Share
Go down

Ulica

on Wto Wrz 03, 2013 8:53 pm
First topic message reminder :

Główna, szeroka ulica Hogsmeade. To tutaj stare czarodziejki spotykają się w drodze do sklepu na poranne plotki. Zawsze jest tu gwarne i dość tłoczno, zważając na fakt, że codziennie Hogsmeade odwiedzane jest przez czarodziejów z rożnych zakątków świata.

Re: Ulica

on Sro Kwi 01, 2015 5:58 pm
Zatapiam się... Opadam na miękki piasek, otoczony hektolitrami słodkiej wody, nad sobą widząc świetliste refleksy. Nie walczę o życie. Nie walczę o uwolnienie się. Nie ma też problemu z oddechem, nie ma myśli, które wyrywają się jak nienormalne i karzą uciekać śmierci, nie ważne, w którą stronę. Tonę w pięknej wizji sielankowej bajki, wiecie, sądzę nawet, że o sto razy lepszej od tej z wojowniczą księżniczką roszczącą sobie prawa do tronu Sparty i jej Smokiem, między którymi wszak relacje wydawały się krystalicznie klarowne: Ona chroniona, On chroniącym, nic dalej. Kontynuacja tej powieści toczyłaby się wokół wojen, które by toczyli, nie tylko z wrogami najeżdżającymi ich świętą ziemię, ale też z samym sobą, by wzajem sobie udowadniać, kto tutaj ma rację i kto ma więcej władzy. Który z nich zręczniej włada swoją bronią: ona ze swymi sztyletami, czy on ze swymi pazurami... Niee, wolę tą bajeczkę, w której happy end nie jest nieosiągalną idyllą... Mimo wszystkich kropel łez, mimo wszystkich kropel krwi, ni tego, że oboje nie będą tacy sami, kiedy jeden z nich będzie to załagadzał ciernistą ścieżkę, to znów nakazywał cierniom rosnąć, a drugi przemierzał tą drogę, która nawet nie była drogą – dzikie, leśne ostępy, co odtrącały ponurością i zniszczeniem, gdzie nie słychać było nawet kruczego nawoływania, a wiatr nie ośmielał się zakłócać spokoju przegniłych liści ni nagich gałęzi sięgających ponad naszymi głowami na podobieństwo wiedźmich palców, co odgrodzić się starają od szarego nieba, zza którego nigdy nie wyjrzy słońce... Nasza bajeczka gładko zmieniła się w horror, ponieważ od początku taką właśnie miała w realiach być, nawet mimo wyobrażeń tej dwójki i rzeczy, które chcieliby robić... Przecież tak łatwo byłoby wpaść w ramiona czarnowłosego; przecież tak łatwo byłoby przyciągnąć do siebie kasztanowowłosego... Ramiona nigdy by nie omdlały i słodka chwila nie doczekałaby się zmierzchu – tak właśnie powinna być pisana droga tym, którzy uporczywie starali się znaleźć na jednym torze i spróbować porozumieć... ach, lecz nie wie, czy wolno mi ich starania się porównywać i to, co oboje wnosili do tej wędrówki – już o tym pisałem, nie warto chyba drugi raz... Skoro zaś tak sporą bezwartościowością okrywał się ten bożek śledzony przez swego jedynego wyznawcę, zdecydował, że pora coś zmienić – tyle ofiar leżało na jego ołtarzu, które sam zebrał kosą swych czynów, a tuż obok, mając specjalne oddzielone miejsce, spoczywały dary od jednego, konkretnego stworzenia śmiertelnego – przyglądało się więc im bóstwo zrodzone z łona Hel i Morosa, nie dotykało, nie sięgało pełnymi garściami, choć oczy śmiertelnego zachęcały – wszak jemu krew, ciała poległych składano, lub żywych, by mógł pojmać ich dusze i zamknąć w więzieniu swych oczu... Tu zaś..? Źdźbło zboża, jabłko, piękny motyl w słoiku, o którym nieudane, odrzucone dziecię tyle śniło... Rzeczy tak proste, rzeczy niby tak zwyczajne, że większość ludzi kopnęłaby je krańcem buta i poszła dalej, wiedząc, że może je spotkać na każdym rogu, on zaś przyjął je niczym najpiękniejsze skarby, szepcząc, że dość już tej jałmużny, pora samemu pobłogosławić smocze czoło... jeno jak? Jak, gdy był tym, co swym błogosławieństwem ściągał na padół zniszczenie, a poza nim smród pożogi i nieszczęść przysłaniał całą rzeczywistość..? Bożek się nie poddał. Bożek chciał być godny miana, jakim go obdarzono, mimo tego, że był przecież takim samym chłopakiem, jak Colette Warp – żaden święty, żaden nieosiągalny – stoi tu i teraz, tuż przed nim i uśmiecha się łagodnie, kiedy zaskoczenie odbija się w dwukolorowych tęczówkach, w których przewinął się film możliwości, jakiej nie zrealizował... jaka szkoda, czyż nie..? Jaka szkoda, że nie mogłeś w tym krótkim filmie zatonąć tak, jak ja, a sądzę, że sprzedałbyś życie, by się w takiej bajce znaleźć, gdzie twój umysł byłby klarowny, gdzie śmiałbyś się razem z nim i pewnie też miał przyjaciół, gdzie problemy były tak odległe, że nie sposób było podać ich przykładu... Nie powiem "niestety". Powiem: "na szczęście". Na szczęście nie przepadniesz w micie, ale postarasz się tu i teraz, gdzie naprawdę warto i gdzie masz o co... O KOGO... walczyć, nawet jeśli ten ktoś przysłania dumą wszystkie swoje słabostki i który zaplątał się w niepokojącej niepewności, kładąc kładkę dystansu od swej strony. Dobrze. Przynajmniej wie, że o przegrane sprawy i przegranych ludzi się nie walczy... Jednocześnie jego spojrzenie nie było spojrzeniem kogoś, kto przekreśla... Czas, żeby to on poczekał. Czas, żeby odebrał zapłatę z nawiązką... Przeszukiwałeś więc ten swój bank jak szaleniec, wrzeszcząc i robiąc raban, dlaczego ktokolwiek zamknął Colettowi Warpowi drzwi przed nosem, miast go zatrzymywać wszystkimi siłami – nie możesz cofnąć czasu, fakt, niektórych zadrapań trudno się pozbyć, wyrozumiałość kładła się na wszystkich możliwych punktach tego, co dzisiaj się zdarzy – ta wobec Warpa, naturalnie, nie wobec siebie – chciałeś zrozumieć dokładnie to, co stało się wczoraj i to, co będzie mieć miejsce... najpiękniejsze zaś było to, że wcale nie próbowałeś przewidzieć tego, co Colette zrobi – zgoda, próbowałeś, bo w głowie rozgrywałeś milion scenariuszy przeróżnych rozmów tego dnia – po prostu... ten chłopak w całym swym jestestwie należał do osób, które trudno było ci objąć rozumem – wszystko chyba przez ten twój subiektywizm... Tak i nie potrafiłeś zaglądać w przyszłość jego poczynań. Ciągle cię zaskakiwał. Jak niby miałby ci się znudzić..? Śmieszne.
- Biorąc pod uwagę, że sam chyba nie jestem w stanie już wyczarować choćby jednego... to tak. - Odparł z rozbrajającą szczerością unosząc lekko podbródek, by wygiąć jeden kącik warg w górę w ironicznym uśmieszku, zupełnie jakby miało to nadrobić jakkolwiek wypowiedź "wprost" na swój temat. - Witaj, Colette. - Wyciągnąłeś bladą dłoń, by z zadowoleniem uścisnąć tą rozmówcy, która jako pierwsza wyszła z taką propozycją – cóż za śmieszna historyjka..! Znów coś tak zwyczajnego przemieniało się w kompletnie inne realia – wystarczyło, żeby przy boku postawić tego chłopaka, co zwał się Smokiem Katedralnym, a którego adekwatnym odzwierciedleniem był nietoperz, by... by świat był kolorowy. Pamiętasz..? Kiedyś rozmawiałeś z Daszą o tym, czego pragniesz – wciąż to wiedziałeś, tylko z natłoku zdarzeń, przygniecenia własną zgubą, odepchnąłeś to w głęboki kąt. Powiedziałeś jej, że pragniesz znaleźć fragment świata, gdzie wszystko przestaje być szare i ma swoje cudownie żywe barwy... Oto więc jestes. Dokładnie w tym miejscu. Dokładnie w punkcie, w którym utknęły twe oczy...
Oczy Nailaha skierowane były w dwukolorowe tęczówki Warpa.
- Czy pozwolisz, żebym zabrał Cię na obiecaną randkę... która pewnie mogłaby być normalna, gdyby nie to, że nie mam pozwolenia na opuszczanie Hogwartu. - Uśmiechnął się z cynicznym rozbawieniem. Jak bardzo niepoprawne byłoby przyciągnięcie go do siebie, objęcie ramieniem..? Jeszcze nie teraz, jeszcze nie, powolutku, kroczek po kroczku... Nie potrafiłeś skakać na głęboką wodę, kiedy naprawdę tym razem bałeś się, że utoniesz... choć ponoć topielce nie toną, czy nie tak..?





Szczerze mówiąc
Nie wiem jak Ty - mało ludziom wierzę.
"Żył żartem, pił serio" napisz mi na grobie
Szczerze mówiąc.


Re: Ulica

on Sro Kwi 01, 2015 6:00 pm
To nie była najprostsza bajka, gdzie były czarne i białe charaktery i jasnym było kogo należy potępiać a komu dopingować. Gdzie kochankowie niezmiennie trzymają swoje dłonie i razem szukają obejścia problemów, razem ciągnął się z dna na w stronę powierzchni, razem... wszystko razem. Cóż to za romans, gdzie nawet oni walczą między sobą, kiedy podnoszą się z kolan dopiero impulsami elektrycznymi, kiedy każdy z nich ma przygotowaną broń. Prawie jej nie używa, ale ją ma. W myśl zasady: bądź miły, ale zawsze miejsc gotowy plan by zabić każdego. ...nawet swoją księżniczkę...? Naprawdę Smok mógłby zrobić cokolwiek... prócz warczenia? Pewnie i tak przy zbliżającej się figurze pochyliłby w końcu pokornie łeb i umykał spojrzeniem na boki. A i tak mimo całej tej otoczki gad bardzo chciał happy endu – tak chciał, mógł być głupcem ale chciał, nawet jeśli happy endem byłoby po prostu towarzystwo Sahira. Po prostu brak odrzucenia. Żadnej sielanki. Za bardzo ukochał sobie chyba toksyczność ich relacji, aby zrezygnować z niej na rzecz nużącego wyobrażenia przyszłości. Chciał być z Nim i 'do końca szkoły' ewidentnie tej pazernej gadzinie nie wystarczyło.
Oczywiście, że wpaść w ramiona było łatwo, nadchodziły czasy w których wszystko powoli było coraz łatwiejsze, coraz bardziej na sprzedaż, coraz bardziej odkryte, wyuzdane, wypaczone, nieapetyczne. Nawet taki homoseksualny hipokryta jak Colette to widział. Ale tu nie miało być łatwo – nigdy, i daj Boże aby nigdy łatwo nie było. Tu, przy Bożku zawsze potrzebny był obrządek, nawet przed niewinnym przylgnięciem do siebie ciał, zawsze obrządek, który zjednywał wyznawcy łaskę jego cennego patrona. Dary nie były wszystkim, to były maleńkie, pochwycone po drodze prezenty, które musiały legnąć na ołtarzyku i ucieszyć choć przez chwilę wyczerpany wszystkim wzrok. Obrządki były czymś zupełnie innym – rozmową, może małymi sygnałami, sugestiami zasypanymi górą niepewnych spojrzeń, ale nigdy dotyku. To miało być preludium przed crescendo, którym była chociażby możliwość wsunięcia twarzy tuz pod brodę wampira. Jak nagroda dla ich obu. I tak musiało być zawsze. Nie ważne czy w pierwszym tygodniu ich znajomości, miesiącu, roku, pięciu, dziesięciu latach. Do końca życia. Dla innych to mogło oznaczać chłód, zdystansowanie, brak zaufania. I prawidłowo, to był każdy z tych czynników. Ale to było właśnie to, czego szukały każde znudzone sobą pary – staranie się o siebie. Codzienne udowadnianie sobie nawzajem, że nadal zależy i że nadal jest się w stanie o to zawalczyć. Czasem przychodziły momenty zmęczenia, wtedy obniżało się poprzeczkę, ale ona nigdy nie znikała. Przeskakiwanie jej było koszmarnym nietaktem. Mój Boże uczucia wtedy były takie gorące... rozpalane raz po raz jak uwielbienie do swojego Bożka, który w żadnej mierze nigdy nie będzie w pełni osiągalny, nigdy nie będzie zwykły – zawsze będzie się w nim odnajdywać jakąś cząstkę, która zmienia najzwyklejsze rzeczy i prace, których się podejmuje w sztukę. Anglio... co z ciebie za kraj, co takie dzieci rodzisz...? I takie je porzucasz. Mała, wyrodna suko. A Smok deptał ci po piętach nawet jeśli nie był na tym świecie od naprawiania błędów i niesienia szeroko pojętej pomocy. Jego interesowała tylko jedna jednostka, której oddał się już bez reszty zapominając o domu. Leżąc u ołtarzyka tak długo, że zapomniał którędy tu przyszedł, pozwolił by chaszcze i chwasty zasłoniły ścieżkę, dał by przed ni otworzyły się nowe zakątki, nowe horyzonty. Maszerował wtedy tam i sprowadzał ze sobą nowe dary, zupełnie nowe. Ale teraz przyszedł z niczym... był tak nieuważny, że w zamyśleniu zdeptał pierwsze wiosenne kwiaty, nie spojrzał nawet na idealną, foremną szyszkę albo tkwiący w krystalicznie czystym potoku kamień o wspaniałych barwach. Przyszedł z niczym, przysiadł obok ołtarzyka i trwał tak, chcąc aby cisza choć trochę ich połączyła.
Ilu wiernych chciałoby uścisnąć dłoń swojemu niebiańskiemu patronowi...?
- Jeżeli nie przepłoszę cię tym stwierdzeniem, to po prawdzie możesz poczuć jeszcze większą dumę, bo byłeś ojcem tamtego maleństwa. - małe rozbawienie przepłynęło przez jego rumianą twarz. Patrzcie państwo, kolory powoli mu wracały, ten niejasny stress powoli opadał i pozwalał, żeby jego śladem na twarz i kark spłynęło orzeźwiające poczucie ulgi. Zupełnie jak zimne krople wody po upalnym dniu. - Może dlatego nie miało problemu z frunięciem do ciebie.
Widzicie? Widzicie?! O tym była mowa! O tym niesamowitym elektrycznym impulsie, który przeszedł przez ciało, kiedy uścisnęli dłoń. To nie było seksualne pobudzenie, a przynajmniej nie w całości, to była... radość. Uśpionemu przy ołtarzyku wędrowcowi czyjaś jasna dłoń odgarnęła w końcu czule kosmyki z czoła. A oczy ciemne jak otchłań nie wsysały światła. Nie były tez matowe. Nagle Spektrum Czerni włączyło w swoje ramy kolejny odcień, który był jak żywe, igrające stworzenie. Tak mało miał w sobie ze śmierci, z zatracenia, zupełnie jakby główny właściciel tego banku postanowił zaryzykować i już nawet nie tyle utworzyć nowe konto, a nowy oddział, filię. A wraz z tym nagle urósł, był zupełnie inny niż wczoraj, potężniejszy, zdecydowanie bardziej podatny na komunikowanie się ze światem zewnętrznym – wychylanie się śmiało ze swojej bańki. I sięganie wyciąganie w jego stronę dłoni.
- Przecież nie ma takiej siły, która nas powstrzyma przed dotarciem do celu. - podjął odważnie. - Nawet jeśli tym celem będzie popadniecie w alkoholizm. Tym razem w odrobinę kulturalniejszy sposób. - no tak, tak, głupi żart... to była chyba jedna z jego reakcji obronnych, żeby nie poddać się temu subtelnemu urokowi, jaki Sahir teraz roztaczał. Bo roztaczał, na Boga, naprawdę. Teraz nawet ta zwykła propozycja propozycja rozpalała Smoka do czerwoności i przyprawiała o przyjemne dreszcze. - Przestałeś już nazywać to 'przyjacielskim spotkaniem'? ...Tak. Z przyjemnością. - dokończył tylko, chowając różdżkę za pazuchę i korzystając z tego, że w tym ciasnym, nieobleganym miejscu nikt ich nie widzi, złapał Krukona za dłoń i subtelnie pociągnął w stronę drewnianych schodów.
Nie miał pojęcia gdzie idzie. Nie miał pojęcia jaki plan miał jego towarzysz. Chciał po prostu iść i czuć to przyjemne ciepło, jakie rozlewało mu się na twarzy, głęboko wierząc, że nie miało swojego widocznego ujścia. Nawet jeśli przez Hogsmeade będzie zmuszony go puścić, nawet jeśli nie będzie mógł stać za blisko, spoglądać na Niego tak, jakby chciał, rozmawiać o tym o czym chciał... to jednak czuł, że dawno nie było niczego, co tak cholernie by chciał, jak to wspólne wyjście. I proszę, kilka zbawiennych słów wystarczyło, żeby wydobyć gada z bagna i naładować go nową energią – on naprawdę nie potrzebował wiele, mógł nawet ostatecznie żyć w świecie złudzeń i codziennie całować tylko w wyobraźni te blade usta i słuchać wibrującego szeru słów tuz przy wrażliwym uchu. A teraz wystarczyło mu bezalkoholowe kremowe piwo, rozmowa na najbardziej idiotyczne tematy, a nawet wygranie Sahirowi jakiegoś pluszaka w grze w rzucanie kulkami w oszukane puszki.


Ostatnio zmieniony przez Colette Warp dnia Sro Kwi 01, 2015 6:10 pm, w całości zmieniany 1 raz


It has been a beautiful fight. Still is.

Re: Ulica

on Sro Kwi 01, 2015 6:08 pm
Nie miał siebie za bożka i nigdy mieć nie będzie. Był w banalnym ujęciu bardzo banalnym kwiatem jerzyn, czarnych malin, czy wilczych jagód, które kojarzyły się wszystkim dobrze na tyle, że zapominali o kolcach, a raz poranieni woleli się wycofać, dopóki nie zatracili się w dzikim gęstowiu, wśród którego trzeba było kluczyć, żeby wreszcie dostać się do owoców, przy których wisiała tabliczka "nie dotykać". Więc dotykać próbowano. Co zakazane było wpisane w ludzkich genach, by po to sięgać, podniecało i zmuszało do skoszotwania, tak właśnie zostaliśmy naznaczeni grzechem pierworodnym... Zauważmy jednak, jak łatwo te maliny mieszały się z trucizną, która mogła nawet zabić... Człowiek, ślepy zupełnie pośród mroku, nie był nawet pewien, co bierze do dłoni, zrywał całymi garściami to, co z brzegu, co udało mu się zahaczyć, zanim widok krwi nie przeraził i nie popłynął do mózgu impuls, by zrezygnować. Tak i mogę powiedzieć, że takim gęstowiem była osoba, którą sam Sahir uważał za płynny miód, co głosem i uśmiechem koił wszystkie rany – jego brutalnie rozkoszna mieszanka ciągnęła go do tego buszu i kazała odgarniać krzaki, by przeć do przodu – chyba racja tego, że był wampirem, nie miała żadnego wpływu na to, jak niezgrabnie się tutaj poruszał, jak się przymierzał, obserwując wrogi teren z każdej ze stron, który zapraszał, rozwierał przed nim łodyżki, a w jego głowie, w całkowicie naturalnej reakcji, rodziły się pytania i ostrzeżenia – najważniejsze zaś pytanie o to: co jeśli te przyjazne wrota się zamkną i nie zechcą wypuścić? Co jeśli zapraszają tylko po to, by zniewolić? Widzi więc powierzchowną stronę Coletta Warpa, zasmakował tej, której chyba niewielu jego znajomych poznało, bo jakoś czarnowłosemu się nie wydawało, by tak chętnie ten chłopak pokazywał tą gwałtowność światu i obnarzał blizne na swym smukłym ciele, które przywiązywało do siebie spojrzenie najchętnie tonące w zwierciadłach już nie tylko duszy, a i całego świata... W końcu jednak wszedł na niezbadane tereny – oj nie, Colette nie był tutaj jedynym badającym, początkującym na ziemiach, na których dotąd jego noga nie postanęła – cóż z tego, że miał czystą kartkę, na której wypadałoby nakreślić jakieś słowa życiorysu i charakteru, skoro dłoni o wiele łatwiej przedstawiało się wszystko rysunkiem..? W wyjątkowy sposób nie był jedną z wielu komiksowych postaci, jak to jedna z osób ładnie ujęła: był barwny, pokolorowany... A Ty chciałeś zadbać, by takim kolorowym już pozostał, bardziej wymiarowy od wszystkich innych. Zasługiwał na bycie kimś specjalnym. Na posiadanie wyjątkowego miejsca, najlepszego w tym teatrze. Siostra Śmierć? Przegonimy ją! Panienka Wiosna? Dosiądzie się obok! Bestia? Bestia... ta niech pozostanie w tobie. Więc nie musiał przynosić darów. Wdzięczność bożka za to, co już dostał, była ogromna, tak i zjawił się, widmo samego siebie, które wyciągnęło dłoń, przeczesało włosy śmiertelnika i czuwało – niech śpi. U stóp tej zapuszczonej, zapomnianej przez świat i innych bogów kapliczki może spać, ile tylko zechce, a żadna siła tego świata, niebiańska czy też ziemska, nie mogła go tutaj dosięgnąć. Widzicie – z ptakami jest tak, że gdy chce się je zrozumieć, należy obserwować ich lot po niebie. Nie można odcinać im skrzydeł i zamykać w klatce do badań. Jestem przekonany, że tak samo było ze smokami. A mimo to nieuważny Władca Nocy chyba podziurawił te błony wczorajszego dnia... Jak znaleźć lek, który byłby w stanie je poprawić..? Czyjaś dobra ręka z tej samotnej wyspy na morzu czerni rzuca Smokowi przekąski, by ten nie stracił energii, żeby uniósł na nowo piękny łeb, nawet jeśli nie wzleci w przestworza dzisiejszego dnia.
Delikatne sugestie popłynęły w powietrze, tak delikatne jak skrzydełka tego motyla, który został mu ofiarowany u stóp mizernego kamienia, na którym nawet już jego miano się zatarło, gdzie on sam ledwo pamiętał swe własne imię, a co od biedy nazywało dumnie "kaplicą", która pamiętała te obrządki i dary, a teraz, nasycona krwią, odkrywała je na nowo, przeżywając kolejne pierwsze razy, które spisywała na swym wiecznym ciele grubym rylcem, by nigdy, przneigdy już nie zapomnieć o łasce dostąpienia opieki tak cudownie ciepłej dłoni. Tu zawsze panował chłód. Mrok. Tak nauczył się żyć. Jak więc, nawet w beznadziei dwóch bohaterów przedziwnego romansu, który nawet romansem może się nie skończyć, ale na pewno znajdzie się w nim dużo przyjaźni – spójrz, sądziłeś, że wczorajszy dzień będzie waszym ostatnim spotkaniem, tymczasem jesteście tutaj oboje, luźno objęci wiarą i chęcią naprawy tego, co wczoraj się zawaliło. Macie czas. Macie bardzo dużo czasu. Możecie uczyć się oddychać pełną piersią na nowo.
Nie miałeś odwagi wyjąć różdżki i spróbować czaru, który z gładkością opanowałeś... kiedyś. Te dwa lata temu, nim zawaliłeś rok i zniknąłeś ze szkoły.
- Mam w takim razie nadzieję, iż po tym dniu ukarzesz mi jeszcze doskonalszą formę emancypacji swego wnętrza. - Uśmiechnąłeś się z łagodnym zadowoleniem, pewnością siebie, która wydawała się niemożliwa do zachwiania. Nie czuł potrzeby cofania tej dłoni. Nie czuł potrzeby cofania się, mrugania, odrywania wzroku od dwukolorowych zwierciadeł – tak, jak teraz, było dobrze – żadna burza nie była zwiastowana na błękicie firmamentu, więc Smok mógł rozwinąć skrzydła – trzeba założyć te jedwabne bandaże, by pieściły jego delikatną skórę w tym miejscu, gdzie nie obito jej twardymi łuskami – jak każde stworzenie, tak i on miał swe słabe punkty... i jak na tak potężne stworzenie okazywało się, że było ich bardzo wiele.
- No właaaśnie... - Zamruczał przeciągle, unosząc drugą dłoń, której palce ułożył na kształt pistaletu– kapka wyobraźni i naprawdę można było zobaczyć ten rewolwer, który wystrzelił, z którego końca lufy wynurza się dym, a dzierżący go zabijaka unosi potem dzierżony sprzęt i zdmuchuje ten nikły obłoczek – cel skierowany był tam, na Zakazany Las, za którym majaczyła z tego wysokiego punktu wioska czarodziejska. - Alkoholiźmie, nadchodzimy. - Uśmiechnął się buńczuńczo i bez najmniejszych oporów od razu ruszył miękkim, bezszelestnym krokiem przy boku Coletta, który skierował się na schody, do zejścia z trybun – przed nimi kawałek drogi, zwłaszcza, że lepiej się nie natknąć na grupę uczniów z nauczycielem i lepiej nadłożyć dodatkowych metrów, niż zawracać na samym starcie, zanim dobrze się zaczęło. - Przestałem to nazywać przyjacielskim spotkaniem. - Powtórzył z rozbawieniem, jednocześnie potwierdzając te słowa: niby słowa były tylko słowami, ale też i trzeba było dawkować je w sposób odpowiedni, by nie raniły – potrafiły być plastrami na otarcia jak i ostrymi brzytwami, jeśli tylko wiedziało się, jak ich używać, tak więc: nic nie kosztowało cię nazwanie to "randką", ba! - słuszność użycia tutaj tego rzeczownika była kompletnie na miejscu i doskonale wpasowywała się w twoje odczucia, w kompletnym przeciwieństwie do tamtego spotkania w bibliotece, kiedy mający sprzeciwy umysł zaznaczał wyjątkowo twardo, by tej linii nie przesuwać aż tak – teraz zrobiła się miękka, z plasteliny, ogrzana zaś smoczym oddechem kryjącym w sobie ogień o wiele banalniej było ci ją kształtować. Nie potrafiłeś znaleźć w sobie znaku "Stop", który by mówił, że to naruszenie twojej przestrzeni osobistej i jednoczesne dopuszczenie do siebie kogoś. Dobrze. Niech wejdzie. Spróbujesz dać z siebie wszystko, by potraktować go jak najłagodniej. Chciałeś... chciałeś, żeby Colette zrozumiał. Chciałeś, żeby cię poznał. Chciałeś się podzielić z nim wszystkim: tą nienawiścią, tym przyjemnym uczuciem oplatania się jego barwami i pochłaniania całym sobą aury, którą wokół siebie roztaczał, nie zachłannie, ach nie – Otchłań byla otchłanią, robiła to swą całkowicie naturalną drogą, te smutki, te zmiany... tą historię. Tak jak i Ty chciałeś wszystko zrozumieć i poznać o nim. Jasne, to nie będzie trudne, zwiastowało wiele śliskich stopni, na których oboje mogliście sobie powybijać zęby... dawno już nie pragnąłeś zrozumienia u kogokolwiek. Ha! - to najmniejsza z tych wszystkich nominacji! W końcu jak dotąd nikt cię tak nie oczarował swoją osobowością na tyle, byś spojrzał na tą osobę o wiele wyżej niż proste zauroczenie przez zdystansowaną przyjaźń, która rozpływa się jak mgła.
- Swoją drogą... nadal biegasz po szkole w przebraniu krokodyla, czy już dałeś za wygraną?
Tak, oto właśnie Nasz świat.
Bardzo szalony świat.





Szczerze mówiąc
Nie wiem jak Ty - mało ludziom wierzę.
"Żył żartem, pił serio" napisz mi na grobie
Szczerze mówiąc.


Re: Ulica

on Sro Kwi 01, 2015 6:13 pm
I tak strudzony wędrowiec po latach swej podróży wreszcie znalazł miejsce spoczynku. Nie tylko Sahirowi brakowało czegoś, co przyniesie mu zmiany i da wreszcie upragniony zalążek akceptacji. Będzie swego rodzaju stałym lądem. I choć droga, którą przeszedł Colette była zdecydowanie mniej niebezpieczna i niegodziwa, jak ta, która miał za sobą wampir, to nadal nie należała do należała do najłatwiejszych z takim charakterem jak ten jego. Był przykładem osoby, która mimo wszystko, mimo całego tego tłumu dookoła czuła się cholernie niechciana i dobijała go świadomość, że gdyby postąpił w swej szczerości o krok za daleko, po jego stronie najprawdopodobniej nie stanęłaby nawet jego rodzina. Oczywiście nie potępialiby go z czystej nienawiści, po prostu pewnie próbowali by mu pomóc odpowiednim leczeniem. Nie chciał tego, więc brnął przez kamienistą ścieżkę raz nawet myśląc, że trafił w końcu na właściwy ląd i o mało nie zatruwając samego siebie. Dopiero od zaledwie kilku tygodni na ścieżce zaczęły pojawiać się kępki wysokiej trawy o soczyście-zielonym kolorze, które przynosiły zmaltretowanym stopom upragniony odpoczynek. Było ich coraz więcej i więcej, aż w końcu wędrowiec wstąpił do dzikiego, gdzie długi czas musiał walczyć z zagradzającymi drogę barierami. Co jakiś czas nacinając skórę, natrafiając na trujące owoce, po które łapczywie sięgnął. Albo czasem zmuszony był do postoju i skrywania się przed innymi, mrocznymi mieszkańcami tych ostępów. W końcu trafił jednak na polanę ze starym kamieniem, otoczonym przez zwarty okrąg drzew, z których żadne jednak nie zbliżało się do niego bliżej niż na kilka metrów. Bezpieczny był ten kamień, czy nie? Nie było tu śladów życia, była za to specyficzna, bijąca od niego aura. A potem były dni, tygodnie; w ciągu których kamień zaczęła otaczać coraz większa, kolorowa kupka losowo wybranych prezentów. I w końcu było dla wędrowca jak w domu. Mógł leć ufnie u jego stóp i pozwolić, żeby jego zmęczone członki odprężyły się i pozwoliły utonąć w słodkim śnie. Gdzie trawa okazała się być najwdzięczniejszą poduszką, a gdy noc nadchodziła,spomiędzy ździebeł trawy wynurzała się armia małych, świecących żyjątek, do złudzenia przypominających owady, jakie służyły za zawieszone w powietrzu, miniaturowe lampiony. Ogniki pozbawione świeczek. Tak jest, przyprowadził ich tutaj więcej. Zupełnie jakby tymi małymi gestami (prezentami, świetlikami, dbałością o to, by odganiać od kapliczki chwasty, robale i zwierzynę) chciał pokazać, że nie iluzjami, ale jakaś dziką, potężną wiarą zamierzał stwarzać nowy świat. Lepszy. I będzie tam na Niego czekał.
Nawet jeśli nie nadawał się na pełnienie roli przywódcy jakiegokolwiek terenu, bo daleko mu było do miłosiernego, prawdziwie pełnego empatii stworzenia. Faktycznie dopiero... na prawdę dopiero Sahir sięgnął aż tak daleko, aż tak głęboko, żeby zobaczyć choć część tej okropnej blizny pod maską. I nie uciekł. Ba, rzucał zmęczonej gadzinie krwawe przekąski, które najpierw kusząco podrażniły nozdrza i zmusiły do otwarcia uzbrojonej w rzędy zębisk paszczy, żeby zacząć chwytać je już nawet w locie i z kłapnięciem posyłając głęboko w gardziel. Ktoś mógłby powiedzieć, ze to niebezpieczne, nawet karmienie Smoka z podziurawionymi skrzydłami (w końcu nawet ich odcięte łby potrafiły odgryźć rękę), ale przecież tak się zjednuje ich przychylność. Tak sprawia się, że złotołuska godzina podnosi łeb znad desek i zauważa pewien detal, który przyspiesza bicie jej ogromnego serca. Po drugiej stronie, idealnie w miejscu, gdzie według obliczeń miał się zakończyć most, była już podstawa pod naprawdę mocne fundamenty. Zdecydowanie mocniejszy port niż ten, który miał po drugiej stronie.
Colette uderzyła nagle zdwojona dawka pewności siebie, słuszności podejmowanych decyzji i kroków, tego, że pozdzierane podczas upadków kolana już dawno się zagoiły, tak samo jak ślady po zębach na szyi. Nie odeszło to jednak wszystko w niepamięć, to była bardzo dobra nauka. W końcu nawet bez tych najświeższych wspomnień nie byłby tym, kim jest teraz. Niepewność nadal pozostawała, zwłaszcza, że odbierał od Sahira całkowicie inne fale: zachęcające - owszem, łagodne - a jakże(!), ale inne i te działały nań jak nieprawdopodobna kocimiętka – narkotyk, którym upajanie się było dopuszczalne nawet w obecności innych, bez żadnych skutków ubocznych – sama przyjemność. Niedoceniony Smok odszedł w niepamięć, nagle piękna pogoda, minimalny wiatr i wyglądające zza chmur słońce sprawiało, że gadzina miała dość letargu. Patrzcie jak wstaje... jak prostuje silne łapy, jak pazurami mocno chwyta się swojego budulca; jak pręży grzbiet, i macha ogonem na boki. A skrzydła...? Nadal miały maleńkie dziury, ale to nie przeszkadzało przed wzniesieniem ich ku górze, rozprostowaniem po dniach ciągłego trzymania w najmocniejszym ścisku jak to tylko możliwe. I co to...? Zawarczał. Głośno, zadzierając łeb ku górze i sprawiając, że ziemia w trwodze zadrżała w posadach a kamulce obsypywały się od skały z której przybył i opadały w odmęty otchłani. To samo robiły ptaki: śpiewały dla samopowiększenia. Znowu był gotów zaciekle walczyć, starać się o wszystko do czego tak go ciągnęło. Do Kogo. Dawać z siebie więcej i więcej, nie tylko krwią i agresją wywlekając sobie zasłużony kawałek. Jednak łagodne podejście pozwalało zbliżyć się do Kocura. Można było przycupnąć obok i łagodnie, bardzo powoli zgarnąć go łapą pod ogromny pysk; otoczyć z dwóch stron opancerzonymi i pazurzastymi odnóżami, i ułożyć na jednym z nich ogromny pysk, sprawiając, że Pechowy Kot mógł spokojnie ułożyć się w tej bezpiecznej kryjówce tuż obok wiecznie rozgrzanej piersi, a gadzina mogła z lubością wsłuchiwać się w mruczenie zwiniętej, czarnej kulki. Każdy z nich był w pozycji w której mógł natychmiast odskoczyć na bok, jeśli tylko zaczynaliby się dusić i krztusić sobą nawzajem; oboje w końcu potrzebowali swojej przestrzeni, otwartej furtki i pewności tego, że mimo jej otwartości i własnej tendencji do opuszczania wspólnego terenu, po powrocie nie będą skazani na samotność. Pięknie się to wszystko ułożyło? Każdy element puzzli się ze sobą łączył – potrzebowali siebie nawzajem, właśnie takich, jakimi byli; ze wszystkimi wadami, nerwicami, strachami i denerwującymi manierami. W Colette w chwilach słabości dało się wyczytać tę potrzebę jak z otwartej książki, dlatego często potrzebował mocnego ciosu w twarz i zapewnienia, że ją ma, że przecież jest tu, że może teraz ciągnąc ją za dłoń w dół jęczących schodów, z głupim, zachwyconym i dziecinnie ucieszonym uśmiechem na mordzie. Cieszył się w końcu i bawił jak małe dziecko, które wreszcie może przestać stać w kącie z zasłoniętymi oczami i udawać, że go nie ma. Może zerknąć na świat spomiędzy palców i wreszcie złapać się kurczowo obecnej rzeczywistości, nie puszczając chociażby miała mu uciąć palce.
Wpadł. Teraz już bezpowrotnie zadurzył się w sposób, jaki powinno się go skazać w obecnym świecie na wieczne tortury. To był właśnie ten sposób, który łapał za duszę i umysł tylko jeden jedyny raz na całe życie i sprawiał, że niezależnie od zdarzeń, jakie prezentuje nam los, to uczucie towarzyszy nam cały czas i chowa w swoich ramionach w ostatnich sekundach życia, rozbudzając się jak świeże, zmysłowe wspomnienia. Arlekin przeskoczył o jedno pole za dużo i choć potrafił doceniać majestat przemykającego po Szachownicy rumaka, to teraz zaczął nagle skupiać uwagę na detalach: na mięśniach pracujących wytrwale pod cienką skórą i gładkim, lśniącym włosiem, na długiej, zadziwiająco miękkiej grzywie, która okrywała bystre, mądre oczy, zlewające się kolorem z reszta ciała. Dopiero zaczął naprawdę zwracać uwagę na urzekającą linię grzbietu i na to, że zwierze podczas galopu praktycznie płynęło, ledwo dotykając kopytami tej surrealistycznej ziemi. Zjawiskowy – to jedno słowo nasuwało mu się na usta i kładło miękkim szalem na myśli. To szaleństwo zdawało się być kompletnie nieodwracalne, utrata głowy dla czegoś... kogoś, nie powinna być takim przeskokiem. Nie powinna zająć mu pięciu minut, przez które truchtem schodził po schodach. A jednak... jak tylko wyszedł poza trybuny zachował się przez moment tak jakby zachłysnął się powietrzem. To chyba nie powinno tak wyglądać, prawda...? To długi i powolny proces, o którego owoce było bardzo trudno i one chyba nie przychodziły tak... tak nagle. Nie wiedział, nigdy nie czuł się tak nawet w najmniejszym stopniu, coś po prostu niemiłosiernie szarpnęło jego wnętrzem i rozpaliło iskry nawet w parze różnokolorowych zwierciadeł, przyprawiając go o krótki, sekundowy postój w tej szalonej gonitwie, gdzie steru nie trzymały już dłużej jego dłonie.
Za..kochał się.
- Co? - obrócił się nieznacznie, dopiero odbierając na pełnych falach, co wampir powiedział na górze. Ależ był rumiany, ależ jasno teraz na wszystko spoglądał, słońce rozpościerające światło na niebie już go nie oślepiało, każda barwa dookoła soczystsza niż kiedykolwiek. - Ah... tak. Oby nietoperz urósł do rozmiarów Hogwartu.
Musiał oddychać wolniej, bo nagle zmysły sprawiały, że każdy bodziec uderzał mu do głowy jak woda sodowa. Miał ochotę zwojować Hogsmeade, jak kowboj z dzikiego zachodu, dosiadający pięknego, karego rumaka. Odważny mimo, iż musieli się ukrywać, mimo, iż nadłożyli drogi, że Colette nie mógł puścić dłoni Sahira tak długo jak tylko było to w dobrym tonie. Przestał to nazywać przyjacielskim spotkaniem... Przestał tchnąć chłodem naokoło i czaić się z pazurami na poorane skrzydła ogromnego gada, pozwolił trzymać się za dłoń i w ciszy i cichym śmiechu Cola ciągnąc się za dłoń. Tak, Puchon się śmiał, bo nagle mógł, nagle nic nie trzymało go za gardło i raz niepoprawnie wyglebał się na śliskim kamulcu. Do stopnia niezdarności, w którym Krukon przed samym Hogsmeade wyciągnął mu jeszcze ostatniego liścia zza kołnierza jasnego płaszcza. Oboje przeszli do wioski tajnym przejściem, jaki Colette znał od Samego Jamesa Pottera – Gryfon pokazał je Puchonowi, kiedy pierwszy raz wymykali się na Ognistą.
Destynacja była raczej jasna. Byli za młodzi, by wchodzić do podejrzanego pubu na obrzeżach wioski, a łagodna herbaciarnia do nich nie pasowała. Stare, dobre „Trzy Miotły” wydawały się idealne, nawet jeśli bywało w nich zbyt dużo uczniów. Mogły się roznieść pogłoski... Choć Colette bywał tu na popijawach z Jamesem, czy z innymi Puchonami, więc problem malał. Malał choć dłoń bruneta, wciśnięta teraz do kieszeni, nadal nosiła na sobie ślady ciepła drugiej ręki i łaknął jej jeszcze przez chwile dłużej, co mogło być dlań strzałem w stopę.
- A co, tęsknisz bardziej za pyskiem czy ogonkiem? - pokręcił głową, zerkając nań katem oka. - Spokojnie... bądź gotów, Sahir, nie znasz dnia ani godziny, aż krwiożerczy Krokodyl po raz drugi się o ciebie upomni, a wtedy zaznaczam, że nie będzie żadnej ucieczki, ale czysta, epicka walka. Krokodyle ofiary przodem. - skłonił głowę, otwierając drzwi pubu przed swoim towarzyszem. Ileż opanowania musiało go kosztować, żeby nie klepnąć mijającego go wampira choć leciutko w tyłek. Naprawdę... musiał się czasem pohamować, choć teraz alleluja – skończyło się tylko na przygryzieniu dolnej wargi i pobłądzeniu za szybko nienamierzającym odpowiednie dla siebie miejsce towarzyszem. - Aczkolwiek muszę znaleźć w gąszczu graczy kogoś, kto był Piotrusiem Panem, ponieważ igrał ze mną do stopnia w którym by uchronić moją przyszłą, syrenią kolacje przed rychła śmiercią, wpakował mi swoją stopę do krwiożerczego pyska. Samobójca. - chrząknął i oparł się dłońmi o ławkę. - Więc życzysz sobie zacząć od razu od wolnego sączenia Ognistej Whiskey czy może damy za wygraną i upijemy się jak nastolatki Kremowym Piwem?
Wydawał się być przejęty obiema możliwościami, w końcu nie zmierzał się dzisiaj nadmiernie upijać, tylko wyzbierać jak największą ilość pogodniejszych wspomnień, żeby maleńki gacek zaczął za każdym razem, kiedy się pojawia wprawiać w zdumienie rozmiarami.


It has been a beautiful fight. Still is.

Re: Ulica

on Sro Kwi 01, 2015 6:15 pm
Złoty Smoku, jesteś tak nieznośnie piękny, że najciemniejsza serca były w stanie się przy tobie otworzyć. Niesamowicie pociągający, słodki słodkością, którą nie da się nasycić i nie da się zasłodzić – smak tych owoców, po które sięgają palce tego, który już poszedł na zgubę, nie mogąc żyć bez choćby minimalnej dawki na dobę, prowadzi do zatracenia się nawet w momencie, gdy czasem natrafi na kwaśny i niedojrzały owoc, a metr dalej na całkowicie przegniły. Tak rozkosznie niedoskonały w swej doskonałości... choć, cóż ja mogę wiedzieć, a co dopiero biedny ten, którego ozwałeś bożkiem, a który wkroczył na tereny twego ogrodu – jest dopiero na marnym progu, na samiuśkich początkach wydaje ci się, że jedynie ty dzielnie budujesz most nad przepaścią – och taaak, to zdecydowanie bardziej pracochłonne, bardziej rani dłonie nieprzystosowane do ciężkich prac, rani uszy, gdy młotek uderza w gwoździe i echem unosi wokół ciebie, rani palce, kiedy metal nieprzyjemnie uderzy w opuszek, jednak pamiętaj: również w tobie, Colette, są nieprzetarte szlaki, głuche zakątki wśród labiryntu marzeń i wspomnień obrośniętych ostrymi łodygami i miękkimi liśćmi, których szept Sahir słyszał już od przodu i miast zlewać się w jedną całość męczącą umysł tylko zachęcały do wkroczenia w magiczny świat, gdzie rzeczywiście nie wszystko było czernią, bielą i szarością – stosy pośrednich, pomniejszych kawałeczków układanek poskrywały się bardzo skrzętnie przed twym wejrzeniem, a dzień, ten tutaj, który właśnie cieszy miękkością doznań, bardzo sprzyjał temu, by odnajdywać i poznawać... nie sądzisz, Colette? W ten najprostszy sposób codzienności i podstawowych gestów, których z czasem dwójka dopełniających się dusz chce uczyć się na pamięć, jak i Nailah próbował wyryć na płycie swej jaźni każdy z uśmiechów i spojrzeń, które potrafiłeś posyłać, od tych intensywnych, po te jakże delikatne i zmysłowe. Och, twój uśmiech... Nie był palącym ogniem, nie był uderzającym w twarz słońcem – był szelestem listków wśród drzew poruszanych muśnięciami wiatru, był prześwitami promieni dnia i balansem jasności na zacienionym przez korony przemierzanego lasu policzku, który pozwalał zatrzymać się w miejscu i nabrać głębszego wdechu orzeźwiających woni wokół... Orzeźwienie zaś rzucało czar. Zbieram dlatego w garści te poziomki, te czarne i miodowe maliny, wszystkie je układam w wiklinowym koszyku, może uda mi się je zebrać na zapas, dopóki jesteśmy tutaj wszyscy, a wrzawa wojennych okrzyków i szczęku krzyżujących się broni, jak i naturalnego miejsca waszego pobytu w postaci boiska od quidditcha, pozostają daleko, daleko w tyle – nie na aż tak, by o nich zapomnieć, ale też kompletnie zniknęły z pierwszego, drugiego, czy nawet rzeciego planu – nie raz i nie dwa do nich wrócimy, ta niepokorna matka Anglia zrodziła na swej ziemi jednego wojownika, którego postanowiła zetknąć z wojownikiem z krwi i kości zrodzonym na jej ziemi, lecz nie z jej łona – nie wiem, czy chciała wystosować niemądry żart, czy może chciała właśnie te dusze pasujące do siebie jak ulał i nakładające się na siebie warstwami, dzieląc cały jad i słodkość na dwoje, z których jeden miał więcej pierwszego, drugi drugiego (lub płynnie się zamieniali wartościami, szukając doskonałego środka), wpasować na jeden tor. Nikt tego nie zgadnie i nikt nigdy tego nie powie – zbyt głęboko ta matka teraz spała, aby dzielić się z nami dziś tajemnicami ambiwalentnej rzeczywistości kształtowanej niczym zamek z piasku przez dwie pary dłoni, często przeszkadzającym sobie wzajem.
Zawitał na bladej twarzy, a jednak tej, na której nie widniał najmniejszy cień zmęczenia, pomimo tego, że nie przespał zbyt wielu godzin, pomimo tego, że całą noc biegał po Hogsmeade i okolicach Zakazanego Lasu, wsłuchując się we wszystkie zdradliwe szepty, a potem nie był w stanie spać – te długie godziny, którze przeminęły niczym wystrzelone z karabinu, upłynęły na nurzaniu się w doznaniach, obrazach wypływających z pamięci i kunsztownie wyrzeźbionych chwilach i słowach, którego mamiły i zachęciły w końcowym efekcie do tego, by trafić właśnie w to miejsce – znów do tego samego miasteczka, które wszak odwiedziłeś już wiele razy w życiu chodząc tu do szkoły, a każdy z tych razów wydawał się bez wyrazu i zapisał się w umyśle jedynie planem miasta. Nie bardzo istotne było aktualnie GDZIE się znajdowałeś – tutaj wampirze zmysły akurat pracowały na zawrotnych obrotach i na wszystkie sposoby starałeś się je wyciszyć, by nie analizować każdego hałasu, każdego zapachu, co nie stanowiło większego problemu, potrzeba było tylko chwili przyzwyczajenia – na szczęście było to dawkowane, gdy się zbliżaliście okrężną drogą... Okej,a tak na serio, bez całego tego pierdolenia? Sahir nawet nie bardzo zwracał uwagę na kakofonię dźwięków i bodźców, bo był za bardzo skupiony na Colettcie i miękkości godnej jedwabiu lub świeżej trawy, na której sypiał ten wędrowiec niegościnnych lądów, znajdując swoje azylum, w którym został przyjęty w końcu jak w domu – wszelakie stworzenie stłamszone przez wszędobylski mrok lgnęły do jego dłoni i ud, by zapewnić mu ciepło i nie pozwolić, by czuł się samotny. Nie tutaj. Długo szukał ścieżki, której nikt nie oznakował i nikt wcześniej nie przetarł – ścieżki, która istniała dla wybranych takich jak on, to prawda... lecz jak widać dopiero on zdołał rozbudzić to miejsce w taki sposób, by rozbudzić w nim głęboko uśpioną pod ziemią magię. Taaak, Colette, bardzo skutecznie się dokopujesz do tej skrzyni spętanej łańcuchem na dnie oceanu... Ach... nie, przepraszam...
Ty już ją trzymałeś w dłoniach.
Kluczyk był zbędny.
Bezwartościowy skarb w postaci serca uderzał swym rytmem, pudełeczko zostało otworzone...
Och, zdecydowanie oboje przepadli!
- Chybaaa poprzegląąądam stare księgi w poszukiwaniu pradawnej wiedzy – uniósł ręce przeciągając nimi w powietrzu niczym właściciel teatru nakazujący otwarcie sceny i odsłonięcie kotar – na temat ludzio-krokodylii..! Kto wie, może okarze się, że też są uczulone na czosnek i Biblię..? - Uśmiechnął się kpiąco, wsuwając się do środka i nie mając najmniejszego pojęcia o zaciągach swego dzisiejszego partnera – och, nazywajmy osoby prawidłowymi tytułami, skoro już posuwamy się do obnażającej wręcz szczerości, do której Nailah przygotowywał się całą długą noc – to by się zdziwił, jakby dostał nagle klapsa w pośladki! I proszę bardzo – burda na wstępie byłaby gotowa, w której w końcu dwóch śmiejących się, poobijanych uczniów, którzy nie mieli nawet pozwolenia na pobyt tutaj, zostałoby wyrzuconych z miejscówki na zbity pysk! Obrócił się przodem do Coletta i postąpił dwa kroki w tył, by zaklaskać aktorsko w dłonie parę razy. - Brawo! Brawo! Sam bym chyba jednak pokusił się o odgryzienie tej nogi, dlatego podziwiam samokontrolę. - Rozłożył na moment zgięte ręce na boki, by zaraz odwrócić się znów twarzą do baru, spoglądając na boki w poszukiwaniu wolnego miejsca. - Znalazłem idealny emo-kąt. - Przesunął lekko dłonią po ramieniu Smoka i wskazał mu zwalniające się akurat miejsce, do którego się skierował, ściągając po drodze kurtkę. - Po ostatnim naszym, jakże kulturalnym, imprezowaniu, rzygałem jak kot po whiskey przez następne dwa dni, więc chyba sobie daruję. - Rzucił skórę na oparcie krzesła. - Zadowolę się... Apple Brandy? - Nie była wszak droga, a zaraz obok szkockich whiskaczy i amerykańskich burbonów był to trunek, który każda knajpa angielska miała. Wzrok Nailaha prześlignął się po wnętrzu z chwilową uwagą – strzeżonego Pan Bóg strzeże, jak słusznie mawiają, jakoś dopiero mógł spokojnie zasiąść kiedy miał względną pewność, że nikt na niego nie patrzy tak, jakby chciał go zabić... i nie trzeba mu rozpierdzielić twarzy pięścią, żeby go nauczyć, że tak się bynajmniej nie rzuca wampirom wyzwania... W sumie to było to swoiste przewrażliwienie – tak naprawdę od trzech lat w Hogsmeade go nie było, nie licząc wczorajszej nocy, gdzie zapuścił się tylko na skraj.
Tak, a to wszystko, co się właśnie rozgrywało, sprawiało, że miejsce o wdzięcznej nazwie z miotłami będzie najmilej kojarzącym się wspomnieniem rodem ze szkoły wyrwanym. Cudna, doprawdy ambiwalentna rzeczywistość... I aktualnie też jedyna, w której czarnowłosy chciał się znajdować, kiedy jego oczy powiodły za sylwetką Coletta, by wreszcie nawiązać z nim kontakt wzrokowy.
- Ponieważ, co może zapewne bardzo Cię zdziwi, nie jestem dziewczyną, to żądam zamiennego stawiania kolejki. - To było trochę niezdrowe, że tutaj, wśród tych ludzi, musieli być tylko znajomymi, którzy rozmawiają być może właśnie o tym, jaką to cudowną loszkę 7 na 10 dzisiaj poznali i ta zgodziła się wreszcie z nimi umówić... Mimo to przekaz spojrzeń był jasny – nawiązana linia porozumienia między nimi jeszcze nigdy nie była tak wyraźna, tak głęboka i tak klarowna, jak tu i teraz... Doskonałe początki, których chyba nic nie zdoła w tej dobie zniszczyć.
- Bardzo się cieszę, że przyszedłeś, mały szkodniku... szczerze powiedziawszy obawiałem się, że już cię więcej nie zobaczę. - Nie zaznasz odpychania wprost, nie zaznasz już czczych gadanin o tym, że lepiej by było, gdybyś uciekł, dopóki masz opatrunki na skrzydłach i zdecydowane, silne nogi, ponieważ teraz jedyne, co będziesz mógł poczuć to ramiona ciągnące cię do siebie, nawet jeśli uznasz, że lepiej się odwrócić. Wierz mi, że ten konkretny Kot potrafił bardzo zażarcie walczyć o tego, kto jako pierwszy zawalczył o niego, wsuwając się w ten paranoicznie chory świat.





Szczerze mówiąc
Nie wiem jak Ty - mało ludziom wierzę.
"Żył żartem, pił serio" napisz mi na grobie
Szczerze mówiąc.


Re: Ulica

on Sro Kwi 01, 2015 6:17 pm
Dzisiaj nie padało, nad ich głowami nie wisiały ciemne chmury, nie było wichury ani sztormu, można było wychylić się z kryjówki, która przetrwała wczorajszą pożogę i objąć wzrokiem zniszczenia, których dokonała. Czyli pozrywane gałązki, porozbijane owoce, które zostały bestialsko strącone z wysokich drzew, poszarpane krzaczki owoców i podtopiona ulewą trawa, która mlaskała pod stopami z każdym krokiem. Pocieszające było jednak to, że nie zniszczyła wszystkiego w sposób, w który natura nie była w stanie tego naprawić. Zwłaszcza, że wędrowiec przed snem ustawił na krawędzi polany idealny okrąg z kamieni, który miał trzymać nadmiar wody z daleka. Dlatego mógł tkwić bezpiecznie przy zapomnianym ołtarzyku i pod nieuwagę być źródłem zbawiennego ciepła i bezpieczeństwa: zarówno dla miejscowej, lgnącej do niego fauny, ale i dla opiekuna tego ciemnego dworu, który spił się już krwią składanych tu ofiar tak mocno, że przelewała mu się ona przez gardło. W końcu był inny niż jego poprzednik, który zapewne tak zasmakował w podrzynaniu gardeł, że był to już dlań chleb powszedni, element codzienności, który w chwilach braku obecności mógł pociągnąć za sobą straszne następstwa. Z obecnym bożkiem, który nie dostrzegał własnego znaczenia było trochę inaczej: był miłosierniejszy – równie niebezpieczny, oj tak, ale miłosierniejszy – i nawet jego chimeryczność i nieprzewidywalność potrafiła się mimo wszystko uspokoić i nagrodzić swojego wyznawcę odpowiednią dawką miłosierdzia, która zamiast sycić w przemyślany sposób podnosiła tylko rozgorączkowanie i łaknienie. A to miłosierdzie nie przynosiło pecha... a przynajmniej wędrowiec go nie widział, nie chciał widzieć. Jak się delikatnie zmieniał, jak potrafił robić się miejscami naprawdę niebezpiecznie rozdrażniony, jak potrafił zaatakować jednostkę okazującą słabość; całe szczęście tylko w chwili, kiedy był absolutnie pewien, że ta będzie w stanie się obronić. Jak marniał, kiedy czuł się niedoceniany albo praktycznie świecił i emanował pewnością siebie, jak tylko pozwolono mu postawić kolejna deskę na moście. Ależ był silny, mimo tych kilku chwil, kiedy Sahir praktycznie go zdeptał, Colette i tak był psychicznie silniejszy niż kiedykolwiek - końcu nawet brnięcie po zgubę było lepsze niż przesuwanie się po omacku nie wiadomo gdzie. I chciał brnąć to w dalej, egoistycznie być coraz silniejszy, rosnąć, ostrzyć kły, pazury i rogi, ewoluować na oczach wampira na kolejne, i kolejne poziomy; odkrywać i być odkrywanym, wyhodować sobie... pieprzone kolce na końcu ogona, jak u dinozaura, którego imienia całkowicie zapomniał, żeby móc otaczać nim i siebie i śpiącą pod jego pyskiem puchatą kulkę i strącać w przepaść niepotrzebne dodatki w postaci innych ludzi, którzy zamierzali się tu dostać po jego moście. A to był jego most i jego Kocur. I jego skrzynia z najcenniejszym skarbem na ziemi, wetknięta pod łapę uzbrojoną w pazury, grube i ostre jak maczety. Skarby powinny być pilnowane przez Smoki, oto porządek rzeczy, który wreszcie zawitał na tą ciemną, jałową ziemię.
Nawet jeśli przy boisku szli ramie w ramie, teraz Colette był zmuszony zachować odpowiedni moralny dystans i iść obok, starać się nie obijać ramionami o innych użytkowników drogi i jednocześnie starając się nie zawieszać na wampirze wzroku na dłużej niż było to absolutnie konieczne. I moralnie dozwolone.
- Póki co wiadomo, że mają tylko alergie na pierdolenie. - wyszczerzył się prawie wrednie. - Dlatego co kilka dni, co najmniej, potrzebuje takich odświeżających rozmów z tobą, w przeciwnym wypadku wysypka zaczyna przyprawiać mnie o świra. Podczas posiłków i w nocy, o bracie... Nie mogę spać, bo znajomy z wyra obok na głos zastanawia się czy pingwiny mają kolana. - odetchnął głośno i nakrył sobie czoło dłonią. Ten stan utrzymał się nawet przy otwieraniu drzwi, co było jednym z czynników, jakie uchroniły pośladki wampira przed każącą ręką sprawiedliwości. No zdziwiłby się zdziwił... pewnie któregoś pięknego dnia Colette zmyje z siebie filozoficzne pytanie o pingwinich kolanach i zacznie rozpatrywać życie po śmierci; i wtedy dopadnie Sahira.
Zaczęcie nazywania Nailah'a pertnerem było.... było bardzo dużym skokiem. To niby tylko słowo, ale dla Warpa miało swoją naprawdę potężną wagę i w tym momencie byłoby kolejnym ogromnym skokiem. A jak wiadomo Arlekin stoi na Szachownicy tylko na jednej nodze, dwa skoki mogłyby być śmiertelnie niebezpieczne. Zaryzykuje upadek czy nie...? Jedno było pewne: na pewno nie tutaj.
Odwinął z szyi cienki, ale zaskakująco długi szalik, przy okazji kłaniając się pokracznie.
- Ależ dziękuje, dziękuje, proszę nie wstawać, chciałbym pozdrowić moją nie-lubiącą-piec-ciast-mamę. Siedzisz mi w głowie, w końcu co za pragnący zguby głupiec wpycha apetyczną przekąskę krosto w pysk? Moja silna wola sama mnie wtedy zadziwiła, ale potrzebowałem wspólnika w walce, sadzę, że z jego stopą w żołądku moje szanse, do zjednania sobie takowego drastycznie by się zmniejszyły... Pamiętaj, że koszmarny manipulant był z tej gadziny. - wypiął dumnie pierś i zdążył jedyne odpiąć płaszcz.
Wybrany kat był idealny: nie zwracali na siebie zbytniej uwagi, a jednocześnie nie zapuścili się do najciemniejszego kąta, który rodził domysły. W trzech miotłach nie było widać uczniów, siedziało kilkoro starszych czarodziejów, którzy rozprawiali o czymś w skupieniu. Ktoś zeszłej nocy nie wrócił do domu.
- Ty rzygałeś?! - rozdziawił usta, najwidoczniej nie słuchając rozmów, jakie płynęły wdzięczny, jednostajnym szumem naokoło. - Myślałem, że tylko ja wydeptałem sobie trasę łóżko-sedes. Ale w pełni cie rozumiem... ja jednak postawie na kremowe piwo. Moment!
Obrócił się na pięcie i szybkim krokiem przeciął główną sale tej quasi-gospody i oparł się o ladę chwilę rozmawiając z uśmiechniętą barmanką. Wskazał stolik, przy którym zasiadł jego przyjaciel i zagrzebał w wewnętrznej kieszeni płaszcza podając jej Galeony. Jakoś wolał płacić na początku, kiedy jeszcze dokładnie wiedział ile pieniędzy ma, niż potem płacić i płakać wytrzepując kieszenie i ostatecznie sprzedając swoje ubrania, żeby uregulować rachunek. Tuż po tym wrócił do stolika pochwycony przez delikatne upomnienie wampira o jego płci. Aż nie mógł się powstrzymać, żeby nie przesunąć łagodnie po całej jego aparycji.
- Zapewne mnie to zdziwi? - zatrzasnął się, zsuwając płaszcz z ramion. - No dobsz, zgodzę się, ponieważ ostatnio na Ognistą wydałem aż za dużo pieniędzy. Poza tym musisz mnie na pełen etat nauczyć swojego zbawiennego zaklęcia, bo szykuje się impreza w Puffkolandzie i zamierzam zjednać sobie większość tych małych idiotów; wiadomo nic nie działa tak jak alkohol. Ubezpieczam sobie tyły. - zasiadł naprzeciwko, układając grubszy materiał obok i rozsiadając się wygodnie, czekając aż ich zamówienie przyjdzie. Sam wolał rozpocząć właśnie od Kremowego Piwa, dawno go nie pił i nie obchodziło go, ze będzie wyglądał przy Sahirze i jego Brandy jak cipkopedałek. Może i cała ta otoczka, jaką musieli tu zachować była niezdrowa względem spojrzeń, jakie sobie posyłali i delikatnych, mimowolnych sygnałów, jakie parły do niby nieuważnego dotknięcia dłoni albo szurnięcia nogawką po łydce. Ale mimo wszystko było w niej coś przyjemnie podniecającego, jeszcze bardziej zakazanego.
Zabębnił palcami w blat, na moment przygarbiając się nad solidnym, drewnianym stołek.
- Ja miałbym nie przyjść? Mimo, iż nie trzymasz mnie na smyczy, to raz wezwany zawsze się zjawiam. - nadawał tej wypowiedzi lekkiego tonu, specjalnie dla siedzącej dookoła publiki. - Po prostu odczułem wtedy, że mógłbyś mimo wszystko robić coś wbrew sobie, to całe wyjście i sam rozumiesz... Wlepianie cie na siłę w ramy, w których nie czujesz się komfortowo tylko dlatego, żebym się chwile pobawił też nie jest idealnym wyjściem, jakiego szukam. Chyba nie robisz niczego wbrew sobie, co? - najtrudniejszą rozgrywka w tej konkretnej sekundzie było rozegranie tego tak, aby Sahir nie był zmuszony odpowiadać teraz wbrew sobie, żeby Colette nie było 'smutno'. Dlatego nie patrzył mu w oczy tylko lawirował wzrokiem pomiędzy swoimi palcami, a krótkimi zerknięciami w stronę odległego baru i ich przygotowującego się zamówienia. - Nie miałem powodu, żeby cie unikać, w końcu po raz kolejny nic się nie stało, czasem jak się ze sobą zderzamy, to odpychająca jest tylko fala uderzeniowa, jak ona przejdzie, to potem często dochodzi do mnie, ze zachowałem się jak kompletny dzieciak. A mam przecież siedemnaście lat, helloł... prawie dorosły i... o, twoje jabłuszko idzie. - uśmiechnął się szeroko, niezwykle wdzięcznie do dziewczyny, która na tacce przyniosła im trunki, które zgrabnie rozstawiła na stole.


It has been a beautiful fight. Still is.

Re: Ulica

on Sro Kwi 01, 2015 6:29 pm
Och tak, uczulenie na pierdolenie, dość spotykana przypadłość, całkowicie zrozumiała przez samego wampira, który prędzej podciąłby gardło temu, kto by przy nim zaczął filozoficzne wywody o pingwinach i ich kolanach, niż słuchałby czekając do końca, czy rzeczywiście mają. Nie, to nie było ciekawe. Nie, to nie było interesujące... Ale tutaj, z Colettem, mógł się nad tym rozwodzić i zastanawiać, no bo – czemu nie? Temat nagle zmieniał się na całkiem w porządku pod względem tego, że można się pośmiać – cóż z tego, że jest to pierdolenie o głupotach? W końcu równą głupotą było ich rozważanie o łyżwach i ślizgającym się po lodowisku smoku z czapką-wpierdolką na łbie, tak samo głupie były rozważania o krokodylu, pirackim kapeluszu i tym, że może zaistnieć zaklęcie, które niespodziewanie (podkreślając słowo: niespodziewanie) ubiera nagle ofiarę w lateksowo-sweet-różowy strój, którego nie idzie się pozbyć zwykłym sposobem rozbierania, bo trzyma się ciała jak opętany. Tak, więc... mieli już kilka wybitnie debilnych tematów za sobą, które w swej absurdalności zapewniały swoistą zabawę. I mimo wszystko nie wierzę, że właśnie rozwodzę się nad tematem tych kolan pingwinich, próbując ustalić, na ile jest on absorbujący. Jak widać: bardzo, skoro poświęciłem mu tyle linijek...
- W tym momencie rozważam, czy się załamywać, czy może raczej śmiać. - Spojrzałeś na Coletta z rozbawieniem, zajmując swoje miejsce i opierając się o blat. To fakt, że wisiało między nimi bardzo wiele niepoprawności w całej konieczności krycia się, na którą najchętniej czarnowłosy miałby wywalone i rozszarpywałby wszystkich, którzy chcieliby cokolwiek zarzucić jemu, czy też jego... partnerowi! Zgadza się, znowu użyłem tego magicznego słowa, które przynajmniej na razie nie wybrzmi z ust Sahira, ponieważ było za mało ludzi, ponieważ mimo wszystko szum był za głośny, ponieważ wciąż było słowem za mocnym, by wypowiadać je ot tak, wprost, za mało też alkoholu upłynęło, który, jak wiadomo, kochał rozpuszczać wszelakie bariery i nakłaniać do bycia bardziej wylewnym – przynajmniej tak to działało u czarnowłosego. I przyjemnie rozluźniał. - Polecałbym na takim delikwencie użyć zaklęcia wyciszającego... chociaż ja bym się raczej ograniczył do prostszego rozwiązania, noszącego tytuł: prosisz się o wpierdol. - Nie miałes takich problemów, bo miałeś swój własny, miniaturowy pokój będący poddaszem, na którym w lecie było wpizdu gorąco i wolałeś spać pod gołym niebem, niż tam, ale sam o nie poprosiłeś Dumbledora – nie wytrzymałbyś w pokoju z ludźmi, przy których byłbyś skazany na ciągłe słuchanie ich uderzeń serca i pulsującej krwi wabiącej cię do siebie wszystkimi swymi zaletami, by ją wypić. I dyrektor, zdaje się, doskonale to rozumiał.
Skinąłeś głową na następne pytanie, to rzeczywiście mogło być dziwne, niestety twój nie trawiący organizm przy stanie wyczerpania stwierdził, że nie będzie sobie radził z tym nadmiarem toksyn we krwi... więc wykończy cię bardziej, oo! Dlaczego by niby nie?! Przedobrzyłeś wtedy i to ostro, ale nie dlatego, że za dużo wypiłeś, chociaż dawno tak wcięty nie byłeś, że świat ci się chwiał i nie byłeś w stanie nawet prosto chodzić, tak szalał błędnik, tylko dlatego, że podszedłeś do tego picia przy kiepskim stanie organizmu. Duży błąd... i na błędach każdy z nas się uczy, także jeszcze była dla ciebie nadzieja.
- Jest banalne, naprawdę banalne. - Zapewnił Puchona, kiedy ten już wrócił i dosiadł się spowrotem. - Najważniejsze jest to, żeby korzystać z wody zdatnej do picia, inaczej... po prostu nie wychodzi, nie mam pojęcia dlaczego. - Uśmiechnąłeś się łagodnie na drobnych parę sekund. Szczerze wątpiłeś, abyś był w stanie przetrawić piwo kremowe – nie posiadające większych ilości procentów trunki nie chciało ci przejść przez gardło i niemal od razu prowadziły do mdłości swoim mętnym smakiem osiadającym na podniebieniu, zaś picie dla towarzystwa... tutaj było nieco problematycznie, w końcu trzeba zauważyć, że jest wampirem, a bynajmniej wampiry słabo znoszą przyjmowanie jakichkolwiek form picia czy jedzenia, które nie jest bogate w krwinki, czerwone, ciepłe i do tego cudownie gęste. Jeszcze gdy dorzucić jego odporność na same procenty, to zazwyczaj jego picie brandy do piwa u towarzysza wychodziło mniej więcej proporcjonalnie... chociaż nie byłeś pewien, czy czasem piwo kremowe nie zaliczało się do trunków bezalkoholowych, w każdym razie gdy Colette składał zamówienie śledził go uważnie, ciekaw, czy miła pani mu sprzeda – w końcu nie wyglądał na starego dziada, a zdaje się, że niepełnoletnim niechętnie podawano substancje odurzające. To był jeden z czynników napędzających do tego, by wynaleźć zaklęcie, które jak to Colette określił, było zbawienne – oj tak, zaoszczędzało tony pieniędzy i na dodatek pozwalało na otworzenie całkowicie dochodowego interesu... Wydawało ci się, że interes ten zaliczałby się do średnio legalnych... ale by był! Najwyraźniej jednak kelnereczka nie robiła żadnych problemów.
Tak więc: uczymy się o sobie wzajem, przygarniamy do swych piersi cenne dary i co? I błądzimy po nieznaych terenach, szukamy po omacku, czasami zdarza nam się wyjść na jaśniejszą drogę, ale z niej zaraz znowu przychodzi nam się zgubić w korytarzu naszych własnych jestestw żebrzących o minimum uwagi i sprawienia im przyjemności. Wszyscy jesteśmy skazani na stąpanie po ziemi w tym samym rytmie, ponieważ nikt nie przeskoczy czasu, więc na chwilę obecną odrzucona jest kolejna prawda o tym, że Colette miał bardzo krótkie życie w porówaniu do tego, które ofiarowano wampirowi, a wampir zaś nie miał na tyle jaj, mimo swego zapewnienia jeszcze przed chwilą o swej męskości, aby ofiarować Smokowi tą samą nieskończoność, którą cieszył się on – jeszcze grubo za daleko było na zastanawianie się nad tym, jeszcze mieli swoje "za późno i za wcześnie", będąc w punktach "x", gdzie szala zwykłego zauroczenia przechylała się na zakochanie – wystarczył tylko jeden sygnał, wystarczyła wyraźna zmiana – mogą się bać o siebie samych i siebie wzajem, ale to nie zmieni faktu, że będą chcieli nadal błądzić w pośród tych dzikich listowi malin – takimi właśnie prawami rządziła się... pierwsza miłość. Ta, która nawet jeśli zostanie przerwana, to przy głębi swych uczuć i nowych doświadczeń zapada na zawsze w pamięć i nie da się o niej uwolnić – masz co do tego całkowitą rację, Colette. I mógłbym pisać wiele, ile miejsca w głowie Sahira zajmujesz, mógłbym rozwodzić się nad prostotą tego połączenia i zarazem jego słodkim zaplątaniem, w którym przed światem mieliście być tylko parą kumpli, która wyjątkowo dobrze się dogaduje – i tak do końca waszych żywotów, podczas których będziecie się zastanawiać, jaka to wielka choroba jest, ten homoseksualizm, czy to wielki grzech, po prostu kochać, czy Bóg was za to ukarze, choć ponoć tyle się głosi, iż jego miłosierdzie nie zna granic, a jednak zaraz obok dodaje się, że każdemu z nas na końcu tej drogi przyjdzie stanąć przed sądem. Staniecie więc obok siebie, niczego nie żałując. Mówiąc, że "było warto". Wierzę w te słowa, które wczoraj rozbrzmiały pod pachnącym wiosną igliwiem, wśród szaleństw i zaborczości, dla której każde poznać chciało granice własnej wytrzymałości, choć nikt celowo nań nie naciskał. Tak i wierzył Sahir. Znów przylepił do świetlika swe nadzieje i resztki emocji, by stworzenie mogło rozbłysnąć jeszcze mocniej i skuteczniej rozjaśnić mroki istnienia.
Pójdziecie na dno tylko po to, by się gubić, wznosić i odnajdywać.
Sahir zaśmiał się, tak jak zwykłsię śmiać – krótko, śmiechem stłumionym, niemal niepokojąco rozbrzmiewającym w uszach, jakby zwiastować chciał coś gorszego, a mimo wszystko kryło się w nim szczere rozbawienie – ach, nawet nie kryło – otwarcie je okazywał. Spojrzał z lekkim niedowierzaniem na Coletta, to by było teraz takie naturalne, by dłoń sięgnęła dłoni, lecz prócz słodkich wyobrażeń nic nie znalazło odbicia w realiach – nie wolno im było, mimo tego, że zostało to nazwane randką – dobrze wiesz, Sahirze, jak okrutne potrafi być społeczeństwo i jak skutecznie osiada na karku całą masą ciężaru, jeśli tylko uzna coś za... potworne. Dlatego mimo chęci i nastawienia, w którym srałeś na to, co powiedzą inni, miałeś się na baczeniu, a nie było to łatwe nawet dla ciebie – pewne odruchy wydawały ci się tak słodkie, że ledwo panowałeś nad ciałem, by mimowolnie się nie wyrwało, nie pogładziło miękkiego policzka, nie dotknęło miękkich włosów Coletta, nie nakryło właśnie dłonią jego dłoni... Rzeczy takie normalne, jakich w tak prosty sposób chciałeś zasmakować i chciałeś okazać swą pełną adorację i aprobatę co do jego osoby.
- Za kogo ty mnie masz, Col, hmm? - Nawet na drobny moment nie oderwałeś przenikliwego wzroku od jego twarzy, nawet gdy zjawiła się kelnerka, która wyłożyła ich zamówienie. - Wolność to wszystko, o co walczyłem całe życie, więc sądzisz, że mógłbym tak lawirować w kłamstwach, by zwodzić kogoś, kim nie byłbym zainteresowany? - Blade palce sięgnęły po przejrzystą, wypolerowaną szklankę napełnioną złocistym trunkiem z pokruszonym lodem, którą otchłań wciąż nie była zainteresowana w nawet najmniejszym stopniu, skupiona w pełni na rozmówcy, a którą uniósł w górę, czekając, aż kelnereczka się oddali, by kontynuować. - Zawalczę o Ciebie, Colette. Mam puste dłonie i jedno wielkie bagno do zaoferowania... dotarło do mnie, że wolałbym sobie podciąć żyły, niż zrezygnować z kogoś, przy kim znalazłem świat bardziej żywym i kolorowym. Moja pustynia lodowa zwana powszechnie "sercem" i rozum są co do tego zgodne.





Szczerze mówiąc
Nie wiem jak Ty - mało ludziom wierzę.
"Żył żartem, pił serio" napisz mi na grobie
Szczerze mówiąc.


Re: Ulica

on Sro Kwi 01, 2015 6:30 pm
Niby pierdolenie, ale faktycznie pomiędzy nimi było jakoś tak inaczej, przymykało się oko na pewne tematy i już pomijając pingwiny i ich kolana oraz debaty o życiu po życiu, pozostawał pamiętny różowy lateks, łyżwiarstwo figurowe bez łyżew na jeziorze, czapki wpierdolki, kołczany prawilności i... i matko jedyna, gdzieś w tym wszystkim jeszcze biedny Pan Filch. I nagle wszystko się zgadzało, wszystko było dopełnione, pozwalało spać snem sprawiedliwego i nie męczyć umysłu upiornymi zagadkami, jakie pozostawiła nam an tym świecie biologia. Tak, pingwiny miały kolana. A pierdolenie pierdoleniu nie równe, jak to dawno temu powiedział pewien sławny filozof: Sokrates.
- To jeszcze nic, jeszcze gdzieś przewinęła się hipoteza, że kamienie tak naprawdę są miękkie, tylko twardnieją pod wpływem dotyku. Niby Krukoni to geniusze, ale Hufflepuff dzielnie walczy o tytuł największych myślicieli ze wszystkich domów. - poruszył brewkami, oblizując spierzchnięte usta. Musiał zetrzeć, zmyć, zwilżyć resztkę oznak swojego wcześniejszego, zupełnie zbędnego poddenerwowania – nie pił cały dzień, śniadanie ledwo podzióbał, dlatego to wyjście powitał ze szczera ulga, zwłaszcza, ze nagle sprawy zatoczyły koło i przybrały całkowicie nowy obrót, na który nie był przygotowany. Nawet dobroć i szczęście mogą przytłoczyć, zwłaszcza Smoka, który już raz dostał po pancernym pysku i podwójnie się za to odwinął. - Haa... W tym wszystkim mam tylko gorzką nadzieje, że niczego nie kombinujesz. - odparł właściwie nawet nie mając w obecnej atmosferze siły przytrzymywać za dużo głośnych myśli na wylocie gardła. Niech płyną. W końcu nie ufał mu, a przynajmniej wiedział, że nie powinien, i że sam nie jest takiego zaufania wart, ale mimo wszystko kładł się ufnie na tej trawie i zasypiał. Raz po raz. Z każdym oddechem zasypiał i opierał opuszki palców o zimny kamień, żeby mieć pewność, że ten dalej stoi na miejscu. Że nigdzie nie wyparował, skazując go na dalszą tułaczkę. Sahir nie był typem tak dogłębnego intryganta, który byłby w stanie poświecić coś tak cennego jak swoje popołudnie tylko dlatego, żeby bestialsko kogoś do siebie przywiązać i tej samej nocy wbić mu sztylet w serce. Mało o nim wiedział, ale instynkt podpowiadał mu, że to nie ten typ okrutnego drapieżnika... że można zajrzeć w parę ciemnych oczu i zobaczyć, że wampir upuścił sidła i zostawił za sobą, odciągając od nich nieśmiało i ciężko kroczącego gada. „Mam nadzieje, że nic nie kombinujesz, Sahir”, Masz teraz w rękach Arlekina bez drewnianego miecza, który korzystał z twojego ramienia, by wesprzeć się nań i ustawić na podłodze drugą, słabszą nogę, która jak dotąd była podkurczona ku górze. Miałeś być tą drugą, wyniszczona duszą, jaka zlepi poskładanego ze skrawków błazna w barwną całość.
Barwną i czasem taką głupią... bo czasem para uczniów była głupia, w szanowanej placówce zeszmacali się jak żółtodzioby i jakimś nieoprawnym szczęściem nie mieli jeszcze na karku Prefektów ani nawet Bazyliszka. O Filch'u już nie mówiąc. Ale wtedy w altanie kiedy oboje wygłupami i otwartymi rozmowami przechodziliście samych siebie, działo się naprawdę sporo: nawet Colette z lukami w pamięci dobrze o tym wiedział. To było tego warte? Te wymioty i inne...? Chyba było.
- Cóż... przynajmniej ja się dowiedziałem mimochodem, że skacowany i jak psu z gęby wyjęty po maratonie aportów, wyglądam całkiem atrakcyjnie dla płci przeciwnej. W życiu nie przyciągałem do siebie tyle kobiet, co wtedy... czyli całą jedną. ...muszę oddać ci płaszcz. - dokończył nagle ni z gruchy ni z pietruchy. - Choć przyznam, że zasłużył już na chwalebne miejsce w kacie baldachimu mojego wyra. Nawet sobie nie wyobrażasz jak jeden z Puchonów z którymi mieszkam, mało nie zlał się ze stresu, jak go zobaczył. Wisi tak, że wygląda jak zjawa. W sensie, dla innych, dla mnie jest całkiem przyjemny. ...no oddam ci go wreszcie, ale muszę jeszcze trochę. ...no oddam. - uciął temat zasznurowując trochę usta w grymasie, który przywodził na myśl tego legendarnego Puchońskiego myśliciela. Legendarnego od niecałych 10 minut. Myślał i nad płaszczem, i nad alkoholem. - Czyli mówisz, że Whiskey w szkolnej fontannie by nie przeszło? Czy po prostu jeszcze na to nie wpadłeś?
Obserwował jego łagodne uśmiechy, spokojne grymasy i przyjemny ruch pewnych małych kosteczek, jakie widoczne były spod cienkiej skóry na policzkach. Bardzo blisko linii szczęki pojawiała się pewna wypukłość, kiedy mężczyźni zaciskali zęby. I badał go tak z niespiesznym zaciekawieniem, zdominowany przez to, co mu prezentował. Wyglądał o wiele, wiele lepiej, to jakby Sahir przeniósł zauroczenie ciałem na zupełnie nowy poziom i kusił zdrowo (jak na trupa) wyglądającą cerą, wyginającym się co chwila łukiem ust, ciemnymi rzęsami, jakie miejscami opadały do połowy na hipnotyzujące oczy, a nad nimi rozciągającą się dużo gęściej czarną czupryną, która jak zwykle oddała się w ręce wietrznego fryzjera i nadawała wampirowi jeszcze naturalniejszego wyglądu. Kusząc były nawet ostre żeby, widoczne podczas wypowiedzi pomiędzy wargami. Colette już dawno przestał się bać tych zębów – może słusznie, może nie... ale zrobił to na tyle, że niezależnie do tego gdzie się teraz znajdowali, aż miało się chęć sięgnąć do policzka czarnowłosego i palcami zbadać każdy z ostro zarysowanych detali kształtu jego twarzy. Oprzeć kciuk na miękkiej poduszce dolej wargi i miarowo odpychać ją w dół, żeby paznokciem zderzyć się ze szkliwem krwiożerczych zębów i sprawdzić, czy język wyjdzie na spotkanie odważnemu najeźdźcy. Czy może roszczący sobie prawa do tych terenów gospodarz będzie skazany tylko na zostawianie wilgotnych śladów na delikatnej fakturze wejścia do samego królestwa. Resztą palców pieszcząc skórę tuż pod brodą, skłaniając dumnego Władce Nocy do niezmiennego trzymania swojej głowy wysoko. Akurat na wysokości smoczego łba.
Takie kuszące. Oboje pójdą na samo dno.
W dwukolorowych oczach było wszystko widać; każdy z tych ruchów spowolniony do stanu w którym dla nich obojgu czas się nie liczył, zatrzymał i pozwalał wszystkiemu naokoło gonić przed siebie na łeb na szyje naokoło, nawet tej dwójki nie dotykając. Wpatrzeni sobie w oczy nie mogli zobaczyć, jak wszystko ewoluuje, jak karczma pustoszeje, rozlatuje się, ulatnia w ogniu, a daleko na horyzoncie Hogwart niszczeje, poopada w ruinę, zawala największą z drzew. Jak Zakazany las płonie, potem odnawia się, jak słonce i księżyc tańczą nad ich głowami, jak wszystko naokoło się zmienia, ludzkość zjada się, wyniszcza do szczętu. Jak dookoła piętrzą się jak szczyty złotej korony śmiercionośne grzyby wybuchów atomowych, aż w końcu wszystko zmienia się w pustkę. A oni nadal żywi, nadal młodzi, niedotknięci niczym. Piękna wizja... ale pora się ocucić.
Pobudka. Kelnerka się zbliżała.
Colette nie chcąc myśleć o przyszłości, skupiając na tej konkretnej chwili, mimo, iż nie wyciągnął dłoni i nie robił niczego niemoralnego, i tak odruchowo cofnął się w tył, opierając o ławkę, pod prostym pretekstem ułatwienia pracownicy zadania. Z początku nie odpowiedział na pytanie... po prawdzie czuł, że jest ono retoryczne, poza tym wolał poczekać aż dziewczyna się oddali. Podziękował jej i uśmiechnął się nieśmiało, odprowadzając ją wzrokiem i obejmując odruchowo palcami obojgu dłoni szklanice pełną pozbawionego alkoholu, cynamonowego trunku. Za kogo on go miał, hmm...? I gdzie był teraz ten miłosierny Bóg, patrząc na różnokolorowego chłopaka, który długo nie mógł znaleźć dla siebie miejsca w rzeczywistości. Czy ojciec siedzący na wysokości okaże chociaż wystarczająco empatii i odwróci wzrok od tego miejsca? Nie ukazuje go swoim zażartym i bestialskim wyznawcom, pozwoli myślom pełnym herezji dalej przepływać pod kasztanową czupryną. Kim dla niego był Sahir Nailah i czy chciał go zniewolić? Czy miał wystarczająco dużą klatkę, mocne okowy, silną rękę? Nie miał. Nie miał nic ponad spojrzenie, które wbiło się teraz naprawdę mocno w Krukona i spijało każdy gest jak narkoman na niesamowitym głodzie. O czym on mówił? Że będzie walczył...? Przecież to Smok był tu od walki, był od budowania mostu, od powolnych i pokracznych starań. Nie chodziło tu o niedocenianie, ale o role, o przyzwyczajenie, o... nastawienie. A niby przecież tego Colette cały czas chciał.
Żeby ktoś zawalczył o niego.
A mimo to nie mógł teraz wykrztusić z siebie ani jednego słowa wdzięczności, ani jednej reakcji poza ciągłym, naprawdę, naprawdę głębokim kontaktem wzrokowym. Wampir oddawał mu w ręce część swojej wolności, swoje bagno, swoje jestestwo i podchodził doń absolutnie pozbawiony broni. Ze szczerością, która przyprawiała o dreszcze idące tak daleko, że pospinały mu w pełni mięśnie nóg, kompletnie uniemożliwiając mu poruszanie się. Czuł te przyciągające ramiona, nagle bariera zniknęła i mógł zmęczony wpaść w nie, nawet jeśli coraz ciaśniej zaczął oplatać go mrok i zapach krwi. Nie był tu w końcu sam i gospodarz tego miejsca bardzo świadomie, bardzo mocno... o Boże, z naprawdę niewyobrażalną siłą, odcisnął piętno na umyśle młodego Puchona. A przecież tego Colette właśnie chciał... Właśnie teraz znienawidził Trzy Miotły, które zakazami społecznej moralności zakuwały go w kajdany i nie pozwalały na przeniesienie słodkiego wyobrażenia do rzeczywistości. I gdzie był teraz miłosierny Bóg? Kat.
Zaczerpnął urwanego powietrza, nadal nie mogąc zebrać rozjeżdżających się łap po tym łagodnym, ale posyłającym na łopatki uderzeniu i odsunął jedynie szklankę z piwem na bok, sięgając drżącymi rękami po płaszcz, zupełnie jakby po tym nagłym wyznaniu zbierał się czym prędzej do wyjścia. Najnormalniej w świecie uciekał.
Ale nie robił tego, po prostu starając się zwrócić jak najmniej uwagi, zarzucił sobie na głowę to najbardziej wierzchnie okrycie i pochylił się mocno, żeby ułożyć cały tułów na stole i ukryć pod fałdami grubszego materiału. To takie głupie i takie dziecięce - tak się chować... Ale zrobił to, żeby móc sięgnąć po ułożoną niedaleko dłoń Sahira i wsunąć ją do swojej kryjówki, żeby przytulić policzek do bladych, odstających kostek. Dało się nawet przy tak minimalnym kontakcie wyczuć, ze oddychanie przez dziwne kołatnie w płucach sprawia mu nie lada problem. To był chyba płacz.
Tak, chyba był.


It has been a beautiful fight. Still is.

Re: Ulica

on Sro Kwi 01, 2015 6:32 pm
Nie pytaj mnie, co jest warte tego, by na nowo znaleźć się w miejscu, gdzie miękka trawa pieściła nagie stopy, w kompletnym odróżnieniu od wczorajszej drogi całej usłanej połamanej szkłem; nie pytaj jego, czy jakieś banalne problemy organizmu, które osłabiają na parę dni, warte są tego, by potem na kilka godzin nacieszyć się doznaniami czystymi, w których to szczęście może i nie było łapane za gardło (na pewno nie dosłownie, inaczej chyba Nailah musiałby wyrwać Colettowi krtań), ale na pewno przenikało do każdej komórki swą płochliwością, nagle się nie wstydząc, będąc wciąż łagodną kometą, która w zmiennym czasie przemierza drogę granatowego firmamentu i nie uderza w Ziemię, by ją zniszczyć, nie uderza w żadne ze zwierząt i nie rani, by spalić – te zapałeczki, o których była mowa – zastąpiłem je lampą oliwną. Na razie mnie nie stać na więcej, lecz nie potrafię nawet wykrzesać z siebie smutku z tego powodu – w końcu wreszcie pojawiło się coś bardziej stabilnego, coś, co nie zniknie, co może się wypalić, ale nie zamieni w węgiel, popiół i nie rozsypie na wietrze. Ten materialnie-niematerialny dowód zawartej umowy, która dziś zezwalała na oddanie sobie po trochu wolności, jaką oboje mieli i wzywała do walki i wyciągania broni z pochwy, by dwóch bohaterów mogło stanąć do siebie plecami, oprzeć się o nie, wiedząc, że są chronieni i wymierzyć ostrza, czyste i lśniące, czekając na znak do poruszenia się. Jesteście doskonałymi wojownikami. Jesteście doskonale dopełniającymi się częściami... więc jak, prócz tego, że sami siebie czasem gryziecie, mielibyście nie gryźć tego, co przeszkadza wam w waszym spólnym splataniu swych losów..? To jest dokładnie tak, jak to ująłeś, Colette: z nim to jest inaczej. Z TOBĄ jest inaczej. Próbuję znaleźć i ubrać dokładnie w słowa coś, co w sobie masz, a czego nie posiadają inni – tylko co to jest? Czym wyróżniasz się, co stawia cię nawet nie metr ponad samymi śmiertelnikami, a trzy metry nad niebem, na tle wszystkich, których jak dotąd Nailah poznał, a mimo swego bycia odludkiem poznał naprawdę sporo osób bardzo ciekawych i bardzo inteligentnych, z których niemal każdy różnił się od każdego poglądami na życie i swoim charakterem – musiał więc czekać na Ciebie te 17 lat, w tym roku będzie już 18, żebyś się pojawił, niczym objawienie? Właśnie jak ta kometa, co sunie po niebie, tylko w odróżnieniu od niej ty nie boisz się pierdolnąć raz i porządnie, by rozpalić płomienie wokół siebie, na które lśniące, gładko przylegające do ciała łuski są odporne, zamahać ogonem, skosić parę drzew, które w ostatecznym rozrachunku i tak nikt do strat nie liczył – wolano liczyć trupy i opłakiwać tych, co im przyjdzie zginąć... a, przepraszam: zapomniałem, że wszak dla wszystkich nieświadomych jesteś tylko króliczkiem, słodkim, którego przygarnia się do piersi i tuli, dając się mu pocieszać i obejmować bezpiecznym, jak sądzili, ramieniem... W całej tej gadce o wierzeniu i niewierzeniu, ufaniu i nieufaniu, podchodziliście mimo wszystko do siebie z całą niepoprawnością: z pewnością nie tak, jak ktoś nieufający powinien się zachowywać: miast traktować się jak zgniłe jajka napierdalaliście się po mordzie i czasem sami odsłanialiście na ciosy. Kierowała wami potrzeba odczuwania. Głębokie, ostrego, wykurwistego odczuwania, którego nie dało się przenieść nigdzie indziej. Więc... tak. Było zupełnie inaczej. Nawet gadka o kolanach pingwinów nabierała parafrazowego wyrazu.
Czarnowłosy uniósł brwi wysoko... wyżej... jeszcze wyżej... spojrzenie, które spływało zbawiennym przekazem bezsłownym w postaci: serio? Naprawdę można ułożyć teorię, w której kamienie są miękkie, ale twardnieją pod dotykiem..?
- Powiedz proszę: kiedy planujecie tą imprezę..? Muszę wiedzieć, kiedy znajdować się na drugim końcu Hogwartu. - Jedna brew powędrowała w dół, ale druga wciąż została, zwłaszcza kiedy zostało dodane to o kombinowaniu, które przyprawiło cię o parsknięcie wstrzymanym śmiechem i odwrócenie spojrzenia na drobny moment. - Rzeczywiście, bo to ja tutaj chodzę po zakamarkach zamku zastanawiając się, czy dzisiaj w postaci krokodyla odgryzę komuś nogę, czy może zadowolę się wsadzeniem czyjejś głowy do paszczy. - Resztka śmiechu utrzymywała się jeszcze, gdy wypowiadał te słowa. - Twoja wizja jako Smoka zaczyna się zatracać w mojej głowie zastąpiona wizją Coletta-złośliwego-chochlika. - Oj tak, mimo wszystko cynizm i złośliwość były kompletnie nieodłącznymi elementami pana Nailaha, tak jak i wynajdywanie w mistrzowskim stylu elementów, których potrafił się uczepić i naprawdę dosadnie na kimś usiąść, tym nie mniej tym razem nie robił tego w złej wierze, było to powodowane... po prostu jego naturą. I faktem, że Colette w końcu nie był delikatną, obrażalską dziewczynką, przy której trzeba bardzo uważać, co się mówi, bo nazwanie jej chochlikiem zaraz podepczę jej mniemanie o sobie i zacznie płakać, po czym ucieknie i obrazi się na długą wieczność. To również w nim lubił. W sumie dość zabawne było to, jak mówi się, że gdy się poznaje człowieka, to poznaje sięnajpierw jego powierzchowne, miłe cechy, które chce nam okazywać, a dopiero kopiąc głęboko dopatrywało się tych gorszych, które często były bardzo skrzętnie ukryte, zaś poznając Sahira było... kompletnie na odwrót! Więc nie: nie był typem intryganta, który zasadzał się na serca ludzi, by je wyrywać z klatki piersiowej, gdy już mu je podarują, wymęczyć, wymiętosić, ponacinać nożem i potem niedbale wcisnąć z powrotem, by potem nawet nie kłopotać się zamknięciem rany i odejść w pełni kontent, ale jednocześnie nie odważę się powiedzieć, zwłaszcza Tobie, że nie było tu żadnych haczyków: było. Było ich nawet bardzo wiele. Nie potrafił choćby przewidzieć własnego zachowania, tego, co mu odjebie jutro, pojutrze, czy czasem znowu mu się nie włączy paranoiczny świat przed ofiarowaniem swej wolności, by przywiązać ciebie do siebie i jego do ciebie jednocześnie, ale teraz, kiedy był w pełni władz umysłowych, gdy nie zatruwał go żaden jad własnego wyrobu: owszem, nie wypada mówić, że broni w dłoni żadnej nie miał, sam w sobie był bronią doskonałą, lecz... Czarny Koń chciał tylko pomóc Arlekinowi odnaleźć drugą nogę. Nie miał, jak sam Arlekin, ograniczeń w skakaniu po planszy, więc nagle pojawił się obok niego, wykonując zgrabną "L'kę" i ofiarował mu swój grzbiet. Dwie zniszczone dusze. Dwie połówki... Przecież do jednej całości było tak blisko.
- Ooo... Kogo to zwabiły twe uroki do siebie, hmm? Pies na baby się znalazł, proszę, proszę... - Rozciągnął kąciki ust, obnarzając przy tym zęby w nieznacznym stopniu. Potem... potem słuchał go uważnie. Oparł policzek na pięści i wychylił łyka dobrego trunku, bo słodkiego – pewnie byłby o wiele lepszy, gdyby był człowiekiem i nie miał tak pokracznych kubków smakowych, których nie dało się sensownie wyjaśnić, a to, co słyszał, było co najmniej... interesujące. Dziwne na pewno też, ale sam wampir bardziej skupiał się na zabawnym walorze części przemówienia, w którym Puchon zaczął się trochę mieszać i plątać, wychodząc przy tym baardzo, bardzo słodko, aż przywodziło na pamięć cudowne rumieńce na jego policzkach, które dojrzałeś jeszcze na boisku, gdzie zaczynali swoje spotkanie, dumnie ozwane "randką", bo tylko w tej nazwie odzwierciedlała doskonałość tego przedsięwzięcia. Tego wypadu, który miał się jeszcze pociągnąć przez długie, długie godziny z nadzieją na to, iż nikt ich tutaj nie przyłapie i nikt nie będzie rządać papierku z pozwoleniem na przebywanie poza bezpiecznymi murami szkoły. - Rozuumiem... - Zamruczałeś gardłowo, mrużąc oczy. - Zdobyczna część garderoby. - I z tej twarzy, która przez chwilę wyrażała swój kompletny brak emocji znów pojawił się złośliwy, drapieżny uśmiech, który miał zniknąć wraz z następną jego wypowiedzią, która była... naprawdę sporym wyznaniem, pozostawało mieć nadzieję, że tak samo ważnym dla ciebie, jak i dla niego – słowa mocne, które cię zobowiązywały na swój sposób, bo i temu zobowiązaniu chciałeś się poddać: więc oto jest ta kształtowana przez was istota, ta bestyja rodzona z waszych słów, doznań i uczuć słanych w swoim kierunku, by kosztować i być kosztowanym. Nawet, jak to już słusznie powiedziane zostało, czasem smak miast słodyczy przynosi kwaśność i szorstkość. - Moje krukońskie zdolności myśliciela nie zamykają się w geniuszu Pucholandii, dlatego bez twojej podpowiedzi w życiu bym nie wpadł na zamienienie fontanny szkolnej w fontannę whiskey. Pozostawiam takie rzeczy osobom zdecydowanie bardziej rozrywkowym. - Ty i kawały... niee, zawsze byłeś tym, który wręcz powstrzymywał całą grupę przed debilnymi pomysłami, a wszystko wina tego, że byłeś zawsze zanadto dojrzały na swój wiek i każdy dziwny pomysł wydawał ci się srogo poniżej... godności? Dobrego smaku? Nie wiem, nie mam pojęcia, na czym to polegało, tak i on w sumie się nad tym nie zastanawiał, bo przecież nie powiem, że należał do tych osób nieproblematyczych, o zgrozo... Może to ogólnie dlatego, że w sumie mało się śmiał... mało uśmiechał..?
Miłosierny Bóg zawsze jest zajęty sprawami wszystkich wokół, tylko nie naszymi, już tak to wypada w rzeczywistości bliskiej Czarnego Kota. Ten bożek nieszczęścia przy swojej kaplicy wszak dawno odciął się od świata, tak jak i świat odciął się od niego – panowała więc obopólna zgoda: nie tykaj, to nie będziesz tykanym... Ty, Colettem tykasz, więc i tykanie w zamian otrzymasz – z opóźnieniem, nie powiem, że nie, w innym stylu, wydającym się dotykiem od niechcenia, z łaski, bo i czas musi minąć, nim bożek sobie przypomni, jak się postępuje z ludźmi... i że nie jesteś jednym z tych bestii, które próbowały włamywać się na jego polanę, by wszystko na niej zrónwać z ziemią – bardzo wiele razy musiał tą trawę siać od początku, wierz mi, mimo to znalazłeś do niej drogę... podczas gdy on błądził po omacku w twoim ogrodzie. Wydawałoby się, że nie obarczony takim natłokiem nieszczęść, winien być bardziej klarowny, tymczasem czarnowłosy miał wrażenie, że o wiele bardziej się mota w nim i błądzi, niż sam Colette, widzący dokładnie swój cel u końca mostu, po drugiej stronie.
Krukon nie próbował dłonią uciec, robić uniku, ni nie opierał się tej przyjemnej pieszczocie, która przeciągnęła się marszem ciarek po jego kręgosłupie i wywoływała spojrzenie pełne aprobaty i przyzwolenia, które jednak szybko zniknęło pod opamiętaniem, bo oto podniósł wzrok i przejechał nim na nowo po wszystkich odwiedzających, by spojrzeć, czy nikt czasem nie jest zainteresowany ich dwójką, ale nie, bo i po co – tutaj nikt Nailaha nie znał, tutaj nie był straszydłem, był zwykłym człowiekiem, w którym nie dopatrywano się wampira, a co w tym dziwnego, że dwójka kumpli przyszła się napić..? Pociągnął kolejny łyk z kieliszka, zaciskając palce na dłoni Coletta, osłoniętych płaszczem.
- Dopiero początek, a ty już odpadasz po oparach tego cynamonowego czegoś..? - Odstawił swoją szklankę, by przyciągnąć do siebie kufel Coletta i powąchać go... przez co musiał się odchylić i odwrócić głowę na bok, kichając od intensywnej woni, która podrażniła jego nozdrza – dłoni jednak z uścisku nie wycofał. - Zwracam honory. - Rozluźnił uścisk palców, by nimi lekko poruszyć, muskając w głaszczącym odruchu przylegający doń policzek, by odsunąć kufel na swoje miejsce. - Jestem pełen zachwytu, że twoje serce odpowiada mi za ciebie. - Och, wolał wpatrywać się w jego twarz, w jego oczy, które badały, podziwiały, w których również było przyzwolenie, akceptacja i uwielbienie, sam bardzo ciekaw, czy jego otchłań wyrażała cokolwiek – nie, no pewnie, że nie – Otchłań nigdy nie dawała, ona jedynie pożerała, ewentualnie czerpała z naczynia na gwałt, pełnymi garściami, jak to jeszcze robiła przed chwilą, teraz jednak uspokojona, kiedy wypowiedzenie pewnej kwestii i to, w jaki sposób została przyjęta, zezwoliła jej właścicielowi się rozluźnić i odetchnąć. Za bardzo mu zależało na tym leżącym na stole Puchonie, by usłyszeć odrzucenie, a to... to sprawiało, że wreszcie twoje pazury wbijały się w krtań szczęścia i spijałeś z niej krew, czując cudowne ciepło rozlewające się po wnętrzu – przedziwne, przedziwne uczucie, mówię wam..! Aż chciało się je zatrzymać na dłużej, przeciągać w nieskończoność... Tak: chciało się Coletta Warpa naprawdę zatrzymać w tym miejscu, by wszyscy obok przesuwali się w tempie dlań niedostrzegalnym, przemijali, zostawiali potomków, którzy przychodzili by w to samo miejsce i nie zwracali na nich uwagi, potem i oni by ginęli, świat by się kończył, wzrastał od nowa, zbawienia, upadki, powstania i zapaści... Kolejna cudowna baśń, która wcale nie była aż tak nieosiągalna. Tymczasem jednak wsłuchujesz się w mocno bijące serce... i zachwycasz tym, bo twego sam niemal w ogóle nie słyszysz.





Szczerze mówiąc
Nie wiem jak Ty - mało ludziom wierzę.
"Żył żartem, pił serio" napisz mi na grobie
Szczerze mówiąc.


Re: Ulica

on Sro Kwi 01, 2015 6:33 pm
To, co wyrabiał teraz Colette było cholernie nieroztropne i mimo wszystkich jego sił, i samokontroli, mogące sprowadzić na nich zgubę. Może faktycznie zachowywał się jak infantylny szaleniec pod tym grubym materiałem przyciskając te chłodną dłoń do policzka rozgrzanego równie mocno jak wtedy przy boisku. Zaciskając mocno powieki i zamykając się na świat, starając nie myśleć o tym, co musiał, zaczął robić to, co chciał; pod tym duszącym, kryjącym okryciem. Wodzić palcami po skórze drugiego chłopaka, gładzić ją i zalewać potokiem gorącego, nierównego oddechu; przygarbiając się mocniej, co poruszyło całym jego ciałem i fałdami rozsypanego na stole płaszcza. Poruszenie palców Sahira, które zahaczyły delikatnymi puknięciami i smyrnięciami, o twarz Puchona, wywołały na jego lekki uśmiech, który choć trochę go otrzeźwił. Potrzebował tego, minimalnego kontaktu i postanowił bezdusznie sobie go zagarnąć, cofając się od niego naprawdę powoli i niechętnie. Musiał jednak w końcu... schował się a swojego.. partnera zostawił tam na zewnątrz, jak stróża. Musiał go w końcu uwolnić, ale nie znaczyło to, że nie był zły na taki stan rzeczy. Dlatego tez pod sam koniec tej czułej pieszczoty ozwał się jego naturalny, zdenerwowany biegiem rzeczy, instynkt i zacisnął zęby na kostce wskazującego palca i łagodnie, kompletnie nie raniąc skóry zaczął naciskać ją pulsacyjne. Cholerny chochlik... podgryzał wampira.
Puścił go chwilę po tym, przesuwając jego bestialsko zmaltretowaną rękę po stole bliżej niego i samemu odsuwając się łagodnie w tył, przy okazji, na moment zsuwając wolną ręka okulary z nosa, drugą przecierając spodem dłoni jedno oczu, przypominając bardziej pozbywające się dziecko, niż kogoś, kto przed chwilą przez nagłe pierdolnięcie komety aż zachwiało i w akcie desperacji, chcąc dotrzeć do bezpiecznej przystani zaryzykował życie wyskakując z bezpiecznej łajby. Wracał na nią, był już odrobinę spokojniejszy. Spokojniejszy z własnym płaszczem na łepetynie, którego szybko strącił ręką na oparcie, na powrót wracając okulary na ich prawowite miejsce. Ich noski idealnie wpasowały się w śmieszne odciski u nasady jego nosa – koszmar okularników.
- Nieźle trzepie, co? - zaśmiał się i przyciągnął do siebie kufel z gęstym napitkiem. Był totalnie rozczochrany, przy czym było widać, ze część włosów się naelektryzowała i przy kolejnym kontakcie Pan Warp popieści śmiałka prądem. Wyglądał więc trochę jak idiota. Szczęśliwy idiota. Kichanie, było kolejną, roztkliwiającą rzeczą do której wizerunek bożka nie pasował. Nie znaczy to, że Smok Katedralny nie zamierzał wykorzystywać cynamonu jako jego kryptonitu.
Musiał to sobie wszystko poukładać, powoli, we własnym tempie: Sahir miał w końcu całą ubiegłą noc. Colette przespał ją ze swojej strony niespokojnym snem, który teraz nagle okazałby się zbawienny, ale nie przez potrzeby fizyczne; po prostu palpitacje serca chodzą po ludziach. Nawet tych, którzy na miękkiej trafie (zdawałoby się) odnaleźli wreszcie spokój – cóż to za spokój u boku tak szalonego stworzenia?! W tym świecie nuda nigdy nie była brana pod uwagę, bieg dnia następnego nigdy nie wchodził w rutynę, zawsze gdzieś zawieruszała się czarna skrzynka, z nakreślonymi na nią pochyłymi inicjałami: S.N. – przed użyciem skontaktować się z egzorcystą i osobistym psychoterapeutą. A w skrzyni mogła być bomba, kwiatek, nabita jednym nabojem broń, zamknięty w słoiczku motyl, szkielet chomika albo jeszcze bijące serce. A to dopiero początek, bo ona codziennie przynosiła coś nowego – nie zawsze było to coś słodkiego, nie zawsze coś na co społeczeństwo patrzyłoby przychylnym okiem, i to nie tylko przez skale obrzydliwości. Czasem to po prostu była wiadomość przekazana tylko Colette – a on rozumiał. I po raz kolejny: gdzie tu spokój? Kiedy jeden dzień wyglądał inaczej od drugiego? Harmonia odnaleziona w chaosie też się liczy? Skądś się w końcu utarło powiedzenie: spokojnie jak na wojnie. Nastąpiło przecież chwilowe zawieszenie broni pomiędzy tymi maszynami do zabijania: mogły na moment przestać pląsać wśród okopów, podszczypywać się, chwytać za ręce i w następnym odruchu przymierzać się na siebie – bawiło ich to. Każdemu według potrzeb jego. Ale teraz usiedli pod zniszczonym murem, który przez tyle lat ich dzielił, odpalili na spółę ostatniego papierosa na specjalne okazje i mogli odprężyć się, opierając o siebie i nucąc do ucha stare, wojenne pieśni.
...Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany, połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat!...

Niezwykłą rzeczą był ten mur. Mimo jego grubości i wytrzymałości, ostatecznie dokonali na nim aktu zniszczenia płodząc dziecię w postaci ogromnej wyrwy, jaką w nim zrobili - najprawdopodobniej czołgiem lub innym nie mniej niszczycielskim urządzeniem. I mogli przez nią złapać się za ręce, spojrzeć w oczy w tumanach kurzu placu bitwy. Byli bohaterami zagmatwanej historii o kapryśnej pierwszej miłości, która nie zawsze stawiała ich po tej samej stronie barykady, ale przynajmniej w tej wielkiej dziurze zauważyli w końcu siebie i mogli przyjrzeć się temu, któremu oddawali najcenniejsze z rzeczy, które posiadali – niematerialne i takie, które można było im gwałtem odebrać dopiero po śmierci. Tutaj nawet delikatne zauroczenie potrzebowało czasu: lat – bo tak barwna (czy też 'mroczna') postać jak Sahir nie mogła być potraktowana przez czołowego komedianta Puffkolandu, z obojętnością. Krukon był jak Whiskey, które tak uwielbiał i które jednocześnie raniło go i zmuszało do zwracania posiłków: trzeba było do niego dojrzeć. Tak, właśnie. Żeby móc zacząć 'widzieć', zacząć odpowiednio 'czuć', zacząć 'brać odpowiedzialność'. Warp nie chciał popełnić błędu poprzedników, których już przegonił. Nie miał zamiaru go zostawiać, tak samo jak nie miał zamiaru dać mu odejść.
Musiał wrócić do tematów rozmowy. Cisza, która pomiędzy nimi zaległa, przecinana spojrzeniami puszczanymi znad szklanych naczyń, trwałą za długo. Musieli zachować pozory. Na szczęście teraz pamięć Tomicznego okazała się niezawodna:
- Cóż imprezę organizuje nieznany mi Puchon z roku wyżej, wiadomość doszła do mnie szeptaną pocztą borsuczą, ale jak tylko się dokładnie dowiem, to nie omieszkam nawalić cie jak dzikiego wensza i przyprowadzić tam. - parsknął i niechcący tym zdmuchnął sobie nadłożoną warstewkę śmietanki, która ciapnęła na stół. Puchon odstawił kufel z mruknięciem niezadowolenia i zaczął ścierać tę plamę niedaleko stojącymi chusteczkami. Miał wrażenie, że jego ruchy były bardziej chaotyczne i nadal drżały mu dłonie. Nie, nie obrażał się; jakby nie patrzeć w całych początkowych chęciach Sahira do bycia odpychającym, nadal nigdy nie ubódł Cola jakimiś naprawdę raniącymi epitetami. Po raz kolejny polak mógł poczuć się dużo bardziej bestialski, nawet słownie.
- Ranisz mnie do głębili mojego Smoczego jestestwa, od kiedy złotołuskie monstrum zastąpiłeś widokiem małego, niebieskiego... czegoś? Żądam natychmiastowego powrotu do stanu wyjściowego z plującą ogniem gadziną albo przykleję ci te oto chusteczkę z cynamonową pianką do nosa i umrzesz na kichanie. - zagroził rzeczowo, pokazując swoją broń, prezentując ją wręcz jak pralko-suszarkę na wystawie sklepowej, podnosząc do góry jedną brew z dzikim uśmieszkiem. Cóż za realna i prawdziwie wprawiająca w osłupienie groźba ze strony kogoś, kto jakby nie patrzeć zaczynał już kuleć bez pewnego podparcia w postaci końskiego grzbietu. Zaczynali się ze sobą zlewać, nagle wygranie rozgrywki, nadepniecie na koniec Szachownicy stracił ona ważności; zaczęło ich bawić samo skakanie po niej teraz już kompletnie wbrew zasadom, a ich surrealistyczny świat rozrastał się i rozrastał z miarę galopu cichutkich kopyt, które pozwalały im obojgu zwiedzić większość ich królestwa, przeskakiwać przez najbardziej dziko wysunięte przepaście i spoglądać na pląsające dookoła rzeczy, którym nie dało się nadać imion, które nie miały odpowiednika w rzeczywistości.
- Moje uroki... - w międzyczasie wziął większego łyka – No ba, Kotlet-Casanova, żebym to ja jeszcze panował nad swoimi falami, to może zrobiłbym z nich użytek. Pewne dziewczę w kolorowej spódnicy, które roztacza woń jaśminu na korytarzach Hogwartu. Widziałeś ją, na pewno, ja zresztą też, ale wiesz... to trochę nie moja liga, takie dziewczyny lecą raczej na zawodników. W każdym razie była... nie wiem, strasznie dziwnie się przy niej czułem: naprawdę piękna i czarująca, nawet taki zgubiony heretyk jak ja nie jest ślepy na piękno, ale po raz pierwszy naprawdę mocno czułem jak ktoś mnie osacza. A ona nie manipulowała mną jakoś specjalnie, nie zmuszała do niczego, toczyła się zwykła, głupia rozmowa, a mimo wszystko... sam nie wiem jak to opisać, ale czułem jakby ściany naokoło mnie coraz bardziej się zaciskały. - to najwidoczniej było tak mocne przeżycie, że nie obyło się od pokazania tego jak mim odpowiednimi gestami. Pajęcza sieć była złym porównaniem, Esmeralda opanowywała myśli za szybko i nieomal zbyt brutalnie, aby być po prostu pająkiem, który spokojnie wije śmiercionośne, lepkie liny. Ona po prostu łapała Hogwart w swoje smukłe, jasne dłonie i zagniatała go na kim tylko chciała. Bóg sprawił tylko w swej śmieszności, że chyba... kompletnie nie była tego świadoma.
A potem jeszcze ta cała historia o kawałku ubrania, w której się 'zakałapućkał' i wyszedł na całkowicie świadomego choroby kleptomana.
- Po prostu całkiem go polubiłem... To chyba czyni ze mnie skruszonego złodzieja, któremu nie ucina się ręki tylko... palec? Paznokieć? - zaćwierkał mrożąc oczy i doszukując w Sahirze pewnego rodzaju spolegliwości. I znalazł. No nie dajmy się zwariować, kiedyś w końcu odda mu ten płaszcz, teraz już i tak było na niego za ciepło! ...No! Zdobyczna część garderoby. Jak flaga na zdobytej górze. Tylko kto tu był górą, a kto flagą...? Nie wiadomo, wiadomo tylko kto tu był myślicielem, a kto geniuszem i – co najważniejsze- kto niedługo sprawi, że Hogwart będzie krainą alkoholem płynącą. Tak, Colette nie zamierzał zmarnować tego pięknego pomysłu. Wszelkie inne zbiorniki wodne w Hogwarcie też miały być już niedługo bardzo „pitne” (dop. aut. Wszystkiego najlepszego Bazyliszku<3). W końcu każdy z tej dwójki był na swój sposób szalony: w mniej, lub bardziej krwawy sposób.
I znów przy kolejnym łyku wróciło wspomnienie ostatnich słów i ciepła dłoni tuż przy twarzy. Nadal nijak tego nie skomentował. Musiał w ogóle? Potrzebował słów do tego? Przecież zamierzał okazywać wszystko dzisiaj, co najmniej przez całą długa noc, jeszcze będzie miał czas. Jeszcze znajdzie odpowiednie słowa.


It has been a beautiful fight. Still is.

Re: Ulica

on Sro Kwi 01, 2015 6:35 pm
Spolegliwość i przyzwolenie... Zrównanie się dwóch kompletnie różnych sobie gwiazd, które krążyły na kompletnie przeciwległych biegunach... Cuda? Cuda się zdarzają, a ten, kto ich doświadczył, niech lepiej dba o dary, które zrzuciła miłosierna dłoń Kata-Zbawiciela z Królestwa Niebieskiego, do którego już nie jeden próbował znaleźć schody. Tym cudem nie było zawieszenie broni. Nie był nim spokój, akt przetrwania, czy chmara czekających nań pieniędzy, gdy tylko oboje wrócą do domów. Tym cudem, zbawieniem, miała być wyrwa w murze. Pył dawno opadł, w zasadzie ona chyba była tam od zawsze, zapomniana przez ludzkość, więc nikt jej nie próbował naprawiać – właściciele tych nieskończonych pól po obu stronach widzieli ją, ale co rusz zapominali... aż pewnego dnia dostrzegli tam siebie. Ciekawe, czy w tym cudzie, więcej było woli Boga w postaci Kata, czy właśnie tej milszej, do której każdy chciał wznosić modły i żebrać o odrobinę dobroci dla swej istoty..?
Co zaś z tą spolegliwością i przyzwoleniem..? Wszystko zostało szczelnie okryte kurtką Coletta, który bawił się wampirzą dłonią poza wzrokiem nawet samego zabawianego, który niby to znudzone spojrzenie utkwił w barze, popijając brandy, podczas gdy ruch palców na szklance zdradził w pewnym momencie mocne zainteresowanie pieszczotą, które się ugięły mocniej, przesuwając gładko po szkle, tak i zdradliwy był kolejny dreszcz, od którego wampir przymrużył powieki, na oślep bawiąc się z nim na poziomie widoczności osiągalnym tylko dla Puchona, gdy opuszki muskały jego palce i obracały się, szukając warg i zębów podgryzających drobne kostki w kompletnie nieszkodzliwym stopniu... ale jakże elektryzująco i pobudzająco..!
- Trzeba rozgłosić ludziom, że piwo kremowe jest skuteczniejszą bronią na wampiry od czosnku. - Przytrzymał wierzch dłoni przy nosie, niemal zatańczyły mu łzy w kącikach oczu – dla jego wrażliwego zmysłu powonienia zdecydowanie był to zbyt ostry cios i zbyt niespodziewany, lecz to nic, to kompletnie nic – heh, coś tak banalnie prostego, co sprawiło, że uśmiechnąłeś się krzywo, odnajdując w końcu spojrzenie Coletta na tym samym poziomie – wyglądał przecudownie w swej nieogarniętości, jakby dopiero co wygrzebał się z łóżka, na wpół pijany, na wpół ogłupiały, a cisza..? Może i dziwna, dałbym wiele, by modlić się, że to wszystko wyglądało jednak normalnie, a wszelaie paranoje niech dlatego pozostają uśpione i nie odzywają się, bo za łatwo mogłyby wszystko popsuć... jak na razie Nailah nie bardzo potrafił się przejmować światem dookoła, cały zaabsorbowany Colettem, tak i wątpię, by prędko się to zmieniło – w tym drzemał haczyk, nawet on, zawsze poważny i zastanawiający się nad konsekwencjami pewnym czynów, pilnujący tej drugiej jednostki w poczuciu odpowiedzialności, pozwalał się ogłuszyć uczuciu, które dzisiaj między nimi wykwitło w pełnej okazałości – zdecydowanie byli za młodzi, o wiele za młodzy i zbyt nieroztropni... Albo to może tylko wina czasów, w jakich się urodzili..? Och, grunt, że w tym wszystkim odnaleźli siebie wzajem!
- Musiałbym się chyba porządnie naćpać, żeby dać się zaciągnąć do miejsca pełnego... uczniów. - Albo być paskudnie głodnym i gotów wykorzystać Coletta jako chętnego do zaprowadzenia cię na stołówkę, ale wątpiłeś, byś kiedykolwiek doprowadził się do takiego stanu... Jesteś wszak wmapirem, no jasne, MUSISZ jeść, ale żeby od razu urządzać wielką masakrę i trafić dodatkowo do Azkabanu? Nie. Widzisz już dokładnie ten obraz pokoju usłany ścierwami ociekającymi krwią, którą opryskano ściany, kominek, wszystkie meble... I tylko ty pośród nich – Ty i Colette... który nigdy, ale to przenigdy nie powinien takiej masakry widzieć. - Zapewne Zordon, zazwyczaj to on... robi rozpierdol wszędzie, gdzie się da. Dziwne, swoją drogą, że się jeszcze nie spiknęliście, założę się, że dobrze byście się ze sobą dogadali. - Tak, nie był aż takim ignorantem, jakim mógłby się wydawać, wiedział dość sporo o uczniach i szkole, a to przez zwykłą ciekawość i wewnętrzną potrzebę kontroli nad tym, co się dzieje w jego piaskownicy – on sam sobie siedzi (nie)grzecznie w kącie, buduje swój zamek i kątem oka dostrzega niemal wszystko, nadstawia uszu, by słyszeć... Żaden z niego plotkarz co się zowie, rzadko kiedy z kimkolwiek rozmawiał na szkolne tematy... bo wiecie, o wiele lepiej się w sumie dysputowało o życiu, śmierci, te jakże mądre tematy... A ostatnio brała cię też ochota na inne ciągutki – wszystko przez ostatni zastój. Bazyliszek przepadł, Śmierciożercy milczeli, do Zakazanego Korytarza nie można się było dostać, bo portret milczał... Krew w pewnym momencie uderzała do głowy i poszukiwała gwałtownego ujścia w postaci przemocy, tak więc umysł musiał zacząć bardziej się rozglądać... w sumie co to za przyjemność odbywania walk, w których przeciwnicy tak szybko odpadali? Przez to uderzyła cię trochę różnica poziomów, jaki reprezentowałeś w porównaniu do dzieciaków... bardziej normalnych? Całkowicie normalnych? Bo co, ty jesteś... nienormalny? Oho, zaraz zacznie się problematyczne zapętlanie w poszukaniu problemu, czym ta normalność w zasadzie była.
Prychnąłeś z rozbawieniem, pukając paznokciami w czyste szkło, ledwo co noszące na sobie odciski twoich palców.
- Zgoda, kapituluje, masz mnie! - Uniósł ręce w geście poddania się. - Serio, chyba bym cię ukatrupił, jakbyś mi sypnął cynamonem w twarz... zaraz po tym jakby się zebrał z kichaniowej śmierci. - Pokiwał głową na boki średnio przkeonany co do tego pomysłu i jak żyw widząc samego siebie załzawionego, co rusz kichającego, ale biegnącego z przekleństwami na ustach przed umykającym Puchonem, a ten biegać to potrafił nieźle, adrenalina pozwalała mu być taką dosłowną kometą, co nakurwia przed siebie i rozpierdala po drodze wszystko i wszystkich... no, tylko z brzozami przegrywa.
- Esmeralda Moore. - Pstryknąłeś palcami w powietrzu i zwinąłeś na sekundę wargi w wąską wargę, znów robiąc ten specyficzny gest wystrzelanej z pistoletu ułożonego z palców kuli, nim opadł na opadłeś na oparcie krzesła, nie żebyś był szczególnie zdziwiony, że się oboje spotkali, jakby na to nie patrzeć chodzili w końcu do jednego domu, prawda? Co prawda przewijało się tam co dzień multum uczniów, więc w większości byli dla siebie wzajem anonimowi. - Esmeralda ma w sobie krew willi... - Drgnąłeś kącikiem ust w uśmiechu. - Zastanawiałem się kiedyś, czy to nie jest głównym powodem tego, poczucia osaczenia... - To fakt, nie była tego świadoma, nie mogła być, chyba że wszystko, co mówiła, było jednym wielkim kłamstwem, brałeś taką możliwość pod uwagę – była doskonałą fałszerką rzeczywistości, a jeśli to dar od Boga... to chyba wyjątkowo nietrafnie go wykorzystała. Już bliżej temu było do daru od diabląt. Może kiedyś podpisała pakt z którymś z nich, taka ufna..? Cudowna ptaszyna... ale jak była samotna i na ile rzeczywiście jej to nie przeszkadzało? W ostatnim czasie nie zauważyłeś, żeby czuła się wiatrem, który nie chce się przywiązać, jak określała się na początku. - Nie pierwsza i nie ostatnia willa w naszej szkole zresztą. - Zakończyłeś podejrzanie wręcz spokojnym głosem, na nowo unosząc swoją szklankę, na której skupiłeś oczy, wpatrując się w refleksy światła osiadające na niej. - Poza tym Esmeralda należy do dobrych osób. Wiesz, wielka, życiowa misja pomagania innym swoim kosztem i takiemu tam życie męczennika-wygnańca. Nie wierzę w to, żeby nie była prześladowania za swoje cygańskie pochodzenie.
Fakt, już nie bardzo potrzebowałeś tego płaszcza, zjebki w tym tygodniu za nakrywania mundurka obdartą skórą już złapałeś od nauczycieli, a teraz się naprawdę robiło coraz cieplej, więc mógł sobie tam na razie wisieć na tym Kotlecim łóżku i straszyć dalej biednych, niewinnych uczniów, którzy gotowi byli wierzyć, że nowy duch się pojawił w Hogwarcie. Straszna dola, swoją drogą... powrócić jako duch.
- Powiedzmy, że kiedyś upomnę się o swój dług porwanego płaszcza. - Uśmiechnął się niepokojąco.





Szczerze mówiąc
Nie wiem jak Ty - mało ludziom wierzę.
"Żył żartem, pił serio" napisz mi na grobie
Szczerze mówiąc.


Re: Ulica

on Sro Kwi 01, 2015 6:36 pm
Wszystko jak zwykle było za kurtyną. Kontakty Colette z Sahirem zawsze zdecydowanie dogłębniej działy się w innej płaszczyźnie niż rzeczywistości, zawsze była jakaś Szachownica, jakiś ogród, las, jakiś piecyk, bogaty salon, wiekowa biblioteka, pole bitwy. Zawsze musiało być coś, co sprawiało, że w rzeczywistości dział się naprawdę mały procent ich wspólnej rozgrywki, która trwała nota bene... z dwa może trzy miesiące. I tak było łatwiej, to wszystko samo kryło się przed osobami postronnymi, które nie miały wstępu do tych hermetycznych światów, a nawet gdyby miały, to pogubiłyby się s tym labiryncie, w którym ta dwójka przemieszczała się wyjątkowo płynnie, ze spotkania na spotkanie dobudowując kolejne pomieszczenia i kolejne korytarze. Gubili się wcale się nie gubiąc. Rozbudowywali to zagmatwane imperium, ten zamek z piasku, o którym wampir myślał od dłuższego czasu. I tak było łatwiej. Prawdziwa przejażdżka zaczynała się, kiedy zbliżali się do siebie tutaj, w samym przedsionku, w którym już nie oni układali zasady gry – te były już narzucone i to nawet nie przez Boga-Kata, ale przez bojący się nowych rzeczy lud, który nie pozwalał odstającym gwoździom pozostać na ich miejscu, tylko siłą i gwałtem wbijał je w deskę, by były tak jak reszta. A skoro rzeczywistość była taka namacalna, to kurtyna też musiała zostać; to wszystko było kolejnym, przyjemnym kopnięciem paliwa dla Puchona.
Kiedy ten patrzył z chusteczką upieprzoną w piance na strasznego potwora, cofającego się przed niechybną zgubą, jaką ten śmiercionośny specyfik mógł mu zadać.
- Wystarczy rozgłosić to uczniom, a będziesz najbardziej obdarowywaną tym słodkim piwem, jednostką na świecie. A przynajmniej w Hogwarcie. Albo dla wszystkich, którzy będą się ciebie obawiać, zarabiać będą fabryki produkujące mydło o zapachu cynamonu – lifehack. - zawinął wilgotną chusteczkę w warstwę jeszcze dwóch innych i odłożył tą chaotyczną różyczkę na bok, żeby nie przeszkadzała. - Spokojnie, nikomu nie wygadam. Jedzenie by się na ciebie uodporniło. - tym razem to on uśmiechnął się drapieżnie. Colette nie przeszkadzało, że Sahir wbijał kły w uczniów i przyprawiał swoją obecnością pierwszorocznych o piski i brawurową ucieczkę. Mógł robić co chciał, chyba nawet ten incydent z Aberaciusem by mu odpuścił, zwłaszcza, że słoneczku Hufflepuff'u na dobrą sprawę nic się nie stało, bo nie był stworzony do pojedynków. Colette z resztą też nie był, ale on był zaskakującym (nawet dla samego siebie) Smokiem.
Powinność powrócenia tej rozmowy do normalności przyszpiliła Puchona do ławki i nakazała nie oglądać się za bladą dłonią, na której zostawił delikatny, powoli znikający odcisk zębów, nakazała skupić się na luźnych tematach swobodnej, typowo przyjacielskiej wymiany zdań i ostatecznie nakazała nie śledzić tak dogłębnie wzrokiem czarnowłosego wampira – ale nad tym już zapanować nijak nie mogła. Owszem byli za młodzi na to uczucie, szarpiącego chętne dusze tak mocno, ze były w stanie dla chwili przyjemności rozwalić sobie przyszłość: ale to na pewnej płaszczyźnie dobrze. Colowi zostało w końcu więcej czasu na tej ziemi, niż gdyby los ich połączył później.
- Nie chciałbyś się pobawić ze śmietanką Hogwartu? - udał zdziwienie. - Szkoda... wielka szkoda, nauczylibyśmy cie pić z beczki, podczas stania na rękach, zagrałbyś z nami w rozbieranego pokera... O(!) albo takiego na robienie innym kawałów. - nie, zdecydowanie nie chciał  takich atrakcji wizualnych by były... ogólnodostępne. Pazerne Smoczydło. - ...i ostatecznie skończyłoby się na robieniu sobie zdjęć, których w życiu nie chciałbyś nikomu pokazać. Albo, żeby takowe trafiły np. do szkolnej gazetki. I oto właśnie przedstawiłem ci pokrótce dlaczego inne domy nie znęcają się nad Puffkolandią: zapraszamy ich na imprezy, a potem szantażujemy dowodami. Jesteśmy Gringottem wszystkich ludzi w szkole. Brak nam tylko osobnej szuflady z wampirami. - błysnął garniturem równych zębów. Chyba jednak nie skojarzył tego buntu z krwawą masakrą, raczej z osobistymi obawami Sahira co do jego dobrego imienia i niezszarganej pozycji w szkole. Pozycji istoty, która... wie wszystko o uczniach? Oho, znał jednak Puchonów lepiej niż Warp i rzucił nazwiskiem, którego może nie tyle ten nigdy nie słyszał, ale nie zostało ono dopięte do pogłosek odnośnie sarmackiej imprezy. Zordon.... Raid? Reid? Jakoś tak. Coś na 'R', na pewno. - Jesteś już kolejną osoba, która mówi mi o nim, ale o dziwo ty jesteś z obozie tych, który mówią: „Totalnie się poznajcie!”, a nie w drugim, który stara się mnie od niego odciągnąć rekami i nogami grożąc szkole Armagedonem. Czyżbyś chciał się przyczynić do upadku Hogwartu? - zagaił swobodnie, upijając kolejny, potężny łyk. Ale to musiało słodko zabrzmieć, zupełnie jak ten cynamonowy, gesty trunek, w obliczu tego, co planował Nailah wraz ze swoim... przyjacielem? I to już zapewne całkiem niedługo. No... to chcesz upadku Hogwartu, Sahir? Szkołę Magii i Czarodziejstwa czekały więc dwa naprawę mocne przeżycia: impreza w Hufflepuff'ie i najazd jej outsider'ów. Niechaj Święty Kat trzyma nas w swojej opiece, bo wespół z szalejącym, odpornym na zaklęcia i zabijającym wzrokiem wężem zabiorą tej placówce ostatnie, bezpieczne zakątki. Bezpieczeństwo i nuda się skończy, i Czarny Kot oraz złotołuski Smok zasmakują absolutnego wyrwania z rutyny, która mocno podburzy rzekomo silne i wytrzymałe podstawy ich aktualnej, upojnej rzeczywistości. Ciekawe czy przetrwają... czy też nie.
Tę cynamonową wojnę. - to byłaby dobra nazwa na ich nadciągające starcie.
- Wiesz, że z okularami na nosie mam skilla w uciekaniu? Choć po prawdzie mogłoby mnie trochę spowolnić patrzenie na kichającego wielkiego Sahira, tym bardziej pościg będzie bardziej zwrotny i dramatyczny. - pogładził się po brodzie, uciekając wzrokiem na stół. Oto jak wygląda Colette, który rozważa wszystkie za i przeciw tego pomysłu, zanim zdecyduje się wprowadzić je w życie. To było posunięcie s półki 'klapsa w tyłek', które było równie łatwe do wykonania: w końcu w szkolnej kuchni na pewno było łatwo o cynamon...
Drgnął przy kolejnym trafnie rzuconym nazwisku i stuknął kuflem o blat, opierając się o stół skrzyżowanymi przedramionami.
- Trafiony, zatopiony. - skomentował pełen pozytywnego zaskoczenia. - Jest w tej placówce ktoś, kogo nie znasz nawet z imienia i nazwiska? Podpisujesz sobie obok gruby krwi i gwiazdki w skali jej słodkości? - to by mogło być ciekawe. - W końcu skoro wredni Puchoni prowadzili spis miejsc, w których Colette w dniach osłabienia zasypiał, to czemu Sahir nie miałby prowadzić w dormsie rankingu najpyszniejszych krwiodawców? Dobry sposób na zabicie nudy: Zordon Reid(?) - krew pół-słodka, musująca, jeśli wypić więcej niż litr, odbija się powietrzem. Esmeralda Moore – krew słodka, posmak jaśminu, kręci w nosie. Colette Warp – najbardziej gorzka w Hogwarcie, po ugryzieniu do końca dnia trzeba wyjmować z dziąseł łuski. Ciekawe jak długa była ta lista.
- Jest w jakimś procencie wilą? Cóż... jej ciemne włosy są w tym temacie odrobinę mylące, ale to by trochę tłumaczyło te wszystkie dziwne rzeczy, które ją otaczały. Wiesz... nagle robisz się czuły na obserwacje detali; chyba, że ty masz tak cały czas. - dobił zaciekawiony, otrząsając się z chwilowych wspomnień z tą dziewczyną. - Ciebie też osaczyła? Trochę to przerażające, nie? Razem z jej całą empatią i współczuciem, aż odrobinę podejrzane. Serio tacy ludzie istnieją? No wiesz nie to, żebym już widział świat, jako padół pełen żmij, w którym są te, które lepiej czują się w parach i kąsają tę druga po prostu trochę mniej, ale ciężko jest mi uwierzyć, że potrafią jeszcze przetrwać jednostki o tak czystych i klarownych zamiarach. Nie... nie, serio: nie. - sam się odchylił i przytknął kufel do ust. - Nikt nie jest aż tak dobry, jej oczy były aż ZA szklane, żeby móc przejrzeć jej zamiary i widzieć w nich nieskończone dobro. Ona albo szykuje nam rewolucje, albo jest już dawno... martwa. Bardziej niż ty. - zaznaczył, może odrobinę zbyt brutalnie dla tej delikatnej cyganki, ale nawet on miał przez to osaczenie przez moment chęć zrobić jej krzywdę, żeby przestała. Nie tak miał działać czar wili, miał przyciągać, a nie przerażać.
Przełknął rozgrzewający, cynamonowy wywar i uśmiechnął się do rozmówcy nagle wpadając na pewien genialny pomysł.
- Wiesz... sądzę, ze będę w stanie spłacić go nawet dzisiaj i wrócić dziś do domu z czymś, co zawiśnie jak trofeum na twoim łóżku. Albo przynajmniej spocznie u jego nóg. - enigmatyczny Colette jest enigmatyczny. - No chyba, że uznasz, że zadłużenie jest zbyt duże i, patrząc na twoją minę, pewnie każesz mi przyszłej zimy, podczas zajęć ONMS przebiec przez błonia na golasa.


Ostatnio zmieniony przez Colette Warp dnia Sro Kwi 01, 2015 6:40 pm, w całości zmieniany 1 raz


It has been a beautiful fight. Still is.

Re: Ulica

on Sro Kwi 01, 2015 6:38 pm
Abstrakcyjność tych rozmów nieco zaczynała cię dziwić, no bo mimo wszystko rzeczywiście zeszliście na całkowicie normalne tematy, na rozmowy o ludziach ze szkoły i planach co do jakiejś imprezy u Puchonów, na którą w życiu byś się nie wybrał, bo pozabijałbyś tam wszystkich ludzi po równo, tworząc istną krwawą łaźnię – o naruszeniu swej reputacji nawet nie myślał, była jaka była, ale kwestia rujnowania jej czy też nie wykraczała nieco poza jego gesty – jedyne, jakby mógł skomentować troszczenie się o to, jak cię inni postrzegają, wywróceniem oczu – nijak to nie zmieniało faktu, że na imprezę by się nie wybrał. Nie chciał zdobywać nowych kolegów, nie chciał żeby nagle ktoś zaczął mu mówić "cześć" na szkolnym korytarzu, ani też nie chciał widzieć przerażonych min, gdyby wszedł do takiej Sali Wspólnej żółtych reprezentantów szkoły i oznajmił, że on tu zostaje, albo usiadł w kącie i... siedział. No bo co miałby robić? Bawić się? Robić te wszystkie dziwne rzeczy, o których mówił właśnie Colette? Zbierałby takie piwo i potem przynosił na parapetówki i rozdawał wszystkim, jeszcze krok dalej i stanie się najbardziej pożądaną na takich wydarzeniach osobistością. Zdecydowanie się tam nie wpasowywałeś. W ten cały śmiech, w te wszystkie durne rozmowy... Czarnowłosy wykrzywił się lekko z niezadowoleniem, całkowicie nieświadomie, ze wzrokiem wbitym w blat stolika, do którego znowu podeszła kelnerka, żeby go wytrzeć po porzednich tutaj siedzących i zaraz też się oddaliła, nie przeszkadzając im w dalszej rozmowie. Z drugiej strony jak dużo zabawy musiało przy tym być? Starałeś się to wszystko sobie wyobrazić, ale ty tam... nie pasowałeś. Po prostu ni chuja tam nie pasowałeś. Byłbyś doskonałym wcieleniem tej wojowniczje księżniczki na wiecznym okresie, która prędzej czy później uznałaby ich wszystkich za wrogów i wymierzyła w nich swój miecz... Niedobrze, to na pewno skończyłoby się bardzo, bardzo niedobrze, nawet z Colettem u boku – przecież nie mógłby siedzieć i pilnować cię przez cały czas, wiadomym było, jak imprezy wyglądały, zwłaszcza dla osoby takiej jak kasztanowowłosy, który lubił, potrafił się bawić i ciągnęło go do centrum zainteresowania jak ćmę, mimo całego względnego dyskomfortu bycia jedynie w przebraniu króliczka, a nie realnym sobą.
- Colette, nie. - Użył tego paskudnie spokojnego tonu, gdy podniósł z wyczyszczonego blatu spojrzenie na swojego towarzysza. - Wierz mi, że to by się skończyło bardzo źle. Ja się nie nadaję do takich gier i zabaw. - Jak miał to inaczej określić, niż "zabawy"? Nie przeszkadzało mu to, że inni brali w nich udział, ale naprawdę by wolał je omijać szerokim łukiem – odzywał się tutaj ten jego paradoks braku poczucia, że ma 17 lat i w sumie powinien z życia korzystać pełnymi garściami, dopóki miał okazję, ale, zgrozo... przecież będzie miał je na wieczność... może się jeszcze postarzeje nieznacznie, jest na to szansa, tak czy siak... Miał farta, że pomimo niedożywienia z młodości był całkiem wysoki. Wszak Czarny Kot miał własne pojęcia zabaw, a te... były dokładnie jak w tym powiedzeniu: i had fun once. 10.milion people died. Dosłownie i w przenośni. Tylko że on wcale nie chciał, by przy okazji tego cokolwiek się Puchonowi stało, dlatego też czuł, że powinien powiedzieć mu o tym, co się będzie działo... tak jak i o wielu innych rzeczach, ale czy dzisiejszy dzień się na to nadawał? Chciał ofiarować temu chłopakowi trochę uśmiechu, nie dołożyć kolejnych zmartwień, czy też zszokować swoimi szalonymi planami, że w zasadzie... zamierzasz na własne życzenie dać się wypierdolić z Hogwartu, ba! - być może zamknąć do Azkabanu... Nie, to z pewnością jest zły dzień.
Czyżbyś chciał się przyczynić do upadku Hogwartu..?
- Umarłbym z nudów, gdyby niebezpieczeństwo nie czaiło się za rogiem. - Obnarzył kły w drapieżnym uśmieszku, uznając tą odpowiedź za wystarczająco odpowiednią co do tego, by Zordon Reid poznał się z Colettem Warpem. W sumie naprawdę dziwne, że się nie spiknęli, oboje byli podobne szajbusy... Nigdy nie poznałeś Zordona i jakoś nie miałeś ochoty tego zmieniać, ale wystarczająco dużo się o nim mówi... i nawet pisze w gazetce. - Nie znam go, ale sądząc po szkolnych legendach moglibyście się dogadać. - Dodał miękko. - I lepiej żebym ja ci potem nie musiał wpychać tego cynamonu do gardła. - Zmrużył oczy, uśmiechając się z rozbawieniem. - Jest sporo osób, których nie znam z imienia i nazwiska, znam tylko te bardziej warte uwagi. - Stwierdził z enigmatycznym uśmieszkiem. - I bynajmniej - nie wpadłem na pomysł podpisywania ich krwi. - To było warte zaznaczenia, bo przy główce Warpa, która roiła zawsze takie teorie, że mózg ci się wywracał do góry nogami, a potem wybuchał i spływał po ścianach, to chyba naprawdę byłby gotów uwierzyć, że taki spis to bardzo dobry pomysł. - Lubię obserwować. - Stwierdziłeś leniwie, biorąc kolejny łyk brandy i pochylając się znów do stolika, by oprzeć się o niego wolnym przedramieniem. - Ilość detali Esmeraldy raczej sprawiła, że z całych sił się odcinałem od jakiejkolwiek obserwacji jej osoby. - Dziewczyna sama sobie podkopywała dół pod nogami i na dodatek nie do końca to widziała, zresztą powiedzenie jej tego i tak skończy się na: ty mnie nie rozumiesz, więc dawno machnąłeś na to ręką i olałeś sprawę, patrząc, jak po prostu upadnie i zostanie całkowicie zmiażdżona, jak klapki opadną z jej własnych oczu i wreszcie przestanie też tymi klapkami nakrywać wszystkich wokół niej. - Ona dopiero od niedawna zaczęła umierać. Pewna... osoba... odważyła się zburzyć mury jej bajki i porządnie uderzyć nią o podłogę. - Kąciki warg ci drgnęły, kiedy znów twój wzrok, zamiast na rozmówcy, utkwiony był w szklance już w połowie opróżnionej. Przyszła wtedy do ciebie złamana, zmęczona, szukająca ostoi, a ty co..? Po prostu ją zniszczyłeś – kompletnie zniszczyłeś na dłuższy moment, w którym klęczała przed tobą i płakała, ta dumna Cyganeczka, która potrafiła tak lekko stąpać po rzeczywistości. Czy było ci wstyd..? Mogłeś się wykazać empatią i jej pomóc, oczywiście... i nawet teraz, zamiast starać się coś zmienić, wolałeś poczekać, aż sama siebie dobije po rozpoczętym chyba dawno temu procesie... Znów kompletnie pomieszały ci się dni. Nie potrafiłeś jasno określić, czy był początek, czy może koniec marca... ale zdaje się, że mamy marzec, tak..? Kobieta, która cię nauczyła, że nie jesteś zły, a sama tego zła doświadczyła z twej ręki, ba! - byłeś o jeden, maleńki kroczek od zabicia jej... taki maleńki... Pierwszy raz to ktoś pomógł tobie. Co za dziwne uczucie. Jeśli tak czuli się wszyscy, którym w przeszłości pomagałeś, czując niemal mściwą satysfakcję, że upadasz, to zaczynałeś przestawać się dziwić, że takie sytuacje miały tak często miejsce. Warp, chociaż również nie był osobą, której nie dotknęły żadne problemy i był od nich całkowicie wolny, to jednak nie należał do ofiar leżących i snujących się jak cień, jak muchy, nad których głowami trzeba stać – owszem, byłeś gotowy kroczyć za nim jak cień, by w chwili słabości, która przytrafiała się każdemu, stanąć za nim murem... To dość mocna hipokryzja z twojej strony. Ale właśnie dlatego ktoś zniszczony nie mógł ofiarować serca osobie równie zniszczonej – ciągnęliby siebie w równy dół i skończyli jako para samobójców, Ty zaś... naprawdę gotów byłeś skorzystać z okazanej wczoraj przez Smoka siły i zaufać jej. Znów mowa była co prawda o braniu na kolejnym stadium planszy, na której się znaleźli, a ciągle myśląc o dawaniu nie potrafiłeś wymyślić niczego sensownego, co by cię satysfakcjonowało.
Sahir zaśmiał się krótko na myśl o wizji Coletta biegającego nago po błoniach.
- Zwariowałeś? - Zapytał poprzez wygasający śmiech, po którym została pozytywna aura zaciekawienia, jakie przewinęło się przez jego twarz i Otchłań, wyczuwającą, że może dziś pożreć jeszcze więcej, niż początkowo zakładała. - Bardzo chętnie poddam się sprośnemu losowi kierowanemu ręką Smoka Katedralnego. - Uniósł szklankę w akcie toastu. - Nawet jeśli obawiam się postaci tego trofeum. - Zaśmiał się cicho znów i pociągnął zdrowy łyk.





Szczerze mówiąc
Nie wiem jak Ty - mało ludziom wierzę.
"Żył żartem, pił serio" napisz mi na grobie
Szczerze mówiąc.


Re: Ulica

on Sro Kwi 01, 2015 6:41 pm
Tyle tematów poruszali w ich rozmowach... może wreszcie przejść chociaż na jeden wieczór, na te kilka godzin na normalne dziedziny? Na te, na która uczniowie zwykle gadali w trzech miotłach? Imprezy, alkohol, panienki – trzy czołowe tematy, jakie muszą zawsze pojawić się w rozmowach między facetami, aby ci pokazali, że mają jaja bez ściągania spodni. To więzienie z którego kobiety się śmieją, a mężczyźni nie mogą uciec; ot udawanie koguta dla siebie nawzajem. Lecz w tej chwili, tutaj, oni udawali kogutów bardziej dla publiki. A przynajmniej Colette udawał – mógł się do tego otwarcie przyznać. Otwarcie mógł przyznać, że żartował z przyprowadzeniem Sahira, i to właściwie tylko dla dobra samego wampira. Nailah był... z innego świata, z innego wymiaru, był swoistym odbiciem się w bok dla Puchona, który zwykle był pozytywnym kretynem, który chce na siłę wszystkich zadowolić w sposób w jaki on rozumie zadowolenie, a jednocześnie niektórym podkolorować życie naprzykrzając się. Na tej imprezie więc nie miałby czasu usiąść obok i porozmawiać o czymkolwiek, od nieskończoności, przez wampiry po pingwinie kolana, byłby zbyt zajęty łaknieniem uwagi jak największej ilości ludzi, zbieraniem na łuski większego złota, większego podziwu; powiększać jeszcze bardziej sieć swoich kontaktów, przyjaźni, wrogów. Byli pod towarzyskim względem całkowicie różni. Całkowicie. Na dodatek sam też nie bawiłby się za dobrze, bo byłby do reszty rozerwany, starając się zabawić swojego partnera i jednocześnie nie pozostając ślepy na resztę kumpli, nie chcąc zrozumieć, że to o co warczy jest kompletnie niemożliwe i nieosiągalne. Ale to Colette... Sahir w kocu też jest nieosiągalny... a mógł przytulić policzek do jego broni... nawet do jego ramienia i nie martwić się odtrącaniem, albo jego wyparowaniem. Był bożkiem, którego nie imały się niektóre z ludzkich rzeczy, ale absolutnie nie był transparentny ani zbudowany z mgiełki. Był tak materialny w swej materialności, że nie chcąc nawet, nie myśląc o tym zapewne sprowadzał swojego wyznawce na złą drogę, zaśmiecając jego i tak mało klarowny umysł, wyobrażeniami, które nie miały racji bytu. Za które spłonąłby na stosie.
Tym razem to on kompletnie nie zwrócił uwagi na kelnerkę która przyszła posprzątać tu po poprzednikach i po nim samym. Zabrała nawet papierowa różyczkę, a Puchon nawet nie drgnął, jedynie ogarnął końcem różowego ochłapu języka skrawek pianki, który uczepił się lepko kącika jego ust. Bawili się już we dwoje... owszem, dopiero po alkoholu, ale zwykle to były gierki słowne lub słuchanie/tworzenie muzyki - raczej nic z dziedziny tańca, gierek alkoholowych, odpieprzania jakiś kompletnie pokręconych akcji. Właściwie to nawet niektórzy powiedzieliby, że 'bawili' się dopiero w bibliotece. Smok się bawił. Do dziś jak sobie o tym przypomniał dreszcze przebiegały przez jego krzyż, ale nie był z siebie dumny. Najpierw pozwolił wyrwać się natłokom myśli i zachcianek, a potem zamiast pobiec za chłopakiem, został tam sam i swoim zachowaniem zmusił Sahra do tłumaczenia się, a sam postanowił zawrzeć gębę i nie wywlekać powodów swojej winy w tym gównie na wierzch? Tak.... co miał w końcu powiedzieć? „Nie mogę przestać o Tobie myśleć”? „Byłbym delikatny.”? Hahaha.... debilne.
- Spokojnie. Żartowałem. Chyba nie myślisz, że pozwoliłbym im bez odpowiedniej selekcji dostąpić zaszczytu spędzania z tobą wolnego czasu? - zabrzmiał jak jego sekretarka i prychnął do kufla z charakterystycznym „pffft!”, znowu kojąc suchość w gardle maleńkim łyczkiem. - Za długo sam się o to starałem, żeby dostali to tak za darmo... psubraty. Dużo śmieszniej jest, kiedy trzęsą się na widok twojego płaszcza. - i znowu ten hieni czy też chochlikowaty chichot. - Musze go po powrocie podpiąć po jakieś żyłki i poruszać rękawami. Coś ostatnio za bardzo się do niego przyzwyczaili. - no i pachnie tobą, Sahir. Nieee-he-he, tego już nie powiedział. Za mało alkoholu na takie wyznania. I za dużo ludzi wokoło. Mógł tak więc snuć plany niewinnego straszenia swoich współlokatorów nie wiedząc nawet, że na dniach szykuje się coś, co zmrozi im krew w żyłach i zetnie białko w mózgu. Akurat kiedy robiło się spokojniej... Może i sielankowy stan rzeczy nie odpowiadał do końca Colette, ale jakoś nigdy nie uosabiał dobrej zabawy z hałdą trupów i Luną zabarwioną przelaną za dnia krwią. Nie... były inne sposoby, chyba... były.
- Nawet jeśli to niebezpieczeństwo nie czaiło by się na zniszczenie ciała, ale wywołaną głupotami, eksplozje mózgu? - dokończył piwo z zadowoleniem, czując nadal posmak cynamonu za każdym razem, kiedy język musnął podniebienie. Kaczki Apokalipsy w charakterze Shane'a Collinsa i Sahira Nailah'a kontra Obiadowi Niszczyciele – Colette Warp i Zordon Reid. Quasi-zło kontra quasi-dobro. Wrodzony życiowy pech kontra życiowy fart. Wygraną roztrzygnąłby dopeiro ktoś, kto walczyłby bardziej zaciekle. Z większą nienawiścią... kto ma jej więcej?
Sahir czy Colette?
- Lepiej z tym cynamonem do gardła niż z drugiej strony. - rzucił ze śmiechem szybciej niż pomyślał. - Choć ponoć łyżeczka tego ustrojstwa tak wysusza gębę, że ludzie niesamowicie się krztuszą. Niedoceniany specyfik ludobójczy. - zanurzył palec w kuflu, ścierając z jego ścianki ostatnią, większą chmurkę pianki i wsunąłeś go do ust, wsłuchując się w zdanie Nailah'a. Skrycie lubił, kiedy w pewnych kwestiach mieli inne zdania, to murowało dyskusje w której nawet ze strony, której sam nie brał mógł usłyszeć kilka ciekawych stwierdzeń, które lepiej albo gorzej wybraniały pozycję swego wyznawcy. - „Pewna osoba”. - mlasnął, wysuwając wreszcie palec spomiędzy warg. - Ciekawe któż taki mógł to zrobić. Któż byłby zdolny? - jego górna warga drgnęła cała, siłą tego niemrawego ruchu oscylując najmocniej w okolicach kącika. Nikt nie musiał odpowiadać, wiadomo jaki był Sahir i wiadomo jaka była ta dziewczyna. Wampir już nie ukrywał się ze swoim ja, jak siedzący naprzeciwko niego Puchon, robił co chciał w chwili, kiedy instynkt mu to nakazywał, niezależnie z kim miał do czynienia, był w końcu zmęczony grą pozorów i taki podejściem utorował sobie drogę do spokoju od durnych uczniów, którzy mogliby próbować sił w zaczepianiu go. Esmeraldy nie znał (Colette), ale w pewnym momencie tą pokraczna magią zmusiła nawet skrytego Smoka do chęci ataku i odepchnięcia jej chociażby na odległość w której nie poczuje się dłużej tak idiotycznie zagrożony. Patrząc na to zjawisko od trzeźwej strony, to Sahir nie blokowałby za mocno tej chęci i faktycznie mógłby zrobić dziewczynie krzywdę. I teraz Colette jako dżentelmen powinien dać mu w mordę. I pewnie by dał gdyby... w tej bezdusznej hierarchii wampir nie był o całe piętra wyżej od dziewczyny. Współczuł jej, jasne, ale nic więcej robić nie zamierzał. Nie miała tak wibrującego głosu, pociągającego ciała i magnetycznej osobowości. No i jego serca, oczywiście. Tego samego, który nawet atakiem chciał napełniać siłą to przymknięte w skrzyni i tłuc szybkim tętnem tuż obok ścianek, więżącego go opakowania.
Colette biegający nago po błoniach. Zimą.
- Po jeziorze lodem ściętym, tak to bajdurzył mądrala, bez ubranek i godności, Kotlet sobie zapierdala. - wybąkał wymyślony na poczekaniu rym. - Niebezpieczne to, bo mu się łapy ślizgają. Nie wytrzymał i przyłożył wierzch dłoni do ust, śmiejąc się coraz mocniej, zmuszając ciało do lekkich... otrzęsin. Zerkał wtedy co chwile na wampira i w końcu reflektując (poniekąd); chrząknął i rozsiadł wygodniej. - Oddaj mi się, oddaj, Sahirze, jeszcze cię dzisiaj przed wschodem słońca zaskoczę. Taką mam nadzieję.
Położył się na powrót na stoliku i palcem nieśmiało popchnął pusty kufel kilka centymetrów bliżej przyjaciela.
- Postawisz mi coś dobrego?
Oh, spójrzcie tylko w te łaknące odrobiny alkoholu oczki i powiedzcie mu: nie, wracaj na detoks. Nie da się. Po prostu się nie da.


It has been a beautiful fight. Still is.

Re: Ulica

on Sro Kwi 01, 2015 6:44 pm
Przechodzimy – idziemy płynnie tą ścieżką,nawet kiedy w pewnym momencie umysł Sahira zwolnił i zaczął pytać o to, jak bardzo to jest realne i czy to w zasadzie nie sen – starał się, Bóg mi świadkiem, co ciągle przewija się między nimi i wydaje się zadręczać głowy niepoprawnością wszystkiego, co zrobią, nie ważne, czy wypełnionego złością, czy też miłością – skazańcy tylko dlatego, że nie pokochali siebie wzajem; pobłogosławieni, bo zostali sobie ofiarowani. Colette udawał, zaś on nie próbował nawet udawać – ciągle był tym, kim miał ochotę pokrótce być, nie krył się z uzewnętrznianiem jakichkolwiek emocji, wylewał je wprost, czego zamknięty w złotej Klatce Smok o złotych łuskach robić nie mógł, by ludzie nie potraktowali go tak, jak czarnowłosego, dostrzegając w nim Bestię, którą ten ujawnił – rozmawiają teraz na temat Esmeraldy, a właśnie ona była jedną z osób, która już powiedziała mu otwarcie, że zazdrości Sahirowi właśnie tego, że nie próbuje być kimś w danej chwili, kim nie czuł się we własnym wnętrzu – czy też tego zazdrościsz, Colette? Nie ma niczego za darmo i zdajesz sobie z tego sprawę, dlatego nie robisz żadnych głupich ruchów (prócz tego głupiego błędów którym było pragnienie poznania świata Sahira Nailaha i zostanie przy jego boku). Właśnie dlatego taka impreza byłaby bardzo złym pomysłem. Nawet jeśli tutaj nie mogliście sobie okazywać otwarcie czułości, czy też jakichkolwiek głębszych emocji, choć teoretycznie nikt was wszak nie podsłuchiwał, bo kto miałby być zainteresowany dwójką uczniów, takich jak wielu, nie wyróżniających się teoretycznie niczym dla tych dorosłych, bo jak na razie było tu tylko innych uczniów Hogwartu, a ci siedzieli w zwartej grupie na kompletnie drugim końcu sali i również nie poświęcali wam nawet miligrama uwagi – to dla was lepiej. Jesteście więc anonimowi. Jesteście sami sobie w naturalnym środowisku, rozmawiając o naturalnych rzeczach... naturalnych dla Ciebie. Sahir nawykł do pustych miejsc, w których wsłuchiwał się w szepczący mu do ucha wiatr, gdzie zapominał o tym, że ludzkość w ogóle istnieje, nawykł do tematów, w których słowem się bawiło, a cisza zapadająca na dłuższe chwile pozwalała przemyśleć te następne, zanim się je wypowie, wiedząc, że jest się poznawanym i że się poznaje. Przy czym... zdecydowanie więcej w tym drugim zamykało się prawdy. Gdy więc spoglądam na twoje życie, panie Warp, dostrzegam w nim smutek, tak jak i sam Nailah wyczuwał nieprawidłowość, która pchała go do tego, żeby wręcz gwałtem rozrywać liście tego ogrodu, by posiąść o nim wiedzę, by dotrzeć w końcu do samego jądra. Wiesz, gdzie ten smutek? Właśnie tam, w tym miejscu, gdy przed wszystkimi udajesz, tylko po to, by lśnić. By, jak to sam określił twój narrator – lśnić i prząść sieci znajomości i kontaktów z innymi. Rzeczywiście bardzo się od siebie różniliście... Bo tak samo Sahir widział nieosiągalność Ciebie dla siebie. Ta myśl spłynęła na niego w tym momencie, widząc te porażające różnice i aż zadał sobie pytanie, co on tutaj robi, jakim cudem się tu znalazł, jakim cudem zaczął rozmawiać o tych tematach..? Był rad, że pozwolono mu tego zakosztować. Takiej... normalności, o której już zapomniał. Porwałeś go do bajki, Colette... Nie uważał, żeby był w stanie kiedyś spłacić ci ten dług.
Zwłaszcza, że w najbliższym czasie spodziewał się dość samobójczego wyskoku.
Cóż więc pozostało? Modlić się: modlić i prosić, by Bóg zesłał mu Ciebie znowu na jego ścieżkę, aby mógł obsypać cię diamentami i objąć w ramiona w świecie, gdzie nikt nie będzie na to zwracał uwagi i nie będzie na to krzywo patrzeć.
Chyba więc musielibyście się spotkać w Niebie.
Uśmiechnąłeś się ponownie, mimo wszystkich rozważań, które płynnie przepływały przez twoją głowę, tylko czekając, aż zostaną rozpuszczone przez ciągnące się tematy, przez rozmowę z Colettem, w której znalazłeś odprężenie i swoistą ostoję – jak nie korzystać? Próbowałeś więc odciąć się od ponurych myśli, lecz nic nie poradzisz na to, że one były zawsze, a w sumie w minimalnej dawce nie przeszkadzały, dodając tylko smaczku, by spojrzeć na Złotołuski skarb siedzący przed tobą z różnych perspektyw, tak samo jak na znajomość z nim, zbierając wreszcie wszystkie informacja ponownie w jedno. Znów usiadłeś do swoich puzzli, które z racji natłoku emocjonujących wydarzeń przy nim samym, jakoś opuściłeś i, poważyłbym się powiedzieć, nawet zapomniałeś, że miałeś ją dokończyć! Trójwymiarowość tej układanki... sprawiała ci naprawdę dużo, dużo kojącej przyjemności.
- Może znowu powinienem wpaść z buta? Albo wpadnę na imprezę, żeby komuś wpuścić wpierdol i sobie pójdę? - Zaproponowałeś z rozbawieniem. - Wtedy płaszcz ma szanse na nowo wzbudzić strach... zwłaszcza jak zacznę się wydzierać, że ktoś mi go ukradł. - Uniosłeś jedną brew, spoglądając sugestywnie na... przyjaciela. Tak, na przyjaciela. Ten wzrok niemal proponował, by to zrobić... ale nieee, również żartowałeś, nie zrobiłbyś tego, bo wiadomo, do czego by to doprowadziło – rozpoczęłaby się na pewno bitwa na różdżki, przynajmniej prawdopodobnie: sporo było w Pucholandii narwańców, miałeś wrażenie, że więcej, niż w dzielnych i dumnych Gryfonach.
- Powiedziałbym, że należę do ogólno pojętych "nudziarzy"... - Bo jak stary dziadek całymi dniami siedzisz, czytasz, rozmyślasz, zamiast jak każdy normalny się bawić i wygłupiać. No tak, więc faktycznie, doskonale do grupy nudziarzy pasowałeś. I nawet do kujonów... Ale nazywanie Nailaha kujonem..? O zgrozo, to by dopiero było nieporozumienie! A wszak mnóstwo czasu poświęcał nauce. Jeszcze w zeszłym roku szkolnym był to cały wolny czas – od tego roku minimalnie odpuścił... Zwiedzanie i nabieranie doświadczenia w praktyce, nie tylko w teorii, za bardzo kusiło. - Jestem przewrażliwiony, bo kiedyś opiekowałem się dzieciakami... - Odetchnąłeś, wpatrując się w zalegający w szklance lód – już po trunku pozostało wspomnienie, idealny timing, bo ostatni łyk wziąłeś jak Colette dokończył swoje piwo. - Zawsze byłem "tym złym" co psuł zabawę, bo kretyni nie pomyśleli, że przykładowo włażenie na zgniły dach starego budynku może się skończyć jego zawaleniem... I jakkolwiek to zabrzmi dziwnie: uwielbiam adrenalinę. Uwielbiam... tańczyć ze swoją siostrą. - Podniosłeś na Coletta wzrok. - Więc odpowiadając wprost: kiepsko znoszę wszelakiego rodzaju dowcipy. - Nie wspominając nawet tego, że niemal wyrwał Warpowi głowę, kiedy ten zaszedł go od tyłu wtedy, przy zagrodzie, w tym przebraniu – ucierpiała głowa, owszem, ale krokodyla... nie samego Puchona. Więc to była kolejna rzecz, w której mieli kompletnie inne zdania i ta "odmienność" właśnie stawiała ich w całkowicie osobnych światach – światach, które teraz weszły ze sobą w łagodną kolidację. Ha, co ja mówię... one co chwilę potrafiły tak ostro zderzyć się ze sobą, że drżały w posadach i burzyły stare mury... W końcu trzeba było wyrwać im zęby krat, czyż nie?
- Sam się zastanawiam, kto byłby na tyle nie miły w tym zamku... - Uśmiechnął się bezczelnie, pozwalając powiekom opaść do połowy. - Nie jestem z tego dumny. - Dodał, żeby nie pozostawiało to cienia wątpliwości. Chyba nigdy nie był z niego odpowiedni dżentelmen, w przeszłości było z niego troszkę więcej, niż teraz, ale zawsze traktował kobiety na równi, owszem, były słabsze, ale kiedy chciały, to potrafiły być silniejsze od mężczyzn. Na przykład taka Caroline Rockers. Pozostawały tylko drobnostki, jak właśnie to, że niewiast bić się nie powinno... Ale i one wygasły.
Zaś wierszokleta, który się w nim odezwał... sprawił, że Sahir uniósł pytająco tylko jedną brew... potem drugą, wraz z kolejnymi słowami... a jego wargi wyginały się w nieco głupkowatym uśmieszku, podczas gdy Otchłań niemal wyła: what da fak?!.
- Dla Ciebie... to chyba o jedno piwo cynamonowe za dużo. - Pokiwał głową, żeby upewnić w tym towarzysza, bo słysząc, jakiej on tu już dostaje fazy... oj, oj, niebezpiecznie się niemal robiło! Jeszcze trochę i będziesz musiał go wyciągać z knajpy, by nie wskoczył na blat i nie zaczął tańca hula? Aleeee... ALE... Jeszcze pozostawała ta kwestia, którą dodał już po słowach Sahira... gdy się zreflektował... A która sprawiła, że wybałuszyłeś na niego oczy i nachyliłeś się nad stolikiem, rozdziawiając nieznacznie wargi.
- Oookej... biorąc pod uwagę wczorajsze... to zabrzmiało źle. - Wróciłeś do poprzedniej pozycji i rozpiąłeś jeszcze jeden guzik pod szyją, odsłaniając niemal obojczyki, ale nie byłeś zły, skądże znowu! Nawet się zachichrałeś pod nosem złośliwie, wstając i łapiąc kufel Puchona wraz ze swoją szklanką. - Ooooj postawię Ci coś dobrego, postawię... - Wyszczerzyłeś się wrednie, prowokacyjnie, po czym odwróciłeś i skierowałeś do lady, by nawet w swym dobrym humorze obdarzyć kelnerkę zniewalającym uśmiechem, stawiając jej naczynia, by pogadać z nią chwilę i wrócić zaraz na swoje miejsce ze swoim brandy i z piwem dla Coletta – ciemnobrązowym, z pianką, który od postawienia pachniał karmelem i bliżej niezidentyfikowanymi owocami.
- Nie wiem, czy to piłeś, ale mi wyjątkowo smakowało za knypka. Strong Suffolk Vintage Ale. - Usiadł na swoim miejscu. - Zaczynałeś od bezalkoholowego, przez piwo... w następnej kolejce już brandy, czy trzymasz się piw?





Szczerze mówiąc
Nie wiem jak Ty - mało ludziom wierzę.
"Żył żartem, pił serio" napisz mi na grobie
Szczerze mówiąc.


Sponsored content

Re: Ulica

Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach