Zapraszamy serdecznie do przyłączenia się do przygody!
CalendarCalendar  IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  GrupyGrupy  FAQFAQ  

Share | 
 

 Nieużywane skrzydło

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
avatar
avatar


PisanieTemat: Nieużywane skrzydło   Wto Sie 30, 2016 12:36 pm

First topic message reminder :

Zapomniana, na co dzień zamknięta przed uczniami część biblioteki, znajdująca się po jej wschodniej stronie. Na kilku zakurzonych regałach leżą czekające na naprawę książki i nieużywane podręczniki. Drewniana podłoga skrzypi a ponadrywana tapeta jest w kilku miejscach nadpalona - w rogu z resztą znajduje się marmurowy kominek. Jedynie on i wąskie, sięgające wysokiego sklepienia i przyozdobione witrażami okna świadczą o dawnej świetności tego miejsca.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Nieużywane skrzydło   Sro Lis 09, 2016 10:38 pm

Wykorzystywała swój organizm do granic możliwości, a on po prostu się temu przyglądał. Nie potrafił oderwać chłodnego spojrzenia błękitnych tęczówek od tej nieco przygarbionej sylwetki, która stała przed nim i starała się... Starała tak mocno, że popychała swój organizm na granicę, której teoretycznie nie powinna przekraczać. A raczej Ezechiel radziłby jej, żeby tego nie próbowała. Hughes była jednak uparta i zawzięta, jakby chciała udowodnić nie tyle jemu, co samej sobie, że potrafi i on wcale nie zamierzał jej w tym przeszkadzać. Powinna sama nauczyć się, ze jej ciało posiada limity, których powinno się przestrzegać. Bo inaczej może być krucho.
Jedno zaklęcie, a potem drugie. Dziewczyna stopniowo coraz bardziej nadwyrężała swoje zdrowie, zmuszając ciało do zbierania energii magicznej by wykrzesać z różdżki czar. Głupota. Sam był ambitny i chętny do nauki, nigdy jednak nie przychodziło mu to z taką chęcią, żeby doprowadzać siebie na granicę. Granicę, której przekroczenie nie było czymś co napawałoby go optymizmem. Przerażało wręcz i skutecznie utrzymywało daleko.
W końcu upadła. Załamała się, niczym cienka, sucha gałązka, pozbawiona już wszelkich sił do życia. Zmęczony wzrok podążył za nią, w tej dość krótkiej drodze do podłogi, by tam przyszpilić ją z obojętnością. W końcu wykonał parę kroków, przyklękając obok niej.
- Czy ty próbujesz coś udowodnić? - warknął w jej kierunku. Nie, nie spytał - po prostu wycharczał gniewnie zdanie, ewidentnie domagając się jakiegokolwiek tłumaczenia z jej strony. Nie rozumiał jej zachowania. Nigdzie im się przecież nie śpieszyło, mieli czas. Dużo czasu, a ona szarżowała, jakby od tego zaklęcia miało należeć jej życie. Zdążyła już udowodnić, że asortymentem który opanowała, potrafi się posługiwać wystarczająco by nie umrzeć. A skoro potrafiła ochronić siebie, to innych też mogła. W głowie Ezechiela jednak pojawiło się pytanie, czy aby dobrze robi, próbując ją nauczyć czegoś więcej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Nieużywane skrzydło   Sro Lis 09, 2016 11:57 pm

Nie było czasu. Jeśli czegoś brakowało, to właśnie tego pieprzonego czasu, którego odrobina więcej pozwoliłaby przygotować się do tego co czekało w tym pieprzonym świecie, za pieprzone trzy tygodnie - mniej więcej tyle zostało jej do opuszczenia szkoły raz na zawsze i stanięcia oko w oko z dorosłym życiem. Życiem, które malowało się wyłącznie w ciemnych barwach strachu i niepewności a także przejmującej, dołującej samotności. Bo przecież nie było nikogo, kto czekał by na nią za kamiennym murem i jakoś osłodził wszystko co prędzej czy później musiało nadejść - wojna. Alice nie była w stanie przed nią uciec i obojętne czego by nie zrobiła, ta musiała w końcu zacisnąć swoje zimne palce na jej bladej szyi. I nie było tu wielką różnicą, czy zrobi to tylko w przenośni czy dosłownie.
Wszystkie te myśli przeleciały przez puchoński umysł z szybkością błyskawicy, dokładnie w chwili kiedy zmęczone ciało opadło na kolana. Się doigrała... I wcale nie chodziło tu o stan do którego sama się doprowadziła a o świadka. Świadka, który całą tę sytuację czynił teraz niesamowicie wręcz wstydliwą, bo przecież gdyby była tu sama, to niebyło by tematu.
Puchonka chwyciła łapczywie powietrze ustami i oparła dłonie o podłogę, przekręcając się tak żeby na niej usiąść. Ugięła nogi w kolanach i oplatając je wcześniej wątłymi ramionami, oparła na nich głowę. Jeden oddech... Drugi... Piąty... Tik-tak... Zadrżała, gdy do jej uszu dotarł zdenerwowany głos Ezechiela. Zdenerwowany? Mężczyzna był ewidentnie wkurwiony. Z ociąganiem, spowodowanym teraz nie tyle zmęczeniem co wyraźną niechęcią i rezygnacją, podniosła głowę by skrzyżować spojrzenie z jasnymi tęczówkami. Odłożyła różdżkę na ziemię, wkładając w to nieco więcej siły niż było potrzeba .
- Przepraszam. Nie chciałam. - stwierdziła słabym głosem, po czym nie mogąc znieść jego rozeźlonego wzroku, odwróciła głowę w drugą stronę. Chyba nie miała zamiaru niczego tłumaczyć...



Buntować się przeciw wam? A kto wy jesteście?
Bezkształtna masa, amorficzny stwór, zatomizowany świat, tłum bez formy i konstrukcji.
Waszego świata już nie można nawet rozsadzić.
Sam się rozlazł...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Nieużywane skrzydło   Nie Lis 13, 2016 2:11 am

Jego zdaniem - czasu było mnóstwo. Oczywiście: rozpatrywać to można było pod wieloma względami i aspektami, biorąc pod uwagę nieprzebraną ilość kontekstów, ale nie o to w tym wszystkim chodziło. Mogła umrzeć za godzinę, jutro, albo za tydzień, ale też za 70 lat, u boku kogoś, kogo kocha, mając dzieci i wnuki. Czas był pojęciem względnym. Zegary odmierzały sztywne sekundy i godziny, jednak to jak sam czas płynął, jako materia, było zróżnicowane. Z jednymi wlekł się nieubłaganie, z innymi płynął wartko. Wszystko zależało co i z kim się robiło. Takie były dziwne, pokręcone i niepisane prawa natury. Mieli czas. Dużo czasu. Byli w tym opuszczonym skrzydle sami, w środku nocy, ćwicząc zaklęcia i mieli pełno czasu.
Mnóstwo.
Przymknął oczy, na moment odrywając się od niej - klęczącej przed nim i od tego, jak bardzo wykorzystywała swoje własne ciało i i drzemiące w nim siły. Oderwał się od Alice Hughes, a także od wspomnień, które przywoływała. Tego teraz nie było. Na chwilę zanurzył się po prostu w pustce i odetchnął głęboko. To trwało zaledwie parę uderzeń serca i było ledwie zauważalne.
To nie była złość. Daleko mu było do złości, której cierpki smak poznał, kiedy Anna i jej życie, umykało na jego oczach. To było zaledwie muśnięcie na języku, tego okropnie gorzkiego smaku, który wtedy czuł. Jej upór i głupota sprawiały, że po prostu czuł irytację. Bo po prostu nie rozumiał.
- Zadałem ci pytanie. - powiedział, otwierając powieki i obdarzając ją spokojnym spojrzeniem chłodnych, bladoniebieskich tęczówek. - Jeśli nie możesz być ze mną szczera, prawdopodobnie nie jesteś też gotowa być szczera z samą sobą, a to znaczy... że biała magia może nie być najlepszym dla Ciebie w tym momencie. - jego głos muskał łagodność niezwykle delikatnie, ale to samo robić z to ciepłem sprawiając, że jego wypowiedź wślizgiwała się w głowę i niezwykle nęcąco namawiała do odpowiedzenia no... szczerze. Martwił się - lekko, ale się martwił, bo nie chciał, żeby Alice była chybionym... pomysłem. Może było to nieco uprzedmiotawiające, ale nie mógł sobie pozwolić na błędy. Nie, kiedy wojna stała krok od nich. Nawet, jeśli na decyzje było pełno pieprzonego czasu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Nieużywane skrzydło   Nie Lis 13, 2016 4:56 pm

Zadrżała. Zatrzęsła się delikatnie, gdy dreszcz przebiegł po całej długości kręgosłupa a uszu dobiegł - tak inny od ostatniego warknięcia - głos. Zamiast się jednak rozluźnić czy chociażby poczuć pewniej, spięła się jeszcze mocniej a puchońskie serce zadygotało w piersi w nieprzyjemny, przejmujący sposób. No bo o czym on właściwie... Były w końcu pytania, na które nie oczekiwało się odpowiedzi, a to ostatnie, pełne wyrzutu i pretensji z całą pewnością mogło zostać przez blade dziewczę zaklasyfikowane do tej właśnie kategorii. Choć wiecie - nie ma co jej usprawiedliwiać, klasyfikowała tak praktycznie wszystkie pytania, które nie były zadane przez nauczycieli (i to jeszcze najlepiej w sali lekcyjnej) a wokół całej reszty kluczyła dookoła, czasem już nawet nie do końca świadomie. A tym razem? Przyszpilona do podłogi jasnymi tęczówkami i zmęczeniem średnio miała gdzie uciec, a stwierdzenie Ezechiela aż prosiło się o komentarz. Ba! Był on niezbędny, jeśli tylko nie chciała zaprzepaścić ostatniego czasu, choć wszystko w środku mówiło jej, że to już się stało. Obróciła twarz spowrotem w jego kierunku.
- Przesadziłam. Nie chciałam. Nie możemy po prostu... - nie dokończyła. Wystarczyło jedno zerknięcie w te rozszerzone teraz źrenice by zrozumiała, że nie ma szans na ugodowe pominięcie tej kwestii... Westchnęła, zrezygnowana i przymknęła powieki. Fakt, że ciągle szumiało jej w głowie niczego nie ułatwiał. - Nie chcę być z panem nieszczera. Po prostu nie wiem co mam odpowiedzieć... - przełknęła ślinę i znów odwróciła głowę, jakby samo zamknięcie oczu nie było wystarczającą ucieczką przed jego spojrzeniem. - Nie wiedziałam, że tak to się skończy. Myślałam, że wytrzymam. Jeden raz. Chciałam wytrzymać... - mówiła szybko, machinalnie, nie dając mężczyźnie dojść do ewentualnego słowa i nie skupiając się na własnych. - W Szmerze napisali, że mogłam uratować tego chłopaka gdybym nie skupiała się na sobie. Ja... To nie prawda, ale nie mogę mieć tak mało siły, po prostu nie mogę! I muszę coś robić, nawet jeśli już mi od tego wszystkiego niedobrze, bo za trzy tygodnie wyjdę z tej szkoły i zostane sama! I będę się bała wyjść po kretyńskie bułki do sklepu, bo znowu coś się tam komuś stanie a ja nic z tym nie zrobię bo nie będę mieć tej pieprzonej siły! - z każdym słowem coraz bardziej chaotyczna i głośna wypowiedź wylała się z puchonki potokiem słów i - jadowita - krążyła między zapomnianymi przez świat ścianami, podczas gdy spięte ramiona nagle oklapły. Cała jakoś tak... oklapła. I przeklnęła! Na głos! Normalnie drugi raz w tym roku, tyle że tym razem wcale nie sprawiło to, że blade poliki pokryły się wstydliwym rumieńcem. Alice była jeszcze bardziej blada niż zazwyczaj i chyba nawet Merlin nie raczył wiedzieć na ile spowodowane to było zmęczeniem a na ile całą tą kretyńską sytuacją, która dawno już wymknęła się spod kontroli.
Wciąż rozdygotana, czując pod powiekami napływającą tam z wolna wilgoć i tym bardziej pilnując się, by nie zerknąć w stronę Ezechiela, podniosła się z ziemi.
- Przepraszam. Zimno tu. - mruknęła, na powrót słabym głosem i chwiejnym krokiem, ignorując zawroty głowy, podeszła do kominka. Siadając przy nim po turecku nawet nie zdawała sobie sprawy, że jej różdżka została na środku sali. Zamiast niej chwyciła więc w dłoń pogrzebacz i zaczęła szturchać palenisko. Wstyd był chyba jeszcze gorszy niż mdłości - w końcu zamiast na zdolne dziewczę wyszła na rozhisteryzowaną pannicę. Cudownie.
- Naprawdę przepraszam. I rozumiem, że to koniec. - no bo czy mogła mu się dziwić? Kiepskie to były czasy, a mdlejące w bibliotece uczennice - i to jeszcze w środku nocy - raczej nie przysporzyły by bibliotekarzowi popularności... Walcząc ze wciąż napływającymi do oczu łzami, szturchała palenisko coraz mocniej. Miała ochotę przypieprzyć sobie tym pogrzebaczem w łeb.



Buntować się przeciw wam? A kto wy jesteście?
Bezkształtna masa, amorficzny stwór, zatomizowany świat, tłum bez formy i konstrukcji.
Waszego świata już nie można nawet rozsadzić.
Sam się rozlazł...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Nieużywane skrzydło   Pon Lis 14, 2016 1:50 am

Rozmawiając z Ezechielem trzeba było przyjąć do wiadomości, że lwia część tego co mówił... miała powód. Jakkolwiek dziwnie to sformułowanie nie brzmiało, chodziło ni mniej, ni więcej o to, że nie strzępił języka na marne. Myślał - na obrotach wysokich, a jego umysł był niczym idealnie naoliwiona maszyna, utrzymana w jak najlepszym stanie. Jego myśli krążyły szybko i wartko, pozwalając mu na szybkie przebieranie w informacjach, które już zgromadził lub które posiadł dopiero parę chwil temu. Dawał sobie radę z wyzwaniami, bo potrafił w mgnieniu oka rozłożyć je na części pierwsze, a z wiekiem nauczył się, by pytać o to, co rzeczywiście ważne. Pytania, które nic nie wnosiły i które spokojnie można było sobie darować - były u niego doprawdy rzadkością. Unikał ich jak ognia, bo po prostu były niepotrzebne i zbędne. Jałowe w informacjach, które ze sobą niosły.
Trzeba było więc z góry zakładać, rozmawiając z nim, że żąda odpowiedzi. Nie prosi - po prostu wymaga, by ona padła, bo jest niezbędna dla niego, do odpowiedniego sformułowania równania, które zamierza przeprowadzić. Nauczył się cenić informacje i zdobywać je, a chłodny ton raczej temu sprzyjał, jak odwlekał w czasie ich pozyskiwanie. Ludzie mieli coś takiego, że kiedy widzieli to zimne, wręcz lodowate spojrzenie jasnych tęczówek i słyszeli ten bezbarwny ton, zapalała im się gdzieś w głowie ostrzegawcza lampka, która mówiła ni mniej, ni więcej, że nie jest on osobą która ma ochotę na zabawę w kotka i myszkę. Już dawno temu przeszła mu ochota na tego typu proste rozrywki umysłów miałkich.
Potraktował więc Alice z początku odruchowo i agresywnie wręcz. Wzburzony jej - mówiąc w prost - głupotą, której nie mógł przetrawić u kogoś, kto miał być jego przysłowiowym asem w rękawie. Bo tym stawał się każdy, kto trafiał pod skrzydła kogoś z zakonu feniksa: od tego kogoś, od jednostki, mogło kiedyś zależeć czy dana bitwa zostanie wygrana. Los był przewrotny, a Ezechiel z kolei już jakiś czas temu, oduczył się szukania przyjemności w losowości. To, czego nie dało się przewidzieć, było najniebezpieczniejsze.
Szmer. Szmatławiec, który nagminnie czytali uczniowie. Który drażnił swoimi treściami i wtykaniem nosa w nie swoje sprawy. Yaxley nigdy do końca nie rozumiał i nie pochwalał moralności reporterów, która była mocno... wątpliwa. Ich chęć gonienia za nowinkami była czasem przerażająca, a z drugiej strony... potrafili wyciągać informacje niezwykle interesujące i przydatne.
- Napisali... - odezwał się w końcu, mrużąc oczy. - Ja też mogłem go uratować, gdybyśmy pojawili się wcześniej. I nie tylko jego: dziesiątkę innych. Każde z nich zginęło, bo się spóźniliśmy. To nie powinna być wasza walka - uczniów, a nasza - dorosłych, którzy powinni wcześniej zebrać się i trafić do Hogsmeage. Którzy powinni wyjść z knajpek i sklepików, a nie siedzieć tam potulnie i czekać, aż wszystko minie. - puknął ją w głowę, delikatnie, koniuszkiem palca, ale jednocześnie jakby starał się jej coś z głowy... no.. wybić. - Żyjesz. Walczyłaś. Sądzisz, ze udałoby ci się to, gdybyś była słaba? Otóż nie... tamten śmierciożerca zabiłby cię, gdybyś nie była tak silna jak jesteś. - cofnął rękę, podnosząc się i odsuwając parę kroków, by podejść do okna, które znajdowało się na przeciwległej ścianie jak kominek. Za szybą nie było widać prawie niczego. Mrok ogarnął cały świat, otulając go nieprzeniknioną ciemnością. Spojrzenie na zewnątrz utrudniało także samo szkło i światło, którego poblaski tańczyły na jej powierzchni. Z daleka na pewno było widać, że znajdują się w tym pomieszczeniu: zapewne wszelkie inne światła były już wygaszone i tylko to okno dawało znak, że ktoś wciąż jeszcze w zamku nie śpi.
Oni.
Tymczasem ona zdążyła podnieść się i podejść do kominka, zostawiając swoją różdżkę na podłodze, tam gdzie straciła siły i osunęła się na kolana. Spojrzeniem rzuconym przez ramię, śledził jej ruchy: jak zbliża się do ogniska, jak łapie za pogrzebacz i grzebie nim w palenisku. Bezcelowo przecież, bo ogień był magiczny.
- Nie musisz być sama. Nikt nie musi. Na pewno masz przyjaciół, na pewno znajdziesz też nowych. Takich, którzy stać będą po tej samej stronie. - powiedział w końcu i odsunął się od okna, niezwykle cicho zbliżając się do niej. Po drodze podniósł z ziemi jej różdżkę, wyciągając też na powrót swoją, by wycelować w jej plecy: zupełnie nieświadome, przygarbione w kierunku paleniska. Przez chwilę jeszcze patrzył na nią, jakby z odrobiną niezdecydowania w oczach, ale to szybko zniknęło - wraz z rzuconym zaklęciem, które delikatnie uderzyło w jej plecy. Pax Anima. Czar przepłynął przez jej ciało, niosąc za sobą ukojenie dla rozedrganych nerwów: usuwając stres, niepewność, ale także część zmęczenia, które było spowodowane emocjami.
- Jeszcze raz. - wyciągnął w jej kierunku dłoń, w której ściskał różdżkę. Jej różdżkę. Chciała być silna - musiała więc ćwiczyć. Dalej i wciąż na nowo, a on zamierzał nad nią jak na razie czuwać. Anioł stróż, od siedmiu boleści.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar


PisanieTemat: Re: Nieużywane skrzydło   Pon Lis 14, 2016 1:50 am

The member 'Ezechiel Yaxley' has done the following action : Rzuć kością


'Pojedynek' :

Result : 4, 4
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Nieużywane skrzydło   Pon Lis 14, 2016 11:09 am

To tyknięcie w głowę było... dobre. Obojętnie właściwie czy miało coś z tego puchońskiego łba wybić czy wręcz odwrotnie, zasadzić ziarenko zrozumienia w miejscu, gdzie gościła sobie pustka co to nigdy nie zniknie, jestem pewna, że zadziałało lepiej niż cios pogrzebaczem. Nawet jeśli to ostatnie ciągle kusiło, bo przecież Alice nie zgadzała się z jego słowami. Prawda była w końcu jedna - żyła tylko dlatego, że teatralne usposobienie śmierciożercy nakazywało mu się nią najpierw pobawić. Poprzerzucać z miejsca na miejsce jak szmacianą lalkę i przecinać kierujące nią sznureczki pojedyńczo, ciesząc oczy tym jak opada na ziemię powoli i stopniowo. I za nic ten - durny - łeb nie potrafił zrozumieć, że suma sumarum i tak wytrzymała dość długo i w przeciwieńsrwie do niektórych nie straciła woli walki do samego końca, nawet gdy najzwyczajniej w świecie nie miała już siły podnieść różdżki i jedyne co była w stanie zrobić to osunąć się po ścianie i podstawić temu skurwielowi nogę. Szach mat mugole i charłaki! Można? Można! Wystarczy tylko chcieć.
Problem w tym, że jej się odechciało.
Zmęczenie, spowodowane nie tylko treningiem ale i szarą codziennością, artykuł, który burzył budowaną latami opinię, własna głupota, której nie miała zamiaru usprawiedliwiać a nawet to warknięcie Yaxleya zwyczajnie nakładały się jedno na drugie, sprawiając, że gdyby tylko miała trochę więcej tej siły, przez brak której tak sobą pogardzała, wydziubała by w palenisku piękną dziurę. Albo średnio piękną, biorąc pod uwagę fakt, że kiedyś już ponoć w zapomnianym skrzydle się paliło... Swoją drogą, kto stawia kominek w bibliotece? No jak ten świat miał się nie zawalić gdy dorośli robili takie rzeczy to ja nie wiem...
Choć jestem pewna, że cała masa tego typu myśli przetoczyła się przez dziewczęcą głowę - swoją drogą zadziwiające o jak wielu pierdołach zaczynali myśleć ludzie, byleby tylko wmówić sobie, że nie myślą - to chyba nie ma sensu się nad nimi wszystkimi rozwodzić. W końcu po co przywoływać cały ten dorosły światek, którego szeregi sama miała już wkrótce zasilić, kiedy oto miała przed sobą (czy tam bardziej za plecami) brawdziwy ewenement? Pytał i oczekiwał odpowiedzi, patrzcie no! I nie, to wcale nie było naturalne, w świecie gdzie ciekawość większości zaspokajało kilka naskrobanych na pergaminie zdań, wyssanych z palca przez średnio douczonego i pozbawionego skrupułów czy chociażby kompetencji, nastoletniego pismaka. A już z całą pewnością było bardzo niewygodne dla kogoś, kto nauczył się unikać wszelkich odpowiedzi. W końcu trzeba było żeby padła na ziemię, żeby była w stanie powiedzieć cokolwiek, a kiedy w końcu jej się to udało, niewiele miało to wspólnego ze spokojną, klarowną wypowiedzią. Hughes nie potrafiła rozmawiać, co w kontaktach z Ezechielem może i na codzień nie stanowiło większego problemu, jednak na dłuższą metę mogło się okazać nad wyraz kłopotliwe... W końcu nie bawiła się w kotka i myszkę z przekory i raczej nie prędko była w stanie to opanować, a to oznaczać mogło tylko jedno - będzie ciężko. A Anioł Stróż miał przejebane...
No ale starała się. Naprawdę się starała, dlatego - choć stres odbierał oddech a zmęczenie przyćmiewało zdolność myślenia - nie chciała pozostawiać jego słów bez odpowiedzi, czy chociażby jakiegoś komentarza.
- Nie mógł pan tego przewidzieć. Nikt nie mógł... - tylko tyle (i aż tyle! W końcu udało jej się wypowiedzieć zdanie spokojnym tonem) musiało na razie wystarczyć. No kto mógł przypuszczać, że w wiosce pełnej dorosłych czarodziejów znajdzie się tyle... miernot? Ciapciaków, co to dadzą się zaskoczyć zaklęciem wycelowanym w plecy albo będą szeptać w kącie pacierz, z nadzieją, że łaskawy stwórca ześle im Anioła Stróża albo choć kryjącą chmurę pyłu? Skubaniutka nie modliła się wcale, a jednak swojego aniołka dostała. Może więc coś w tym wszystkim jednak było, a bóg w pierwszej kolejności nagradzał działanie? No niestety - chociaż była ciekawska to zasad jego selekcji najpewniej nigdy nie będzie dane jej poznać. I nie żeby jakoś specjalnie się tym przejęła! W końcu ciężko martwić się czymś, w co się najzwyczajniej w świecie nie wierzy... Chyba.
Ciemność za oknem osiągnęła już swój kulminacyjny moment a raz za razem poszturchiwany ogień nie przygasał. Wszystko zapewne mogłoby więc powoli się uspokoić, jednak wstyd i niepewność wcale nie przeminęły. Zatruwały młody organizm i skutecznie odwodziły puchonkę od odwrócenia się w stronę Yaxleya i skrzyżowania spojrzenia z jego jasnymi tęczówkami.
- Większość zostaje w zamku. - mruknęła - Ale czemu by ich  nie poszukać..? Może dam ogłoszenie w gazecie: "Poszukiwani... Życiodaje..." wymagania - biała szata. - ojjj w tym nie było ni odrobiny humoru czy wesołości, tak samo jak pozbawione ich było krótkie parsknięcie, które wydobyłilo się nagle z subtelnie zaróżowiontch warg. Zrezygnowane i gorzkie ni jak nie pasowało do dziecięcej wciąż buzi. I pewnie ciągnęła by ten swój nerwowy słowotok, ubarwiając go kolejnymi - bardzo głupimi i pasującymi raczej do kliniki płodności niż grupy mającej stawić czoła śmierciojadą - pojęciami, gdyby nagle dochodzące z kominka ciepło nie otuliło jej ze wszystkich stron. W ciągu ułamka sekundy Alice poczuła, jak wszystkie zbierające się w jej umyśle cienie nagle się rozmywają a cała wzbierająca w niej żółć wyparowuje. Zerknęła jeszcze w dół, na przyczepiony do piersi pentagram, który zdawał się lekko dygotać i powoli odwróciła się w stronę Ezechiela. Jakim cudem stał tuż obok?
- Coś pan zrobił. - To nie było pytanie. To było najczystsze na świecie stwierdzenie i puchonka wcale nie musiała wcześniej wertować dotyczącej białej magii księgi, by być pewną prawdziwości swoich słów w stu procentach. Brązowe tęczówki przesunęły się po jego ręce a źrenice zwęziły gdy dostrzegła w dłoni mężczyzny swoją różdżkę. Przez krótką chwilę, jakimś tam krańcem świadomości miała ochotę chwycić topolowego patyka i wrzucić go do ognia...  Ale ten spokój, nagła lekkość, która przepełniła jej umęczony organizm jakoś skutecznie ją od tego głupiego planu odwodziły. Uśmiechnęła się nawet, niepewnie i delikatnie, nie przejmując się tym, że brązowe oczy nie wyschły jeszcze do końca i skinęła głową. I chyba... Chyba nie musiała już przepraszać, ani prosić o to by wszystko co się stało nigdy nie wyszło poza te cztery, rozświetlone białymi ognikami ściany. Powoli wyciągnęła rękę i zacisnęła palce na różdżce.
Wyzwanie przyjęte.
Dźwignęła się na nogi i odeszła nieco od paleniska, woląc w razie czego nie zatoczyć się w jego stronę. Pozwoliła sobie nawet na to, by dobrą minutę po prostu stać w miejscu i wykrzesać z siebie jeszcze odrobinę energii. W końcu miał rację - mieli czas. A że trzeba było ją przyćpać zaklęciem żeby była w stanie zebrać się w sobie to już zupełnie inna bajka. W sumie - dobry bajer.
- Lefko Floga - nie było fanfarów, nie było aplauzu. Były tylko te małe, białe ogniki, które kolejny już raz pojawiły się w powietrzu między nimi. W zupełności wystarczały. I męczyły, ale tym razem już świadomie - a nie wiedziona jakimś szaleńczym pędem za doskonałością - Alice skinęła w stronę bibliotekarza głową. Da radę... Jeszcze ten jeden raz....
- Lefko Floga - ha! Choć tym razem nieco oporniej, to znowu udało jej się rzucić zaklęcie poprawnie. Aż sapnęła, ni to z zadowolenia ni to zmęczenia i w dwóch niepewnych krokach podeszła do ściany, by oprzeć na niej czoło i unormować oddech. - Potrzebuję minuty... - przełknęła ślinę, mając nadzieję, że nie wyprowadzi znów bibliotekarza z równowagi. W końcu naprawdę nie było tak źle! Kilka razy skubnęła palcami nadpaloną tapetę i delikatnie odbiła się dłonią, chcąc oprzeć na ścianie plecy i spojrzeć Yaxley'owi w twarz.



Buntować się przeciw wam? A kto wy jesteście?
Bezkształtna masa, amorficzny stwór, zatomizowany świat, tłum bez formy i konstrukcji.
Waszego świata już nie można nawet rozsadzić.
Sam się rozlazł...


Ostatnio zmieniony przez Alice Hughes dnia Pon Lis 14, 2016 3:38 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar


PisanieTemat: Re: Nieużywane skrzydło   Pon Lis 14, 2016 11:09 am

The member 'Alice Hughes' has done the following action : Rzuć kością


#1 'Lekcja' :

#1 Result :


--------------------------------

#2 'Lekcja' :

#2 Result :


Sowa Specjalna & Prośby do MG & Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me. It resembles my own mind except that you happen to be insane.”
— George Orwell, 1984

Chcesz napisać prośbę do konkretnego Mistrza Gry na Prywatną Wiadomość? Użyj odpowiedniego określenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Nieużywane skrzydło   Sob Lis 26, 2016 1:49 am

Tak czasem w życiu bywa, że czegoś bardzo nam się nie chce. I to tak mocno, a autorce tego posta, w tym momencie, nie chciało się od początku czytać eseju, który niedawno wysmarowała dla niej Alice - i nie chodzi tutaj o nieumiejętność docenienia czyjegoś kunsztu pisarskiego, a o zwykły brak zapału do przebiegania spojrzeniem po konstrukcjach słownych, ułożonych w zgrabne, przyjemne zdania. A Ezechielowi, w równym stopniu jak jego kreatorce, nie chciało się w tym momencie uświadamiać istoty, która razem z nim siedziała teraz w opuszczonym skrzydle biblioteki. Bo mógł się sprzeczać. Mógł polemizować na temat, czy na pewno nikt nie umiał tego przewidzieć. W końcu Dumbledore na pewno posiadał jakieś wtyki wśród śmierciożerców, a jeśli nie... Yaxley po prostu nie mógłby w to uwierzyć, że ktoś tak zapobiegawczy, jak dyrektor Hogwartu, nie miałby takiego asa w rękawie. Ale wszystko wskazywało niestety na to, że się mylił. Okazywało się, że Śmierciożercy o wiele lepiej posługiwali się informacjami, wybierając najdogodniejszy moment, by zadać cios w wioskę, bo przecież były tam wtedy dzieci. A ich ciała, ich ból, ich krzyki, podkreślały dokładność tego planu.
- Zaklęcie. Nauczę cię go kiedyś. - odpowiedział jeszcze, milcząc również na wzmiankę o jej przyjaciołach, zanadto pozbawiony sił nieprzyjemnym wspomnieniem, by jakkolwiek spróbować rozwiać jej wątpliwości czy dopytać o przyjaciół. Z reszta... ani go to na prawdę nie interesowało w tym momencie, ani Alice by nie odpowiedziała. Wyczuwał ją powoli coraz lepiej. Zamknięta w sobie, skryta, przygarbiona szlama, która nie wierzyła w siebie. To określenie nieodłącznie kojarzyło mu się z rodziną: tym, jak szafowali nim na prawo i lewo. Jednak ona była dla niego po prostu czarownicą: wycofaną, niepewną, ale silną i z potencjałem. Dla niego nie liczył się status krwi i jego familia boleśnie się o tym przekonała.
Obserwował jej kolejne próby, nie odzywając się w ogóle. Szło jej dobrze. Bardzo dobrze. Czuł, ze jeszcze trochę i dziewczę opanuje zaklęcie wystarczająco, by nie przejechać się na nim, gdy zajdzie potrzeba użycia go. W końcu przestała, widocznie znowu słabnąć, a on po prostu kiwną głową.
- Nie śpiesz się. - wymruczał tylko, samemu wlepiając spojrzenie w rozedrgane płomienie w kominku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Nieużywane skrzydło   Sob Lis 26, 2016 11:26 am

Tak czasem w życiu bywa, że czegoś bardzo nam się nie chce. I to tak mocno, a autorce tego posta, w tym momencie, nie chciało się od początku opisywać stanu zmęczenia postaci, zwłaszcza, że wszystko opisane zostało w eseju wysmarowanym dawno - a biorąc pod uwagę chociażby fakt, że ciąża chomików trwa dwa tygodnie a w miocie rodzi się całe stadko młodych - nawet bardzo dawno temu. I nie chodziło tu nawet o brak kunsztu pisarskiego (choć w sumie...) a o zwykły brak zapału do kolejnego tworzenia konstrukcji słownych i rozwodzenia się nad tym, jak to blade zazwyczaj poliki wydawały się być nagle zapadnięte a podkrążone oczy lśniły jakimś nie do końca zdrowym blaskiem. Może zostawmy więc to chuchro tak jak stoi (póki stoi) i przejdźmy dalej?
Jeśli prawdą jest, że najwięcej mówili ci, którzy do powiedzenia tak naprawdę nic nie mieli (hehe) to Ezechiel musiał być bardzo ciekawym człowiekiem. Skryty i wycofany zachowywał między nimi spory dystans, co w połączeniu z bijącym z niego chłodem z całą pewnością nie jednego by zraziło, jednak Alice... Dla Alice było to właściwie na rękę. Może poza tym jednym incydentem, który starała się wyprzeć z pamięci tak, jak wypierała swój towarzyszący wcześniejszemu spotkaniu chwiejny krok. Incydentem, który to sprawił, że przez krótką chwilę czuła się jak intruz w świecie Bibliotekarza i zastanawiała się czy aby na pewno warto... Bidula. Nawet nie miała pojęcia, że wdarła się o wiele dalej niż zamierzała... I może nawet trochę szkoda, że Yaxley nie zdecydował się podważyć jej słów, tak jak ona nie zrobiła tego wcześniej. Tylko sobie wyobraźcie tę kłótnię dwóch mruków, z których jeden zaraz zaczął by warczeć i przyszpilać do ziemi samym spojrzeniem a drugi tupał by nogą i splatał ręce na pier braku piersi, obruszając się jak dziecko. Och, a i to przy dobrych wiatrach, bo przecież najpewniej stali by przecież po prostu na przeciwko siebie groźnie marszcząc brwi i cedząc słowa przez zęby. Przynajmniej póki Hughes nie złapałaby focha a jej Anioł Stróż nie stwierdził, że pierdzieli taką robotę.
Może więc dobrze, że jednak nie gadają...
- Zaraz wyfrunę ze szkoły - bąknęła, a przez myśl jej przeszło, że prędzej z niej wypełznie. - Może nie być okazji. - Otrzepała ubranie z kurzu, który osiadł na nim gdy usiadła na ziemi i uśmiechnęła się. Trochę może smutno, ale zawsze coś, nie? - Ale dobre zaklęcie. Chętnie się nauczę, nawet sama. - Ta da! Takie to ambitne dziecko było! Swoją drogą warto chyba poinformować czarodziejską społeczność, że lebioda z magicznym patykiem będzie niebawem hasać na wolności. Toż to zagrożenie pierwszej kategorii! Jak nic zaraz komuś oko wydłubie...
No i miało nie być więcej o zmęczeniu, ale kiedy tak stała oparta o ścianę to naprawdę trudno było o nim zapomnieć. Każdy mięsień w jej ciele, obojętnie czy to na karku czy w nogach był napięty do granic możliwości. Ale oddychała! I w głowie też nie kręciło jej się jakoś wybitnie, więc było dobrze, nie? Ot, przyzwyczajenie. Zerknęła jeszcze na zamyślonego mężczyznę i... Chyba dopiero teraz do niej dotarło, że wygląda on niesmowicie smutno... W środku nocy, w opuszczonym skrzydle biblioteki, wpatrzony w ten magiczny ogień... Pokręciła głową, nagle bardzo zagubiona i przyłożyła dłonie do zmarszczonego czoła. Trzeba było wziąć się w garść... No bo przecież nie wypada pytać, nie?
- Lefko Floga - i jak zostało już wspomniane, tak czasem w życiu bywa, że czegoś bardzo nam się nie chce. I to tak mocno, a autorce tego posta, w tym momencie, nie chciało się od początku opisywać, jak to białe ogniki opuszczają topolową różdżkę. Wyszło to wyszło, na kij drążyć temat? I tylko Alice nie wyglądała już na tak ucieszoną z tego powodu. Ba! Nie wyglądała bawet na zaskoczoną... Tak po prawdzie to puchonka wcale teraz nie wyglądała. Zamiast tego kolejny raz oparła plecy o ścianę i przełknęła ślinę, czując jak w gardle robi jej się zdecydowanie zbyt sucho. Wzięła kilka(naście) głębokich oddechów i nie odrywając już pleców od chłodnej powierzchni, kolejny raz podniosła różdżkę. - Lefko Floga...
Ręka lekko jej zadrżała a plecy osunęły się po ścianie. Minimalnie - pięć, może dziesięć centymetrów, ale naprawdę wyczerpana kolejną udaną próbą nie starała się już nawet tego opanować.
- Nie dam rady więcej... - wycedziła przez zaciśnięte zęby i ze wstydem spóściła głowę. Oczu zamknąć nie mogła - za bardzo nią wtedy kiwało.



Buntować się przeciw wam? A kto wy jesteście?
Bezkształtna masa, amorficzny stwór, zatomizowany świat, tłum bez formy i konstrukcji.
Waszego świata już nie można nawet rozsadzić.
Sam się rozlazł...


Ostatnio zmieniony przez Alice Hughes dnia Sob Lis 26, 2016 10:33 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar


PisanieTemat: Re: Nieużywane skrzydło   Sob Lis 26, 2016 11:26 am

The member 'Alice Hughes' has done the following action : Rzuć kością


#1 'Lekcja' :

#1 Result :


--------------------------------

#2 'Lekcja' :

#2 Result :


Sowa Specjalna & Prośby do MG & Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me. It resembles my own mind except that you happen to be insane.”
— George Orwell, 1984

Chcesz napisać prośbę do konkretnego Mistrza Gry na Prywatną Wiadomość? Użyj odpowiedniego określenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Nieużywane skrzydło   Pon Lis 28, 2016 2:03 am

Czy był smutny? Ciężko powiedzieć - na pewno nie w tym konkretnym momencie. Było w nim jednak coś takiego... ta obojętność, chłód, pustka w oczach, które sprawiały, że gdyby własnie poświęcić mu nieco więcej swojej uwagi, tak jak to zrobiła właśnie Alice, to stawał się w czyichś oczach człowiekiem smutnym. Bo jak inaczej nazwać kogoś, pozbawionego radości życia? Nie... nie celu - samej radości. Każdy jego uśmiech był albo ledwo do pochwycenia, albo fałszywy. Markował coś, co niegdyś udzielało mu się nad wyraz często, co znał bardzo dobrze, ale teraz już nie był w stanie tego z siebie wykrzesać. Życie, jego esencja, w pewnym momencie go opuściła i można by sądzić, że czas leczy rany. Fakt - tamtą ranę, głęboką, bolesną - zaleczył, jednak wszelki ból tego świata zdawał się przenikać go na wskroś, powodując, że nie był w stanie wyleczyć się całkowicie. Gdy zobaczył, jak ktoś umiera w jego ramionach, i to nawet nie chodzi tutaj o osobę obdarzone przez niego miłością, coś do niego dotarło. Jak delikatne, kruche i mierne było ludzkie życie. Jak niestałe i niezdolne do zatrzymania. Co prawda, można było go posądzać wtedy o skrajny egoizm, bo chciał, żeby Anna była jego i dla niego, a zabranie jej, odebranie jemu samemu, uznał za największą zbrodnię, jaką można było popełnić. Był jednak wtedy młody, ledwo opuścił szkołę i to nieopierzenie potęgowało wszelkie emocje. Z wiekiem stał się odporny na emocje, albo raczej zaczął je od siebie odrzucać, bo tak było łatwiej. Był przykładem człowieka permanentnie smutnego, w którym jednak nie mieszkał smutek.
- Myślę, że okazja znajdzie się jeszcze niejedna. - ten delikatny uśmiech na jego twarzy, zimny i obojętny, został obdarzony odrobiną ciepła i życia, dzięki bliskości rozedrganych płomieni. Był to po prostu kolejny pozór, kolejna blaga, a najgorsze chyba w tym wszystkim było to, że gdyby zarzucić mu nieszczerość, on po prostu wyśmiałby kogoś, z całą tą pieprzoną obojętnością i agresją, jaką w sobie posiadał. Jednak nie powiedział, o czym dokładnie teraz myślał: nie wspomniał o Zakonie, bo uznał już jakiś czas temu, że wystarczy jej wrażeń, jak na jeden dzień. Tym bardziej, że była blada jak ściana, a o ile było to w ogóle możliwe - jeszcze bledsza niż jeszcze chwilę temu. Próbowała jednak dalej, a on obserwował, jak jej ciało słabnie jeszcze bardziej wraz z kolejnymi zaklęciami, które opuszczały jej topolowy patyk, oba udane. W końcu drgnął, gdy zakomunikowała, że oto nie da rady więcej, a jej ciało rozpoczęło powolną, nieuchronną jednak tym razem wędrówkę, w kierunku podłogi, ześlizgując się po ścianie.
Złapał ją.
Ujął nieco niedelikatnie, z winy szybkich ruchów, jakie musiał wykonać. Z winy pośpiechu i chęci podtrzymania jej i uniemożliwienia wylądowania na podłodze. Oderwał od ściany i otoczył ramieniem, dzięki czemu wciąż jeszcze stała na nogach. Na chwilę przyśpieszony oddech opuścił jego usta, gdy poczuł jej ciepło i zapach. Przez moment poczuł się nieco skołowany, uświadamiając sobie, jak dawno nikt nie znajdował się tak blisko i nie chodziło tutaj o jakieś relacje na linii damsko-męskiej, bo w tym momencie nie takie rzeczy były mu w głowie. Szybko jednak machnął wyciągniętą pośpiesznie różdżką, na co zareagował fotel, znajdujący się pod oknem. Przesunął się po podłodze, zatrzymując przy nich, a wtedy Bibliotekarz usadził na nim puchonkę.
- Dobrze się spisałaś. - odezwał się wreszcie, przyklękając przy niej i spoglądając jej w oczy, pierwszy raz od dość długiej chwili nie uciekając zaraz w stronę czegokolwiek innego, a w tych słowach chyba po raz pierwszy dzisiejszego wieczoru zagościło ciepło i autentyczna... duma? Pochwała? Coś, co ewidentnie odnosiło się do tych dwóch rzeczy.

//zaklęcie zaliczone. dopisz sobie//
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Nieużywane skrzydło   Czw Gru 08, 2016 11:57 am

Przyganiał kocioł garnkowi, jak to powiadają... W sumie - byli do siebie bardzo podobni. Chociaż różniły ich płeć, wiek, pochodzenie a nawet podejście to wielu spraw, to mieli w sobie... ciszę. Tę, która sprawiała, że żadnego dnia nie witało się z uśmiechem na ustach a działania kierowane były chłodną kalkulacją a nie porywami serca czy nawet zwykłymi pragnieniami. I choć chyba żadne z nich nie powie samo o sobie, że jest smutne, to nie musi - ten obrazek sam w sobie napawa już melancholią. A jeśli jeszcze przyjąć, że za jakiś czas - och, oby nigdy nie nadszedł - jej też miało zostać odebrane to co najcenniejsze?
Wiecie, że Blaise ma zielone oczy? Tak jak Anna...
W tej chwili Alice nie była smutna. Zmęczenie odbierało jej niejako zdolność czucia czegokolwiek innego niż mdłości. Oparta o ścianę, wszystkie myśli musiała skupić na tym by najzwyczajniej w świecie nie pieprznąć o posadzkę - oj, starczyło już opieprzu na dzisiaj - a stety czy niestety nie starczyło jej już przy tym siły na to, by robić dobrą minę do złej gry. Trochę wstyd... Ale przynajmniej Yaxley widział, że jest źle. I złapał ją! Niespodziewanie i gwałtownie, na co Puchonka odruchowo spięła wszystkie mięśnie i sapnęła - wystraszona - zaciskając powieki i podświadomie chyba oczekując na cios, który przecież miał nie nadejść... Zamiast tego silne ramię odsunęło ją od ściany i podtrzymało, o wiele już delikatniej i... bezpiecznie. Tak jak wtedy w Hogsmeade, czego przecież nie mogła pamiętać, a jednak umysł podsuwał jej wspomnienia nie powiązanych z niczym dźwięków i zapachów. Rozluźniła więc ramiona i dała się podtrzymywać, usadzać i robić ze sobą teraz wszystko co Ezechiel uznał by za słuszne.
Wtuliła się w miękkie oparcie fotela i mrugnęła kilka razy, pragnąc odzyskać ostrość widzenia a jej oddech powoli się normował. I odwzajemniła to spojrzenie, z zaskoczeniem jednocześnie przyswajając skierowane w swoją stronę słowa. W końcu naprawdę spodziewała się opieprzu...
- D... Dziękuję? - szepnęła, uśmiechając się delikatnie, uśmiechem na który wcale nie musiała się silić i nie trudno było zrozumieć, że nie chodzi jej tylko o ostatnią pochwałę... - Ale... Nie obrazi się pan chyba jeśli powiem, że mam nadzieję, że nigdy tego zaklęcia nie użyję? - Wargi zadrżały jej lekko a sama puchonka - wciąż nie odwracając wzroku - zaczęła skubać podłokietnik uspokajającym ruchem. Wiecie - Hughes nie miała w sobie duszy wojownika i nie było chyba szans na to, by to zmienić a w całym tym przepełnionym bojowymi charakterami zamku znalazło by się ze sto osób, które lepiej sprawiły by się na zajmowanym teraz przez nią miejscu. Uch, w najbliższym otoczeniu potrafiła wskazać takich przynajmniej kilkanaście. W dodatku chyba nie potrafiła wyzbyć się dziecinnej nadziei, że wszystko już wkrótce dobiegnie końca... Nie znaczyło to jeszcze, że wszystkie te nauki mężczyzny miały zostać zignorowane, ale jakoś tak... Uznała chyba, że w tej kwestii należy mu się szczerość... Jakoś tak zmęczenie, opadające powoli powieki, miękki fotel, trzaskanie ognia, przyćpanie zaklęciem a nawet okraszone ciepłą nutą słowa Ezechiela i ta niespodziewana... troska z jego strony sprawiły, że chciała być z nim szczera... No, przynajmniej w tej kwestii.



Buntować się przeciw wam? A kto wy jesteście?
Bezkształtna masa, amorficzny stwór, zatomizowany świat, tłum bez formy i konstrukcji.
Waszego świata już nie można nawet rozsadzić.
Sam się rozlazł...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Nieużywane skrzydło   Nie Gru 11, 2016 5:30 pm

- Nie ma za co. - odpowiedział krótko, nie decydując się jednak na jakikolwiek grymas, zbliżony chociażby do uśmiechu. Jego twarz pozostała niezmienna, obleczona w maskę chłodu. A potem odsunął od niej wzrok, w kierunku żywych, drgających w kominku płomieni, wzdychając cicho. - Ja też mam taką nadzieję, jeśli mam być szczery. Jeśli miałabyś go użyć, to znaczyłoby to, że jesteś w niebezpieczeństwie - podzielam więc twoje zdanie. Moim zdaniem, magia nigdy nie powinna służyć do krzywdzenia innych, ale jak widać nie wszyscy tak samo się na to zapatrują. - powiedział jeszcze, nie mogąc zdecydować się, żeby znowu na nią spojrzeć. Nie chodziło tu o jakiś strach co do własnych słów, albo jej reakcji, a zwykły brak chęci tak szybkiego, ponownego skrócenia dystansu. Jego mocny uścisk na jej ramieniu, podtrzymujący od upadku, jej bliskość i wyczuwalna słabość sprawiło, że jako głęboko introwertyczny, unikający fizycznego kontaktu, poczuł się zdradzony przez samego siebie. Budował mury, za którymi się trzymał, jednak czasem je przeskakiwał, a potem czym prędzej wracał za nie, chroniąc się przed nie wiadomo czym.
- Powinnaś niedługo wracać do dormitorium. Wyspać się. - i wcale nie chodziło tutaj o zwykłą troskę jej stanem zdrowia, a o oddech, który sam musiał złapać. Musiał zostać sam - ze sobą, ze swoimi myślami. Sam z dniem dzisiejszym, który musiał przeanalizować i zaszufladkować. Nie mógł tak po prostu położyć się spać i zasnąć, bo aktualnie coś w nim krzyczało i to dosyć głośno, błagając o chwilę wytchnienia całkowitego. Pozbawione wszelkich istot ludzkich.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Nieużywane skrzydło   Pią Gru 16, 2016 11:35 pm

Po prawdzie to czuła się trochę winna... Och, nie chodziło tu oczywiście o zmuszenie Ezechiela do tego by opuścił swoje bezpieczne schronienie i nagiął nieco zasady, ani o przywołanie w nim wspomnień, które tak usilnie starał się zepchnąć w odmęty pamięci - wiecie, o tym puchonka nie miała pojęcia... Zdawała sobie jednak sprawę z późnej pory, natłoku obowiązków w ostatnich tygodniach szkoły i widziała wszystkie jego ruchy, nie trudno było więc zinterpretować jego zmęczenie na swój własny sposób. I ten cały cyrk w międzyczasie... Łolaboga. Miała jednak nadzieję, że kiedyś, jakoś, jakimś cudem uda jej się odwdzięczyć bibliotekarzowi. Nawet jeśli nie miała jeszcze pojęcia jak mogłaby to zrobić.
- Taaak. - Zgodziła się z nim, idąc przy okazji jego śladem i przekręcając twarz w kierunku ognia. Jej też chyba było łatwieh teraz na niego nie patrzeć... - Czasami żałuję, że urodziłam się taka a nie inna. Że dostałam list... Ale potem sobie uświadamiam, że nawet gdyby było inaczej, to przecież i tak nic by się nie zmieniło... Znaczy... Ludzie i tak atakowaliby innych, a tak... To pewnie bardzo głupie, ale mam nadzieję, że... Że może uda mi się komuś pomóc... I tak nie mam nic do stracenia, więc... Więc może tak jest lepiej... - Zamilkła tak nagle jak się rozgadała i prawie parsknęła. Nieskładna wypowiedź, która powoli formowała się w jej głowie spadła na nią jak jakieś objawienie. Było w niej zbyt dużo smutnej prawdy, by mogła dojść do tego w normalnych warunkach.
- Ma pan rację. Już idę. Ale jest pan pewien, że wszystko w porządku? - Opierając ręce na fotelu i powoli podnosząc się na chwiejnych nogach, zerknęła jednocześnie znowu w kierunku Yaxleya. Wyglądał naprawdę blado. Nie chciała być jednak nietaktowna, dlatego łapiąc równowagę, chwyciła się ostatniego wątku, o którym nagle sobie przypomniała.
- Pamięta pan jak mówił, że nie chce pieniędzy za lekcje? I, że mam po prostu stanąć po właściwej stronie? Stanę. I to nie dlatego, że ci źli i tak nie będą mnie chcieli. - Pewna swoich słów jak nigdy wcześniej, uśmiechnęła się, zerkając na czubek jego głowy. Nie będzie czekała, aż wojna sama wyciągnie po nią swoje kościste łapy. Sama na nią pójdzie! Chociaż nie miała pojęcia jak się za to zabrać.
He... Hehe... Pitolony Frodo Baggins.



Buntować się przeciw wam? A kto wy jesteście?
Bezkształtna masa, amorficzny stwór, zatomizowany świat, tłum bez formy i konstrukcji.
Waszego świata już nie można nawet rozsadzić.
Sam się rozlazł...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Nieużywane skrzydło   

Powrót do góry Go down
 
Nieużywane skrzydło
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
 Similar topics
-
» Formy grzecznościowe używane w Japonii.
» Świnka skarbonka Białego skrzydła
» Madara Tenebris
» Nieużywana cieplarnia nr 3
» Restauracja „Pod skrzydłami”

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hogwart :: Piętra :: IV piętro :: Biblioteka-
Skocz do: