Share
Go down

Narodziny zła,

on Wto Lip 26, 2016 8:33 pm
PROLOG

Zanim zacznę pisać tę historię, należy zadać sobie jedno, zasadnicze pytanie. Czy Albus Dumbledore, spotykając na swojej drodze po raz pierwszy Toma Marvolo Riddle’a wiedział, że będzie on najniebezpieczniejszym czarnoksiężnikiem na świecie? Jeśli tak, to czy cokolwiek by z tym zrobił, czy próbowałby zmienić? To zawsze będzie zagadką, która nie zostanie rozwiązana. Kiedy zastępca dyrektora Hogwartu Albus Brian Wulfryk Percival Dumbledore poznał tego czarodzieja, ten był zaledwie jedenastoletnim, zagubionym chłopcem. Niezwykłym, ale jednak tylko chłopcem, który wiele się musiał nauczyć. Nikt nie spodziewał się, że wyrośnie z niego ktoś, przed kogo imieniem będą drżeć najodważniejsi czarodzieje. Lord Voldemort, najpotężniejszy czarnoksiężnik na świecie, władający mocą i zdolnościami jakim nie śniło się większości magicznych. Nazywał siebie Panem Śmierci, gdyż znalazł sposób na jej oszukanie. Przekroczył granice magii do granic możliwości. Stworzył siedem horkruksów, każdy skrywający fragment jego pokaleczonej duszy. Stał się nieśmiertelnym i był tylko jeden człowiek mający siłę go pokonać – Wybraniec, a nazywający siebie Czarnym Panem, nie mógł dopuścić do jego narodzin...

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Pierwsze spotkanie

Deszcz uderzał o szyby, a krople leniwie jedna za drugą spływały cienkim strumieniem po przezroczystej tafli szkła. Budynek był szary i równie bezbarwny jak otaczająca Anglię aura. Tynk odpadał od ścian, a dach w niektórych miejscach przeciekał, tworząc rozległe kałuże na korytarzach bądź w pokojach, które tak sumiennie sprzątała opiekunka i zarazem właścicielka londyńskiego sierocińca. Pośród tego całego siąpienia i kapania, gdzie normalni ludzie kryją się w bezpiecznych, ciepłych i suchych domach, jeden człowiek kroczył środkiem zamoczonej ulicy. Gdyby spojrzeć na niego z boku, przez myśl może przebiec tylko jedno określenie: ,,wariat’’. Włosy zwisały w strąkach, poszarpana broda wcale nie była w lepszym stanie, a ubranie przyprawiało o zawrót głowy. Stare, niemodne już od jakichś dwudziestu lat i dziwne. Mężczyzna niewiele się tym przejmował. Miał do załatwienia pewną sprawę, bo po to właśnie tutaj przybył. Kroki odbijały się od opustoszałej drogi, a przed jego oczami wyrosła czarna, mosiężna brama, by wreszcie mógł stanąć u potężnych, dębowych, lecz mocno napoczętych przez korniki drzwi. Zegar na wieży wybił ósmą. Dość późna pora jak na odwiedziny tego nietypowego gościa.
Cicho i dyskretnie zapukał, czekając na odpowiedź. Stukanie obcasów po betonowej posadzce powiedziało mu, że ktoś się zbliża, a ich natężenie i szybkość ich stawiania dodało, że osoba ta nie jest zadowolona faktem obcego za drzwiami. Ruch klamki i w progu ukazała się pomarszczona twarz siwowłosej kobiety o brwiach zmarszczonych w złości, ale i w geście zdziwienia.
- Czas odwiedzin skończył się równo o osiemnastej. Proszę przyjść jutro, panie...? – Rozległ się donośny, może zbyt piskliwy głos. Wyraźnie oczekiwała, aż przybysz poda swoje nazwisko.
- Albus Dumbledore. Dobry wieczór, pani Connor. Chciałbym się zobaczyć z Tomem – przyjaźnie i z lekkim uśmiechem odpowiedział mężczyzna. Czekał, aż opiekunka zaprosi go do środka z tego deszczu i zaprowadzi do młodzieńca, by mógł spokojnie z nim porozmawiać.
- Już śpi. Była dzisiaj jego ciocia. Sam pan wie, że nie może go do siebie zabrać, gdyż sama wychowuje szóstkę dzieci i nie dałaby rady... – zaczęła przepraszającym tonem.
- Chodzi mi o Toma Riddle – przerwał jej dość spokojnym i w miarę grzecznym tonem.
Widać było, że kobieta jest zaskoczona. On nie miał rodziny. Matka urodziła go tutaj, nadając mu nazwisko i imiona, po czym umarła z wycieńczenia i zimna. Nikt inny go nigdy nie odwiedził, a dzieci nie chciały się z nim bawić. Bały się go, chociaż niekoniecznie z wiadomych powodów. Dlatego wiadomość, że ktoś chciałby zobaczyć się po raz pierwszy z tym chłopakiem, wydała się nieco dziwna i dopiero po chwili w jej oczach pojawiło się coś na kształt zrozumienia i natychmiast wpuściła nieznajomego do środka. Pomieszczenie zwane było przedpokojem, a raczej niewielkim holem. Tapeta odklejała się od ścian prosząc o zmianę, bądź jakąkolwiek ingerencję człowieka, a na hebanowym stoliku stał wazon z kwiatami, zwiędłymi i zapomnianymi przez otoczenie. Był to smutny widok. Poza tym nie było tu nic więcej, a jedyną ozdobą był obraz ze zbitą szybką przedstawiający zachód słońca.
- Pan do mnie pisał, prawda? W jego sprawie? Zabierzecie go, zgadza się? Zawsze wiedziałam, że z nim jest coś nie tak, że trzeba go zamknąć i leczyć...
- Pani Connor. Chciałbym z nim porozmawiać. Zaprowadzi mnie pani do jego pokoju? – znów jej przerwał, lecz ton był o wiele bardziej stanowczy. Nie podobało mu się to, że kobieta uważa tego jedenastolatka za wariata. To, że był nieco inny niż pozostali, wcale nie świadczyło o tym, że był szalony. Przynajmniej wtedy tak myślał.
- Oczywiście, proszę za mną.
Poprowadziła go wąskim korytarzem. Drzwi, jakie znajdowały się w ścianach i prowadziły zapewne do pokoi pozostałych sierot, ledwie trzymały się zawiasów. Przynajmniej tyle można powiedzieć. Zatrzymali się przy kolejnych ze zwykłego, sosnowego drewna. Kobieta nie pukając otworzyła je i hamując swoją niechęć, poinformowała go, że ma gościa, po czym szybko się oddaliła, jakby nie chciała mieć już z nim nic wspólnego.
- Dobry wieczór, Tom – przywitał się mężczyzna zbliżając się nieco. Podszedł wystarczająco blisko, po czym usiadł na łóżku. Chłopiec milczał i obserwował przybysza. Nie znał go, nie ufał mu, ale podświadomie czuł, że za moment wydarzy się coś co zmieni jego życie na zawsze. Nie pytał, nie odzywał się. Czekał, aż powie mu to, co ma do powiedzenia.
- Nazywam się Albus Dumbledore - życzliwie się uśmiechnął.
- Nie jest pan doktorem, prawda? – zapytał chłopak z niezwykłą mocą i złością w głosie. Rysował w głowie najgorsze scenariusze, że go stąd zabiorą i zamkną gdzieś, skąd nigdy nie wyjdzie.
- Nie. Jestem nauczycielem.
- Nie wierzę panu. Kazała mnie obejrzeć. Uważa, że jestem inny – zaprzeczył gwałtownie, a jego oczy i tak już wystarczająco ciemne, zrobiły się niemal czarne. Nie był szaleńcem, nie pozwoli na zabranie go stąd. Prędzej ucieknie.
- No i może ma rację? – spojrzał na niego dość ciepło i przyjacielsko. Widział w nim zagubienie, ale i całą złość na to, że musi tu tkwić samotny.
- Nie jestem szalony!
- Słyszałem, że posiadasz zdolności. Odmienne niż inne dzieci.
- Mogę coś podnieść, nie dotykając tego. Zwierzęta robią to, co chcę, choć ich nie tresuję. Mogę sprawić, że coś się stanie temu, kto mi się narazi. Może cierpieć... Jeśli zechcę.
Albus uważnie mu się przyjrzał. Dotarło do niego, że wie, iż nie jest zwykłym człowiekiem. Wyczytał to z tonu jego głosu. To z jaką dumą mówił o tym, co robi, jakie ma zdolności. Wręcz upajał się tym, że może zrobić krzywdę. Dostrzegł w nim jednak pewne zagubienie, że nie robi tego celowo, a jedynie w obronie, gdy czuje się zły albo krzywdzony. A może tak naprawdę nie chciał dostrzec niczego innego.
- Czego pan chce? – władczy ton jaki wydobył się z ust młodego bruneta, nie znosił sprzeciwu. Musiało być tak jak on pragnie, teraz i natychmiast. Oczekiwał odpowiedzi i to wyjaśniającej wszystko.
- Jestem taki sam jak ty. Jestem inny.
- Udowodnij.
Wyraźnie dało się usłyszeć rozkaz w jego głosie, a w oczach widać było pełen oczekiwania błysk.
Szafa stanęła w płomieniach, a przerażone oczy chłopaka rozszerzyły się. Nie bał się jednak tego niezwykłego zjawiska jakie powstało, ale faktu, że jego największe skarby mogą ulec zniszczeniu. Musiał się napracować na ich zdobycie i nie potrafił znieść myśli, że tak po prostu je straci. Miał ochotę skrzywdzić nieznanego sobie człowieka, tak by cierpiał za to, że ośmielił się odebrać mu coś tak cennego.
Z wnętrza płonącego mebla rozległo się stukanie, a potem szafa zaczęła dygotać, jakby chciała pozbyć się czegoś wyjątkowo okropnego ze swojego wnętrza.
Starzec spojrzał na niego karcąco.
- Zdaje mi się, że coś chce się wydostać z twojej szafy.
Wtedy małomówny młodzieniec zerwał się z krzesła, z którego nie ruszył się od momentu przyjścia gościa i otworzył drzwi szafy na oścież. Brązowe pudełko trzęsło się i podskakiwało w miejscu. Natychmiast złapał je w dłonie i płomienie zniknęły równie nagle jak się pojawiły. Wrócił na krzesło i podniósł wieczko drewnianej szkatułki. Jo-jo, zegarek, metalowy guzik, oderwana lalce głowa i ususzony króliczy ogonek, były nienaruszone. Zaskoczony spojrzał na tajemniczego przybysza.
- W Hogwarcie nie tolerujemy kradzieży. Musisz zwrócić te przedmioty ich pierwotnym właścicielom.
- Są moje! – krzyknął i zatrzasnął pudełko, chowając je za plecami. Nie miał zamiaru nic nikomu oddawać. Te rzeczy były tylko jego. Nikt nie miał już do nich żadnego prawa.
- Zdobyłeś je całkowicie legalnie? – zapytał dobrotliwie staruszek, aczkolwiek z nutką pewnej surowości w głosie.
Po raz pierwszy Tom Marvolo Riddle przyjrzał się obcemu, który do niego przyszedł. Ruda broda i ciemne, lekko siwiejące już włosy, naznaczona zmarszczkami, ale i sympatyczna twarz. Było w nim jednak coś takiego, co zupełnie mu się nie spodobało. Miłość i współczucie malowało się w jego bladoniebieskich tęczówkach, a to jedyne, co nie jest mu potrzebne. Nie szukał litości, był jaki był i taki pragnął być postrzegany. Marzył, by budzić strach i szacunek, bo go do tego  stworzono i był o tym przekonany. Przecież sam dziwny znajomy powiedział, że jest niezwykły, inny niż pozostałe dzieci, musiał być kimś ważnym.
- Znalazłem je – skłamał zupełnie się tym nie przejmując. Nie znał tego człowieka siedzącego na jego łóżku, dlaczego miałby mu mówić o tym co zrobił, a czego nie? Nie widział takiej potrzeby.
- Skoro tak – westchnął Dumbledore. Nie po to przyszedł tutaj, by tłumaczyć mu różnicę między znalezieniem, a kradzieżą jakiejś rzeczy, chociaż wiedział oczywiście, że chłopak zawłaszczył je sobie od innych wychowanków. Przybył tu w zupełnie innym celu.
- Hogwart to szkoła magii, Tom. Jesteś czarodziejem takim samym jak ja – wytłumaczył spokojnie i napotkał przeszywające go niemal na wylot spojrzenie. Nie wiedział bliżej dlaczego, ale poczuł coś na kształt niepokoju, gdy zobaczył jego wyraz. Duma? Pewność? Wyższość? Zdecydowanie po każdym z tych słów. Był dumny, że jest czarodziejem, być może domyślał się, że jest niezwykły, sam przecież to powiedział, chełpił się robieniem krzywdy słabszym od siebie i sam upewnił go w tej niezwykłości. Od razu dało się zauważyć również to, że poczuł się o wiele lepszy od innych ,,zwykłych’’ ludzi i nie spodobało mu się to. Postanowił jednak nic z tym nie robić twierdząc, że jako jedenastoletni chłopiec, w dodatku sierota, ma do tego pełne prawo, a w zamku wpoją mu ważne zasady, których będzie przestrzegał. Ukształtują go na dobrego czarodzieja, jak przedtem Marvola i Morfina Gauntów. – Uczymy tam zaklęć, eliksirów, transmutacji oraz innych równie ciekawych zajęć...
- Transmutacji? – przerwał pytając ze szczerym zainteresowaniem, a oczy zabłysnęły z podekscytowania.
- Tak. To zmienianie różnych rzeczy w inne, a czasem także i zwierząt – wyjaśnił ciepło nowy znajomy. – Ja zajmuję się tym przedmiotem i chętnie będę cię go uczył – zauważył, że na wzmiankę o tym, że będzie go uczył, jego zaangażowanie nieco przygasło.
Przypomniał sobie o liście, pierwszym liście, jaki powinien otrzymać przez hogwardzką sowę, gdyby mieszkał w ciepłym, rodzinnym i pełnym miłości domu. Los jednak chciał inaczej i musieli takie sprawy załatwiać niezwykle delikatnie.
Mam tu coś dla ciebie – wręczył mu list w białej kopercie, zalakowanej czerwonym woskiem w kształcie czterech herbów domów.
Starając się ukryć drżenie rąk i narastające podniecenie brunet przełamał pieczęć i wyjął z koperty długi list zaadresowany do niego. Porzuconego i samotnego. Teraz wszystko się zmieni, będzie tak jak sobie wymarzy, jak będzie chciał. Był kimś. Był czarodziejem, a kiedy już nauczy się czarować, a dołoży wszelkich starań, by to się stało, pokaże temu światu jak to jest być poniewieranym. Będą cierpieć, muszą zapłacić za wszystkie krzywdy jakich od nich doznał.


Szanowny Panie Riddle.

Mamy przyjemność poinformowania Pana, że został Pan przyjęty do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Dołączamy listę niezbędnych książek i wyposażenia. Rok szkolny rozpoczyna się 1 września. Oczekuję Pańskiej sowy nie później niż 31 lipca.


Z wyrazami szacunku
Albus Dumbledore, zastępca dyrektora.



Przeczytał na głos. Nie zdawał sobie z sprawy, że z każdym czytanym zdaniem jego głos coraz bardziej drżał z emocji. Uwierzył, że to prawda, że ten dziwak jest czarodziejem i on także. I będzie najlepszym czarodziejem jakiego będzie nosiła ta planeta!
Zastanowił się jednak nad jedną rzeczą. Skąd weźmie to wszystko? Książki, sowę, na której będzie mógł ćwiczyć dopiero co poznane zaklęcia oraz inne przyrządy? Bardziej martwił go fakt, skąd weźmie na to pieniądze. Był sam, nie miał nic prócz swojego pudełka skarbów. Zastanawiał się także czy również nie ukraść potrzebnych mu rzeczy, gdyby tylko wiedział gdzie je dostać.
- Prowadzimy pomoc dla najbiedniejszych uczniów. Ty również ją otrzymasz. Nie masz czarodziejskich pieniędzy, dlatego zakupimy potrzebne ci podręczniki, pergaminy oraz pozostałe wymienione w liście sprzęty – jakby czytając w jego myślach odezwał się gość. - Sowy mieć nie musisz, będziesz mógł korzystać z którejś ze szkolnych, jednak... – urwał, bowiem nie chciał mu przypominać, że przecież nie ma żadnej rodziny ani nikogo do kogo mógłby czasami wysyłać listy.
- Nie potrzebuję niczyjej pomocy – oburzył się chłopak, ale dusza mu śpiewała, że szkoła sama o wszystko zadba, że reszta magików pragnie przekazać mu całą swą wiedzę, by mógł być jeszcze kimś lepszym.                                
- Prośba o pomoc to nie wstyd, Tom. Nawet ja czasem jej potrzebuję – pouczył go pogodnie czarodziej i podniósł się z łóżka. Ruszył w kierunku drzwi, bo uznał, że chłopak wie już dość, tyle ile powinien. - Pani Connor zabierze cię na dworzec Kings Cross 1 września o godzinie 11. Nie spóźnij się na pociąg, bo nie będzie czekał nawet sekundy, pamiętaj o tym – zawinął sobie końcówkę brody na palec i świeżo upieczony czarodziej zauważył, że przy końcu jest związana gumką do włosów. Tym bardziej wydał mu się dziwniejszy. – Jednak bądź gotowy, bo przybędę pod koniec sierpnia, aby pokazać ci gdzie czarodzieje zaopatrują się w potrzebne im składniki i przedmioty – dodał jeszcze. – Do widzenia.
Już niemal nacisnął klamkę w drzwiach, bo chciał wyjść i zamienić jeszcze parę słów z opiekunką sierocińca, kiedy zdanie, jakie wypowiedział chłopiec zastanowiło go na dłuższą chwilę.
- Rozumiem też mowę węży. Przychodzą tu. Szepczą coś. Czy to wszystko jest normalne?
Odwrócił się, a gryzący potwór obawy znowu zagnieździł się w jego żołądku i wielkimi łapskami ugniatał jego ścianki chcąc wydostać się na zewnątrz. Jedyne co udało mu się zarejestrować to całkowicie pozbawione emocji spojrzenie, kamienna twarz zdradzająca, że jest to chłopiec niezwykle inteligentny, ale i na swój sposób opanowany.
- Tak się zdarza, Tom. Nie każdy to potrafi, rzecz jasna, ale najwidoczniej miałeś w rodzinie kogoś z takim darem i odziedziczyłeś go – wyjaśnił po raz ostatni przybysz. Popatrzył na niego jeszcze przez chwilę, po czym wyszedł zostawiając młodego Riddle’a samemu sobie z nowymi informacjami na temat swojego pochodzenia. Tego kim jest, kim będzie lub pragnie być.

►▼◄

Tom został sam. Jak zwykle opuszczony i zamknięty w starym, gnijącym od środka pokoju. W rogach sufitu jawnie widniał grzyb. Kiedyś skradał się powoli, widząc jednak, że nie grozi mu atak ze strony sprzątaczki, rozgościł się na dobre i rósł coraz większy. Zupełnie jak on. Nareszcie wiedział kim naprawdę jest. Wiedział, że swoje zdolności odziedziczył po ojcu, zapewnie równie wspaniałym i dzielnym czarodzieju. O matce nie chciał słyszeć. Wiedział, że urodziła go tutaj, nadała imiona i umarła. Tak beznadziejnie umrzeć może tylko człowiek pozbawiony daru magii, a chłopak nie potrafił uwierzyć, że było inaczej. Jak tylko pójdzie do zamku i nauczy się podstawowych rzeczy, postara się odszukać ojca, który wstydził się związku z szarą kobietą jaką była jego rodzicielka. Tylko takie miał wytłumaczenie, bo inaczej by go nie porzucił. Nie zostawiłby syna, który otrzymał po nim magiczne zdolności oraz talent do rozumienia węży. Nie każdy to potrafi, rzecz jasna... odbijało się obszernym echem w głowie Toma. Po raz kolejny los pokazał jaki jest wyjątkowy, jaki niezwykły. Będzie najlepszy, a gdy odszuka ojca, razem będą zmieniać świat.


Remus Lupin
The future starts today, not tomorrow.
Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach