeżeli ciebie to usatysfakcjonuje to on nie miał do ciebie mniejszego żalu niż ty do niego. W końcu byłeś przyjacielem, a jako przyjaciel nie powinieneś był tak bardzo się od niego odwracać. Można powiedzieć, że poniekąd ty sam byłeś sprawcą tego, że wylądował w takim a nie innym miejscu. Z dala od ojczyzny, od domu... i od wielu innych ludzi na których mimo wszystko nawet teraz mu zależało.
Puchon wpatrywał się w ciebie, ale nic więcej nie powiedział, i chociaż wiele słów cisnęło mu się na usta, to nadal milczał. Nie miał najmniejszego zamiaru się tłumaczyć z tego co było, bo i niby po co... czy to coś zmieni... w twoich oczach zawsze już będzie zdrajcą, a czy przyczyna jego zdrady w tej chwili ciebie obchodziła... nie wydaje mi się. Cóż piłeczka poleciała prosto do ciebie, pytanie czy ją odbijesz czy może raczej odwrócisz się odwlekając tą konwersację jak najdłużej się da?

Re: Wejście do Wielkiej Sali

on Wto Paź 06, 2015 8:10 pm
Tak, płomień może spalić. Zwłaszcza kogoś, kto nieumiejętnie się z nim obchodzi. Życie jednak nie jest tak naprawdę takim uczciwym wyścigiem. Nie ma nigdzie treningu przygotowawczego i tak naprawdę każdy ma równe szanse. Chociaż nie. Są tacy, co rodzą się już uprzywilejowani. W życiu nie ma falstartów. Jeśli wystartujesz za szybko lub coś schrzanić to nie możesz wrócić się na linię startu i udać, że tego nie było. Musisz iść dalej, chociażbyś nie wiadomo jak żałował, jak pragnął czas zawrócić choćby na ten jeden moment... No po prostu nie da się. Po prostu to życie jest tak idiotycznie ułożone, że nie da się nic. Jeden zły wybór i wszystko trafia szlag.
Kai zamarł, słysząc swoje imię. Czego ten sukinsyn od niego chce? Ja się pytam czego? Zdradził ich i tak bardzo zranił najlepszego przyjaciela. A teraz? Teraz jeszcze śmie go wołać? Odwrócił się na pięcie i wolnym, leniwym krokiem ruszył do Kyoheia. W oczach miał gniew i coś jeszcze. Coś, czego jeszcze nie można było nazwać.
-Czego chcesz.... Takano?- spytał cichym, ciut chłodnym głosem, stając na przeciwko dawnego przyjaciela. Już samo to, jak sie do niego zwrócił pokazywało, co sądzi o tym wszystkim. Jeszcze kiedyś powiedziałby "Cześć Kyo". Dzisiaj było standardowe, oschłe zwrócenie się po nazwisku, jak było przyjęte w ich ojczyźnie.

Re: Wejście do Wielkiej Sali

on Wto Paź 06, 2015 8:34 pm
Witamy w męskim świecie. O to przed wami swoi dwójka facetów, którzy mają problem, ale jeden i drugi nie chce po prostu o tym mówić, bo i tak nie ma sensu. To jest zrozumienie zasady "co się stało, to się nie odstanie" w bardzo zły sposób. Bo w tym wypadku jest to schowanie trupa do szafy. Chociaż w wypadku Kyo sprawa wyglądała odrobinkę inaczej. W końcu obiecał nic nigdy nikomu nie mówić. Zgodził się na to wszystko, i tak naprawdę sam zesłał siebie na straty. Czy już za sam ten czyn nie powinno było się go podziwiać. Poświęcić całe swoje życie, szczęście dla jednego człowieka... czy kto kolwiek słyszał aby być aż tak przywiązanym.
-Aż tak bardzo ciebie nienawiść zjadła, że już po nazwisku się do mnie zwracasz- Mruknął cicho i przymrużył lekko swoje brązowe oczy, ręce wsadził do kieszeni i przechylił lekko głowę w bok. Doskonale pamiętał ich ostatnie spotkanie i nie odbyło się bynajmniej ono w pokojowej atmosferze. Wtedy pierwszy raz o mało co nie skoczyli sobie do oczu... gdyby nie reszta ludzi z ich paczki ich w ostatniej chwili nie rozdzieliła. Dlaczego on sam tak wtedy zareagował. Może była to naturalna obrona, albo po prostu nie mógł zrozumieć tego, że ten który powinien był stać za nim murem odwrócił się od niego jako pierwszy. Co więcej... w jego oczach to on był głównym sprawcą tego całego zamieszania. I czy taka osoba ma prawo nazywać się przyjacielem... nie... nie wydaje mi się. Nie próbował nawet dojść prawdy... tak samo jak inni od razu go skreślił.
-A chciałem tylko pokazać, że w porównaniu z tobą mam więcej odwagi na skonfrontowanie się. Bo znając ciebie to byś omijał mnie szerokim łukiem pewnie do końca naszej szkoły- Naszej... chyba troszeczkę źle to ujął... powinien był powiedzieć "mojej" w końcu przestali być duetem już kawał czasu, i nie nie wskazywało na to, że coś miałoby się zmienić.

Re: Wejście do Wielkiej Sali

on Wto Paź 06, 2015 10:09 pm
Bo to przecież takie męskie. Strzelić focha do końca życia, udawać, że nie ma tematu i ignorować tego drugiego. No chyba, że nie będzie innego wyboru, tak jak właśnie teraz. A poza tym żaden "prawdziwy facet" o swoich problemach nie mówi. To się dusi w sobie i udaje, że problem nie istnieje. Niczym Matrix, łyżka nie istnieje. Problemy też nie. Wszystko jest różowe i rzyga tęczą. A przecież udawanie, że problemu nie ma nie sprawi, że ten problem zniknie, tak? No ale kto tam zrozumie Kaia. I Kyo przy okazji. Obaj byli siebie warci, co tu dużo mówić. Nic dziwnego, że kiedyś byli przyjaciółmi.
-Być może. A może raczej po prostu nie traktuję Cię już jak przyjaciela, do którego kiedyś zwracałem się po imieniu.- powiedział oschłym tonem. I tak nie był głodny, więc nawet nie żałował, że został zatrzymany przed wejściem. Za to może teraz będzie mógł raz na zawsze wyjaśnić kwestię tamtej zdrady i utraty przyjaciela.
-Owszem. Bo nie mamy o czym rozmawiać, Kyo. Zdradziłeś nas.- nas wszystkich. Mnie. Miał przyjaciela, dzięki któremu żył. A potem ten przyjaciel zdradził. I odechciało mu się żyć. Strząsnął rękaw koszuli, żeby tym bardziej się upewnić, że nie będzie widać blizn. To nie była sprawa Kyoheia. W sumie nic dotyczącego Kaia nie powinno już interesować Kyo.
-Dlaczego to zrobiłeś?- spytał jednak, nie mogąc się powstrzymać. Odpowiedź na to pytanie nigdy nie dawała mu spokoju. Dlaczego? Dlaczego zdradził? Co takiego się wydarzyło, że zostawił ich w cholerę.

Re: Wejście do Wielkiej Sali

on Wto Paź 06, 2015 10:46 pm
I to wieczne pytanie dlaczego... gdyby sam wiedział dlaczego. Czemu się na to zgodził, czemu nie zatroszczył się tak naprawdę o siebie samego, i była jeszcze jedna sprawa. Bardzo często zastanawiał się nad tym jak by to wszystko wyglądało gdyby zdecydował inaczej. Czy dalej by miał swoich przyjaciół, czy ta jego ukochana dziewczyna nadal żyła, i czyby ten pech nie ciągnął się za nim. Fakt był taki, że w jednej i drugiej opcji czuł by się okropnie. Jeżeli nie zdradził by... chociaż biorąc pod uwagę dlaczego to zrobił to zdradą ciężko to nazwać, czuł by wyrzuty sumienia, że nie pomógł kumplowi. A skoro wybrał pomoc... cóż efekty tego widzimy teraz. Tak źle i tak niedobrze. To jest ten słynny efekt motyla. Niby z pozoru błaha decyzja może zdecydować o przyszłych wydarzeniach. I nikt nie powiedział, że któreś z zakończeni musi być koniecznie dobre.
Chłopak westchnął cicho i wywrócił lekko oczami.
-Jak długo masz zamiar wracać jeszcze do tego?- Mruknął cicho i wbił wzrok gdzieś w bok, w ścianę która aktualnie blokowała mu dalszą ucieczkę wzrokiem. Wyjaśnienia i tak nic by nie dały, czy by zrozumiał... nie wydaje mi się, z resztą... i tak obiecał, a on obietnic nie łamie tak łatwo.
-Teraz i tak nie ma to żadnego znaczenia. Wyjebali mnie... i tyle... to powinno było ci starczyć.- Czy nie dostał już dostatecznej nauczki... teraz ty będziesz go dalej męczyć swoją obecnością. Tym oskarżycielskim spojrzeniem. Teraz mamy komplet, nie dość, że wszyscy go zepchnęli na margines, on sam również, to jeszcze do tego doszła osoba która była mu tak bardzo bliska.
-Uwierz mi... nie wymagam od ciebie tego abyś mnie tak traktował...- Mruknął i wbił swoje brązowe oczy w jego. Wszystko nagle zaczęło się jeszcze bardziej komplikować... i to w chwili kiedy był już prawie pewien, że wszystko się uspokoi, że będzie mógł wrócić do tej egzystencji w nicości.
-Naturalnie, że nie mamy... ty nawet nie stanąłeś po mojej stronie... po prostu stałeś z boku i przyglądałeś się wszystkiemu. Zawsze sądziłem, że nie tak łatwo tobą manipulować... cóż... mimo wszystko okazałeś się równie szmaciany co wszyscy inni ludzie... nawet jak się przyjrzę widzę sznureczki odchodzące od twoich rąk- Mówi, i mówi a sam niestety lepszy nie jest. Sam wpadł w jakieś błędne koło, ktoś pisze mu scenariusze do tego życia, a on posłusznie odgrywa swoją rolę. Też jest marionetką, i niestety nie myśli już sam.

Re: Wejście do Wielkiej Sali

on Sro Paź 07, 2015 6:14 pm
To bardzo częste pytanie, "dlaczego". Dlaczego to, dlaczego tamto. Zawsze jednak oznacza ono pytanie o przyczynę. Niekiedy nawet o motyw działania. I przede wszystkim oznacza ciekawość. Czasem może nawet nadmierną, a czasem w pełni usprawiedliwioną. Może nawet Kai żałował pochopnych czynów. Może i tęsknił za przyjacielem. Ale jednak bez znajomości motywów działania nie można było ocenić, czy popełniło się błąd czy wręcz przeciwnie.
-Sam nie wiem. Wiele przez to straciłem.- mruknął cicho, wzruszając zaraz potem ramionami. Zbagatelizował tym samym swoje słowa, nie chcąc okazać dawnemu przyjacielowi, że jego to też bardzo zraniło. Specjalnie zerkał, czy czasem którejkolwiek blizny nie widać, tylko po to, żeby unikać pytań. Chyba tylko Dumbledore znał powód, dla którego Kai został przeniesiony do Hogwartu. I tak powinno pozostać.
-Cóż. Możliwe, że masz rację. Ale dla mnie jednak znaczenie ma. Zresztą. Nie chcesz, nie mów.- dodał buntowniczym tonem. Nie będzie się litował nad tym zdrajcą. Po co on w ogóle z nim jeszcze gada? A tak. W idiotyczny sposób jeszcze się nastawił, że może jednak się pomylił i odzyska przyjaciela. Nic z tego. Kyohei się nic nie zmienił.
-Och.- skwitował to tylko. Dobra, w cichości ducha miał nadzieję, że jednak Kyo jakoś zaprzeczy, że być może się dogadają. Ale nic z tego jak widać... No cóż. Nie to nie, Kai się prosił nie będzie. Co z tego, że to jedyna osoba, którą zna tu od dawna i mógłby sobie pogadać. I tak był zbyt dumny, żeby prosić o przyjaźń. Zresztą to powinna być chęć obydwu osób, a nie łaska jednej strony na prośby tej drugiej.
-A powinienem Cię bronić, gdy ewidentnie nas zdradziłeś, co? Nikt mną nie manipulował. Po prostu widziałem wszystko, a wtedy nie było już o czym gadać. Nawet nie chciałeś nic wyjaśnić. Więc co, miałem Cię bronić w ciemno? Poza tym... Mnie nazywasz szmacianym, tak? A Ty to co, hm?- prychnął pogardliwie. Kyo go zaczynał wkurzać. Powinien się wycofać, zostawić go i odejść z dumnie podniesioną głową. Ale jakoś tak... nie chciał. Lubił Kyo. Nadal, mimo wszystko. Podłe to życie.

Re: Wejście do Wielkiej Sali

on Sro Paź 07, 2015 7:13 pm
-Zdradziłeś... mówisz jak bym zrobił coś strasznego... ktoś musiał w końcu zakończyć tą szopkę.- To była prawda, gdyby nie poszedł do tamtych chłopaków, gdyby się nie upokorzył przed nimi... ten bezsensowny spór trwał by do tej pory, nawet Kyo pomimo tego, że problemy do siebie przyciągał nie miał pojęcia o co wtedy tak naprawdę chodziło. Czy był to tylko typowy męski pokaz siły, aby przejąć piaskownice.
-ZROBIŁEM TYLKO TO CO UWAŻAŁEM ZA SŁUSZNE- Krzyknął już wyraźnie poddenerwowany tym wszystkim. Jeżeli ten uważał, że Kyo był dumny z takiego obrotu spraw to był naprawdę w wielkim błędzie. Ta jedna niewinna ofiara jego działania, śmierć tej dziewczyny była przypadkowa, kompletnie nie zamierzona... chociaż faktycznie tutaj musiał niechętnie się zgodzić, że zjebał. Mógł poderwać się z ziemi, odepchnąć ją w ostatniej chwili, i to on by zginął nie ona, wtedy najpewniej wszystko wyglądało by zupełnie inaczej.
-Ja jestem tutaj bo nie miałem innego wyboru- Warknął i zbliżył się do ciebie niebezpiecznie blisko, wpatrywał się w twoje brązowe oczy, a nozdrza Kyo drgały niebezpiecznie od natłoku emocji, które ledwo co powstrzymywał.
-Czemu akurat mnie wyrzucili nie wiem... wy również nie byliście bez win, a tym bardziej ty. To przez ciebie ten spór z tamtą grupką się zaczął, bo nie umiesz siedzieć cicho w chwili kiedy jest to najbardziej pożądane... zawsze musisz postawić na swoim, i kompletnie nie obchodzą ciebie konsekwencje... a jeżeli coś idzie nie po twojej myśli, to winnych szukasz wszędzie, ale swojej własnej winy nie widzisz- Emocje rosły, wspomnienia wracały, a wraz z nimi chęć przywalenia mu za to wszystko czego nie zrobił, albo co zrobił. Żaden z tutaj obecnych chłopaków nie było bez winy, ale naturalnie żaden się do tego nie przyzna

Re: Wejście do Wielkiej Sali

on Czw Paź 15, 2015 6:10 pm
-Dlaczego od razu bezsensowną?- uniósł wysoko brwi.- I to wcale nie była żadna szopka.- dodał dosyć gniewnie. Co sobie ten gościu wyobrażał. Ważne, że Kai pamiętał wciąż, o co poszło. Zacisnął ręce w pięści. Jaką on miał ochotę mu przyłożyć... No ale może jeszcze się powstrzymać. Cały Kyo zresztą, nie ma to jak zrobić z siebie debila i jeszcze pieprzyć, że to wszystko "dla większego dobra".
-Och słuszne mówisz? No cudownie cholera.- przewrócił z drwiną oczami.- No szkoda że my uważaliśmy zupełnie inaczej. Ale nie, zamiast przyjść, pogadać, Ty oczywiście musiałeś zrobić to, co było słuszne. Może dla Ciebie, bo na pewno nie dla nas.- skrzyżował ręce na piersi. Nigdy w życiu przecież nie powie, o co tak naprawdę poszło. W sumie nikt z ich paczki nie wiedział, o co Kai pożarł się z tamtą bandą, a Gryfon nie był wcale taki wyrywny, żeby się z tego spowiadać. Ot taka zamknięta w sobie, zacietrzewiona sierota. Wpatrzył się wkurzony w oczy byłego? przyjaciela, mrużąc swoje własne.
-Och jakbym ja miał jakiś wybór, czy się tu znaleźć czy nie.- zasyczał niebezpiecznym tonem.- Gdyby to zależało ode mnie, to by mnie tu nie było. Nigdzie by mnie nie było.- dorzucił. Tej drugiej części jednak Kyohei nie miał jak zrozumieć, jako że o próbie samobójczej chłopaka nikt tutaj nie wiedział. Ogólnie Kai był z tych bardziej skrytych i nigdy nie mówił, jak trafił do domu dziecka, a potem skrzętnie ukrywał powody kłótni. Teraz natomiast skrywał tę tajemnicę, czemu znalazł się właśnie w Hogwarcie, zamiast siedzieć sobie grzecznie w dawnej szkole, w której w końcu było mu całkiem dobrze. Do czasu wprawdzie, ale jednak.
-Ja nie umiem siedzieć cicho? Ja nie umiem? A co, może miałem się dawać im poniżać i gnębić, bo przecież tak łatwo atakować sierotę? A Ty to niby swoją własną winę widzisz, co?- po prostu nie wytrzymał, był tak wściekły, jak jeszcze nigdy.- Może według Ciebie miałem grzecznie dawać sobą poniewierać, bo przecież tak łatwo dobić dzieciaka, który zabił własnych rodziców!- był wściekły, nie panował nad swoimi emocjami... Nie wytrzymał i po prostu trzasnął w twarz Kyoheia.- A ja Cię wciąż uważałem za przyjaciela...- wydusił, wściekłym, aczkolwiek drżącym głosem. No przecież mu nie powie, że za nim tęsknił przez te lata. Nigdy w życiu.

Re: Wejście do Wielkiej Sali

on Sob Paź 24, 2015 7:13 pm
Puchon poczuł jak dłoń jego byłego przyjaciela ląduje na jego kości policzkowej. Co jak co, ale Kai zawsze miał siłę jeżeli chodzi o bijatyki, jak widać z biegiem czasu kompletnie nic się nie zmieniło. Chłopak na skutek uderzenia odsunął się o gryfona i potknął się o własne nogi przez co wylądował na klęczkach na ziemi. Wpatrywał się w nią przez chwilę wyraźnie wkurwiony tym co właśnie miało miejsce, i już wstał z ziemi, już podchodził do Kaia, chwycił go za brzeg jego ubrania, chciał mu przyłożyć, ale w ostatniej chwili przypomniał sobie, że jeżeli nauczyciele go przyłapią na jakichś bijatykach to nikogo nie będzie obchodzić jego wersja, to on będzie tym winnym, a wtedy... wywalą go ze szkoły. Dlatego też jego uścisk zelżał a on sam się odsunął.
-Nie jesteś tego wart...- Warknął na niego wpatrując się w oczy. Nie chciał dalej z nim gadać bo tak naprawdę tez nie mieli o czym, pytanie czy jeszcze będzie jakaś szansa na porozumienie się... cóż czas pokaże.
Nie chcąc dłużej przebywać w tym miejscu Kyo po prostu odwrócił się i poszedł w swoim kierunku, czując jak miejsce w którym uderzyła pięść przyjaciela, pulsuje, oraz lekko puchnie, pewnie tez z biegiem czasu zacznie też sinieć.
z/t

Re: Wejście do Wielkiej Sali

on Wto Paź 27, 2015 4:04 pm
z/t dla Kaia


Sowa Specjalna * Prośby do MG * Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me.
It resembles my own mind except that you happen to be insane.”

— George Orwell, 1984

Re: Wejście do Wielkiej Sali

on Pią Lis 06, 2015 9:13 am
Nudząc się niemiłosiernie, Maggie postanowiła wybrać się na spacer po zamku. Nuciła jakąś piosenkę pod nosem i od czasu do czasu chichotała cicho. Będąc duchem nie miała nic konkretniejszego do roboty. Zatrzymała się dopiero przy wejściu do Wielkiej Sali.
To tam. Tam przy stole Gryffindoru wypiła eliksir, który dała jej Ślizgonka, a który spowodował, że przed jej oczami zrobiło się ciemno, a później wpatrywała się tylko w swoje bezwładne ciało. I to tylko za "N" z pracy domowej? Z cichym westchnięciem zajrzała do środka przez ogromne drzwi. Nie odważyła się jednak wejść do środka.


~ Siedziała sama na drugim końcu sali
Marzyła o czymś co nigdy się nie zdarzy
Smutnej dziewczynie w czerwonej sukience
Wesoły chłopak ukradł młode serce. ~


Sponsored content

Re: Wejście do Wielkiej Sali

Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach