Zapraszamy serdecznie do przyłączenia się do przygody!


CalendarCalendar  IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  GrupyGrupy  FAQFAQ  

Share | 
 

 Wrzeszcząca Chata

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next
AutorWiadomość
Mistrz Labiryntu
avatar


avatar

PisanieTemat: Wrzeszcząca Chata   Wto Wrz 03, 2013 8:53 pm

First topic message reminder :

Powszechnie znany, owiany tajemnicą dworek, który mimo przeraźliwego wyglądu, przyciąga tłumy ciekawskich. Mieszkający mówią, że codziennie dobiegają stąd różne przerażające odgłosy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
Sahir Nailah
avatar


avatar
VI rok

PisanieTemat: Re: Wrzeszcząca Chata   Sro Kwi 01, 2015 8:02 pm

Właśnie tak, cudny Smoku – możesz lśnić nocą, gdy jest przy tobie jej władca, ale bez niego? Bez niego jesteś jak pył kurzu – jeden z wielu, co tutaj krążą, który nie ośmieli się wznieść swego głosu, ponieważ otaczają Cię istnienia, które wyrastają ponad twą możliwość pojmowania. Ta pani ubrana w srebrzystą suknię, zimna i dumna, nie była dla Ciebie łaskawa. Jesteś jednym z pożywień, które może ofiarować swoim dzieciom, bydłem, które może zostać wydane na pożarcie bestiom, ale przecież to nic, prawda? Krowy nikt nie pyta, czy chciała trafić na talerz człowieka, czyż nie? Sam tak powiedziałeś, w dodatku jaki świetny przy tym miałeś humor! - tacy właśnie wszyscy jesteście głupiutcy... Naiwni... Sądzicie, że nic wam nie grozi, że jesteście nieśmiertelni, nietykalni – dopóki nie poczujecie prawdziwie trupiego oddechu na własnym kakru, którego właściciela nie jesteście w stanie dojrzeć. Tak właśnie się ma ta wasza wspaniała "nieśmiertelność"! Och wy marni, marni... ale jakżeby bez was nudno było..! Cóż z teog, że wszystkie sługusy usuwają się w kąt i nucą z zachwytem, gdy wkroczył do pomieszczenia ten, do którego nie ważyły się zbliżać, nie kiedy jego spojrzenie, teraz skupione na tym, którego chciały dopaść, mogło zwrócić się przeciwko nim i je zbesztać – tylko że pora doby, w której królował, przemijała gładko i stawał się powoli nic nie znaczącym drapieżnikiem, którego słońce oślepia i sprawia, że czuje się niekomfortowo, zmuszony do szukania najciemniejszych kątów, by znaleźć choć namiastkę swego królestwa na nędznym padole, gdzie każda ofiara wpatruje się w niego tak, jakby to on był tutaj ofiarą, nie oni – jakby zaraz mieli schwycić za strzelbę i wymierzyć w bark zwierzęcia chcącego tylko usunąć się z ich widoku, żeby wysunąć się ze swej jamy nocą znów na żer – tak się przepychali – Słońce i Księżyc – by nigdy nie pozwolić którejkolwiek ze stron na nadmierne wywyższenie się ponad możliwą normę. Wyobrażacie sobie, jaka tragedia by wtedy nastała..? Zawsze musieli być mordercy i zawsze musieli być mordowani, inaczej pierwszi nie mieliby czym się żywić, a drugich byłoby zbyt wielu i wykończyliby samych siebie, nie mieszcząc się na naszej wielkiej, dobrodusznej Matce Ziemi...
Tak i Książę Nocy uniósł swe ręce, uśmiechając się z rozbawieniem, kiedy został dociśnięty do ściany, nie próbując się nawet zbytnio opierać – dobrze, że obita była tapetą, bo już pewnie poczułbyś odpadający tynk, czy czymkolwiek innym mogłaby być pokryta – te ręce to w ramach poddania się, by zaznaczyć, że nie zamierzasz się odpłacać pięknym za nadobne – bardzo ciekawe było tą furię zobacyzć, bardzo ciekawie było analizować gładko to, jak wielki strach musiał przeżywać i co z nim musiała robić twa dobra Matka, którą już nauczyłeś się kochać i szanować – to kolejna wielka, niby tak banalna prawda – ludzie boją się tego, czego nie mogą poczuć. Zobaczyć. Roją sobie wtedy w rozumkach niestworzone rzeczy, które prowadzą do ogólno pojętej paniki, do słodkiego szaleństwa, a to zaś wlecze ich na ścieżki, na których nigdy by się nie pojawili, gdyby nie ten cudny strach, który Ciebie, jako największego drapieżnika ciemności, pobudzał jak nic innego. A Ty czułeś strach Coletta. Nawet jeśli zastąpiła go zimna furia, jaką teraz okazywał, dociskając cię do ściany – swoją drogą zabolały cię aż plecy, nie popisał się delikatnością, heh... Czarne kosmyki rozsypały się po twojej twarzy, obnarzając to paskudnie pewne siebie spojrzenie.
- Czy ja ci już nie wspominałem, że rozkazywać możesz swoim koleżkom pokroju Aberaciusa, nie mi..? - Niemalże prosiłeś się o to by ci przywalił – należało ci się. Czekałeś, aż to zrobi. Najchętnie dałbyś mu nóż teraz do dłoni – rozkochałeś się w dwukolorowych tęczówkach, ktre zapłonęły dla Ciebie przy przemijającej Matuli, co jeszcze ukrywała was pod swoim płaszczem, by zaraz zostać zmuszoną do wycofania się i pozostawienia was sobie samym – pod dotykiem paskudnego słońca, które nie pozwalało na żadne tajemnice czy uroki – słońce... było czystą prawdą. Słodkie kłamstewka i iluzje pod nim były niemalże niemożliwe. - Tak jak i mówiłem ci, że zawsze będę w pobliżu. Niepotrzebne zwątpienie, Nietoperzu... Wystarczyło zawołać. - Wszak jesteś Cieniem. A Nocą cienie są wszędzie – wystarczy odpowiednio wyciągnąć rękę, ruszyć się... lecz strach, no właśnie, ten strach, który już opływał wypisywane słowa gładkimi trzepnięciami motylich skrzydeł, które według teorii chaosu najprostszą drogą prowadziły do wybuchu tornada. Jedno machnięcie. Co, jeśli pojawią się dwa? Trzy?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Colette Warp


VI rok

PisanieTemat: Re: Wrzeszcząca Chata   Sro Kwi 01, 2015 8:04 pm

Był taki zły, tak strasznie, strasznie zły! Patrzcie państwo, co za furia! Jak fukał i prychał i stroszył sierść gotów rwać, gryźć i drapać! Do oczu i gardła się rzucać! Winno się go zakuć w dyby, furiata. Opleść setkami tysięcy łańcuchów, które zakryją go jak kokon i przetrwają dzielnie ten wybuch opadając, kiedy znów osiągnie on wewnętrzną harmonię i będzie chciał na nowo uganiać się za lizakami. I dodać do tego jeszcze kajdanki, sięgające od nadgarstków ciasnym splotem skóry aż ponad łokcie. Oraz kaganiec i skórzana opaska na oczy. Czy to brzmiało sprośnie...? To jedynie środki zaradcze, aby zaradzić sytuacji takiej jak... no właśnie.
- Do pieprzonej cholery! - subtelny był niczym papier ścierny, kiedy widząc ten głupi, prawie roztkliwiony tym wszystkim uśmiech i na nowo pierdolnął nim o ścianę; była to jedynie poprawka, więc wyszła mniej efektownie, ale była niezbędna dla zbudowania napięcia u wściekłego buchającego ogniem Smoka. Ta... gówno prawda, wcale nie pokazywał prawdziwej furii, ta nie miała podbudówki z prawdziwej nienawiści, ale strachu, stresu i zbyt długo tłumionych emocji. - No nie śmiej się, jestem śmiertelnie poważny, Sahir! - skakał tak sobie i warczał dalej.
Naprawdę się bał. Naprawdę został odtrącony od czegoś, co prawie pachniało dlań domem i właśnie wtedy zabrakło u jego boku tego pokręconego wampira. Nienawidził samotności; absolutnie jej nienawidził, nie cierpiał zostawać sam na sam ze swoimi myślami w miejscu, które pochłonęło już bazyliardy takich jak on – głupich bydełek jakie stały w kącie, rozglądały się na boki czujnie i czekały na pierwszy promień słońca jaki da im siłę, by mogły walczyć w jego imieniu ze stworami, które wcześniej budziły ich największe obawy. I tak w kółko i w kółko, wedle odgórnej harmonii. I teraz nagle Smoczydło postanowiło się postawić i zaatakować ich władce przed przejęciem korony. Bardzo poważnie zaatakować, należałoby dodać.
A głupia uwaga, sprawiła, że złotołuski bez zastanowienia uniósł rękę i śmiertelny zadał raz. Piąchą swą (zniszczenia absolutnego) w pierś czarnowłosego, drugą nieco niżej, na lewo od mostka, po czym poprawił prawa gdzieś na podobnym poziomie i znowu lewa. Obtłukiwał go zaprawdę jak kwaśne jabłko, sędzia na ringu winien go powstrzymać zanim zabije przeciwnika. Podwójnie.
- Nie będę tego słuchał... Grrrrr!!! - naprawdę za-grrrrał z charakterystycznym drżeniem gardła, bardzo mocno i iście polsko akcentując 'r'. - Ty cholerny gnojku, jak mogłeś mnie tu zostawić! Sczeźnij w otchłani, a w jej dnie niechaj gwałcą cie piekielne kurwy! – mielił w ojczystym języku nie wytrzymując presji i tłukł dalej, niech ma! Niech ma i poczuje całym sobą! - Gówno prawda, wcale być nie przyszedł, pewnie zdążyłeś zwiedzić Chiny!
Powoli widocznie się męczył i jego ciosy traciły na celności przez co, raz ześlizgnęły się z boku przeciwnika kosztem obtartych o ścianę kostek. Ale to nic! Mistrz nadal w formie!
- Ja pierdole! Gdzie byłeś?! Przecież ja ci nic takiego... no nic ci nie zrobiłem Sahir przecież! Powstrzymałem się! Nie widziałeś jak się powstrzymałem!? - krzyczał, a co! Sami byli. - Spierdoliłeś i tak! Znaczy w..wróciłeś, ale nie w tym rzecz no! Czy ja cie odstręcza, czy co?! Nie wiem, mam coś na mordzie nie tak?! Nie możesz wytrzymać ze mną dłużej, musiałeś odreagować?
Już naprawdę się męczył praktycznie zamiast wystosowywać ciosy, ledwie jakoś śmiesznie kokosił się, opadając coraz mocniej na jego tors, ale nadal będąc zbyt nabuzowanym, żeby się uspokoić. Był taki zmęczony, tak cholernie zmęczony.... jego ręce same rozwinęły się z pąków pięści i niejako objęły Krukona, układając dłonie na jego bokach, a policzek na piersi.
Koniec walki. Sahir przegrał, zwycięzca tylko jeden – Kotlet Krul.
- Nienawidzę tego miejsca... wyrywa mi dusze i na moich oczach wlecze ją rozwrzeszczaną po podłodze.. krew jest już nawet na suficie. - oderwał się od niego. - Nie, nie będę cię przytulał! … no może trochę. - jeszcze na moment przylgnął, po czym bardzo na serio już się odsunął i oddzielał go od siebie dla bezpieczeństwa dystansem swojej wyprostowanej ręki. Nie mógł widocznie uspokoić rozbieganego wzroku, a w nim... o mój Boże... ożywiona mieszanina dziecinnej złości, szczęścia, ze znowu go widzi, ze szczyptą schodzącego zeń strachu i stresu. Perfekcyjny i bolesny deser.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sahir Nailah
avatar


avatar
VI rok

PisanieTemat: Re: Wrzeszcząca Chata   Sro Kwi 01, 2015 8:04 pm

Trudno było się nie śmiać, kiedy było się tak cholernie rozbawionym tym strachem, jaki okazywał Smok, co wszak tak dumnie Smokiem samego siebie nazywał, który chciał zwiedzać Zakazany Las, Zakazany Korytarz, tymczasem brawury mu było brak już w tym miejscu – w sumie dość cenna uwaga na przyszłość, o której nie zamierzał zapominać... ale nadal było to zabawne! Już trochę mniej, kiedy znowu nim pierdolnął o ścianę, szarpiąc za fraki zapiętej kurtki – poddałeś się temu jak szmaciana lalka, krzywiąc tylko, kiedy znowu uderzyłeś potylicą o tył, mając szczerą nadzieję, że guza się nie nabawisz, bo już wtedy musiałbyś się odpłacić pięknym za nadobne, a co! Jak mają wychodzić z tej przepychanki z ranami cielesnymi, to po równo, póki oboje by nie padli ze zmęczenia, ha! Tymczasem jednak trzymasz nadal ręce nieco uniesione, powstrzymując odruch, który nakazywał się automatycznie odwinąć i uwolnić z kleszczy zniewolenia, upominając samego siebie i swój pobudzony przez strach ofiary instynkt, że on nie jest tutaj wrogiem – w zasadzie czarnowłosy podszedł do niego niemal jak do dziecka, które rozgniewało się, że dorosły zostawił go na pastwę losu w tak ponurym miejscu... nie, lepiej pasowało tutaj określenie: jak starszy brat do tego młodszego, mił paskudny zwyczaj podchodzenia tak do większości ludzi, nawet znajomych, tak i nie pierwszy raz potraktował Coletta w ten sposób. Ten uśmiech się zmył mimochodem, kiedy chłopak zaczął go okładać pięściami – trochę niżej i wystarczyłby ledwo jeden z tych ciosów, żeby zwalić cię z nóg, jeśli trafiłby w wątrobę na przykład – dobrze, że nie celował również w splot słoneczny... albo w twarz? A szkoda, że nie w twrz, należało ci się, byłeś święcie przekonany, mimo to nie zamierzałeś mu przerywać, żeby się nadstawiać, czy też zmieniać kierunek jego wyprowadzanych ciosów (naturalnie śmiertelnie niebezpiecznych, przed którymi wampir drżał w posadach!) - nie odzywałeś się już, nie zmieniałeś pozycji – zamarłeś w bezruchu i pozwalałeś, by coś krzyczał raz po angielsku, raz po polsku, wyciągając na wierzch twoją irytację przez niezrozumienie – och, nienawidziłeś takiego migania się, peplania czegoś w języku, w którym nikt cię nie rozumiał, dlatego użyty został premedytacyjnie – tylko że znów to przemilczałeś, bo nie sądziłeś, by to była prowokacja choćby najlżejszego rodzaju – w końcu w złości, która zrodziła się z niepokoju, robi się i mówi różne głupie rzeczy, jeszcze chyba gorzej to wychodziło w końcowym rozrachunku niż po alkoholu...
Nie było się tak naprawdę z czego śmiać.
- Głupi smarkacz... - Rozchyliłeś wargi, żeby nabrać głębszego, powolnego oddechu, kiedy już Puchon przylgnął do ciebie, rozstrzęsiony, a tyś objął go ramionami, jedną dłonią sięgając do jego potylicy, żeby go po niej uspokajająca pogładzić. - Zdarłeś sobie skórę z knykci. - A oprócz tego tobie narobił na pewno siniaków, ale tego już nie powiedziałeś. Oparłeś policzek na jego czuprynie, spoglądając w okno, w którym na twych oczach wręcz rozpryskiwała się powolusieńku noc. Dla ciebie niedobrze. Dla niego zapewne bardzo dobrze, skoro tak mocno przeżywał to, co się tutaj wydarzyło... skoro wyrzucił ci to wszystko... No jasne, gdyby tutaj był ktokolwiek inny na twoim miejscu pewnie to by się skończyło inaczej, pewnie Colette byłby ciągle uśmiechnięty, śmiałby się tak samo, jak na przerwach szkolnych czy w Pokoju Wspólnym między swoimi znajomymi – ale byłeś Ty. I musiałeś doprowadzić go do takiego stanu, wszak nie byłbyś sobą, gdybyś nie rozrywał tych, którzy podejdą, na części, nawet gdy wcale nie chciałeś tego robić. Twoje starania... nie miały tutaj żadnego znaczenia – już zdążyłeś o tym zapomnieć. Niedobrze. Pamiętasz, jak skończyła Julie? Amber? Twoi przyjaciele z sierocińca? Przecież dla wszystkich się starałeś! Miałeś szczerą nadzieję, że te dwie pierwsze nie zmarły... choć nie miałeś pojęcia, jak potraktować ich milczenie, gdy po ich zniknięciu próbowałeś się z nimi kontaktować pocztą. Nie ważne zresztą – ważny jest teraz ten chłopak w twoich ramionach... kolejna szansa, żeby go odtrącić, a choć jeszcze Pod Trzema Miotłami chciałeś mu powiedzieć, żeby zawsze pamiętał, że będziesz obok niego, cokolwiek byś nie powiedział, cokolwiek by się nie stało, tak teraz naprawdę chciałeś go znów zranić. Miałeś wrażenie, że to byłby ostatni raz, z tymi emocjami, jakie mu zapewniłeś, w którym byście się spotkali. Nie dałby ci kolejnej szansy... jednak ten egoizm... nie do końca potrafiłeś go teraz zwalczyć. Chciałeś coś dla siebie... coś drobnego... Pragnąłeś Coletta, który wcale nie był drobny. Był bardzo cennym skarbem tego świata i czułeś się, jakbyś ograbiał wielu ludzi z czegoś cennego, czego nie powinieneś robić... Nie zasłużył przecież na takie traktowanie z twojej strony.... Tak i przelewałeś myśli po swojej głowie, trzymając go przy swoim, zimnym od nocnego powietrza, ciele, analizując intensywnie to, co winieneś w zasadzie odpowiedzieć na wszystkie prawdy, którymi zostałeś zarzucony. Nie potrafiłeś tego odpokutować. Obojętnie, jak głęboko nie ciąłbyś swojego jestestwa nożem – nie byłeś w stanie tego wszystkiego odpokutować.
Pozwoliłeś mu się odsunąć, zsuwając z niego ręce i spoglądając spokojnym wzrokiem w jego oczy, by zaraz przejść obok niego jak kot z zamiarem podejścia do ławki, ale zatrzymałeś się w półkroku, nie dostrzegając tam pudełeczka, więc automatycznie się rozglądnąłeś i zaraz je namierzyłeś przy pianinie – podszedłeś więc doń i wysunąłeś z miejsca, gdzie powinny być papierosy, białą serwetkę utkaną w kweciste wzory z charakterystycznymi inicjałami, po których przejechałeś kciukiem.
- Wiesz, zawsze pytany kiedyś o marzenia odpowiadałem ludziom, że chcę tylko znaleźć miejsce, w którym byłoby chociaż parę barw życia pośród tej czerni i szarości, która mnie otaczała. Uważałem kiedyś, że życie dla samego życia nie ma sensu, że musi być szczęśliwe, bo jeśli takie nie jest, to nie warto się męczyć po tej stronie... - Przerwałeś w końcu ciszę, choć najwyraźniej nie zamierzałeś odpowiedzieć na żadne z trafnych oskarżeń, o których przebaczenie próbowałeś wymodlić się u Boga siedząc na zewnątrz, nie widząc wtedy gorszego grzechu ponad skrzywdzenie Smoka – a czułeś się tak, jakbyś go skrzywdził. I zawiódł. - Po nieudanej próbie samobójczej... jakoś wszystko się zmieniło. Zapomniałem o tym. - Tak, Colette, przypomniałeś mu o tym dzisiaj, a wspomnienia te były jak objawienie – przypomnienie sobie samego siebie, który zdawał się nigdy nie istnieć, a jednak był – niezaprzeczalnie był, nawet jeśli w Hogwarcie nie było chyba ani jednej osoby, która mogłaby to potwierdzić. Carpe diem – tak to właśnie cudownie brzmiało. Pomasowałeś automatycznie wolną ręką klatkę piersiową obolałą od wściekłych ciosów. - Po czym pojawił się taki upierdliwy Smok, nie wiadomo skąd, nie wiadomo po co... - Uśmiechnąłeś się smutno do chusteczki leżącej w twoich bladych palcach. - ... I pomyślałem sobie "zależy mi! Postaram się! Sprawię, żeby ten chłopak uśmiechał się dlatego, że ja sprawiłem, by się uśmiechnął..." - Otworzyłeś miękki materiał noszący na sobie kilka plamek, których nie zdołały ściągnąć żadne mydła, a nie byłeś w stanie szorować jej jak głupi, za bardzo się bojąc, że ją uszkodzisz. - Tym nie mniej jestem istotą, która bierze, a nie daje. - Spojrzałeś na srebrny łańcuszek, na którym został zawieszony delikatny, płaski krzyżyk, czując nieprzyjemne mrowienie ciała, które ostrzegało nawet przed tak małą dawką tego materiału – mimo to wisiorek ten, niby tak banalny, był najcenniejszą rzeczą, jaką posiadałeś... cenniejszą o tyle, że napełnioną wspomnieniami, które o dziwo miast smutkiem: napełnione było ciepłem. Jak więc miałbyś nie przekazać twego szczęśliwego medalionu osobie, która ofiarowała ci tak wiele? - Tu więc nie chodzi o to, co ty zrobiłeś źle, a co złego robię ja. - Wyciągnąłeś dłoń, na której leżał podarek, w stronę Coletta. - W moim życiu nie ma zbyt wiele ciepłych wspomnień... jednak wspomnienia związane z tym medalionem są mi bardzo cenne. Chciałbym, żebyś go wziął... ponieważ, jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi, pokazałeś mi dziś świat z barwami, jakich przez wiele lat szukałem. - Tak, tych, o których mówił. Tych związanych z marzeniem. - Byłeś zły. Niezadowolony. To wymagało ode mnie wymierzenie samemu sobie odpowiedniej kary za spieprzenie (jak zwykle) czegoś, o co bardzo intensywnie walczyłem cały dzisiejszy dzień. - Uśmiechnąłeś się. - To tyle, jeśli tak bardzo domagasz się prawdy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Colette Warp


VI rok

PisanieTemat: Re: Wrzeszcząca Chata   Sro Kwi 01, 2015 8:05 pm

No tak, tak głupi Smok – natłukł się, obtarł, zmęczył, zdarł gardło, powkurwiał i był gotów prawie skakać Sahirowi do gardła jak piłeczka - w życiu nie był tak rozemocjonowany, że nie wiedział w jaką stronę chciał z tym iść, więc szedł... we wszystkie! Dlatego też po pozbawionym łaski maratonie obtłukiwania wampira jak worek treningowy, opadł na niego zmęczony, mimo wszystko nadal oddychając szybko i mocno; nadal także bardziej przez zęby niż nos. Bał się no... po raz kolejny po kilku gorących chwilach doszło między nimi do spinki. Sam nawet nie zauważał jak wielki skok w przód wykonali, wcześniej w bibliotece Sahir odpadał ledwie na przedbiegach, a tutaj dotrwał niezwykle daleko i nawet podczas usilnej potrzeby odreagowania zachował dużo większą klasę w nagłym opuszczaniu towarzysza. Naprawdę dużo dzisiaj osiągnęli... to, co wyprawiał Colette było chyba czymś o płytkości napięcia seksualnego bez ujścia oraz głębokości potrzeby bycia akceptowanym ze wszystkim debilnymi wybrykami i potrzeby... bycia szczerym. Żadnych gierek i półprawd, walenie prosto z mostu. No już, proszę! Trzy, dwa, jeden!
- Spierdalaj. - odburknął na przyrównanie go do dziecka, z gębą głupio powyginaną chwilowo od usilnego dociskania twarzy do obojczyka drugiego chłopaka. Już pomijając dyskomfort wynikły z prawie łamiących się okularów, które noskiem prawie wywiercały mu dziurę w skórze. Póki co szarpnął się po to, co egoistycznie chciał, a chciał nasycić się chociaż chwilą tej bliskości i na nowo zaatakował zębami swoją dolną wargę. Miał ochotę jebać to wszystko! Jebać jego i to jego uspokajające głaskanie! Jebać go i to jego... nawet jeśli działało. Jedno muśniecie palców wystarczyło, by uspokoić energiczną gadzinę, rozproszyć cienie naokoło i wywołać falę dreszczy. Smoki Katedralne bardzo lubiły pieszczoty na karku... zresztą, kto ich nie lubił? Zwłaszcza, kiedy odwracały przyjemnie uwagę od piekącej skóry na knykciach, która w dokładnie trzech miejscach były delikatnie rozdarte do krwi. Można było stwierdzić nadciągające strupki o grubości nie więcej niż trzech milimetrów – dumne rany wojenne. A właśnie. Właśnie, właśnie! Przecież mamy wojnę, nie ma przytulanek! Dlatego też Col wytrząsnął się łagodnie i stanął naprzeciwko, poprawiając rozwichrzone od szału włosy i płaszcz. Pierwsza smarkata fala minęła, mógł się ogarnąć, spojrzeć nań spokojniej, odważniej, ominąć wzrokiem. Dotarło właśnie do niego ile debilnych pytań zadał i ile szczerości i prawdy od Sahira oczekiwał, więc teraz musiał się na nią odpowiednio przygotować. Tak, tak. Tak... rozpoczęcie w postaci wygładzania płaszcza powinno pomóc.
Obrócił się powoli, śledząc milczącego wampira wzrokiem, aż do momentu, w którym ten zatrzymał się przy fortepianie, docierając do swoich zapomnianych artefaktów. Najwidoczniej potrzebował papierosa, więc sprawa robiła się poważna; trochę jak z mafijnym Donem i jego cygar... a nie, to miękkie coś, co wampir wydobył ze zdezelowanego pudełka, na pewno nie było jego pierwotna zawartością. To zmieniło pogląd na tę śmieszną sytuację tak samo, jak powracający poważny, ale już nie zimny, a bardziej melancholijny ton. Tym razem to Smok, układając na nowo zmierzwione łuski, spoglądał na czarnowłosego łagodniej, słuchając go uważnie; mówił w końcu coś o marzeniach (a tego tematu nigdy jeszcze nie poruszali), otwierał się, więc naprawdę było o czym. Puchon skupiał zmęczony umysł na nowo poruszając jego trybikami i rozgrzewając wyłączone i odcięte przez ostatnie godziny zwoje tylko dla tego, żeby dowiedzieć się czegoś nowego. Otrzymać kolejną ciekawą stronę do wszycia w ich wspólną opowieść. Nawet jeśli ten spokojnie wywlekany na światło dzienne temat był zdaje się być jednym z cięższych w skali oceny Cola. Dlatego też czuł jak kilka pojedynczych mięśni pospinało się w dolnych partiach jego pleców, okolicach krzyża, kiedy Krukon napomknął coś o próbie samobójczej.
No tak, w końcu Colette musiał sobie raz na jakiś czas jebnięciem o ścianę przypomnieć, że jego wielkie problemy są jak ten kurz, który tu wirował. Naprawdę malutkie w skali światowej i czasem jego wkurwianie się było całkowicie niepotrzebne. Co dziwne, zwykle zlewał coś takiego i może raz dał w mordę, a tu wkurzył się o byle co nie na żarty i rękoczyny (jakiekolwiek by nie były) poszły w ruch. Wiadomo przecież kto się wkurza... ktoś, komu zależy. Aż nienaturalnie mocno.
Niemniej jego spojrzenie kapkę się zmieniło po dowiedzeniu się o próbie samobójczej. Jak? Czemu dokładnie? Kiedy? Tu w Hogwarcie czy wcześniej? Tyle nagłych pytań nacisnęło na jego usta od wewnętrznej strony i domagało warunkowego zwolnienia za dobre sprawowanie, że na moment aż nadymał policzki. Ale nie, przełknął je z powrotem do gardła decydując się nie przerywać – Sahir zdawał się dążyć do czegoś większego, bawiąc się czymś, czego Colette ze swojego aktualnego miejsca nie dostrzegał zbyt dokładnie. Dopiero po chwilowej przerwie w monologu, na to by mówca mógł rozmasować obolałe miejsce nieco poniżej mostka, Smok posłał u odrobinę skruszone spojrzenie i odsapnął robić ten maleńki, maleńki krok w jego stronę. Jak przy dziwacznym tańcu. Tańcu „nie-zasłużyłeś-gnomie-ale-i-tak-przycupnę-obok-ciebie”. Ten taniec miał bardzo trudny układ.
No i jeszcze parsknął przy wspomnieniu o „upierdliwym Smoku”; ten taniec miał kroki jeszcze trudniejsze i bardziej odpowiedzialne; dobierał ci w końcu tanecznego partnera na całe życie. Głupio się temu upierdliwcowi zaczęło robić; szurał żałośnie tymi buciorami po osyfionej podłodze, zerkał na rozmówcę w przerwach kiedy nie zerkał na ich czubki i starał się jakoś ogarnąć, żeby odpowiednio docenić wszystko, co Sahir teraz mówił. To było wielkie i kładło się odpowiedzialnością i słodkimi pocałunkami na kark i ramiona Puchona, sprawiając, że pojedyncze fale dreszczy przepływały przez jego plecy i szarpały ciałem. Teraz już nie mógł oderwać od Niego wzroku. Od jego twarzy, której spojrzenia jeszcze długa chwilę nie mógł uchwycić i od dłoni, które namaszczeniem i delikatnością traktowały bardzo zwiewny materiał, jaki miękko jak wyjątkowo cienka satyna układał się na palcach. Serce na moment nieprzyzwoicie mu zwolniło, chcąc chyba wyciszyć wszystko naokoło, nawet szum krwi, na rzecz najcichszego oddechu drugiego czarodzieja. Widział coś w tej chusteczce; coś delikatnie pobłyskiwało.
Mój Boże, chciał mu przerwać! Wmówić, ze nic się nie stało! Że wyszło nawet lepiej, bo przynajmniej Warp mógł pokazać, że nie zależy mu tylko na fizycznym zbliżeniu i nie powinien się martwić. Że to nie był materiał przez który powinno się ranić samego siebie, a śmiać tylko z poddenerwowanego Smoka, który nie miał gdzie wyrzucić nadmiaru emocji, jakie pierwotnie chciały innego ujścia i zaczął... trzepać płaszcz. Dobrze, że nie dywan. Albo coś jeszcze innego. Niemniej naprawdę już był o ćwierć-kroku od przerwania mu i wytłumaczenia się, ale wyciągnięto w jego stronę ten biały kwiat z delikatnego materiału. Śliczny, równy rąb chustki, jaka w kilku miejscach z prawdziwa gracją, przyozdobiła się grubszymi, łatwymi do wygładzenia zmarszczkami, kryła w sobie zwinięty... łańcuszek wraz z maleńkim wisiorkiem, na oko srebrnym. Colette nie rzucił się na niego z miejsca, żeby obadać ciekawsko tę specyficzną nawet jak na Sahira biżuterię, ale nagła istotna rola tego artefaktu uderzyła go tak mocno, że początkowo spoglądał na niego z przerażeniem, nie chcąc nawet na setną sekundy skazić go dotykiem, tylko dać mu spokojnie spoczywać w tym wdzięcznym opakowaniu. Ale ten relikt został mu podarowany. Tak po prostu. A chłopak zaniemówił; bąkał coś nieartykułowanego, spoglądając na Nailah'a, jakby chciał się upewnić, czy ten podejmuje decyzje w pełni świadom, ale głównie to zaniemówił. Ostrożnie wyciągnął ręce w kierunku drogiego łańcuszka i wysunął go wolno z jego ochronnej chustki, zawieszając ostrożnia na palcach tak, że płaski, prosty krzyżyk ułożył się wdzięcznie na wnętrzu jego dłoni. Całość była tak cholernie delikatna, że nawet teraz, w gasnącym już powoli świetle księżyca, pobłyskiwało ledwo, ledwo co. Łańcuszek tak cieniutki, że ledwie drgnienie mogło go przerwać.
Oczywiście, że nie był godzien, co za bzdurne myślenie, że kiedykolwiek byłby.
- Czemu... dzisiaj...? - znalazł walający się w okolicach butów język. - Było wspaniale, ale zawsze może być lepiej... Mógłbym się postarać jeszcze bardziej, za drugim razem, i trzecim! Jeśli być chciał...? - ...pójść ze mną na drugą randkę.
Spoglądał na niego, oddychając przez usta, z najcenniejszą rzeczą w życiu wampira z takim wyczuciem oplecioną między palcami, żeby od byle drgnienia nie stała jej się krzywda. Chyba nie wierzył... tak, to w kącikach oczu to chyba kompletne niedowierzanie, ale z drugiej strony nie chciał oddawać tego prezentu. Nie byłoby to ani grzeczne ani... nie, nie chciał go oddawać. Z miejsca był czymś tak cholernie ważnym, że pewna makabryczna myśl przemknęła mu przez głowę.
- To nie jest prezent pożegnalny, prawda...?
Czekał tak zastygły na odpowiedź; trwał w bezruchu kontrolując każdy najmniejszy ruch na mimice Sahira i kiedy odzyskał wreszcie przeczącą odpowiedź, nagle na jego jasną, wyprutą z energii twarz wróciło tyle kolorów, że wschód słońca był już niczym. Absolutnie niczym.
Wpadł bez opanowania na zapewne kompletnie na to nieprzygotowanego wampira, jak torpeda wystrzeliwując w stronę jego karku, żeby opleść mocno ramiona dookoła szyi i niebezpiecznie otrzeć się o granice podduszania. Co więcej nagle wymógł od niego niesamowitego refleksu, bo nawet niego nogi oplotły wie niżej, wokół paca czarnowłosego, chcąc się na nim uwiesić w pełnym tego słowa znaczeniu – z nienaturalnie gorącą czepliwością. Jeśli się wyrobił, świetnie. Jeśli nie, to właśnie wyłamali drzwi. A Colette pisnął i otarł policzkiem o blady policzek kochanka, nagle ujmując jego twarz w dłoń i wpijając w jego usta. Raz p oraz, serią krótkich ale gorących pocałunków jakie następowały zaraz po sobie, bez najmniejszej przerwy, a potem znowu wbił praktycznie twarz w jego ramia.
- Matko... Sahir, on jest taki piękny! Piękny! Widziałeś jak połyskiwał w srebrnym blasku, widziałeś?! - ekscytacja praktycznie go rozsadzała, kiedy przez ramie spoglądał na swoja dłoń, która owinięta złotym, cieniusieńkim łańcuszkiem, nadal dzielnie i wyjątkowo zwinnie pilnowała, żeby nie uległ uszkodzeniu. - Jest taki filigranowy.... i drobniutki, prawie nie da się odgadnąć przed dotykiem, że może być taki twardy, że to... srebro? ...piękny. Co najmniej tak jak... - zaśmiał się cicho pod nosem, wolną ręką zadrapując pieszczotliwie kark Krukona. - Haaa..... Ty.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sahir Nailah
avatar


avatar
VI rok

PisanieTemat: Re: Wrzeszcząca Chata   Sro Kwi 01, 2015 8:06 pm

Cudowne przemowy, górnolotne słowa – jesteś w tym dobry – kolejny element, z którego zdajesz sobie sprawę – pewnie gdybyś chciał mógłbyś stać się bożyszczem szkoły, posyłając te delikatne, dyskretne uśmiechy, jaki posłałeś Colettowi, kiedy tylko sięgnął po podarek – taki enigmatyczny, taki odległy jak księżyc na niebie, a jednocześnie mówiący tym swoim spokojnym tonem, tym mrukliwym, melodyjnym głosem, posiadającym delikatną chrypkę – zwykło się mówić, że symbol tych, co za dużo piją, tak zwany "przepity głos", heh... coś chyba w tym musi być, bo takiego szukać tylko wśród tych zbuntowanych, którzy mieli na pieńku z całą rzeczywistością, a przynajmniej jej częścią w postaci społeczeństwa, które aby znieść, musieli chlać, by się znieczulać i móc potem wylewać swe złośliwości cynizmy, no ale nieistotne, przecież tu teraz nie o tym... Tak więc: przechadzałby się swoim gładkim, bezszelestnym krokiem po korytarzach, posyłał takie uśmiechy do panienek, które otumanione wzdychałyby i niczym w cudacznych komediach kolana by się pod nimi uginały, gdyby tylko zebrały spojrzenie nienaturalnej otchłani... Tak czy siak to tylko gdybanie, a tego typu spojrzenie i uśmiech zarezerwowany był jedynie dla Coletta, tak jak i miejsce w jego umyśle, które przejął – nawet udało mu się przekonać tą część jego najbardziej pralitycznej strony, że nie zniknie jak każdy inny! Toć to był największy szok i największy postęp, jaki można było sobie wyobrazić – główna blokada była niemal całkowicie złamana, dlatego też pozwalała iść dalej – bez tego nie było to możliwe... dlatego też nikt nie zbliżył się do Nailaha do tej pory.
- Oczywiście, że bym chciał. - Odparłeś spokojnie, zamykając powieki w tym uśmiechu na drobną, nic nie znaczącą chwilę, kiedy ten odbierał coś, co chciałeś mu podarować – byłeś przekonany, że osoba, po której to miałeś, chciałaby, żeby trafiła w ręce kogoś, kto do ciebie wreszcie dotarł... Oby jej dusza spoczywała w miękkim, przystępnym Niebie.
Nie martw się, Iz. Wygląda na to, że już nie zostanę sam.
Jednak drugie pytanie... naprawdę przez długi czas, zatrważająco wręcz drugi, nie odpowiadałeś. Patrzyłeś. Jedyną czynnością, jaką wykonywałeś, było spoglądanie prosto w zwierciadła duszy Coletta, widząc rodzący się weń niepokój i strach, który nasycał cię całą swą perwersyjną przyjemnością – to był o wiele lepszy dowód na to, że mu zależy i że chce, niż wszystkie zapewnienia wielkiej treści typu "lubię cię", nie mówiąc nawet o tych na "k", które były dla ciebie bezwartościowo puste – wiecie, jakie dla kogoś, kto potrafi z takim kunsztem kuć słowa, mają one znaczenie? Gówniane. Nauczył się, jak łatwo jest kłamać i dać się oszukiwać, nauczył się, jak bardzo płytkie i ulotne są ludzkie uczucia, choć sam był przecież człowiekiem – czuł się jak odmienny twór włożony na tą planetę, jak Anioł, którego wypędzono z Nieba, ponieważ przynosił tam zbyt wiele nieszczęść – nie pasujący ani w górze, ani na dole, przez swe pierzyste, czarne skrzydła, ani tutaj, po środku, nijak nie mogąc dopasować się do śmiertelnych istot, którym poświęcał tyle swego czasu na badanie ich zachowań i zbieranie całym wielkich ksiąg o psychologii i typach osobowości, by nie musieć potem tracić czasu na "bycie zaskakiwanym"... Ach, to jest słodkie – czujesz znowu tą samą siłę, co dawniej, nie ten cały bullshit, jaki wytworzyła twoja psychika po szoku, jaki doświadczyłeś, uświadamiając sobie, że nie udało ci się zabić. Jak bardzo żałosnym trzeba być, żeby nawet nie móc się zabić? Najwyraźniej Bóg miał tutaj jeszcze dla ciebie wyższy plan – albo raczej ten diabeł, z którym podpisałeś pakt, zaprzedając część swej duszy, by jakkolwiek tutaj przetrwać, szukając dla siebie tego skrawka kolorowego raju, jaki wreszcie znalazłeś przy Smoku – czułeś się naprawdę spełniony... Nie pozostało już nic do zrobienia. Dlatego właśnie miałeś tak gruntowną filozofię dotyczącą marzeń. One nie powinny się spełniać. Nie dla takich, jak Ty. Tylko że po śmierci Nightraya wszystko się zmieniło, prawda? Przestałeś myśleć o śmierci, o samym sobie, o ludziach wokół... Przestałeś MYŚLEĆ. Dziwny był ten marazm, ale wiedziałeś, że do niego wrócisz, kiedy tylko dzisiejszy dzień przeminie – ta trzeźwość umysłu i jego dogłębna możliwość analityczna nie mogła utrzymać się zbyt długo, bo nie byłeś na tyle silny, jak i ten Smok nie był w stanie dostarczyć ci tyle siły. Nikt nie był w stanie. Tak sobie pomyślałeś, że rzeczywiście mógłbyś być normalnym chłopakiem, żyć sobie z dala od Bazyliszka, od Śmierciożerców i całej tej śmiesznej wojny, może nawet odczuwałbyś realny strach, zamiast ze znudzeniem czekać, aż coś znowu pierdolnie, inaczej, bez odpowiedniej dozy adrenaliny, zaczynałeś usychać z pierdolonych nudów. Dasza miała racje – ty się już nie nadajesz na normalne życie. Myśl o tym, żeby mieć zespół, grać? Śmieszne – przecież nigdy nawet nie brałeś tego na poważnie, ba! - ty nawet nie brałeś na poważnie dożycia osiemnastu lat. I nadal tego na poważnie nie bierzesz. Możesz zginąć jutro, pojutrze, albo trafić do Azkabanu za parę dni.
- Głupek. - Uśmiechnąłeś się krytycznie, kręcąc głową – cofnąłeś rękę, by wsunąć spowrotem serwetkę do pudełka po fajkach, tym samym komentując jego pytanie przeżarte taką ilością nieodpowiedniego całkowicie strachu. Czułeś się, jakbyś go okłamywał... zapewne przez tą niepewność jutra z uwagi na to, co się szykowało i wisiało w powietrzu, czekając tylko na ostateczną iskrę. Wystarczył maleńki zapłon... - Jasne, że nie pożegnalny. - Jednak cały ten dzień chciałeś mu powiedzieć, by uważał w najbliższe dni, by trzymał się dormitorium, jeśli usłyszy pogłoski o walce... byłbyś w stanie go ochronić w gorączce krwi? Pewnie sam byś go zaatakował – Bestia nie patrzyła na to, czy ktoś jest przyjacielem czy wrogiem jej 'normalniejszej' połówki, ona łaknęła tylko jednego: krwi. Krwi i zgliszczy, a trup im gęściej się ściele, tym lepiej.
I fakt... nie spodziewałeś się następnego ataku.
Mistrzu Colette, teach me how to fight!
Wampir rozszerzył w szoku oczy i cofnął jedną nogę dla zachowania równowagi, ale i tak postąpił o krok w tył, gdy dodatkowo musiał się pochylić w tył i pacnął plecami o drzwi, ale na szczęście zdołły utrzymać ich ciężar chyba tylko dlatego, że czarnowłosy nie przelał go całego na ten nieszczęsny, drewniany twór, który miał się doskonale – dopóki pewien Krukon i Puchon nie postanowili sobie tutaj pobaraszkować, cholibka... Oplotłeś go rękoma, automatycznie próbując go podciągnąć w górę, bo kiedy zsuwał się w dół, całkowicie zawieszając swoje ciało na twoim karku, robiło się bardzo nieprzyjemnie i zaczynałeś z nadmiernym skutkiem odczuwać przyciąganie ziemskie – hańba ci, grawitacjo, czy nie rozumiesz, że ciężar Sahir plus Colette nie powinien się równać plus 100 kilogramów, tylko nadal tak, jakby był jeden Sahir? Doprawdy! Matka Ziemia niby taka mądra, a takie głupotki wciąż odwala, eh... dziwić się, że potem młodzi zaczynają wątpić w starszych i podważać ich mądrości, no?!
- Ej... no... ale... - Z twojego gardła wydobywały się tylko jakieś urywki nieartykułowanych dźwięków w przerwach między pocałunkami, kiedy wciąż zszokowany wpatrywałeś się w twarz Coletta, próbując nadążyć za tym wybuchem radośni, który zwalił cię z nóg (na szczęście tych mentalnych, nie fizycznych), kompletnie odbierając pałeczkę kontroli nad sytuacją – ZNOWU! Smok znowu to zrobił – uwielbiałeś tą jego nieprzewidywalność, która co kroku cię zaskakiwała, bo nie miałeś pojęcia, co zaraz może temu szajbusowi do łba zaraz strzelić – o, tak jak teraz właśnie... - Ałaaaaa..! - Odsunąłeś głowę, kiedy łapa Puchona z iwsiorkiem świsnęła ci po twarzy, parząc skórę w stopniu niezauważalnym przy tak minimalnym, chwilowym kontakcie. - Moi wrogowie mają raczej odmienne zdanie o mojej filigranowości... - Mruknąłeś, marszcząc brwi i bezczelnie pochyliłeś się w przód, puszczając go, by spadł na ziemię – a raczej stanął na własnych nogach – bolały cię ręce od przytrzymywania go i zaczynały sztywnieć mięśnie. - Twój natłok radości mnie przytłacza. - Zamrugałeś z wrażenia, opadając łopatkami spowrotem na drzwi, by dłonią przejechać po swoim czole i zatrzymać się tam po obtarciu warg, które znowu zostały zmolestowane, ale mimo komentarza uśmiechnąłeś się z rozbawieniem.
Widzisz go, Iz? Widzisz, jak się cieszy, Księżniczko? Zaopiekuj się nim dla mnie, kiedy nie będę w pobliżu, dobrze?
- Doprawdy, wprawiasz mnie w zakłopotanie, Colette... To niegrzeczne. - Zaśmiałeś się.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Colette Warp


VI rok

PisanieTemat: Re: Wrzeszcząca Chata   Sro Kwi 01, 2015 8:07 pm

Owszem mógłby odmówić, powiedzieć, że nie przyjmie czegoś tak istotnego. Na Boga, znali się w końcu ledwie parę tygodni, a Sahir dał mu w te niezgrabne łapska najprawdopodobniej najcenniejszą rzecz, jaką posiadał. Ba, chyba jednak najcenniejszą, bo nawet sam to zaznaczył... po preludium o poczuciu bezwartościowości swojego życia podarował gadzinie coś wielce, wielce wartościowego i do tej pory chyba nadającego mu jakiś sens. To było bardzo niebezpieczne. A może jednak nie...? Może ten znerwicowany Smok lgnął swoim ogromnym cielskiem pod miękkie łapy i mimo iż nie mógł mu się odwdzięczyć stricte tym samym (nie miał w końcu w życiu tak cennego przedmiotu), to chciał całym sobą, każdą miodową łuską pokazać, że jest wdzięczny i zachwycony.
I skoczny jak jebana pchła.
Niezależnie od tego jak mocno upodobniał się podobnymi stwierdzeniami do psychofanki, to nie zamierzał nigdy zostawiać go samego. Sam zresztą nie chciał już więcej spotykać się z podobnymi sytuacjami jak te pełne napięcia dwie godziny, które mu sprezentowano. Albo pełne napięcia siedemnaście lat, jakie sprezentowano Sahirowi. Pełne burz i strachu, niepewności i beznadziejności dłuższego ciągnięcia tego koszmaru – ale już okej, już jest dobrze, oboje byli cholernie daleko od sztormu dnia dzisiejszego. Czarny Kocur wrócił, odpędził cienie, a jego własna łajba – zniszczona, z poszarpanymi żaglami i złamanym masztem, bez wioseł i steru, zbliżyła się do dziwnej, barwnej przystani, która przytrzymała ją tam i zaczęła nastawiać z powrotem połamane deski. Statek nigdy nie wróci do dobrego stanu, ale można było wygładzić choć trochę jego nierówności, nie odbierając jej ostrego, pirackiego charakteru i pozwolić chwilę tak długą jak będzie chciała, odpocząć na spokojnych wodach.
Chociaż „odpocząć” to nadal kwestia względna ze smoczym furiatem, który nie panował nad emocjami i tańczył sobie pomiędzy potrzebą gwałtu na bezbronnym wampirze, potrzebą powalenia go sobą na ziemię i wyfroterowania podłogi przez turlanie, potrzebą soczystego obicia mu twarzy i potrzebą zajęcia z nim miejsca w kacie i patrzenia na horyzont. Nie było racji, wschód słońca niczego teraz nie zmieni, zabrnęli za daleko i nawet jeśli dalej ich charaktery będą się ze sobą zderzać z taką samą siłą, to punkt, z którego będą od nowa ruszać będzie właśnie tutaj, a nie jak jeszcze dzień temu: w cholerę daleko z tyłu.
Chyba zaczął lubić całowanie wampira w taki sposób, zwłaszcza, kiedy czarnowłosy próbował coś powiedzieć i w ostateczności, całkowicie zatkany, ledwie mruczał niezrozumiale. Dzielnie przyjmował wszystko na klatę, wraz z samym Smokiem, jaki uczepił się go jak rzep i nie odkleił nawet wtedy, kiedy przez ułamek sekundy wyrządził kochankowi niejaką krzywdę. A odnośnie tego... czy on naprawdę usłyszał syknięcie? Zupełnie jakby trzymał w dłoni maleńki, rozżarzony węgielek i musnął nim skórę partnera...? Aż tak mocno to działało...?
- No coś tyy...? - za-chichrał się pod nosem, zsuwając przez działania Sahira coraz bardziej i w końcu lądując lekkim uderzeniem na nogach. Siła z jaką dociskał jednak rozmówcę do granic spokojnej rzeczywistości, nie zmniejszyła się nawet o jednostkę, praktycznie sypał iskry na wszystkie strony, a te biegały po podłodze jak złote koraliki, nie podpalając, a pieszcząc wszystko wygasającym blaskiem. - Przecież taka z ciebie kruszyna. - uśmiechał się szeroko, przestępując pół kroku w tył, następnie niezdecydowanie pół kroku w przód, znowu wlepiając wzrok w swój ogromny, opatrzony ciężarem odpowiedzialności, prezent. Znowu nie potrafił się zachować i wybrać jednej ścieżki zachowania, znowu tym razem jego maszyna ruszała z kopyta i przeciążała się, ale nie chyliła ku upadkowi, jej wirujące trybiki praktycznie rozchlapywały naokoło miodowy smar, jaki ułatwiał jej pracę.
Więźniowie swoich cel, po bardzo długiej przepychance leżeli w końcu zmęczeni i dyszący w swoich ramionach na zimnej, brudnej posadzce i czekali na nieuniknione przybycie klawisza. Mieli jeszcze około pół wieczności dla siebie. Tak samo Colette oddychał teraz głośno, znowu pieszcząc palcami lśniącą fakturę krzyżyka i... i zaśmiał się znowu, prawie roztkliwiony odbita przez Sahira piłeczką. Potrzebował jego bliskości, więc na powrót, łagodnie, prawie zwierzęco otarł policzkiem o jego obojczyk, przytrzymując dłoń oplecioną srebrnym łańcuszkiem przy mostku, z dala od odsłoniętych fragmentów skóry wampira.
- Nic nie wiesz Sahirze (Snow xD – dop. aut.) - wymruczał. - Mówiłem już, że będę to robił i robił i robił, aż twoje policzki nie pokryją się aż po uszy wypiekami o barwie dojrzałego pomidora. W końcu wiosna idzie... A jestem takiej reakcji coraz bliżej. - zerknął nań sprytnie zza oprawek ciemnych okularów i zza burzy kasztanowej czupryny. I obrócił się szybko plecami do niego, wtulając łopatki w jego tors tka, by oboje stali przodem do okna. - Do kogo... no wiesz, wcześniej należał? Do ciebie? - zagaił już odrobinę spokojniej, niejako rozwijając biżuterię na długość palców dwóch dłoni, by leżała na nich swobodnie i połyskiwała, jak to miała w zwyczaju.
Proszę jaki się z miejsca zrobił potulny, jaki zachwycony, jaki ściągnięty tu delikatnym, enigmatycznym blaskiem srebra, tuż po wyrzuceniu całego złota i diamentów ze swojej kryjówki. Ta rzecz emanowała w końcu dla niego naprawdę dużą siłą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sahir Nailah
avatar


avatar
VI rok

PisanieTemat: Re: Wrzeszcząca Chata   Sro Kwi 01, 2015 8:07 pm

Dziwne uczucie zdziwienia ogarniało cię całego, dziwne uczucie niezrozumienia tego, jak można wybuchnąć takim szczęściem z powodu jednego przedmiotu, wszak na dodatek to nadal prezent materialny, więc – da się? Dla Ciebie znaczył wiele, wiązał z nim twoją duszę i przyciągał do siebie – nigdy go nawet nie nosiłeś z obawy, że coś się mu może przydarzyć, jeszcze zanim zostałeś wampirem i mogłeś tylko się weń wpatrywać – wtedy już o noszeniu nie było najmniejszej mowy, nawet przy sobie, w bezpiecznej kieszeni – musiał siedzieć bezpiecznie owinięty w miejscu, gdzie żadnemu złodziejowi by nie przyszło do głowy szukać, a stara paczka po fajkach wydawała się na to wręcz stworzona. W każdym razie – nie potrafiłeś ogarnąć tej szerokiej gamy radości, która fajerwerkami ci rozbłysnęła przed oczami, sprawiając ogromną radość, że... że tak mu się podobało. Nawet jeśli nie potrafiłeś zrozumieć, jakim cudem, jakim sposobem, dlaczego, po co, jak i tak dalej, i tak dalej (naprawdę potrafił zadawać upierliwie wiele pytań, zwłaszcza samemu sobie, co łatwo zauważyć), to miłym było, że go przyjął, że... no że właśnie okazał te emocje i to w jakim stylu! Czułeś się tak, jakbyś to ty dostał prezent, a nie on – a jeszcze przed chwilą był taki wściekły, no..! Nadążenie za Smokiem dla flegmatyka z natury było dość ambitnym zadaniem, tym nie mniej zamierzałeś za nim gonić nawet kiedy będzie sięgał samych gwiazd, a ty będziesz się zajmował utwardzaniem gruntu i przygotowywaniem miejsca, w którym mógłby wylądować, kiedy z nieboskłonu wróci. Wydawało ci się to bardzo przyjemnym zajęciem, w którym oczekiwanie nie było usłane nieprzyjemnie dobijającym pytaniem, czy w ogóle dana osoba wróci... Taka... cudownie ironiczna zmiana. Kawałek tego szczęścia. Maleńka ociupinka... Ach, jeszcze, jeszcze..! Chciało się nią zachłysnąć, połknąć w całości jak dobrą tabletkę..!
- Nie. - Odparłeś, opierając podbródek o czuprynę Smoka, by również wzrok skierować na okno. - Należał do mojego maleńkiego Anioła Stróża, która była dla mnie jak siostra. - Nosiła czerwoną kokardę i miała złote loki, z tymi jaśniutkimi oczętami wyglądała naprawdę jak księżniczka, albo jak biegający promyczek światła, zawsze roześmiana, zawsze patrząca na ciebie z zapartym tchem – uwielbiałeś ją... I bardzo chciałeś ją zabrać z tamtego przeklętego miejsca. - Nazywała się Izabella i była jak prawdziwa księżniczka. - Uśmiechnąłeś się półgębkiem na jej wspomnienie – zdecydowanie nadawałaby się nawet na królową, gdyby tylko dać jej szansę... Cóż, ma ją teraz w o wiele lepszym miejscu, więc nie zamierzałeś narzekać, oddana Bogu, przy którym przynajmniej wiedziałeś, że jest bezpieczna. Czułeś się winny jej śmierci. Przez długi czas mówiłeś do samego siebie, że gdybyś stamtąd nie uciekł, to może udałoby ci się ją ochronić... jednak takie gadanie niczego nie zmieniało, a tylko wszystko pogarszało – trzeba było się z tym pogodzić, jak ze wszystkim innym i pozostawić sobie dobre wspomnienia jej kruchego bytu na brutalnym świecie. Nie zamierzałeś zaprzeczać swojej kruchości, o którą oskarżył Cię Smok, ponieważ była to niezaprzeczalnie prawda – mimo żelaznej psychiki, jak to parę osób ci już powiedziało, mimo bycia tarenm, który był w stanie zniszczyć wszystko, co stało mu na drodze, gdy już obrał sobie konkretny cel, bardzo łatwo było naruszyć twoje jestestwo na co dzień, nawet gdy doskonale to ukrywałeś.
Zaś teraz?
Co teraz się dzieje?
Trwa przy Tobie, a Ty nadal masz jedną z masek, które nie dopuszczają, które nie przyzwalają, które zadowalają świat i samego ciebie, dopóki zbyt uważnie im się nie przypatrywałeś – były mglistą otoczką iluzji, o której naczytałeś się wystarczająco wiele, by wiedzieć, jak przerażającą ma moc sprawczą – w jednej chwili potrafi zrobić z czarodzieja wrak, chociaż nie wpływała w żaden sposób na świat realny, czyż nie? Co robiły zaś z tobą? Heh, to nie było ważne – ważne było to, że Smok się uśmiechał, śmiał wręcz, ważne było to, jakie cząsteczki go otaczały, wyzwalając radość, która rozkwitała w nim niczym zdrowy kwiat, a Ty, mimo tej naiwnej wiary, że zrozumie, że jest inny, niż wszyscy pozostali, choćby przez to, jak na Ciebie spoglądał, a w jego wzroku potrafiłeś wyczytać bardzo wiele, nie miałeś na tyle wiele samego siebie w sobie, by móc się przed nim obnarzyć. By zaryzykować, że pojmie to wszystko w najpłytszym, ludzkim poziomie, którego nie potrzebowałeś. Nie chciałeś samego przyjmowania faktów. Chciałeś kogoś, kto pojmie, dlaczego twoja dusza jest tak podarta, a serce wyrzucone do oceanu i przeznaczone na pożarcie rekinom... Nie, przepraszam, nie "KOGOŚ". Chciałeś JEGO w czystej postaci.
Czy świat uświęci ciszę między wami..?
- Wiesz, dlaczego nie ma nikogo, kto by przy mnie trwał, Colette..? - Zapytałeś, pochylając głowę ku jego ramieniu, by ustami znaleźć się na poziomie jego uszu. Niech wie. Niech usłyszy. Niech zda sobie sprawę, z kim się zdaje, niech wie, że przydomek Czarnego Kota nie jest przypadkowy, że to nie ty samego siebie tak nazwałeś, pewnie nawet nie wpadłbyś na ten tytuł, choć był tak adekwatny do wszystkich porażek, które osiągnąłeś – bo osiągnąłeś tylko porażki, co do tego nie mam żadnych wątpliwości; nawet jeśli komukolwiek pomogłeś, to było tak, jak w tym, o czym rozmawialiście z Alexandrą: chwilowe podniesienie się, by zaraz jeszcze mocniej runąć na nogi, lub by stanąć na nich pewnie dopiero wtedy, kiedy straciło się ich z oczu. Nie chciałeś dla Alex takiego losu. Była delikatna: o wiele bardziej niż Colette, więc nadal chciałeś ją ochronić, nawet jeśli zawierało to konieczność bycia tym złym. - Przydomek Czarnego Kota przylgnął do mnie już w sierocińcu od opiekunek... - Zrobił pauzę, mówiąc o tym lekko, przynajmniej tak się mogło wydawać słuchając jego spokojnego głosu. - ... ponieważ wszyscy, z którymi kiedyś się zaprzyjaźniłem, umarli.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Colette Warp


VI rok

PisanieTemat: Re: Wrzeszcząca Chata   Sro Kwi 01, 2015 8:09 pm

W przypadku Colette, jakkolwiek nie byłby delikatny, noszenie tak wartościowej rzeczy na co dzień absolutnie nie wchodziło w grę. Nie bez powodu nie miał na sobie nic innego poza nieśmiertelnymi rzemykami – wszystko albo gubił, albo psuł. Żył w końcu w ciągłym pędzie, co jakiś czas potrafił wpartolić się w odpalanie głupiego kawału, albo zawalczenie o najbardziej idiotyczny wpis w kartotece Filcha, albo z kolei potłuc się z kimś. Żadna z tych sytuacji nie wróżyła dobrze delikatnemu, srebrnemu łańcuszkowi. Dlatego też Tomiczny znowu przygryzał nerwowo wargę przemycając przez głowę myśl dotyczącą tego, co on właściwie powinien zrobić z tym prezentem. Sahir oczekiwał, że będzie go nosić...? Nie mógł. Powinien trzymać go w ukryciu? W dormitorium? Czy miał skrytkę wystarczająco dobrą na tak cenne bibeloty? Nie... na jeden, cenny bibelot? Znowu nie mógł się powstrzymać od przesunięcia delikatnego krzyżyka po swoim śródręczu. Jak mógłby nie cieszyć się z takiego prezentu, do cholery?! Był tak rozemocjonowany, że mógłby się na powrót zezłościć na widok tego zdziwienia. Nigdy w końcu nie dostał od nikogo tak cennego prezentu, zwłaszcza od osoby tak mu bliskiej.
Sahir reprezentował sobą bliskość znacznie inną niż rodzina czy też kumple, już oboje przeskoczyli tę cieniutka granice przyjaźni i trafili w coś... czego żaden z nich nie chciał na głos zdefiniować. To słowo, czy też dwa mogło spowodować nieodwracalne zmiany i zamiast być mięciutkim dywanem, który odkryje im ścieżkę i nałoży na raniące stopy chwasty, będzie bardziej jak pocisk, który fartem przestrzeli ich obu. Mogło ich bezpowrotnie aż za mocno do siebie przywiązać, lepsza była sytuacja, w której definicja ich zażyłości była płynna, to w końcu ich świat – mogli robić co tylko chcieli. I bez tego mówi się, że tylko wrogowie byli wobec siebie szczerzy; przyjaciele i kochankowie wiecznie kłamali pochwyceni w pajęczynę powinności. Jakby na to nie spojrzeć Colette i Sahir tez nie byli wobec siebie do końca szczerzy; nie stawali przed sobą nadzy i pozbawieni barier – bariery zawsze były i będą, mogło być ich po prostu mniej... na przykład teraz wampir mógłby przestać dbać o to, by maska nie zsunęła mu się z twarzy i zmęczony zasnąć z bezpiecznych objęciach. Nikt, a już zwłaszcza Puchon, nie zamierzał mieć mu za złe zmęczenia. Dzisiejszy dzień wyssał ich stokrotnie mocniej niż jakiekolwiek inne spotkanie, kosztem zmian, jakie przyniósł; to była równa wymiana – zyskali w końcu siebie nawzajem - w przyrodzie nic nie ginęło.
Uśmiechnął się niejako czując ciężar na czubku głowy, niech go... cholerny drągal.
Faktycznie ozdoba pasowała bardziej do dziewczynki, była zbyt delikatna nawet dla małego chłopca. Krzyżyk był stworzony do leżenia dumnie na jasnej i miękkiej skórze, która cieszyła oczy przyjemnie zarysowanymi kośćmi obojczyków i współgrania z bransoletkami, pierścionkami i wypielęgnowanymi paznokciami. Pasowała do kobiety. Dlatego Colette sadził, że usłyszy opowieść o pierwszej ukochanej czarnowłosego, która nieprzyjemnie zaigrałby mu na ściśniętej przeponie, a nie o... siostrze. Quasi-siostrze, którą na tym ziemskim padole Sahir wybrał sobie z własnej woli a nie poprzez krew. To była jedna z tych chwil, kiedy nie musiał spoglądać na tę przystojną twarz, ani doszukiwać emocji w ciemnych jak dno studni oczach, żeby czuć tę pasje na palcach przechadzającą się po tonie jego głosu. Teraz ta pasja przybrała się w kremową, zachwycającą sukienkę i kręciła wdzięczne piruety, które pod zamkniętymi powiekami Smoka malowały na twarzy Krukona czysty zachwyt. Łagodziły jego spojrzenie, podtrzymywały na niewidzialnych haczykach kąciki jego ust choć odrobinę wyżej niż zazwyczaj. Warp nie musiał tego widzieć, żeby wiedzieć i żeby zadrżeć delikatnie od mocy tych cicho szeptanych słów.
Księżniczka Izabella... To jej... to kroki jej maleńkich bucików widział najdłużej, kiedy przechadzał się ciemnym lasem. Kiedy znikły wszystkie inne, zadeptujące ją odciski, przez naprawdę długie kilometry widział tylko delikatny ślad niziutkich obcasików stawianych tak, jakby jego właścicielka zamiast spokojnie iść, podskakiwała trącając delikatnymi rączkami wystające liście paprotek i drobne gałązki młodych drzew. Ale i one w końcu zniknęły. Koniec jej podróżny był więc bardzo jasny, nie potrzebował głupich, upewniających się pytań, które zamiast być miodem, były pazurem chwytającym za dusze i nadrywającym ją bez potrzeby. Colette nie był w końcu głupi.
- I nadal... jesteś skłonny mi go tak po prostu oddać? - wybrał jednak takie pytanie, zamykając delikatną ozdobę w pąku dłoni. - Oddajesz mi kogoś, kto pilnował cię, kiedy ja dopiero cie szukałem.
Kto będzie pilnował nierozważnego, czarnowłosego chłopca, kiedy Smok nie będzie sięgał dwukolorowymi ślepiami do jego kryjówek? Ale to non-sens, to był tylko wisiorek, księżniczka została wiecznie młoda przy swoim braciszku – cóż za śmieszny zbieg okoliczności... obojgu z tych dziwnych czarodziejów pilnowało ich rodzeństwo, które zadusiło się życiem i postanowiło być stróżami na zupełnie innym poziomie. Na tym, na którym obserwowało z ukrycia i podtrzymało w górze zmęczoną głowę i nie pozwalało drżącym kolanom ugiąć pod ciężarem barków – spoglądając na to, trzeb przyznać, że księżniczka była bardzo, bardzo silna w tej ochronie, ale była tylko małą dziewczynką. Potrzebowała pomocy ogromnego Smoka, który umacniał się coraz bardziej, by przyjąć na siebie najgorszy ciężar i ostać u boku Czarnego Kota najdłużej jak się tylko da. I już. Był. Znalazł się. Szczęśliwy i wypełniony energią, którą zamierzał umacniać i sprzedawać z nawiązką na swoim posterunku; kłaść własne dłonie na drobniutkich, dziewczęcych rączkach i przytrzymywać niezmiennie tę – naprawdę – kruchą istotę w pionie.
Nie wiedział czy wszystko zrozumie, czy pojmie, czy przyjmie tak łatwo jak powinien, czy go ta prawda nie przerośnie. Młody był w końcu... Sahir mógł udawać starszego ku śmiechowi innych, ale... w tym szaleństwie miał racje. Dojrzałość nie pochodziła z lat, ale z doświadczenia, Trzeba samemu chcieć dorosnąć, wiek nie zrobi tego za nikogo. Nailah więc bardzo szybko dorósł, doświadczeniem mogąc konkurować z niektórymi nauczycielami i słusznie sądził, że nagłe zalanie Colette pewnymi faktami sprawi, że się po prostu udławi - owszem nie ucieknie, o to nie było łatwo, ale moment, w jakim będzie odkaszliwał i wypluwał słoną wodę, starając się wreszcie złapać nie raniący przełyku oddech, można by mierzyć w latach. Dlatego trzeba było powoli. Wszystko powoli.
Mieli w końcu czas, prawda?
Mieli czas dla siebie i Colette mógł z pasją odkrywać coś nowego, nawet jeśli okupione to było łykiem słonej wody, to zawsze łyk, a nie wodospad. A chciał wiedzieć coraz więcej, chciał znowu słyszeć tę pasję w głosie kochanka, który mówił o starych, dobrych czasach, o pewnych pozytywnych aspektach jego życia, których nie jest w stanie się wyprzeć w całym koszmarze egzystencji.
Z ust Cola wydostał się urwany, szybszy oddech, a ciałem targnął dreszcz, kiedy usłyszał szept tuż przy uchu. Aż włoski na karki rękach postawały mu dęba. Bardzo to lubił i bardzo nie lubił jednocześnie – to było jak branie go z zaskoczenia, bardzo ekscytującego fizycznie zaskoczenia. Nie odskoczył jednak, tylko na moment na milimetry oderwał się od torsu wampira i dopiero po chwili wrócił na miejsce.
- Nie... - to było pytanie retoryczne, wiedział, ale ta mała, nieprzemyślana pieszczota zdominowała go i odmóżdżyła na kilka cennych sekund, żeby dogłębnie zrozumieć naturę początków tej wypowiedzi. Chciał wiedzieć, chciał usłyszeć, czemu nie ma żadnych kumpli, skoro jeśli chciał, to potrafił być (na prawdę potrafił!) całkiem czarujący i skłonny do wielkich poświeceń. Przecież to nie było możliwe, żeby NIKT w tej szkole nie był tak wytrwały jak Colette. Po prostu nie było. Tak samo jak po prostu straszne był oto, co powiedział wampir pod koniec. Już w sierocińcu...? Nawet małe dzieciaki? Nawet... Iz...?
To stad brały się wszystkie kwestie odnośnie pecha, jakiego ściągał wampir. Dlatego się separował... Bo nie zwiastował upadków, złamań, skręceń i nienawiści, tylko śmierć w najczystszej postaci. Taką, jaka zatruła wszystko wokół i mimo przyjemnego w dotyku chłodu, pobierała za muśniecie dłoni niewypłycaną cenę.
- Zatem ja tez umrę. - otworzył w końcu oczy. - Oh, umrę na pewno. A wtedy wysuniesz ten łańcuszek z mojej dłoni i zabierzesz z powrotem ze sobą, bo zbyt piękny jest, aby spoczął metry pod ziemią. - odwrócił nieznacznie głowę przypadkiem ocierając się policzkiem o policzek drugiego ucznia. - Umrę, Sahir. Ale przedtem obiecuje ci dziesiątki tysięcy wspólnych wschodów słońca. Dziesiątki tysięcy kaców po tak niemożliwie zapitych nocach, że zawstydzimy naród rosyjski. Dziesiątki tysięcy razy nie będziemy mieli czym zapłacić w pubach, będziemy spieprzać przed prawem i wymyślać niepoprawne sposoby na nudę. - uśmiechał się łagodnie i zrównał niewidzące spojrzenie z Szarym Glutem, który z pasją łapał kurz. - I obiecuje ci co najmniej 73 pluszaki. Rok w rok. Aż twoja sypialnia nie zacznie przypominać pokoju ofiarowanego małej księżniczce. Mała stanowczo za długo nie miała zabawek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sahir Nailah
avatar


avatar
VI rok

PisanieTemat: Re: Wrzeszcząca Chata   Sro Kwi 01, 2015 8:10 pm

- Taaak... Tak po prostu ci go oddaje. Niech cię chroni i wiedzie przez noc, jeśli ja nie będę w stanie.
Gdybym był Aniołem i schował się w twojej kieszeni – pozwoliłbyś mi? Może wplótłbyś mnie w jeden z tych rzemieni, które rysowały się cienkimi kreskami na twej gardzieli, zranionej parą kłów po lewej stronie, czy też wetknąłbyś mnie w pudełeczko, piękne i cenne i odstawił na parapet, by codziennie móc nań zerkać? Nie wyrzuciłbyś mnie na śmietnik, prawda?
A gdybym był twym Stróżem i stał wiecznie za twym ramieniem – pozwoliłbyś mi? Zastanawiam się, czy nie byłoby lepszego, kto powiódłby twe tajemnice do grobu, gdy przyszłoby mu skoczyć w przód i ochronić twoją pierś, przeznaczoną dla niej kulę porywając dla siebie. Musiałbyś we mnie wątpić. Nic dziwnego, bo nasza linia wzajemnego zaufania jest bardzo cienka: chcąc nie chcemy i nie chcąc chcemy, bliscy i nieodlegli w swych snach, a tak rozsuwający się między murami, jakie dzieliły nasze światy, kiedy podchodziliśmy do siebie na jawie. Masz rację, że nigdy nie może dojść do fuzji obu światów – musiałbym chodzić po suficie, choć może to prędzej tobie przypadłaby ta droga, jesteś wszak Smokiem, Smoki stworzone są do wznoszenia się pod nieboskłon, a ja, no właśnie, tak bym czekał na lądowanie, lub może dawno bym poszedł przed siebie, wyuczony umierania wewnętrznego i ukrywania strachu, nawet kiedy płonąłem, a czerń zamieniała się w barwy, których tak długo szukałem. Miałbym więc nie być Stróżem? Będę nim już na zawsze.
Więc gdybym był Cieniem i przykleił się do twych nóg – pozwoliłbyś mi? Byłbym Aniołem i Stróżem w jednym, tworząc szarość, którą chciałem być, by nie lśnić, by nie przyćmiewać blasku, jaki roztaczałeś w moich oczach – nie chcę wyrastać ponad Ciebie, mógłbym być tłem, tak i teraz nim się staje, gdy się o mnie opierasz, zbierając pierwsze promienie wschodzącego słońca. Dzięki tobie pokocham te promienie. Rozpraszają mnie, odbierają Królestwo Czerni, lecz to nic – naprawdę pokocham wschody i nie będą mi się ojarzyć już nigdy z niczym innym niż twymi potarganymi włosami, na których odbijały się złociste refleksy niczym w najprawdziwszych łuskach, będę wyobrażać sobie, tak jak teraz, twoje błyszczące życiem i mocą oczy, bym mógł spijać z nich każde niewypowiedziane słowo. Nie musimy być ze sobą do końca szczerzy. Och, za bardzo byśmy się nudzili... jak było w tej bajce o Piotrusiu Panie..? Wszak Cień był tam bardzo złośliwym, zdolnym do mordu bytem... Więc? Pozwolisz mi być Twym Cieniem, który czasem będzie umykał, a ty będziesz za nim gonił, byśmy wraz z postępem powieści zamieniali się rolami? Nie chcę, by twoje dłonie splamione były czernią i krwią tak, jak moje – chcę by pozostawały wolne od tej strważającej woli, by były wciąż takie same... a może już pokryły? Nie patrzę na twego brata, będę egoistyczny – nic mnie on nie obchodzi tak długo, jak to ty żyjesz. Inni mogą przepaść. Myślę tak, a nie jestem nawet pewien jutra i tego, co wytworzy mój chory umysł – chciałbym, bardzo bym chciał, przekazać ci to wszystko, co czuję, o czym myślę, a mimo to potrafię tylko wpatrywać się w otworzone okno, pewnie mam ten sam wyraz twarzy, co zwykle: jakby znudzony, jakby kompletnie nic mnie nie obchodziło. Tak, pewnie tak... Bo tak naprawdę jak wielkie znaczenie ma ten zaglądający wprost do sedna duszy wschód? Do tej pory zwiastował tragedię kolejnego poranka i konieczność zdawania się na łaskę kaprysów umęczonego organizmu, a dziś był jak wynurzająca się z bezkresnego morza nadzieja. Smutna nadzieja, lecz wciąż nadzieja. Szukam dla niej sensu – wszak nadal słońce to "ten zły" – on mój cień rozprasza, on sprawia, że nie mogę umykać i podróżować tam, gdzie zechcę, czy widzisz?! Czy słyszysz?! Popatrz, Colette, ta panienka w złotej sukni zabiera mi moje królestwo, mój tron..! Heh, kiedy to ja zdążyłem przywyknąć do koronowanej głowy bez korony? Król bez berła i poddanych od siedmiu boleści, co? Wydaje mi się, że o wiele piękniej wyglądasz w nocy, Smoku, wiem jednak, że do niej nie pasujesz... że nie pasujesz do mojej zakażonej rzeczywistości, w której chęć pokazania ci wszystkiego gryzie się z pragnieniem uchronienia cię przed brutalnością prawdy. Lubię to robić. Lubię łamać ludzi pokazując i udowadniając im rzeczy, które chowali pod owalem kłamstw – heh, niezły ze mnie hipokryta, podejrzewałbyś mnie o taki hipokretynizm? Pewnie tak, jesteś bystry... Przerażająco bystry... Pozwoliłeś mi w pełni zobaczyć, dlaczego jesteś Smokiem i że jesteś godny tego tytułu, nawet jeśli w oczach Władcy Nocy jesteś jak skacząca pchła. W JEGO oczach, nie w moich – tych, które teraz zawędrowały za twoim ruchem głowy ku Szaremu Glutowi – jakoś... idealnie mi pasuje to imię do niego... w sumie nawet nie wiem, co to jest. Nietoperz futrznay z ogonem i bez skrzydeł? Żyrafa i zebra odpada... Kot? Miś? ... Lew? Pozostanę przy Szarym Glucie. Wystarczy, że jest... że jest od Ciebie. Żałuję, że nie potrafię ci okazać takiej samej radości – to fantastyczne, wiesz? Czuć się jak dziecko, ponieważ dostało się prezent, o którym nawet nie ośmielało się marzyć, ponieważ był daleko poza zasięgiem nawet mar sennych – jak z dobrego filmu obserwowało się tylko inne dzieciaki, które mijają cię obok, nawet nie odwróciwszy głowy, za jedną rączkę prowadzone przez mamę, za drugą trzymając takie miniaturkowe misie... Niestety stoję tutaj, z tą samą okropną miną i nie umiem się teraz nawet uśmiechnąć. Czy to bardzo źle? Powiedz – ile jesteś w stanie mi wybaczyć?
Skoro już pozwoliłeś mi być tym Aniołem (Upadkiem ciągnącym niżej niż dno, Lucyferem z koroną cierniową na skroniach), Stróżem (tym Czarnym, który gubi swe lotki i popycha tego, którego ma chronić, co rusz podstawiając mu nogę) i Cieniem (co żywi wolę mordu, zasadzając się ze sztyletem na plecy tego, od którego powstał), to znaczy, że o samo "bycie" pytać nie muszę, jak i zapewniać cię, że jestem czymś więcej, niż zesłannikiem pecha dla samego siebie i wszystkich wokół – wiesz, ja rozumiem, przesądność... ale kiedy 17 lat wydłużającego życia udawadnia ci, że wszystkie czarne koty razem wzięte są niczym w porównaniu do ciebie... to zaczynałeś to traktować jako fakt. Po prostu jestem przeklęty. Może moja matka (moja pierwsza ofiara) mnie przeklęła, wiedząc, że urodziła bestię. Może mój ojciec... kimkolwiek był. Może przodkowie, którzy liczyli na to, że samego siebie tym przekleństwem zabije, zanim zacznę prowadzić Śmierć przez ten padół, wskazując jej własną dłonią kolejne ofiary. Mimo to lubię dotyk zimnych palców siostry na barku... zaczęło mnie to tak niezdrowo rajcować... Zacząłem coraz mocniej chorować... Jestem chory, Colette. Bardzo, bardzo chory... I bardzo bym chciał dla Ciebie zwalczyć tą chorobę, żeby zagwarantować ci coś więcej, ale chyba nie mogę. To jak trwały defekt, który nigdy nie odlepi się od mojego mózgu... Po prostu... nie mogę...
- Zamknij się... - Szepnąłem i pochyliłem się, by oprzeć głowę na twym barku. Daj mi to oparcie... tylko troszeczkę... chciałbym móc tak zasnąć i nigdy się nie obudzić. Chyba znowu zacznę marzyć o śmierci. Nie chcę znowu tego wszystkie przechodzić. Nie chcę widzieć jak znikasz w lesie, prowadzony za rączkę dziesięcioletniej księżniczki, nie chcę tulić do piersi srebrnego medalionu napełnionego waszymi duszami i dobrymi życzeniami. Co mi po tym? Chcę umrzeć. Chcę po prostu umrzeć i mieć święty spokój... Heh... To dopiero... egoistyczne... co..? Żałosne... a tak bardzo gardziłem egoizmem...  Tak starałem się dbać o tą śmieszną bezinteresowność, by móc wszystko wszystkim dawać, a teraz, kiedy chcę ci coś dać, potrafię dać tylko moje zmęczenie i błoto z miejsca, które powinno być stawem. Jasne, że tego nie dam. Wstyd mi. Powinienem układać ci pod nogami klejnoty... a ledwo jestem w stanie znaleźć byle zdrowy kłos trawy. Może chociaż kiedyś uzbieram jej na tyle, by zrobić z niej delikatny wieniec, by mógł ozdobić twe skronie..? Pewnie wcześniej zdąży zwiędnąć w mych wyschniętych dłoniach, ale nie martw się – będę próbował. Do skutku.
- Chyba już... od drugiego naszego spotkania fantazjowałem i czekałem tylko, aż mnie zabijesz... tak długo czekałem... To pragnienie rozrywa moje serce. - Uśmiechnąłeś się delikatnie, uśmieszkiem pozornie nic nie znaczącym, nazbyt enigmatycznym, nazbyt głębokim, podnosząc czoło oparte dotąd na barku Coletta, by spojrzeć na nowo na malujący się przed wami wschód... jednak o wiele piękniejszym widokiem wydawała ci się sylwetka chłopaka, który zaczynał być coraz mocniej nimi oblewany. - I mógłbym ci zazdrościć. Domu. Rodziny. Przyjaciół. Twojego małego świata zamkniętego na wszystkie moje prawdy. I lgnę jak ćma do tego niebezpiecznego ciepła, nie mogąc wybrać, czy bardziej chcę zniszczyć zgubę, czy samemu w niej spłonąć i pozostać bez skrzydeł. - Wyciągnąłeś dłoń, by przejechać nią w niemal niewyczuwalnym, łagodnym geście po jego włosach. - Taaak, Colette... Oddaj mi te dni. Chcę... - Musnął niemal wargami płatek jego ucha. - ... nauczyć się Ciebie na pamięć.
Cudna, płonąca balerina na dobre wynurzyła się zza horyzontu.


[z/t x2]


Ostatnio zmieniony przez Sahir Nailah dnia Czw Kwi 02, 2015 2:07 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Meredith Evans
avatar


avatar
VII rok

PisanieTemat: Re: Wrzeszcząca Chata   Sro Kwi 01, 2015 10:23 pm

Nie biegła, ale z racji swojego szybkiego chodu, błyskawicznie oddaliła się od Trzech Mioteł i dopiero, gdy przerzedziły się tłumy zwiedzających, postanowiła zwolnić kroku. Tak się złożyło, że nogi poniosły ją aż do wrzeszczącej chaty, akurat w tej chwili ziejącej pustkami. Meredith bez zastanowienia weszła do środka, uważając by nie potknąć się o coś, wszak miejsce od dawno było opustoszałe i brudne. "Tu nic mi nie grozi." Przeszło jej przez myśl, choć nie bardzo w to wierzyła. Ale przynajmniej mogła odetchnąć chwilę w samotności, co pomogło jej w okiełznaniu emocji. Schowała, być może nierozsądnie, różdżkę do kieszeni, a z drugiej wyjęła eliksir. "Nawet, gdybym musiała się bronić, nie znam żadnych zaklęć." Otworzyła flakonik i duszkiem wypiła jego zawartość. "To da mi szansę na ucieczkę. W najlepszym wypadku." Wolała być ostrożna. Mimo wszystko ceniła swoje życie i nie chciała go tracić w głupich okolicznościach, nawet jeśli sama się w nie wpakowała. Musiała jednak przyznać, że ta rudera była o wiele przytulniejsza od zatłoczonego i głośnego pubu. "Szkoda, że nie wzięłam książki." Źle jednak nie było, miejsce dało się znieść. Trochę śmierdziało, ale gorsze rzeczy wąchała w czasie warzenia swoich mikstur. Pod wpływem nagłego zaciekawienia, jak i braku lepszego zajęcia, zaczęła niespiesznie przeszukiwać dom. Sprawdzała rozwalone szuflady, zaglądała pod walające się gruzy i przesuwała meble. A nóż znajdzie coś wartego uwagi? Nawet jeśli nie, było to wciąż lepsze zajęcie niż siedzenie na tyłku i wyczekiwanie końca tej beznadziejnej wycieczki. "Nigdy więcej tu nie przyjadę. Nigdy."

[wypity eliksir - Dobrego Powodzenia]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mistrz Gry
avatar


avatar

PisanieTemat: Re: Wrzeszcząca Chata   Sro Kwi 01, 2015 10:42 pm

Stare domostwo skrzypiało i skrzeczało; wiatr hulał jak chciał pomiędzy starymi deskami - wydawało się, że wystarczy maleńkie dotknięcie palcem, a wszystko runie i złoży się w jeden poziom, tak jak powinno stać się już dawno, dawno temu; coś (a może ktoś?) trzymał jednak tą budowlę zwartą - well, nie oszukujmy się, nie należała do najpiękniejszych (w zasadzie wyglądała paskudnie z dawno odpadłą farbą, w niektórym miejscu porosła grzybem i mchem), odpychała swoim wyglądem, jak i groźbą już wspomnianą, w której zawala się, kiedy tylko naruszy się jej stan obecnego bytu (jesteś tutaj niechciana, miła Meredith, jesteś baaardzo niepożądanym gościem, nie czujesz tego ganiącego spojrzenia na swoim karku..?) - tym nie mniej, słysząc wszystkie te odgłosy, które rozpalać winny czerwoną lampkę, by omijać to miejsce z daleka, nie przejmujesz się tym kompletnie: idziesz dalej, przed siebie: gdzie? Jeszcze nie wiesz, cel wydaje się nie ważny: twój eliksir działa, oj taaaak... Działa, ponieważ po pierwsze: słońce lśniło nad twą głową, a choć nie było jakoś szczególnie ciepło, to wiosna wisiała wręcz w powietrzu i pchała się pod palce, by zrobić z niej użyteczną broń przeciwko odstręczającym, spaczonym czarom zalegającym w kątach tego piętrowego domku; broń strasznie płochliwą, która oplatała się i sama wolała umknąć za twe plecy, lecz to nic: twój umysł wcale tak tego nie musiał odbierać.
Więc weszłaś.
Twój eliksir działał słusznie: nie zapadła się pod tobą żadna z desek, nic nie rozprysnęło się pod twym dotykiem, choć każdy krok wprawiał podłogę w jeszcze większy jęk: gdyby tutaj ktoś był na pewno już dawno gotów byłby wypaść na ciebie z różdżką, jednak byłaś tutaj sama, całkowicie sama... Może prócz kruka, który z oburzeniem, że narusza się jego spokój, wypadł z głośnym skrzekiem przez otworzone drzwi... Przeglądałaś kolejne szafki, ale nawet jeśli było tutaj cokolwiek wartościowego, to dawno zostało zabrane: wszystko świeciło pustkami, tylko stare świeczniki, obrazy tak zabrudzone, że wżarty w nie kurz nie pozwalał dociec, co na nich było, jakieś ceramiczne, nic nie warte figurki, potłuczony talerz w jednej z gablotek...
Dopóki nie naruszyłaś jednej z szafek, która miała już swego mieszkańca.
Czarna mara weń mieszkająca zakotłowała się w samej sobie: ciało, a ciała wszak nie miała!, tworzone z czarnej mgły wypłynęło na zewnątrz, wzbierając w samej sobie.
Dom patrzy, Meredith.
Dom uważa.
Dom ocenia.
Jaką postać przybierze bogin, który właśnie się przed tobą pojawił?

_________________
Sowa Specjalna & Prośby do MG & Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me. It resembles my own mind except that you happen to be insane.”
— George Orwell, 1984

Chcesz napisać prośbę do konkretnego Mistrza Gry na Prywatną Wiadomość? Użyj odpowiedniego określenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Meredith Evans
avatar


avatar
VII rok

PisanieTemat: Re: Wrzeszcząca Chata   Sro Kwi 01, 2015 11:55 pm

Nic, nic i jeszcze raz nic. Tylko brud, syf, kiła i mogiła. Nawet nie znalazła rosnących dziko ziół, które mogłaby wykorzystać do eliksirów, a przecież zużyła właśnie jeden z nadzieją na odrobinę szczęścia. Niestety, Meredith nie uznawała swego dotychczasowego bezpieczeństwa za dar od losu i chętnie wymieniłaby je na jakiś rzadki składnik mikstur. Ah, uwarzyłaby coś z chęcią... W ogóle bardzo cieszyłby ją natychmiastowy powrót do domu, ale nie była na tyle naiwna by na to liczyć. Zamiast rozkminiać dalej swe teraźniejsze położenie, ruszyła do jednej z szaf. I co, kolejna pustka? Nie, chwila, jakby dostrzegła błyszczące ślepia w ciemności, która zresztą rozlała się pod jej nogi i spowiła cały pokój. Coś wpatrywało się w nią, uśmiechnęło nienaturalnie szeroko i zaczęło się szyderczo śmiać. To był ten okropny ślizgon, który wytykał ją palcem, gdy na pierwszych zajęciach w Hogwarcie trzymała różdżkę nie za ten koniec co trzeba i prawie nie straciła wtedy prawej dłoni. Potem jeszcze wiele razy dręczył ją, a towarzyszący mu przy tym przygłupi rechot wciąż nawiedzał ją w snach, chociaż chłopak dawno wyleciał ze szkoły za nagminne łamanie zasad i narażanie kolegów z domu. Teraz najwidoczniej schował się w szafie i obrał sobie za cel zepsucie jej wycieczki do tej durnej wiochy. Dziewczyna cofnęła się o krok, równie zaskoczona co zdenerwowana. Myślała, że już więcej nie zobaczy tego pajaca, że ma to za sobą. Co gorsza, teraz wydawał się jej jeszcze brzydszy i bardziej perfidny niż pamiętała. Podniósł rękę, wystawił paluch i skierował go na nią, nie przestając opluwać sobie brody od nieustannego śmiechu.
- P... p-p... - "Przestań! Przestań wreszcie!" Miała ochotę krzyczeć, ale słowa grzęzły jej w gardle. "Skąd ty się tu w ogóle wziąłeś?!" Otworzyła oczy natychmiast pojmując stan rzeczy. Przyjrzała się swemu dawnemu oprawcy, choć z ogromną niechęcią, pojmując powoli co prawdziwy ślizgon zrobiłby po takim numerze. "Nie zdążyłabym się odwrócić, a już byłby na zewnątrz wrzeszcząc wszystkim jaki kawał mi wyciął. Ale skoro to nie on, a ja wypiłam eliksir Dobrego Powodzenia..." Jej twarz pojaśniała po raz pierwszy tego okropnego dnia.
- ...bogin... - Szepnęła zachwycona, przypominając sobie lekcje Obrony Przed Czarną Magią, oraz ciekawostki na temat tego stworzenia, jakimi raczono ich na zajęciach z Opieki. Wszystko się zgadzało, nawet ta głupia, stara szafa, że też nie wzięła tego pod uwagę, gdy ją otwierała! Wprawdzie nie pamiętała zaklęcia na te istoty, ale nijak nie czuła już strachu. Prędzej fascynację połączoną z zachwytem. Jej pierwsze niekontrolowane spotkanie z magicznym stworzeniem! Gdyby pozostała mugolem, nigdy nie miałaby okazji zobaczyć tego cudu natury. Chociaż... pod postacią slizgona był wyjątkowo odstręczający. Nie sięgała po różdżkę i polegając wyłącznie na wypitym szczęściu zbliżyła się do straszydła.
- Nie bój się... - głos miała zachrypły, tak nieprzywykły do wyrażania myśli, składania wyraźnych zdań. Do tego szeptała, więc ciężko było ją zrozumieć, jeśli bogin w ogóle wiedział o co mogłoby jej chodzić. "No, nie ruszaj się." Wprawdzie na liście składników eliksirów nie było nic związanego z tym stworem, ale gdyby zdobyła kawałek jego przywdzianego dla wystraszenia ofiary ubrania, może byłaby w stanie coś z niego przyrządzić. Coś związanego z lękiem, ciemnością... Lubiła eksperymentować, a okazja trafiła się akurat, gdy miała wolny flakonik. Spróbowała chwycić straszaka, wyrwać mu włos, oderwać kawałek ubrania; nic co mogłoby go skrzywdzić. Teoretycznie, rzecz jasna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mistrz Gry
avatar


avatar

PisanieTemat: Re: Wrzeszcząca Chata   Czw Kwi 02, 2015 12:27 am

Niektórzy boją się śmierci, inni boją się bólu, jeszcze inni... boją się bać, najzwyczajniej w świecie: wydaje im się, że są niepokonani, że nieśmiertelność leży w zasięgu ręki, zwłaszcza w przypadku osób tak młodziutkich, jak ty, miła Meredith, która zaplątałaś się w te niegościnne tereny w celu znalezienia paru składników: niestety wybrałaś sobie kiepski czas, w którym ziemia dopiero rozplatała swoją szeroką, barwną spódnicę (rozplatała, więc nie rozplotła), skupiając się na tym, by przegonić resztę wciąż chętnej do rządzenia zimy: pewnie niedługo czekają nas burze... i to bardzo silne burze, lecz nie o tym teraz chcieliśmy rozprawiać, prawda? Wracając do głównego tematu: zajęta panienka pozbywaniem się pozostałości po powozie Królowy Zimy nie miała czasu na budzenie natury, na którą powoli przychodził czas, więc i nie zdążyła rozrzucić dobrą dłonią ziaren wokół siebie, by rośliny wzrastały w jej dobrych oczętach, rodząc swe plony dla osóbek takich, jak ty: próżno więc było ci szukać czegokolwiek na zewnątrz. Wewnątrz zaś? Ten budynek był wręcz legendarny, to prawda, że nikt tutaj nie chodził, bowiem wszyscy się bali, ale sądzisz, że jesteś pierwszą odważną? W zasadzie trudno mi o odwadze mówić, hehe... zaufałaś za bardzo swemu eliksirowi, czyż nie? Gdyby nie on... czy wtedy byłabyś taka mądra? Nie wydaje mi się... Jednak, dobrze, jesteś tu, zaś meritum sprawy opiera się na tym, że wielu przed tobą zdążyło zeksplorować to miejsce i zabrać to, co było najcenniejsze... choć może po prostu ten, kto to miejsce opuścił (a wyglądało na opuszczone w pośpiechu) zabrał wszystko co cenne i tak naprawdę nic nie zostało ukradzione? Moglibyśmy sobie razem spekulować i snuć różne teorie spiskowe, obawiam się jednak, że prawda pozostanie przed nami zakryta, zwłaszcza, gdy wcale nie chcemy jej dociekać. Nie ma na nią czasu, wszak spójrzcie..! Tak, tam, w to miejsce, gdzie drzwi szafy zostają otworzone i coś, czego kształtu nigdy nie poznano, wylewa się na zewnątrz, zaglądając w najgłębsze zakamarki twej duszy, by wyrwać z niej najczarniejsze wspomnienia, które gwałcą twe jestestwo samym faktem, że istnieją: może daleko zakopane, może jako stare rany..? Ach, klasowy dręczyciel, wspaniale..! Pewnie też, tak jak ty byłaś tutaj nie pierwsza i nie ostatnia, tak i on nie będzie ostatni, prawda..? Zagląda w twe oczy swymi bezdusznymi, szklanymi oczyma lalki, przybierając różne twarze, które płynnie się zmieniają, grzebiąc w tobie coraz głębiej, głębiej, szukając punktu, w którym stan psychiki osiągnie poziom krytyczny... Cóż z tego, że przemawiasz? Możesz do niego przemawiać, produkować się - on nie słucha. Nigdy nikogo nie słucha. Sięgasz do jego włosów, a on nie reaguje, odrywasz włosy, które rozpływają się w pył, sięgasz do ubrania... i jakaś siła nagle odpycha cię w tył, uderzasz o ścianę, jednak bogin ani drgnie - nadal zmieniają się jego twarze i sylwetka, gdy powoli zaczyna się wycofywać do swej szafy - wszak to mara, bezcielesna istota, jak że więc chcesz spróbować jej część pochwycić? Jesteś pewna, że opór, jaki czułaś na jego ciele, kiedy pozwalał ci się dotykać, był znikomy, trochę jakby mgła jedynie zgęstniała i na parę chwil przybrała cielesną formę, nie więcej, nie mniej.

_________________
Sowa Specjalna & Prośby do MG & Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me. It resembles my own mind except that you happen to be insane.”
— George Orwell, 1984

Chcesz napisać prośbę do konkretnego Mistrza Gry na Prywatną Wiadomość? Użyj odpowiedniego określenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Meredith Evans
avatar


avatar
VII rok

PisanieTemat: Re: Wrzeszcząca Chata   Czw Kwi 02, 2015 3:00 pm

No, dobrze. Trzeba przyznać, że Evans nie bardzo przemyślała co chce zrobić przed podjęciem działania. Efektem tego było bolesne spotkanie pleców ze ścianą, tylko cudem unikając uderzenia o nią też tyłem głowy. Na siniakach powinno się skończyć, ale dziewczyna nie miała zamiaru ustąpić tak łatwo. Wzięła pustą po eliksirze fiolkę i pobiegła w stronę znikającego w czeluściach szafy bogina. Złapała drzwiczki by uniemożliwić im zamknięcie się tuż przed jej nosem i zanurzyła buteleczkę w gęstej, czarnej mgle. Poczuła jak nachodzą ją mdłości, ale nie była pewna czy wynikały one ze strachu, nerwów, nagłego zastrzyku adrenaliny, a może zwykłego kontaktu z tą straszną istotą. Przełknęła ślinę skupiając się na zagarnięciu do naczynia jak największej ilości ulotnej ciemności. Może i był niematerialny, ale skoro możliwym było zamknięcie w butelce gazu czy mgły, to może i lotne opary lub pomroka straszydła powinna się zachować. Szybkim ruchem dziewczyna zakorkowała napełnioną fiolkę i odsunęła się, zamykając z trzaskiem drzwi. "Myślałam, że będzie milszy." Stwierdziła z lekkim przekąsem i na wszelki wypadek odeszła do sąsiadującego pokoju. Dopiero teraz, gdy była dalej i nie widziała już mordy każdego paszczura jaki ją w życiu prześladował, mogła ochłonąć i poczuć narastający ból kręgosłupa. Jęknęła cicho i powoli, uważając pod nogi wyszła z chaty. Stanęła na jej progu i przyjrzała się swej zdobyczy z nadzieją, że zachowała się choć najmniejsza cząstka. Jednak bez względu na to ruszyła jak najdalej od tego miejsca, które w najbardziej dosłowny z możliwych sposobów pokazało jej, że nie jest mile widziana.

[zt]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mistrz Gry
avatar


avatar

PisanieTemat: Re: Wrzeszcząca Chata   Czw Kwi 02, 2015 3:14 pm

Kłębiąca się, czarna mgła, zaczęła wycofywać do szafy - nie miała takiej mocy, jak dementorzy, których pojawienie się równało się niemal ze śmiercią, jeśli nie miało się wystarczająco szybkich nóg, by przed nimi, mówiąc prosto z mostu, spierdolić albo nie było się urodzonym w kolebce i nie potrafiło wyczarować patronusa. Nie, zdecydowanie bogina nie można było porównywać do dementora, a jednak... Jednak wszak wyciągał z ludzi to, co najpaskudniejsze dla nich samych. Brzydziłaś się może tego, kim jesteś, Meredith? To przecież nie wina tego chłopaka, że cię dręczył: to tylko twoja wina. Twoja i tego, że robisz z siebie ofiarę, że zamiast walczyć, to poddajesz się wszystkiemu i pozwalasz życiu decydować za ciebie, zamiast wszystko brać w swoje ręce: dlaczego przed ludźmi nie pokarzesz tyle charakterku ile pokazałaś temu boginowi? Ponieważ on nie jest człowiekiem i nie powie ci czegoś, czego byś usłyszeć nie chciała? A jednak słyszysz śmiechy, pełne drwiny, pełne szyderstwa, wymierzone właśnie w ciebie, które obijają się o kanty umysłu i balansują w nim gorzką prawdą, jaką nie bardzo chciałaś do siebie dopuścić, takie jest przynajmniej moje zdanie. Czyżbym się mylił? Ja, który widzę wszystko? Ja, który mogę sięgnąć dłonią po twoje serce i obejrzeć je z każdej strony? Mimo to nie wiem, co tobą kierowało, kiedy rzuciłaś się do przodu i złapałaś za jedno z drzwiczek: drugie walnęło mocno o szafę, zmaykając ją w połowie, Wrzeszcząca Chata zadrżała pod twoimi nogami, a bogin zawrzeszczał głośno; przeginasz, moja droga, zdecydowanie przyginasz... Wrzask ten bębni w twych uszach, rozumiesz go chyba. Choć on nie potrafił zrozumieć ciebie, ty go rozumiesz doskonale: ODEJDŹ!, mówi - Odejdź stąd ludzka samico! - i ten dziwny pisk, który zagłusza wszystko i twoja ręka, która sięga z fiolką do kwintesencji jestestwa tej poczwary..!
I koniec.
Drugie drzwiczki wyślizgnęły się z twych palców i uderzyły, dołączając do pierwszych, by zamknąć bogina w jego kryjówce, a Ty stoisz tutaj, w zasadzie nienaruszona: grozi ci ból pleców, ale czy to taki wielki deal? W końcu oto jesteś, stoisz tutaj, cała i zdrowa... i w ręce trzymasz fioleczkę, w której dzierżyć maleńką, wijącą się, czarną mgiełkę.

Meredith Evans: +10 PD, pisk w uszach do końca dnia i ból pleców, fiolka z kwintesencją bogina (wystarczy na jeden eliksir)

_________________
Sowa Specjalna & Prośby do MG & Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me. It resembles my own mind except that you happen to be insane.”
— George Orwell, 1984

Chcesz napisać prośbę do konkretnego Mistrza Gry na Prywatną Wiadomość? Użyj odpowiedniego określenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Wrzeszcząca Chata   

Powrót do góry Go down
 
Wrzeszcząca Chata
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 5Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next
 Similar topics
-
» Serce zakazanego lasu
» Wrzeszcząca Chata
» Za Wrzeszczącą Chatą
» Chata szalonego szamana
» Tymczasowa "Chata Wróżki"

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Świat :: Hogsmeade :: Inne miejsca-