Zapraszamy serdecznie do przyłączenia się do przygody!


CalendarCalendar  IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  GrupyGrupy  FAQFAQ  

Share | 
 

 Umiejętności Nabyte [w trakcie edycji]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Caroline Rockers
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Umiejętności Nabyte [w trakcie edycji]   Wto Wrz 03, 2013 6:29 pm

First topic message reminder :

NA TEN MOMENT ZABLOKOWANE SĄ UMIEJĘTNOŚCI NABYTE DLA UCZNIÓW, JEŚLI NIE LICZĄC ZAKLĘĆ NIEWERBALNYCH!
ODBLOKOWANIE NASTĄPI WKRÓTCE.



    ANIMAG



Animag (ang. animagus, od łac. animal – zwierzę i magus – mag) to czarodziej, który opanował umiejętność zmieniania się w zwierzę, choć niektórzy potrzebują różdżki do tej zamiany. Jest to bardzo trudna umiejętność, której nauka zajmuje długie lata, a do tego jest bardzo skomplikowana - nawet najbardziej doświadczeni mogą sobie z tym nie poradzić. Nic więc dziwnego, że animagów jest na świecie bardzo mało. Czarodziej nie może wybrać zwierzęcia w jakie się przemieni, jest to bowiem ściśle powiązane z jego osobowością (tak samo patronus jest ściśle związany z formą animaga). Animag powinien zarejestrować się w Ministerstwie Magii, jednak jak to zawsze bywa - niektórzy nie przestrzegają tego nakazu. Należy jednak pamiętać, że nielegalna przemiana może się równać poważnym konsekwencjom. Nie ma ograniczenia co do możliwości przebywania w zwierzęcej formie, jednak trzeba się liczyć z tym, że dłuższy pobyt w tej formie (np. pół roku) wpływa na wygląd czarodzieja, który nabiera zwierzęcych cech swojej formy. Po przemianie czarodziej traci swoje ciuchy, które pojawiają się na nim spowrotem po odmianie w człowieka.
UWAGA! Rejestracja na animaga musi wyjść fabularnie. Zarejestrować nie mogą się uczniowie.

Posiadający umiejętność:
Zarejestrowani:

  1. Minerwa McGonagall - Kot

Niezarejestrowani:

  1. James Potter - Jeleń
  2. Peter Pettigrew - Szczur
  3. Rudolf Lestrange - Wilk
  4. Syriusz Black - Pies
  5. Ismael Blake - Kojot


[2 miejsca dla uczniów - jedno dla zarejestrowanego, drugie niezarejestrowanego]


    LEGILIMENCJA



Legilimencja - (łac. legere-czytać, mens-umysł) Jest to jedna ze zdolności, których należy się nauczyć, umożliwiająca wydobywanie uczuć i wspomnień drugiej osoby. Czarodziej, który bardzo dobrze opanuje legilimencję jest zdolny wykryć czy dana osoba mówi prawdę, czy też kłamie. Zdolność ta wymaga lat praktyk, ma się na nią większe, lub mniejsze zadatki - często wiąże się z intuicyjnym podchwytywaniem motywów drugiej istoty, jednak by dogłębniej spenetrować umysł ofiary konieczne jest użycie różdżki na mniejszych stadiach poznania tej sztuki.
UWAGA! Każdy początkujący w legilimencji otrzymuje 30% szans na rzucenie tego zaklęcia. Szanse te wzrastają o 5% za każdym razem, kiedy na kościach w sile zaklęcia wypadnie 5 i o 7% w wypadku wyrzucenia 6.  Informacje o tym można też znaleźć  tu.


  1. Caroline Rockers
  2. Asteria Freya Brown
  3. Giotto Nero



    OKLUMENCJA



Oklumencja (łac. occludo-zamknąć, mens-umysł, serce, wspomnienia) to cecha będąca odwrotnością swej poprzedniczki. Pozwala na magiczną obronę swego umysłu przed penetracją z zewnątrz. Tak samo jak w przypadku legilimencji - nie można się z tym urodzić.
UWAGA! Każdy początkujący w oklumencji otrzymuje 30% szans na rzucenie tego zaklęcia. Szanse te wzrastają o 5% za każdym razem, kiedy na kościach w sile zaklęcia wypadnie 5 i o 7% w wypadku wyrzucenia 6. Informacje o tym można też znaleźć tutaj.

Posiadający umiejętność:

  1. Alexandra Grace
  2. Bellatrix Black
  3. Emmelina Vance
  4. Silver Burke
  5. Prudence Grisham




    PATRONUS


Patronus to jedyny czar, który chroni przed stworzeniami czarnomagicznymi, takimi jak dementorzy czy śmierciotule. Niestety tylko niektórzy czarodzieje są w stanie go stworzyć, wymaga on bowiem wielu czynników. O ile w warunkach bezstresowych nie jest on niewykonalny, tak przy obecności wspomnianych stworzeń tylko czarodzieje z wrodzoną mocą potrafią prawidłowo go stworzyć. Każdy patronus jest indywidualny, odzwierciedla charakter maga, który go stworzy.
Więcej informacji na forumowej wikipedii.


    TELEPORTACJA[nie wymaga zapisów]




Teleportacja to zdolność pozwalająca przeniesienie się w przestrzeni w dowolne miejsce, które istnieje dokładnym obrazem w naszym umyśle. Oparta jest na sile woli teleportującego się. Wymaga ogromnego skupienia, niedokładnie użyta grozi nawet utratą życia, w najlepszym przypadku rozszczepieniem i utraceniem którejś części ciała. W Hogwarcie odbywa się co roku nauka teleportacji dla starszych roczników, do której każdy może przystąpić.
Do teleportacji służą specjalne kości (nie dotyczą osób, które wykupiły specjalizację: teleportacja).

  • Teleportacja udana - teleportacja przeszła bez przeszkód.
  • Teleportacja nieudana - czarodziej nie był w stanie się ruszyć z miejsca.
  • Drobne rany - czarodziej otrzymuje drobne rany w postaci zadrapań.
  • Poważne rany - znika w pojedynczych miejscach skóra, może nastąpić złamanie kości.
  • Rozczłonkowanie - czarodziej rozczłonkowuje się.




    ZAKLĘCIA NIEWERBALNE[można zdobyć jako nagroda fabularna/podczas lekcji/wykupić za fasolki]




Zaklęcia niewerbalne to umiejętność, dzięki której czarodziej zdolny jest bez wymawiania słów, będących kluczowym elementem magii, wytworzyć dowolny czar. Wystarczy, że zostanie on wyrażony wolą w myślach - nadal niezbędna jest oczywiście różdżka i często odpowiedni gest. Pozwala ona na wykorzystanie elementu zaskoczenia nad przeciwnikiem.
UWAGA! Czarowanie niewerbalne można wykupić za fasolki lub dostać w prezencie od Administracji w ramach wyróżnienia. Należy tą umiejętność wpisać do Karty Rozwoju Postaci.

Posiadający umiejętność:

  1. Sahir Nailah
  2. Caroline Rockers
  3. Prudence Grisham
  4. Ezechiel Yaxley
  5. James van Dijk
  6. Jonathan Avery Senior
  7. Giotto Nero
  8. Logan Hale
  9. Alice Hughes



Magia starożytna



    CZAROWANIE BEZ RÓŻDŻKI




Czarowanie bez różdżki to sztuka, którą mogą opanować tylko czarodzieje z potężną, wrodzoną mocą magiczną. Jest to możliwość rzucania czarów bez konieczności sięgania po różdżkę. Taką właśnie magią parają się dzieci-czarodzieje, nieświadome nawet tego, co robią. Zdolność ta zanika jednak wraz z wiekiem i jest przez większość całkowicie zapominana. Odpowiednio pielęgnowana i wyuczona może zostać przyswojona na nowo lub zachowana. Należy zauważyć, że są to czary o pomniejszej mocy. Za ich pomocą można przywołać do siebie przedmiot, lewitować, itp. - wszystko działa w bardzo umniejszonym stopniu.
UWAGA! Czarowania bez różdżki nie można używać w walce. Nie dotyczy postaci Voldemorta i Dumbledor
Więcej informacji na forumowej wikipedii.

Posiadający umiejętność:
* Rudolf Lestrange
* Asteria Freya Brown
[ZAPISY ZAMKNIĘTE DLA UCZNIÓW]


    SIŁA WOLI




Siła woli to umiejętność, która pozwala naginać rzeczywistość siłą naszego umysłu bez konieczności sięgania po różdżkę. Ograniczona jest kreatywnością czarodzieja. Magia ta była popularna w czasach średniowiecznych, jednak zanikła wraz z upływem wieków, w dzisiejszych czasach jedynie stare wampiry pielęgnują ten kunszt, skrywając sekret poza świadomością czarodziejskiego świata, który uznał ją za sztukę zapomnianą.
UWAGA! Siłę Woli można zdobyć jedynie poprzez fabularną rozgrywkę, tylko z warunkiem długiego stażu na forum i z udowodnieniem, że nie będzie ona nadużywana.



Żeby dostać którąś zdolność należy napisać historię, jak postać sobie radzi z tą zdolnością i umieścić ją poniżej.

Uwaga!
Dopuszczalne są 2-3 zdolności, ale wśród nich tylko jedna, z którą należy się urodzić. Administracja jednak przypomina, że jest niezwykle ciężko je zdobyć - zależy to od jakości podań i od wkładu danego użytkownika w forum, czy też jego postaci w rozwój fabularny.
Na forum możliwe jest wykupienie Genetyki bez pisania podania, za 200 fasolek. Więcej informacji tutaj.

_________________


Ostatnio zmieniony przez Caroline Rockers dnia Pon Sie 14, 2017 11:48 pm, w całości zmieniany 41 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
Jasper Larsson
avatar


avatar
V rok

PisanieTemat: Re: Umiejętności Nabyte [w trakcie edycji]   Pon Cze 08, 2015 7:12 pm

Wilkołak

Był najmniejszy i najsłabszy z całego miotu. Nie wyglądało na to by miał dać sobie radę, więc zostawili go na pastwę losu, na pustej łące, gdzie jeszcze chwilę temu jego matka rodziła. Cudem przeżył, wyziębionego i umierającego z głodu znaleźli go jacyś ludzie. Ktoś tam w niebie czuwał nad nim, gdyż osoby, które go spotkały, były nie tylko troskliwe, lecz także magiczne, dlatego też nie odepchnął ich pół wilczy wygląd niemowlęcia. Zabrali go ze sobą i zajęli się dopóki nie znaleźli mu odpowiedniego domu - sierocińca dla specjalnych dzieci. Czemu sami go nie wychowali? A czy to ma znaczenie? Po prostu go nie chcieli, tak samo jak żadna magiczna rodzina, która kiedykolwiek odwiedziła ową szczególną placówkę. Mijały tygodnie, miesiące, a potem całe lata, a mały chłopiec powoli stawał się coraz bardziej ludzki, aż w końcu jedynym co zdradzało jego naturę były okresowe przemiany w blasku księżyca. Dostał na imię Jasper, bo starszym opiekunie z którym mocno się zżył. Jego nazwisko i prawdziwą rodzinę odkryto, gdy dostał list z magicznej skandynawskiej szkoły, położonej blisko jego ojczystej Szwecji. Wtedy też znalazł się czarodziej znający bezpośrednio rodziców chłopca, który przejął nad nim prawną opiekę na czas jego edukacji. Nie miał wprawdzie zamiaru spędzać z Jassem czasu, ani wyjaśniać mu czegokolwiek, ale przynajmniej wyłożył pieniądze na jego potrzeby i zawiózł do Durmstrangu. Co roku odbierał chłopca, zawoził znów do sierocińca na okres wakacji i wracał po niego, gdy kończyło się lato. Był oschły i zdawał się robić to wszystko bardziej z przymusu, niż wewnętrznej dobroci. Był jedyną osobą, która znała jego krewnych, aż do nagłego pojawienia się dorosłej siostry młodego Larssona, która przejęła obowiązki tajemniczego człowieka. Była pierwszą i jedyną osobą z rodziny jaką Jasper poznał i mimowolnie stała się dla niego bardzo bliska. Zdawała się żałować rozłąki z młodszym rodzeństwem, lecz nie była skora do wyjaśnień. Zamiast tego, dołożyła jeszcze więcej pytań, postanawiając zabrać nastolatka za granicę, aż do Anglii, tłumacząc się jego własnym dobrem.
- Wszystko jest już załatwione. Baw się dobrze i daj z siebie wszystko. - posłała mu najpiękniejszy uśmiech jaki kiedykolwiek widział. Przypuszczał, że tak musiała uśmiechać się ich matka, choć wiedział, że pewnie nigdy się tego nie dowie. Pomachała mu i zaczekała aż zniknie z jej oczu. Jej oczy lekko pociemniały.

Akceptuję.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ellie Griffith
avatar


avatar
V rok

PisanieTemat: Re: Umiejętności Nabyte [w trakcie edycji]   Pon Cze 08, 2015 8:28 pm

Animag - biały kot

O ile uwielbiała rok szkolny i miesiące spędzane w Hogwarcie, tak wakacje były dla niej katorgą. Katastrofą. Jednym wielkim nieszczęściem.
Przyzwyczajona do grupy przyjaciół, do wieczorów spędzanych w Pokoju Wspólnym Krukonów z kubkiem kremowego piwa w dłoniach, do dyskusji o tym, że profesor od Historii Magii przegina z wypracowaniami... bardzo ciężko było przestawić się na szary, przygnębiając budynek, gdzie większość dzieciaków nie miała ochoty z nią rozmawiać. W końcu pamiętali ją jako "tą dziwaczkę". Nawet wychowawcy i opiekunowie patrzyli na nią nieprzychylnym wzrokiem i w gruncie rzeczy mieli swoje powody. Nie dosyć, że przeniosła się do jakiejś tajemniczej szkoły i wracała tylko na wakacje, to na dodatek trudno było utrzymać ją w miejscu i pomimo zakazów wymykała się niemal każdego wieczoru. Myśleli, że jest złośliwa i przechodzi okres buntu, który należy stłumić w zarodku - starała się wyjaśnić im, że budynek sierocińca źle na nią działa, a tuż za bramą budynku ma swoich przyjaciół, z którymi chce spędzić jak najwięcej czasu. Nie docierało.
Będąc w trzeciej klasie, pewnego zimowego wieczoru wróciła do Pokoju Wspólnego. W jej oczy rzuciła się książka, porzucona na stoliku, a że ostatnimi czasy brakowało jej czegoś ciekawego do poczytania, bez wahania złapała tom w dłonie i rozsiadła się wygodnie na sofie. Otworzyła go i zagłębiła się w lekturze. Ani...magia?
Słyszała parę razy o tym, jednak nigdy nie zastanawiała się co to za dziedzina magii i na czym tak naprawdę polega. Stopniowo przewracając kartki, jej zainteresowanie wzrastało. Jeżeli faktycznie da się zmienić w zwierzę...

Jeszcze przez długi czas rozmyślała o tym, że nic nie szkodzi by spróbować - a nuż by się udało? Jej jedynym ograniczeniem był strach przed ewentualnymi skutkami ubocznymi oraz dosyć znikoma wiara w swoje umiejętności. Walczyła z samą sobą, aż w końcu zdecydowała się postawić wszystko na jedną kartę i spróbować. Jak to się mówi, "żyje się tylko raz", yolo i te sprawy.
Nauka przemiany zajęła jej dokładnie dwa lata. Wielokrotnie chciała poddać się i zrezygnować z tego, jednak wiedziała, że nie byłaby sobą, jeżeli po tak wielu staraniach po prostu machnęłaby ręką i odpuściła. Ellie zawsze walczyła do końca. Z uśmiechem wspominała, jak początkowe przemiany były jedynie cząstkowe i jak zabawnie wyglądała z wąsami czy kocimi uszami. Raz zdarzyło się, że potrafiła miauknąć czy mruczeć, mimo że cały czas była w ciele człowieka. Kto by pomyślał, że nawet nieudane ćwiczenia i treningi mogą przynieść tyle radości i satysfakcji?
Zdecydowanie warto było starać się i walczyć o swoje. Tego wieczoru poprzysięgła sobie, że jeżeli nie uda się jej przemienić już do końca, zostawi to w spokoju i skupi się na nauce podstawowych przedmiotów szkolnych. Może nie miała talentu do transmutacji własnego ciała?
Była wtedy sama, w pustym dormitorium. Siedząc po turecku na swym łóżku, rozejrzała się bystro, chcąc skontrolować czy nikt jej nie nakryje. Cicho wypowiadając zaklęcie, zamknęła oczy. Musiało się udać. Musiało!
Po chwili poczuła, jak jej ciało kurczy się, pojawia się ogon i uszy. Przez chwilę jeszcze nie otwierała oczu, jednak gdy to zrobiła, w pierwszej chwili doznała szoku. Udało się! Była prawdziwym kotem!
Wydając z siebie ciche miauknięcie, zeskoczyła z łóżka, z gracją lądując na podłodze. Jej wzrok i węch jakby wyostrzyły się, ruchy stały się bardziej zgrabne i miękkie. Już dawno nie czuła takiego zadowolenia, co oznajmiła łagodnym, acz wyraźnym mruczeniem.

Miau!
Akcetp, mrał!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mathias Rökkur
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Umiejętności Nabyte [w trakcie edycji]   Wto Cze 09, 2015 9:24 am

Oklumencja

Oklumencja... Sztuka, którą Krukon uznał za obowiązkową w obecnych czasach. Umysł jest wrażliwszy od ciała, a Rokkurowi tajemnic nie brakowało... Tajemnic, które było ciężko ukryć przed kuzynem, Ministrem, więc miał motywację ku temu, żeby szybko opanować tą zdolność i zrobi to pomimo ciężkiej pracy, która go czeka. Nie może sobie pozwolić na to, by wspomnienia i wiedza kryjące się w jego umyśle pojawiły się w nieodpowiednich rękach.
Emocje potrafią brać górę, więc musi się nauczyć kontroli nad nimi, to była jego obietnica do samego siebie, najwyższy priorytet. Dlatego też już od V roku, kiedy zrozumiał w pełni swoje ambicje, to podjął się tego arcytrudnego, tak naprawdę zadania w postaci nauczenia się magicznej obrony przed penetracją umysłu. A Chłopak słynął z tego, że był bardzo emocjonalną osobą, więc czekała go katorga.
Jak chciał się nauczyć oklumencji? Słynął z tego, że nieźle się uczył i miał powodzenie u nauczycieli, więc tak prosił, że aż wyprosił pozalekcyjne lekcje u jednego z nich, które miały sprawić, że chłopak nauczy się chociaż trochę przeciwstawić niebezpiecznemu legilimensowi...
Determinacja jest czymś niezwykłym... Potrafi być lepszym motywatorem od strachu, którego siła również była niedoceniona... Tak czy inaczej łatwo się nie podda, oj nie. Nie wiedział, co go czeka, lecz prędko się dowie. I to bardzo.
Dni...
Jedno z najważniejszych wspomnień chłopaka. Co widzi nauczyciel?
Kruk.
Mgła.
Zakazany Las.
Poszukiwania.
Nie wolno Ci!
Wspomnienie dalej trwa. Jaśnieje.
To Mathias, który jest w zakazanym lesie, szuka swojego kruka... Dlaczego to zrobił? Przecież są nierozłączni?
Ahh...
Skrzywdził Avernusa. Bratnią duszę.
Dlaczego?
Mathias był zły. Ktoś go skrzywdził. Wykorzystał. Wyżył się niechcący na swoim kruku. Spłoszył się. Odleciał. Chłopak zalał się łzami, próbował przeprosić swojego brata, lecz ten nie słuchał. Odleciał.
Desperacja...
Złość...
Poczucie winy...
DOŚĆ!
Nie... Wspomnienie jest zbyt klarowne, presja ogromna, Mati jej nie sprosta... Nie potrafił opanować emocji...
Zemdlał.
Tygodnie...
Może i chłopak dobrze się uczył, ale takie zdolności to pomimo ukrytego potencjału wymagały czasu, a nie zapominajmy, że chłopak był na V roku!
Każdy wieczór poświęcony nauce oklumencji był dla chłopaka bardziej męczący, niż się tego spodziewał. Nacisk w postaci legilimensa był tak duży, że nawet zdarzyło się chłopakowi zemdleć kilka razy na tych zajęciach, lecz obrał za cel nauczenie się panowania nad sobą. Odbić wreszcie choć jeden atak... Przecież tygodnie już próbuje...
Legilimens nie znał litości. Ujawniał najskrytsze wspomnienia Mathiasa. Wszystkie smutki, radości, żale, cierpienia, beztroski... To wszystko wychodziło na wierzch, a on nie umiał się przed tym bronić!
Cóż mamy dzisiaj?
Ohh...
Wakacje.
Dom Ministra Magii. Pojedynek. Chłopak pokonany z łatwością.
Upokorzenie.
Ambicje.
ODEJDŹ!
Krzyczał desperacko w myślach. W nadziei, że atak zostanie odparty, lecz nie był...
Zaklęcie ustało...
Cisza...
Cisza przed burzą.
Nauczyciel nie odpuszczał. Niebawem pojawiła się kolejna fala.
Trząsł się na krześle. Ciało i umysł walczą przeciwko bezlitosnemu zaklęciu...
Bezskutecznie.
Widok chłopaka upokorzonego przez swojego kuzyna. Docenił jego trudy, lecz Mathias w myślach stracił honor. Pokonany jak ćwiczebna kukła... Najwyraźniej nienawidził upokorzenia. Szczególnie przed kuzynem, w którym... Dostrzegał autorytet.
Ciekawe. Dlaczego jest dla Ciebie autorytetem? Pokaż wspomnienia...
Liam otoczył chłopaka opieką. Stracił matkę przez chorobę. Ojciec daleko, bezsilny.
Więc to tak... Jest dla Ciebie bratem.
Zemdlał.
Miesiące.
Wreszcie jego kontrola nad emocjami zaczęła rosnąć, lecz ciało było osłabione. Czy mimo to wreszcie da radę? Ostatnia fala tego wieczora.
A cóż to!? Zamglone wspomnienie... Nie słyszę krzyków...
Urywki.
Niejasne wizje.
Dziewczyna.
Uczennica Hogwartu.
Zamazana twarz.
Kto to jest?
Jej nie ujrzysz.
Spokój w Mathiasie? Broni kogoś bliskiego? Kilka miesięcy i akurat to wspomnienie...
Pokaż ją, Mathiasie...
Nie.
I stało się. Zaklęcie odparte. Chłopak ledwo żyje, lecz odparł legilimensa, chyba obronił jedno z najskrytszych wspomnień. Tak. Z całą pewnością było bardzo ważne dla chłopaka.
Udało... się...
Powiedział zmęczony w myślach, a ciało powoli zaczęło opadać... Wreszcie odbił legilimensa...
Skoro już raz się udało, to będzie tylko lepiej... Krukon odetchnął z ulgą, kiedy tylko uporał się z penetracją umysłu. Teraz już może czuć się spokojniej i tylko rozwijać się w taki sposób, żeby nikt się do niego nie przedostał. Może z czasem nawet będzie umiał się obronić przed Czarnym Panem. Kto wie?
- Mam dość... Przepraszam... -
Przepraszam...
I po tym jednym z najcięższych wieczorów nauczyciel pokręcił głową, kiedy Krukon znów zemdlał...
Wysiłek psychiczny odbił się na jego ciele, lecz czuł, że było warto... Nauczyciel postanowił się nim zająć i odprowadzić do Skrzydła Szpitalnego... Niech sobie poszuka kogoś innego do dalszego rozwoju tej zdolności...
Następnego dnia chłopak zrozumiał, że i tak wiele zawdzięcza tym naukom pomimo ujawnienia wspomnień, które nie powinny być ujawnione, lecz taka była cena nabycia zdolności zamykania umysłu. Nie będzie nadszarpywać tej przychylności... Kiedy tylko nadarzy się okazja, to będzie się dalej rozwijał... Z inną pomocą...
Świat niestety jest brutalny i trzeba już wcześnie umieć się bronić przed potencjalnymi zagrożeniami... Chcąc nie chcąc w tych czasach trzeba już za młodu i w dużej presji rozwijać się...
Niestety...
Niemniej jednak wysiłek był warty tego wszystkiego. Satysfakcja i świadomość, że nie jest się bezbronnym bardzo podnosi mimo wszystko na duchu...


Ostatnio zmieniony przez Mathias Rökkur dnia Pią Cze 19, 2015 9:15 am, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
David o'Connell
avatar


avatar
V rok

PisanieTemat: Re: Umiejętności Nabyte [w trakcie edycji]   Sro Cze 10, 2015 9:21 pm

Animagia

Transmutacja zawsze była dla Carneya zabawą. Zdecydowanie była to jego ulubiona dziedzina magii i może właśnie dlatego szło mu w niej tak dobrze – nie nudził się jej praktykowaniem, a poznawanie nowych zaklęć i opanowywanie coraz wyższego poziomu było dla niego rozrywką. Nie było więc niczym dziwnym, że po pewnym czasie nauki w Hogwarcie zainteresował się animagią. Jako osoba mocno zaangażowana w temat zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo skomplikowany jest proces nauki i jak duże niesie ona ze sobą ryzyko (chociaż to drugie sprawiało jedynie, że jeszcze bardziej chciał się podjąć wyzwania).
Początkowo pomysł był jedynie odległym zamiarem, jednak w miarę upływu czasu i kolejnych lat nauki stawał się realnym celem. Nawet w roku, w którym nie został dopuszczony do egzaminów, było widać efekty jego pracy nad transmutacją. Sukcesywnie i z właściwą sobie determinacją – w końcu coś sobie postanowił i nie miał zamiaru odpuścić, choćby miał osiągać to latami – robił postępy. Wiedział, że kiedyś mu się uda. Potrafił być cierpliwy.
Właściwie nigdy wcześniej nie przyłożył się do niczego tak bardzo. Nie był typem faceta, któremu zależy na czymkolwiek, dlatego ucząc się zamiany w zwierzę czasem sam był zdziwiony swoją postawą. No, ale w końcu człowiek uczy się o sobie całe życie. Trenował w różnych lokalizacjach, zawsze jednak starał się, żeby nikt nie widział jego praktyk. Ze znalezieniem odpowiedniego miejsca nie miał problemu – nie różniło się to niczym od poszukiwań lokum na ćpanie czy palenie papierosów. Miał doświadczenie. Tym razem tylko cel był nieco bardziej wzniosły.
Podczas długich godzin rzucania zaklęć transmutacji miał czas na przemyślenia (tak, przemyślenia zdarzały się nawet jemu) - nie miał najmniejszego zamiaru rejestrować się w przyszłości w urzędzie jako animag. Uważał to za głupie i nie widział w tym najmniejszego sensu. Najlepiej, żeby nikt nie wiedział. Zresztą, miał podobne zdanie na temat większości umiejętności, jakie mógł posiadać czarodziej. Obnoszenie się ze swoimi zdolnościami było dla niego objawem szczególnego idiotyzmu.

Ten dzień nie różnił się szczególnie od innych – Carney siedział na ławce w pustej klasie, paląc papierosa i wpatrując się bezrefleksyjnie w unoszący się w pomieszczeniu dym. Była późna godzina, ale nie bał się przyłapania. Zresztą nie spodziewał się, by tego dnia ktoś go tu odnalazł. Z reguły kiedy spędzał całą noc w jednym miejscu nie napotykał na żadne problemy, to krążenie po korytarzach wiązało się z ryzykiem wpadki. Dopalił peta, po czym sięgnął po następnego. Ochota nie przeszła mu po jednym. Przez kilka minut próbował puszczać kółka z dymu, kilka razy nawet mu się udało.  
W końcu wstał i sięgnął po różdżkę. Dla rozgrzewki rzucił na pobliską świecę zaklęcie Piscifors, zamieniając ją w rybę. Rzucała się bez wody, podskakując co jakiś czas. Nie mógł się przez nią skupić, więc chwilę później wyrzucił ją oknem. Cóż, może przynajmniej coś ją zje.
Miał przed sobą tylko pusty kawałek ściany. Próbował już wiele razy, jednak do tej pory bez rezultatu. Odpędził od siebie obraz ryby (mimo nieobecności wciąż go rozpraszała). Skupił się na przemianie. Czynność ta była już dla niego tak rutynowa, że nie spodziewał się żadnego efektu.
Od razu poczuł, że tym razem jest inaczej. Tego nie dało się porównać do niczego innego – jego ręce obrosły w brązowe pióra, twarz wydłużyła się w ostry dziób, wzrok wyostrzył się niesamowicie a myśli stały się proste i czyste.
To było tak niespodziewane, że w pierwszym odruchu cofnął cały proces. Stał w tym samym miejscu co niecałą minutę wcześniej, patrząc tępo w ścianę i dając sobie czas na to, żeby zrozumieć, że udało mu się zamienić w zwierzę. Odchrząknął, otrząsnął się i usiadł na ławce, by zapalić kolejnego papierosa. Nie był nawet pewien, w jakie zwierzę się zamienił. Zdecydowanie był ptakiem, ale jakim? Odetchnął głęboko, krztusząc się dymem, co nie zdarzyło mu się już od lat. Był podekscytowany bardziej, niż kiedy ładował się w bójkę. Nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł się podobnie.
Chwilę później zajął swoją poprzednią pozycję i spróbował powtórzyć swój wyczyn. Za pierwszym razem zawiódł – nie wiedzieć czemu na powrót przypomniał sobie o rybie. Zmusił się do skupienia. Ten wybrany fragment pustej ściany pomagał w tym wybornie. Chwila wysiłku wystarczyła, by znów przyjął postać majestatycznego zwierzęcia. Tym razem udało mu się zachować tę formę na tyle długo, żeby zauważyć kolejne szczegóły – ostre szpony oraz fakt, że jak na ptaka był całkiem spory. Podfrunął ciężko i niezdarnie na ławkę, lecąc bardziej siłą odbicia niż przy pomocy skrzydeł. Odbił się ponownie, zostawiając na meblu bruzdy i w sposób równie pozbawiony gracji co uprzednio przeleciał przez klasę, rozbijając się na końcu o ławkę profesorską. Wrócił do bycia człowiekiem, zebrał się z ziemi i rozmasował rozbity łokieć. Odczuwał naprawdę dużą satysfakcję. Przeszedł do miejsca, w którym zaczynał. Tak udaną chwilę trzeba było zwieńczyć kolejnym szlugiem.
Następne dni były już czystą formalnością. Carney nabywał doświadczenia, próbując przemiany w różnych warunkach, starając się dojść do momentu, w którym będzie dla niego naturalna niczym oddychanie. Nie obyło się bez kolejnych wypadków i uciekania oknem przed woźnym, kiedy narobił sporego hałasu. W którymś momencie postanowił znaleźć lustro, by uważniej się sobie przyjrzeć. Ornitolog był z niego żaden, jego ustalenia ograniczyły się więc początkowo do „dużego orła”. Trochę mu zajęło, zanim rozpoznał gatunek – orzeł przedni. Jak najbardziej forma ta pasowała do jego charakteru. Agresywny, polujący samotnie ptak, często zaczepiający ofiary o wiele większe od siebie.
Teraz zabawa miała się dopiero zacząć.

Carney:
 

Akcept.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Raphael Bulstrode
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Umiejętności Nabyte [w trakcie edycji]   Czw Cze 18, 2015 12:13 am

Metamorfomag

W ponurym Dworze Bulstrode'ów rozpoczął się kolejny dzień. Słońce wnosiło się leniwie ponad horyzont, a dziewiętnastoletni Raphael zamiast leżeć jeszcze w łóżku, siedział przy mahoniowym stole i melancholijnie muskał palcami blat zbierając przy tym drobinki kurzu. Uniósł leniwie wzrok w stronę okna i spojrzał na swoje odbicie w szybie. Miał kruczoczarne włosy wpadające mu w irytujący sposób do niezmiennie szarych oczu. Jak często się zdarzało wygląd odzwierciedlał jego nastrój w danej chwili, jednak na szczęście potrafił nad tym panować. Dlatego w ułamku sekundy powrócił do swojej "prawdziwej twarzy".
- Nie mogę stać się nikim... ale mogę być każdym. - Wyszeptał pod nosem z dziwnym uśmiechem i sięgnął po kubek z kawą. Sącząc gorzki i wciąż gorący napój po raz kolejny zmienił swój wygląd. Już w dzieciństwie ubóstwiał fakt, że jemu trafił się szczęśliwy gen metamorfomaga. Kiedy chciał gdzieś zniknąć po prostu zmieniał się i miał święty spokój. Niektórzy mówili, że ciągłe zmiany doprowadziły do pewnych uszczerbków w jego głowie, ale nie dopuszczał do siebie tej myśli. Prawdą było, że nakładając pewną maskę starał się dopasowywać do niej pewne zachowania, ale znał granice. W tym szaleństwie pozostawał sobą.
- Czy na pewno, Raphaelu? - Usłyszał w swojej głowie głos wątpliwości, jednak szybko go zdusił - czyli standardowo uciszył to, co mu wadziło.
Jednak hałasów poranka na parterze nie potrafił tak po prostu zignorować, więc przywdział czarną szatę i na dół zszedł już jako Raphael. Na razie wystarczyło zabawy, wolał się zbytnio nie nadwyrężać, nie wiadomo czy w pracy nie przyda mu się ta umiejętność. Całe szczęście, że tylko niewymowni wiedzieli, co się dzieje w Departamencie Tajemnic, ale metamorfomagia była tam jak najbardziej pożądana. A wszystko dzięki dziadkowi od strony ojca. Chyba po raz pierwszy był temu człowiekowi za coś wdzięczny.
- Dzień dobry i do widzenia. - Mruknął w stronę rodziców jedzących śniadanie, a sam wszedł do kominka z zielonym proszkiem w dłoni - Ministerstwo Magii! - Powiedział głośno i wyraźnie, sypiąc proszkiem Fiuu pod nogi. Szykował się kolejny pracowity dzień.

Akcept.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Vakel Bułhakow
avatar


avatar
Niosący naukę

PisanieTemat: Re: Umiejętności Nabyte [w trakcie edycji]   Sro Cze 24, 2015 1:01 am

Jasnowidz

Vakel zawsze widział więcej i zwracał uwagę na szczegóły przez większość pomijane, chociaż rzeczy oczywiste mieszały się i gubiły w plątaninie myśli, przerywane na powroty do świata, który z każdym dniem wydawał się być coraz bardziej odległy. Jesteś tutaj, teraz - żyj i oddychaj, ucz i ucz się, wymieniaj doświadczeniem. Być może to dlatego dla innych zdawał się być szorstki, cichy i odrealniony, co pogłębiało jego odsuwanie się od spraw doczesnych. Trzecie oko nie ujawniło się od razu - zamglone wizje mieszały się z koszmarami sennymi, doprowadzając młodego jeszcze wtedy chłopaka na skraj rozpaczy i wycieńczenia, a jakiekolwiek opanowanie sztuki jasnowidzenia zajęło mu więcej lat niż potrzebował do objęcia pracy w ministerstwie.

Często widział symbole, przedmioty. Rzeczy wymagające zagłębienia się w ich historię, odpowiednią interpretację. Rzadko zdarzały się przebłyski tego co było lub będzie, krótkie urywki, momenty. Przesycone uczuciami i emocjami. Zapachami i dźwiękami. Raz mocne i wyraźne, innym razem przyćmione przez coś nieokreślonego. Nigdy konkretne. Widział zagadki, fragmenty układanek, które trzeba było złożyć w całość, by odkryć ich sens.

- Vakelu, co zamierzasz teraz zrobić?
- Skąd to pytanie?
- Czy to znaczy, że nie masz planu?
- Oczywiście, że mam plan. Porzucam swoją pracę.
- Zupełnie?
- Niezupełnie. Zamierzam zrobić sobie wolne do końca życia.

Dzisiejszej nocy doznał kolejnego widzenia, pierwszego konkretnego. Tym razem mógł pewnym krokiem udać się do Hogwartu, a tam... tam czekało na niego nowe, inne, świeże życie. Dokładnie takie jakim je sobie przewidział... a może tylko jak normalny człowiek je sobie przyśnił? Niech go piorun strzeli od razu, bo jeżeli nie dostanie posady nauczyciela, to marny będzie jego los.

Akcept.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Salome Mildred Thynn
avatar


avatar
Niosący naukę

PisanieTemat: Re: Umiejętności Nabyte [w trakcie edycji]   Sob Lip 18, 2015 9:24 pm

Jasnowidz

To były ferie zimowe. W następnym roku miała stać się pełnoletnia według prawa czarodziejów, ale na razie nie myślała o tym za dużo. Nie sądziła, że wpłynie to jakoś na jej życie, skoro wciąż będzie kontynuować naukę w Hogwarcie. Na głowie miała jak na razie tylko przygotowywanie się do egzaminów; żadnych więcej trosk, żadnych problemów.
Na samym początku, kiedy dowiedziała się, że będzie uczyć się magii, sytuacja w domu stała się dziwna. Wiadomo – jej cała rodzina składała się z mugoli. Nie jest więc niczym niespodziewanym, że w pierwszym odruchu odczuli zafascynowanie; tak samo jak to, że niedługo po nim nadszedł strach. Początkowo skrzętnie skrywany, nie mógł jednak się nie ujawnić. I tak Salome wielokrotnie udawała, że nie dostrzega porozumiewawczych spojrzeń, nie słyszy szeptów i nie czuje się źle z tym, że rozmawiają za jej plecami. Starała się to rozumieć; w końcu nie była już dzieckiem.
Sytuacja nie była jednak taka zła. Może i była inna, ale rodzice – jak to zwykle rodzice – walczyli ze swoimi obawami, starając się stworzyć dziewczynie miłą, rodzinną atmosferę na święta i uciszając jej siostrę, kiedy wyrażała się o niej źle.
Tego wieczora wszystko było jak zwykle: dobre jedzenie, stos prezentów, zapach świąt w powietrzu, płonący kominek. To sprawiało, że zapomniała na jakiś czas o stresie związanym z zaliczeniami, o trudnych zajęciach, stosie prac domowych i zaległościach z Eliksirów. Wbiła się w ciepły fotel i zamknęła na chwilę oczy. Słuchała, jak jej siostra chwali się wynikami ze sprawdzianu i jak jej ojciec opowiada jakąś zabawną sytuację, która przydarzyła mu się w pracy. Było tak przyjemnie i ciepło. Na chwilę pomyślała o Hogwarcie, o swoich przyjaciołach – nieco dłużej o Marchallu. Chłopak ostatnio był jej szczególnie bliski. Wysłał jej niedawno list, w którym oprócz życzeń świątecznych pytał, czy uda mu się wyciągnąć ją na nocny spacer po błoniach.
‘Ciekawe, jak moi rodzice się poznali’ pomyślała, ledwo słysząc roześmiane głosy rodziny. ‘Pewnie ojciec… Ojciec…’

Ojciec wyszedł z pracy szybkim krokiem. Wyraźnie widać było jego zdenerwowanie. Dopadł do budki telefonicznej i wykręcił sobie tylko znany numer. Odczekał kilka sygnałów, aż w słuchawce odezwał się damski głos. Przestąpił z nogi na nogę.
- Nie udało się. – Powiedział zdenerwowany. – Nie, nikt mnie nie poparł. Nie wiem, co teraz. Pewnie stracę stanowisko. – Zamilkł, słuchając słów wypowiadanych przez rozmówcę. Ręka, którą trzymał słuchawkę zacisnęła się, aż palce zbielały.
- Nie wiem. – Słowa wycedził przez zęby. Na koniec wziął głęboki oddech.
- Żadnego wsparcia, mam już tego serdecznie dosyć! – Wrzasnął i trzepnął słuchawką na widełki. Spadła ze swojego miejsca, dyndając smętnie, a on gotując się ze wściekłości odszedł, potrącając po drodze następną osobę w kolejce do automatu. Swoje kroki skierował do pobliskiego pubu.


- Nie rób tego…! – Powiedziała bardzo wyraźnie, a rozmowy przy stole świątecznym gwałtownie ucichły. Cała rodzina patrzyła na nią, zastygła w bezruchu.

Ojciec zakończył swoją popijawę, wytaczając się na ulicę. Nigdy wcześniej nie widziała go w takim stanie. Zatoczył się na przechodzących ludzi, wybełkotał przeprosiny. Zwymiotował do kanału, cudem unikając wpadnięcia do niego. Zakrztusił się, wytarł twarz w rękaw. Ruszył ciemnymi uliczkami w kierunku domu.
Gdyby był mniej pijany, albo młodszy. Albo gdyby była inna godzina, inny dzień – dotoczyłby się na miejsce i rozpoczęłaby się awantura. Miało być jednak zupełnie inaczej.
Mężczyzna zauważył na swojej drodze dwie ciemne postaci. Nie zmienił kierunku, nie uciekł, nawet nie pomyślał, że może mu coś grozić. Alkohol nie był dobrym doradcą. Kiedy jeden z napotkanych wyjął nóż i coś powiedział, nie dotarło niego sens słów. Zdenerwował się i machnął niezdarnie pięścią. Stracił równowagę i poczuł bolesne ukłucie w plecy.
Wrzasnął i upadł na bruk. Poczuł, jak czyjeś ręce przeszukują jego kieszenie i zabierają prawdopodobnie ostatnie pieniądze, jakie miał dostać z dotychczasowej pracy. Jego myśli stały się zdumiewająco czyste, kiedy patrzył za oddalającymi się sylwetkami. Myślał o rodzinie. Próbował wstać, ale udawało mu się pokonać tylko kilka metrów. Żałował wielu swoich decyzji. Rozpłakał się, pewnie przez wpływ trunku. Potem zakaszlał, wypluwając trochę krwi, powoli zalewającej mu płuco. Zacharczał i padł na kolana. Minęło sporo czasu, zanim utopił się na dobre we własnej posoce. Puste oczy zwrócone miał w kierunku domu, a jego ostatnie słowa, których nikt nigdy nie usłyszał – i nie towarzyszył im żaden dźwięk, jedynie nieme poruszenie wargami – brzmiały:
- Nie tak miało być.


- Powolna agonia… - Usłyszała swoje słowa. Ocknęła się z transu, przez jakiś czas nie pamiętając, co widziała chwilę wcześniej. Dygotała. Czuła się trochę jak ofiara jakiegoś wypadku, wykonująca czynności w szoku pourazowym. Pozostała trójka domowników była blada i nieruchoma.
- Ja… Co się stało? – Po pytaniu zapadła głęboka cisza. Siostra odchrząknęła nerwowo.
- Powiedziałaś – (miała jakiś obcy, stłumiony głos) – że tato straci pracę… I opisałaś… - Zakryła dłonią usta. – Opisałaś jak tato cierpi…
Salome poczuła, że zaraz zwymiotuje.
- …i umiera.
Ojciec opuścił pokój. Matka uderzyła ją w twarz, a potem drżącą ręką pokazała na drzwi. Salome, wciąż mocno się trzęsąc, wyszła posłusznie bez słowa, żeby udać się do swojej sypialni. Nie rozumiała, co się przed chwilą stało. Nigdy wcześniej nie przeżyła czegoś takiego.
Nie minęła godzina, kiedy przyszli do niej obydwoje. Ojciec nie patrzył w jej stronę.
- Kiedy tylko będziesz mogła, wyprowadzasz się z tego domu. – Oznajmiła chłodno kobieta. Potem pociągnęła nosem, potarła zaczerwienione oczy i dodała: - Przykro mi.

Salome siedziała bez ruchu na swoim łóżku, nie potrafiąc wykrztusić słowa. Kiedy rodzice opuścili pomieszczenie, jeszcze długo obejmowała kolana rękami i wpatrywała się w zamknięte drzwi.

Akcept!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Katerina Romanova
avatar


avatar
VI rok

PisanieTemat: Re: Umiejętności Nabyte [w trakcie edycji]   Wto Sie 04, 2015 9:40 pm

Wężoustość

Salazar Slytherin miał wielu potomków. Kiedy rody się mieszały, czarownice wraz z czarodziejami łączyli w pary, geny jednego z założycieli Hogwartu dotarły aż do Rosji. Powiązania pomiędzy rodzinami są niezwykle zawiłe, przez co ciężko stwierdzić, kiedy to się dokładnie stało. Drzewa genealogiczne są często wybrakowane, wielkie rody nie rzadko zatajają wybryki swoich krewnych, aby nikt nie dowiedział się o splamionym honorze, czy też czystości krwi.
W wielkich rodach zdążają się też wpadki, zdrady oraz intrygi. Tak jak w rodzinie Romanovów…
Wszystko zaczęło się od wyjazdu służbowego Dymitra Romanowa do Anglii. Z początkiem września, również jego dzieci- Michaił oraz Nina- opuściły dom, by udać się do szkoły. Natalia Romanova została sama. Wciąż młoda i piękna, szybko poczęła się nudzić i szukać rozrywki. Poza spotkaniami towarzyskimi i kilkoma lampkami wina każdego wieczoru, niewiele miała zabawy. Jak większość kobiet w jej sytuacji, zaczęła mimowolnie zerkać na młodych mężczyzn, którzy byliby w stanie urozmaicić jej nieco te samotne wieczory.
Tak właśnie poznała przystojnego czarodzieja, blisko dziesięć lat od niej młodszego. Uległa jego oczom, ciemnym niczym noc. Serce trzepotało jej szybciej, gdy słyszała ten niski, głęboki głos. Tak szybko zdołał Natalię uwieść, że ta nie przejmowała się nawet tym, czy mężczyzna jest czystej krwi. Był. Ba! Pochodził w dość prostej linii od wielkiego czarodzieja i człowieka, który na punkcie krwi miał obsesję. Choć sam nawet nie był świadom, jak bardzo jest z nim powiązany.
Upojna noc. Potem następna i jeszcze jedna… Romanova nie miała dość. Miesiąc minął, za nim następny. Wkrótce sielanka miała się skończyć, gdyż Dymitr wracał do domu.
Natalia dość szybko zorientowała się, że przelotny romans zrodził owoc, który zagnieździł się w jej łonie. Sprawna reakcja i zachowanie zimnej krwi, pozwoliło kobiecie uniknąć nieprzyjemnej awantury z mężem i zhańbienia dobrego imienia.
Powiedzmy, że przez pewien czas Dymitrowi żyło się bardzo… dobrze. Uznał, że jego żona zwyczajnie się za nim stęskniła i zapragnęła nadrobić stracony czas.
Nic dziwnego, że przyjął wiadomość o ciąży z wielkim entuzjazmem i uznał, iż dziecko jest jego. Gdy na świat przyszła wreszcie Cat, również nie miał powodów do podejrzeń. Dziewczynka była spełnieniem rodzicielskich marzeń. Śliczna, zdrowa… Całą urodę przejęła po matce, choć charakter odziedziczyła po swoim biologicznym ojcu. Co oczywiście niczego nie dowodziło, a więc sekret Natalii pozostawał bezpieczny. Nikt nie wiedział, że Katerina odziedziczyła jeszcze coś, czego z oczywistych względów nie posiadał ani Michaił, ani Nina. Wyjątkową zdolność, która w świecie czarodziei uznawana jest za straszną. Coś, co miało łączyć ją z ludźmi okrutnymi, budzącymi postrach wśród innych.
Wężoustość.
Nikt o tym nie wiedział. Cat nie odstawała od norm. Zwykła dziewczyna z dobrego domu. Może nieco krnąbrna, jednak w gruncie rzeczy niegłupia. Wiedziała, kiedy się zamknąć, a kiedy mówić. Żyła w błogiej nieświadomości, nie mając pojęcia o wybrykach matki, ani o swoim pochodzeniu, darze.
A kiedy trafiła do Hogwartu i trzeba ją było przydzielić do domu, Tiara nie miała wątpliwości. Choć dość długo zwlekała z jednoznaczną decyzją. Bo Cat była pełna sprzeczności. Walczyły w niej dwie natury i mogłoby się zdawać, że z pozoru pasuje wszędzie i nigdzie. Aż wtedy padło stwierdzenie:
- Masz to we krwi, Slytherin!
Problem tkwi w tym, że Cat nie do końca poprawnie zinterpretowała ową uwagę. Ale nie miała powodu, by głębiej się nad nią zastanawiać. Cieszyła się, że trafiła do domu, który zadowoli jej rodziców. A to przecież było najważniejsze.

Akceptuję na mocy tego, co otrzymałam w PW.


Ostatnio zmieniony przez Katerina Romanova dnia Sob Sie 08, 2015 1:01 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ellie Liath Peletier
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Umiejętności Nabyte [w trakcie edycji]   Czw Sie 20, 2015 12:24 pm

Ellie jest czarownicą krwi czystej jak łza, a zważywszy na tendencje do rodzenia się metamorfomagów w jej rodzinie - nikt nie zdziwił się, gdy dziewczynka pierwszy raz zzieleniała z zazdrości. Dosłownie zzieleniała. Z jakiego powodu? Tego nikt nie pamięta, a historia ma już tyle wersji, że zabrakłoby palców u rączek aby je zliczyć. Kontrolę swojej niesamowicie rzadkiej wśród czarodziejów zdolności wyćwiczyła dobrze przez siedem, długich lat edukacji w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, gdzie w zależności od sytuacji utrudniało lub ułatwiało jej to życie. Ślizgonka nigdy jednak nie narzekała na dar od losu - nosiła się z nim z dumą godną zielonej podszewki i niezbyt przytulnego dormitorium w lochach. Miłość do metamorfomagii zaszczepiła w niej oczywiście niesamowicie uzdolniona w tej kwestii matka, która w każdą dłuższą przerwę od pobytu w internacie szkoliła ją w tym zakresie tak dobrze jak potrafiła. Opuszczając bezpieczne jeszcze wtedy mury zamku potrafiła opanować niechciane przemiany, a nawet zmieniać swój wygląd wedle własnego uznania, chociaż nie był to efekt pewny i trwały - emocje często brały górę, a twarz czerwieniała wraz z włosami w nagłych przypływach złości, czy całkowicie szarzała w chwilach zawahania. Całkowitą władzę nad tą wrodzoną w jej ciało magią objęła dopiero po przyjęciu pracy korespondenta w Proroku Codziennym, gdzie wyrobiła sobie nerwy jak ze stali - praca dziennikarza była w tych czasach wyjątkowo niebezpieczna. Z tego powodu Ellie sprawdza się w tym zawodzie doskonale - jest wścibska i szczera do bólu, a dodatkowa możliwość zmian w swoim wizerunku okazuje się czasami zbawienna. Oczywiście kobieta nigdy nie doszła w tym do perfekcji, bo trudno jest na świecie o ludzi doskonałych, ale z pewnością nie można odmówić jej w tym talentu.

Akceptuję!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rudolf Lestrange
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Umiejętności Nabyte [w trakcie edycji]   Pon Lis 09, 2015 6:40 pm

Animag - wilk z gatunku Canis Dirus

Po raz pierwszy czułem.
Splotłem wątłe nici swojej świadomości z gęstym, miękkim futrem obcego stworzenia. Przelałem litry gorącej krwi w dziewicze żyły, penetrując niestrudzone serce nieustającym potokiem życia. Spojrzałem oczyma nieskrzywdzonymi przez niedorzeczność świata na kłębki pierwiastków - ofiara, drapieżnik, dom - i ujrzałem porządek egzystencji. Rozszczepiłem swe kruche kości spajając bezsilną masę w potężny szkielet, kunsztownie kreując klatkę żeber, w której umieściłem ostrożnie posłuszne, nietknięte chorobą, nietknięte życiem, organy. Zająłem czystą, smukłą przestrzeń czaszki, wtłaczając ducha w moją kreację, ucieleśnione dzieło mojej imaginacji. A gdy objąłem zmysłami wilcze ciało, dziewicze arcydzieło tkanki, pierwszy raz poczułem świat. W uważnych uszach zaszeptał pieszczotliwie wiatr, a pod olbrzymimi, mocnymi łapami równym rytmem biło serce Ziemi. Połacie futra i ciepły kokon powietrza otuliły moją istotę troskliwie tak, jak moja ludzka skorupa nigdy nie zdołała. Słynny wilk, matko.
Po raz pierwszy czułem się wolny.
U szczytu wzgórza ścielonego soczystą zielenią trawy stałem, a ślepia me, barwy królewskich rubinów, pożerały spragnione głębię doliny. Ostre pazury wbiłem w żyzną glebę, piętnując ją moją. Pradawne, najwyższe prawo natury nosiłem pod tętniącymi siłą mięśniami drapieżnika, prawo, które mianowało mnie władcą. Byłem jednym ze światem - jego królem i uniżonym sługą. Niewolnikiem i lennikiem bezlitosnego piękna, które wtargnęło w każdy zakątek planety - począwszy od obumarłych połaci mitycznych pustyń, poprzez pożądliwe labirynty faeriowych lasów, aż po spokojnie wzburzone, łaskawie zabójcze tonie oceanów. Zanurkowałem w zieloną głębinę, uderzeniami potężnych łap wzbijając w powietrze huragany błota i zmuszając pomniejsze ptactwo do rozpierzchnięcia się przed moim momentum; rozerwałem pazurami równinę, z której wyzułem dziesiątki drobnych robaków, by mogły paść ofiarą nieustępliwych dziobów. Odbierałem i dawałem. Miałem wszystko i nie miałem niczego - w tym tkwiła najwyższa wolność.
Po raz pierwszy czułem więź.
Przeskakiwałem przepaści ludzkiego pojmowania z każdym ominiętym korzeniem. Lawirowałem pomiędzy fantazyjnie kłaniającymi się pniami, czując pożądliwy dotyk ramion-gałęzi na skórze. Rytmiczne uderzenia moich łap o ziemię rozbrzmiewały drżącym echem w mojej czaszce, a oddech Conriego u mego boku wznosił w powietrze kłęby pary. W naturalnej synchronizacji, pierwotności instynktów i przerażającym pragnieniu, byliśmy jednym. Wycie naszych ostrych głosów rozerwało na strzępy nocną ciszę zaczarowanego lasu, a wraz z dźwiękiem ponad korony drzew umknęły nietoperze, ich piski zgubione w wilczym śmiechu. Transparentna lina, która splatała umysł mój i mego towarzysza naprężała się wraz z każdą dodatkową dzielącą nas milą, lecz nie mogła ulec zniszczeniu. Byliśmy stadem, byliśmy jednym.
Po raz pierwszy poczułem samotność.
Gdy porzuciłem wilczą skórę i stanąłem u bram ludzkiego żywota, me ciało było mi obce. Powietrze nie wypełniało płuc najczystszą z rzek, a krew nie biła uparcie w uszach. Gdy porzuciłem swe właściwe ciało, przywdziałem maskę obojętności i uzbroiłem się w chłód, moje maleńkie, ludzkie serce roztrzaskała tęsknota. Słynny wilk, matko, oto czym jestem.

Tekst zamieszczony poniżej stanowi podanie o przyznanie mej postaci umiejętności legilimencji, a raczej specyficznej jej odmiany, która polegać miałaby na odczytywaniu emocji i obraz z umysłów zwierząt i stworzeń magicznych, tak jak i ludzi. W przypadku odrzucenia tego rodzaju propozycji przez administrację proszę, by traktowany był jako wstęp do podania o tytuł animaga.

Legilimencja

Zerknąłem w czerwone ślepia, z wahaniem i nieodpartą ciekawością targającą mój umysł. Dwa oceany krwi połknęły mnie w całości, wyszarpując każdy strzępek świadomości z ram mego umysłu, rzucając każdy z nich wprost w obcą głębię. Szok i fascynacja wstrząsnęły tym, co pozostało z Rudolfa, bo oto stałem się Conrim, śnieżnobiałym wilkiem o przepastnej duszy, wyjącej o mrocznych lasach i niezbadanych łąkach, błyskawice emocji rozjaśniały jaźń ciemną i tajemniczą, a zmysły tak odmienne przytłoczyły moje. Zadziwiające, jak inna od ludzkiej jest budowa jego umysłu; kolorowe plamy wspomnień, emocji, obrazów migały mi przed oczyma w niezmiennie zmiennym huraganie, myśli tworzące całkowity, absolutny chaos. Próbowałem doszukać się weń porządku, odnaleźć głębszy sens i metodę działania. Wskoczyłem w centrum wiatrów i ujrzałem przed sobą własna twarz, na której widok Conriego - mnie - zalała fala emocji: troska, szacunek, sympatia, lojalność. Lecz nawet te słowa nie są w stanie wystarczająco dobrze opisać tego, co następowało z każdym kolejnym wspomnieniem.
W końcu znalazłem się w miejscu, którego nie znałem. Krawędź nieznanego mi lasu rozciągała się przed Conrim - mną, zdawała się docierać aż do horyzontów, a może i dalej, opasając Ziemię wokół. Księżyc lśnił wyjątkowo jasno nade mną, lecz nim spojrzałem na jego spuchniętą, okrągłą twarz, Conri zerwał się do biegu i oto zostałem wciągnięty w natłok doznań, których nie mogłem, choć tak bardzo chciałem zrozumieć. Zatraciłem się w tym biegu, pośród drzew i driad, jezior i nimf, pomiędzy niebem a ziemią, które były zupełnie innymi od tych, które znałem. Wyrwałem się, dysząc, z głowy Conriego. Jego czerwone oczy wbijały się we mnie nieco prześmiewczo, jak gdyby rzucając mi wyzwanie.
- Dziękuję, stary przyjacielu - szepnąłem, zanurzając dłoń w miękkim futrze za jego uchem, nim skierowałem się do drzwi bawialni. Szedłem do biblioteki znaleźć ten kawałek mojego jestestwa, który został w mentalnym lesie Conriego, a który znajdować mógł się tylko w księgach o animagach. Po raz pierwszy czułem, gdzie zmierzam.


Myślę, że legilmencja dotycząca zwierząt to już zupełnie inna bajka i jeśli miałoby coś takiego powstać to na innych zasadach, dlatego wszystko podpinam pod animagię.
I podanie akceptuję! Jest naprawdę świetne!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Prudence Grisham
avatar


avatar
Niosący naukę

PisanieTemat: Re: Umiejętności Nabyte [w trakcie edycji]   Nie Lis 15, 2015 6:46 pm

Zaklęcia niewerbalne

Nerwowo spojrzała na stojący nieopodal zegar. Czasami miała ochotę się na niego poważnie obrazić mimo tego, że był zaledwie nieożywionym przedmiotem. Przecież jego wskazówki nie mogą przyspieszyć na zawołanie. Wśród wszystkich martwych rzeczy trudno byłoby oburzać się na coś żywego. Rodzice przecież nigdy nie chcieli źle. Uczono ją dla jej własnego dobra. Nie mogła pójść do Hogwartu bez znajomości sztuki niewerbalnego czarowania, ponieważ nie dałaby sobie rady z nauką praktycznie żadnego przedmiotu. Byłaby zerem już na starcie i to bez możliwości robienia jakichkolwiek postępów. Tym samym dlatego wtedy tak siadała. Przy solidnym, drewnianym stole, dawano jej różdżkę do ręki i zaczynali.
To było natychmiastowe i pierwsze spojrzenie - aż 10 800 sekund do końca tej lekcji.
- Skup się dziś Prudence. Mamy coraz mniej czasu. - Niski i wymagający głos ojca, który ciągle już na samym starcie ją upomina choć wcale nie musiał tego robić pojawiał się zawsze. To taki schemat tego spotkania. Powtarzany w kółko, w kółko i w kółko. A przecież ona wiedziała bardzo dobrze, że od owego dnia pozostaje jej równy rok do odjazdu z peronu 9 i 3/4. Rok. Jeden jedyny i spotka ludzi w swoim wieku. Młodzież, nauczycieli, będzie mogła biegać po zamku, odkrywać. Mogła kochać rodziców najbardziej na świecie (bowiem jakie dziecko tego nie czyni?), ale chciała wtedy tej wolności.
Ale jeśli się nie nauczy to nigdy nie będzie jej miała. Taka była umowa - opanuje to albo zostanie w domu i sami będą ją uczyć, a tego nie chciała. Wszyscy muszą zobaczyć świat i choć zamek miał być dla niej całym wszechświatem w przyszłości to nie dało się jej odebrać tego, iż po prostu w tamtej chwili pragnęła się do niego dostać, zobaczyć jak żyje się inaczej.
- Prudence, będziemy tu siedzieć tak długo, aż wreszcie Ci to wyjdzie. Zmarnowaliśmy już wiele czasu na powtarzanie teoretyczne. Od dwóch tygodni próbujesz i nic z tego nie wynika. Potrzebujesz postępu - Wspomniałam co leżało wtedy na stole? Nie? Cóż, już naprawiam ten błąd. Dziesięciolatka miała przed sobą świecę. Zadanie było banalnie proste - zapalić ją.
Incendio to całkiem łatwe słowo, zadanie wręcz idiotycznie łatwe, a... nic nie działało. Przez 3 długie miesiące czytano jej, ona po nocach czytała sobie znowu. Byleby zrozumieć, jak powinno to funkcjonować. I była pewna, że jest gotowa (a przynajmniej na tyle, na ile w ogóle może być dziecko). Jednak wciąż nic się nie działo.
Drugie spojrzenie na zegar - jeszcze 7 958 sekund do względnego końca.
9 950 sekund i powinni skończyć. Ostatnio odgrażał się, że wydłuży ten czas, ale nigdy tego nie robi. On też czuje tą presje i nie ma powoli sił na ćwiczenie z dziewczynką. W końcu normalni uczniowie zajmują się tym na VI roku, a ona nawet nie jest na pierwszym!
Ręka zaczęła jej drżeć. Powtarza, powtarza, powtarza i powtarza w kółko w kółko i w kółko...
Ten sam ruch dłoni. Tak samo trzymając różdżkę. Usilnie powtarzając jedno słowo w swojej głowie.
I świeca, jak się nie zapalała, tak się dalej nie pali.
Trzecie spojrzenie na zegar - tylko 450 sekund do końca.
- Prudence! - podniesiony głos w desperacji przywołał do pomieszczenia matkę. Ona również się niepokoiła. W domu wzmogły się krzyki, kłótnie, dysputy. Aura robiła się coraz gorsza, bo czas uciekał. Rok to niewiele, jeśli chce się przeskoczyć w nim 7 długich lat dojrzewania psychicznego dziecka. Nie mogli jednak zacząć wcześniej. Uczyć siedmiolatkę? To nigdy by się nie udało.
- Aveley kochanie, na dziś już koniec - Dziecko spojrzało na zegar.
Rzeczywiście, co do sekundy. Zasunęła za sobą krzesło, skinęła głową w kierunku ojca i wyszła z pomieszczenia.
- Nie nazywaj jej tak. Powinna się przyzwyczaić... - Nigdy nie zwracał się do niej tak, jak naprawdę powinien. Z troski. Ten człowiek wszystko robił dla niej. Nie miała się nigdy pojawić, ale mimo wszystkiego, co się wydarzyło on kochał ją, a ona jego. Rodzina to rodzina w końcu.
- Już jest dostosowana. Za rok już nigdy nie usłyszy swojego imienia, więc nie można jej odbierać chociaż tych chwil.

3 miesiące później...

Ojciec już siedział, a Prudence dołączyła do niego. Znowu ona, różdżka i świeca. Można zwariować z takim schematem. Cóż, czego by o nich nie mówić to jednak nie zwariowali jeszcze. Tylko jej dziecina rączka, którą tak bardzo męczono wskazywała na to ciągłe zajęcie. Była prawie o połowę chudsza niż druga po tak długim treningu, który wciąż nie przyniósł oczekiwanych efektów.
By dopełnić ten rytuał pokierowała swój wzrok w stronę tarczy zegarowej.
Merlinie! Jak wielkie było jej zaskoczenie, gdy nie mogła spokojnie przyznać przed sobą, ile pozostało sekund do końca.
Wskazówki stały. Nawet nie drgnęły. Ze zdziwienia prawie wypadły jej oczy. Nie uszło to uwadze jej nauczyciela.
- To znak - Tylko tak to skomentował i nawet nie rozwinął swojej myśli bardziej, co nieco ją zastanowiło. Nie rozumiała jakaż to wiadomość zostać miałaby przekazana przez zegar, który zwyczajnie się zatrzymał.
Teraz jednak nie wiedziała, ile czasu będzie tam siedzieć. W pomieszczeniu prócz ojca, zegara, stołu i świecy nie ma już niczego na czym mogłaby skupić wzrok. Na nim nie, bo zacznie ją pouczać, dawać wskazówki, powtarzać jakie to istotne, by wreszcie ruszyli dalej. Jeśli pokieruje spojrzenie na stół to wyjdzie na to samo. Wpatrywanie się zaś w stojący zegar wydawało się zbyt bezsensowne.
Patrzyła więc przez cały czas na knot świecy.
I machała tą swoją mizerną rączką.
I powtarzała słowo.
I nie liczyła już sekund, których nie mogła określić.
Ale to wszystko wydawało się bezsensowne.
Chciała tylko zapalić głupią świecę!
Chciała i to bardzo.
- Nie zapłonie, nie pojedziesz do Hogwartu - CO? Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! To się nie mogło wydarzyć. Nie po tak długim czasie przygotowań. I już przestała tylko "chcieć" zapalić świecę. Musiała ją zapalić i postanowiła, że tak się stanie. Do końca zostało dosłownie klika minut, ale ona nie miała tej świadomości. Już żadne głupie wskazówki nie zaprzątały jej głowy. Nie myślała o tym, że "powinna zapalić świecę", a o tym, że to zrobi.
Machnęła znowu różdżką, wpatrywała się w knot i wiedziała, że ją zapali.
Incendio - powiedziane w jej głowie raz, a dobrze wystarczyło.
Świeca zapłonęła. Ani ona, ani on nie wierzyli w to, co widzą.
Na reszcie - westchnęła w duchu.

Kolejne 10 miesięcy później...

Gdy tylko weszła do sali od Zaklęć zaczęła się uśmiechać sama do siebie. Czuła, że to będzie jedna z tych lepszych lekcji. Wystarczyło, że zobaczyła, co leży na ławkach
- Dziś moi drodzy zajmiemy się zaklęciem Incendio. Służy ono do wyczarowania ognia. Sądzę, że domyślacie się, co macie robić. Przed wami stoją świecę. Musicie je zapalić w ten sposób - W tej chwili nauczyciel wykonał tak znany dziewczynie ruch ręką rzucając zaklęcie, a świeca natychmiast zapłonęła, sprawiając że banan na twarzy Prue tylko się rozszerzył. Potem powtórzył on kilkakrotnie ruch i zwrócił uczniom uwagę na intonacje.
A potem dzieciaki zaczęły bezmyślnie machać różdżkami, jakby toczyły wojnę na patyki. Nie skupiały się zbytnio. Prudence wiedziała, że to jest jej dzień. Ten jeden w którym może się wychylić dla własnej przyjemności. Pokazać, że coś potrafi.
Zostawiła gdzieś daleko klasowy szum, czuła jakby siedziała znowu przy znanym sobie domowym stole. Spojrzała na knot i rzuciła zaklęcie z wyuczoną po wielu miesiącach koncentracją.
Świeca natychmiast zapłonęła.


Było kilka błędów, ale nie jakoś zbytnio rzucających się w oczy. Podanie zaakceptowane!

_________________
Acting on your best behaviour
Turn your back on mother nature
Everybody wants to rule the world

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rudolf Lestrange
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Umiejętności Nabyte [w trakcie edycji]   Nie Lis 15, 2015 9:21 pm

Magia bezróżdżkowa

Błysk światła, wybuch radości. Tryumfalne warknięcie, ciemność.
- Kurwa. Kurwa. Kurwa. Kurwa. Kurwa! - staccato bluźnierstw, piano, mezzo piano, forte, fortissimo... I niezrozumiały bełkot, con sordino, akompaniament szalejącego gniewu, rozwścieczona melorecytacja porażki.
Był tak blisko, tak cholernie, piekielnie, nieprawdopodobnie blisko. Jego ciało porwały wibracje pozbawione rytmu, w żyłach płynęła czysta magia, oczy płakały łzami koncentracji―
przez moment frunął. W rozciągniętym skrawku wieczności, jego wola rozdarła więzienie ciała i szybowała, wreszcie nabrawszy wiatru zwycięstwa w swe zmęczone skrzydła, eksplodując w końcu szokiem białego światła. Wraz z błyskiem sukcesu zgasła jego kontrola, gdy przejmująca radość chwyciła determinację za ogon i wciągnęła z powrotem, wprost w komnatę czaszki. Liche iskierki siły woli pozwoliły mu zaledwie na doczołganie się do samotnego szezlonga, nim zgasły, odradzając się niczym feniks w smaku porażki pełzającym, niby wściekły płomień, w górę krtani, popielącym język, liżącym wargi pożogą przekleństw.
Pulsujący szum w skroniach i rytmiczne bicie zegara, nowe legato czasu, wyrok śmierci dla czternastej godziny męczarni, wyrok śmierci dla wytrzymałości Rudolfa. Przeminęły już minuty wypełnione furią, z gorzką rezygnacją ustępując miejsca nowemu porządkowi desperacji. Niczym Jeździec Apokalipsy nieustępliwa, z impetem wtargnęła w duszę czarodzieja, zbierając żałosne żniwa jego wysiłków. Źrenicami uciekającymi uparcie pod ociężałe powieki spojrzał raz tylko, tęsknie, na różdżkę kpiącą z jego wysiłków z drugiego rogu komnaty, pozbawiony najdrobniejszych okruchów siły, które pozwoliłyby mu na jej dobrnięcie. Zadrżał, czy to z zimna czy wstydu, nim pozwolił kołysance własnego oddechu pociągnąć się w ramiona snu. Nie był świadkiem mozolnej, powietrznej podróży miękkiego koca, lecz z wdzięcznością pieszczącą granice świadomości wtulił twarz w miękki materiał. Zasnął zbyt szybko, by zauważyć gniewne iskierki sypiące się hojnie z czubka różdżki, jak gdyby chciała krzyczeć ich ognistą czerwienią, że ona wcale, ale to wcale nie chciała zostać zapomniana i przecież sama bardzo dobrze radziła sobie z Lumos.
Szczęk zamków, drżący oddech. Huk, ciche westchnienie.
- Tylko... Tylko... Troszeczkę―
Ogłuszająca kakofonia wyzionęła z rytmicznie raniącej uszy piersi ostatni akord, rozpływając się w milczenie usłane cichymi sapnięciami zmęczenia. Samotna postać klęczała bez ruchu na kamiennej posadzce, uginając kark przed szeregiem osmalonych drzwi. Płuca wkrótce nabrzmiały potężnymi haustami powietrza, w nozdrzach i gardle wściekłe drapanie dymu, zapachu palonego drewna i rozżarzonego metalu. Pełen nieokiełznanej radości śmiech wybuchł perlistą symfonią dźwięku, unosząc ze zmęczonych barków ciężar ciszy, gdy niebiańska słodycz samozadowolenia złagodziła pieszczotą napięcie w mięśniach i duszy. Umysł Rudolfa skomlał cicho, niezauważenie, nie ważąc się splugawić ważkości tej chwili. Pomiędzy mentalnym rykiem (Alohomora, Bombarda, Reparo, Alohomora, Bombarda, Reparo...) a wątłymi sapnięciami zmęczenia nie było czasu na narzekanie. Istota Lestrange'a płynęła wartkim potokiem kontrolowanej magii, roztrzaskując z impetem stalowe zamki, odbijając się i w destruktywnym momentum uderzając kolejne, kolejne, kolejne i kolejne, nie zbaczając z kursu. Drżącą dłoń wyciągnął w kierunku cisowej różdżki, rozkoszując się bezpiecznym, stałym ciepłem. Słaby, lecz dzwoniący lekkim tonem satysfakcji głos przyzwał potulnego skrzata domowego, który w niemal idealnej synchronizacji z cichym pyknięciem teleportacji postawił przed bladym obliczem Rudolfa szklankę do brzegu wypełnioną czystą, źródlaną wodą. Łapczywym łykiem wychynął cudownie chłodną ciecz, lecz nawet ta pieszczota nie mogła równać się z tak długo wyczekiwanym uczuciem zwycięstwa.
Struga krwi, nieprzerwana melodia krzyku. Świetlna podróż zieleni, śmiech.
Srebrne łańcuchy, niczym oszalałe węże opadły na posadzkę z głośnym szczękiem, wijąc się wściekle w ostatnich podrygach spajającej je magii. Blade mugolskie ciało, kształtem przypominające wszystko i nic, pochłonęło strumień płynnych szmaragdów, który wraz z Rudolfową świadomością wbił się w szczątki jestestwa człowieka, istoty, zwierzęcia, zawodzącego bestialskim wyciem przerażenia.
- Hm - pomruk zadowolenia ślizgający się wśród szkarłatnych kałuż jego autorstwa, rozbrzmiał głęboko w piersi czarodzieja.
Spokojna dłoń ścisnęła silnie, zaborczo gładką różdżkę spoczywającą w kieszeni szaty, rozkoszując się wyimaginowanym mruczeniem, które wibrowało w głębi cisowego drewna. Chłodne, sporadycznie pieszczone drzewo zdawało się z nim zgadzać - w istocie, ten odcień Avady był najpiękniejszym symbolem siły. Czarne, wreszcie całkowicie zaspokojone oczy przemknęły po tarczy zegara. 30 sekund nikłego wysiłku, 30 sekund kondensacji woli. Wreszcie, wreszcie jego trening dobiegł końca, zwieńczony jakże cudownym, znajomym i umiłowanym błyskiem czystej mocy.

Akcept.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Jewgienij Bułhakow
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Umiejętności Nabyte [w trakcie edycji]   Sro Lis 18, 2015 7:37 am

Legilimencja

Bycie Bułhakowem nigdy nie było łatwe. Od małego każdy z jego miliona braci musiał starać się z całych sił, by zadowolić surowego i wymagającego ojca, Giena nie różnił się pod tym względem od żadnego z nich. Fakt, że był pierwszy działał, co prawda na jego korzyść, jednak nie dawał mu gwarancji sukcesu. Każdy krok, który raczył wykonać oceniany był przez starego Bułhakowa, a niepowodzenia trwale zapisywały się w jego pamięci. Geny przekazane przez Vladimira sprawiały, że nikt z tej rodziny nie był normalny, a słowo dobry nie istniało w ich słownikach. Jewgienij na samą myśl o tym wszystkim przypominał sobie, jak od małego szkolił się w najróżniejszych mrocznych sztukach, z czarną magią na czele. Zaklęcia niewybaczalne były na liście niezbędnych do przeżycia, a przynależność do Śmierciożerców niemożliwą do zmiany przyszłością. Bycie dziedzicem rodu, kolejną głową Bułhakowów wymagało więc od niego naprawdę wiele.
Z tego właśnie powodu ojciec już od samego początku skupiał na nim najwięcej uwagi i wpajał swoją ideologię usilnie. Uczył go też pewnych zaklęć i zdolności, których nie chciał bądź po prostu nie miał czasu przekazywać reszcie swoich dzieci. Nie oszukujmy się - ważni byli dla niego przede wszystkim synowie, córki na wstępie traktowane były jak trofea przetargowe, które trzeba było po prostu mądrze wydać za mąż. Giena, choć nie był głupi, do najinteligentniejszych z rodzeństwa nie należał. Nigdy nie przyznałby się do tego przed nikim, ale jednej rzeczy zazdrościł Vakelowi od samego początku, właśnie tej jego inteligencji i chłonności umysłu. Być może właśnie dlatego tak usilnie się nad nim znęcał. Jednak nie należy zapominać, iż pewne rzeczy Jewgienij łapał całkiem sprawnie, a frustracja Vladimira zdawała się dodawać motywacji do jak najszybszego przyswojenia umiejętności.
Najstarszy z braci do dziś pamiętał miesiące ciężkiej pracy, gdy ojciec stwierdził, że to czas nauczyć syna legilimencji. Sam uczeń był tematem bardzo mocno zainteresowany, niezdrowo podniecając się tym, co mogła mu ta zdolność dać. Miał, co prawda dopiero piętnaście lat, jednak już zdążył odkryć w sobie tę mroczą, pragnącą bólu i cierpienia innych stronę. Możliwość wdzierania się do umysłu ofiar zdawała się być dla niego niezwykle pociągająca i ekscytująca zarazem. Na pierwszą lekcję przyszedł zaintrygowany i pewny siebie, chcąc jak najszybciej osiągnąć sukces i móc wykorzystywać umiejętność w praktyce.
Były wakacje, jego bracia zajmowali się w tym czasie sobą, odpoczywając od nauki w szkole. On spędzał kilka godzin dziennie w zamkniętym pokoju z ojcem i już pierwszego dnia przekonał się, że nie będzie to tak łatwe, jak sądził. Wykład opisujący mu działanie legilimencji przyswoił szybko, nic dziwnego skoro by tym bardzo zainteresowany. Teorię praktyki również zapamiętał bez problemu, nie chcąc popełnić ani jednego błędu, za który ojciec skarciłby go bez mrugnięcia okiem. Na tym jednak kończyły się jego sukcesy, zaczęło natomiast pasmo porażek, które pomimo prawie trzydziestu lat nadal bardzo mocno działało na jego samoocenę. Wakacje mijały szybko, był praktycznie koniec sierpnia, a on jeszcze nie potrafił sobie poradzić z najprostszym zadaniem. Widział rozczarowanie w oczach ojca i to go przerażało. Do tej pory nie odważył się zrobić niczego inaczej, niż chciał tego Vladimir. I choć bardzo się starał i nie do końca jego winą było niepowodzenie w tej właśnie dziedzinie, odczuł to bardzo boleśnie.
- Trzeba było nauczyć Mikaela, on pojąłby to szybciej. - Te słowa wbiły się w głowę Gieny niczym zatrute ostrze, którego trucizna miała go powoli, bardzo boleśnie dobijać. Tyle lat minęło od tamtego dnia, a on ciągle słyszał je w swojej głowie tak, jakby zostały wypowiedziane dosłownie chwilę temu. I cały czas tak samo go bolały. Były rysą na jego idealnej masce, którą tak bardzo pragnął pokazywać światu. Której istnienie było wręcz niezbędne jeżeli chciało się być głową rodu Bułhakow. Zazdrość, zawód i beznadzieja - te trzy emocje krążyły w jego ciele przez kilka kolejnych dni i nocy, a Jewgienij nie wiedział już, co robić, by zadowolić ojca i, przede wszystkim, siebie. Ćwiczył cały czas, nawet poza tymi godzinami w pokoju ojca, jednak dalej nie dawał rady.
Ostatniego dnia wakacji, gdy wydawało mu się, że wszystko stracone - udało się. Pierwszy raz był w stanie wkraść się do czyjegoś umysłu i zobaczyć jeden, drobny przebłysk jego myśli. Nie trwało to jednak długo i nie był w stanie wydobyć tak naprawdę niczego. A mimo to - wreszcie mu się udało. Był to pierwszy krok i Giena wiedział, że będzie musiał wykonać ich jeszcze mnóstwo. Był jednak z siebie zadowolony. Mógł pojechać do szkoły na następny rok i ćwiczyć w wolnych chwilach umiejętność, by po powrocie do domu pokazać ojcu, że nie zmarnował czasu. Że wybrał odpowiedniego syna, Bułhakowa godnego bycia dziedzicem.
Kolejne lata były z jednej strony dużo łatwiejsze, a z drugiej wcale nie przyspieszały jego rozwoju. Nie miał już takich problemów z legilimencją, jednak nadal nie nazwałby się w tej dziedzinie mistrzem. Musiał jeszcze wiele ćwiczyć, by nie mieć sobie równych. Mimo to, trzydzieści lat nauki nie poszło na marne i Giena często bawił się używając zdolności do własnych, niezbyt czystych celów. Kto jednak mógł mu zabronić?




Czarowanie bez różdżki

Czysta krew. Pierworodny syn. Dziedzic rodu Bułhakow. Ten jeden z całego rodzeństwa, który zyskał aż nadto uwagi od ojca i spędzał z nim mnóstwo czasu. Jewgienij, najbardziej z nich wszystkich agresywny i zadufany w sobie, zawsze wychodzący cało z opresji, niczym kot spadający na cztery łapy. To wszystko, wraz z dosyć sporą grupką znajomych w szkole sprawiło, że Giena zawsze był zbyt pewny siebie. Niczego się nie bał (może z wyjątkiem ojca, jednak ten fakt jest w tej chwili nie ważny), zawsze pierwszy do pojedynków i wyśmiewania się z innych. Ani razu nie przeszło mu przez myśl, że wcale nie jest idealny i któregoś dnia po prostu coś mu nie wyjdzie. Nigdy nie spodziewał się, że może przegrać.
Taki dzień jednak nastąpił. Sam nie pamięta już, kiedy to dokładnie było i w jakich okolicznościach. Miał wtedy siedemnaście lat i z tego, co mu się wydaje był środek zimy. Jak zawsze szwendał się ze znajomymi po korytarzach, gdy wpadł na niego jeden z tych kujonów, z których Giena kochał się wyśmiewać. Każdy z nich był łatwym celem, rzadko kiedy któryś umiał się bronić. Wiedział dokładnie, w co uderzać i jak atakować, by bezbronni czarodzieje błagali go o litość, bądź po prostu opuszczali wzrok zawstydzeni.
- Uważaj jak łazisz, Sorokin. – Wysyczał w stronę chłopaka, który wbrew jego oczekiwaniom nie skulił się na sam dźwięk głosu popularnego Gieny. Ba, zamiast przed nim uciekać podniósł nań oczy i wpatrywał się w wytrąconego z równowagi Bułhakowa. Tego było za wiele, Jewgienij nie mógł sobie pozwolić na takie traktowanie, a już na pewno nie na korytarzu. Jego duma i honor żądały pomszczenia. Nie minęła nawet minuta, kiedy dwaj czarodzieje stanęli naprzeciw siebie, by pojedynkować się na czary i zaklęcia.
Zgodnie z oczekiwaniami, przeciwnik radził sobie kiepsko. Cały czas jedynie blokował ataki Gieny, ani razu nie próbując kontry. Jewgienij spodziewał się więc, że wystarczy kilka silniejszych zaklęć i będzie zwyciężcą. W głowie układał już nawet scenariusz, w którym znęca się nad Sorokinem za próbę stawiania się. Wtedy jednak przeciwnik użył jednego, prostego zaklęcia, w którego efekcie różdżka Bułhakowa została wytrącona z jego ręki czyniąc z niego bezbronnego chłopaczka, który nic nie mógł już zrobić. Giena, będący jeszcze w naprawdę sporym szoku, zaczął obrywać zaklęciami chłopaka, który nic nie robił sobie z tego, że jego przeciwnik jest nieuzbrojony. Z resztą, czy zarozumiały Jewgienij kiedykolwiek zwracał na to uwagę? Nie trwało to długo, a poniżony chłopaczyna opadł na kolana nadal nie mogąc wyjść z szoku. Jakim cudem do tego doszło? Nie miał pojęcia, ale jednego był pewien – nigdy więcej nie dopuści do takiej sytuacji. Nigdy więcej nie będzie bezbronny.
Niedługo po tym, gdy jeszcze wspomnienie porażki było w nim żywe i piekło niczym rana otwarta posypana szczyptą soli, Giena dokonał odkrycia. Wiele razy słyszał o czarowaniu bez różdżki, w końcu dzieci bardzo często nieświadomie posługiwały się tym rodzajem magii. W większości przypadków dochodziło jednak do wyciszenia tej umiejętności sprawiając, iż każdy czarodziej potrzebował magicznego patyka do swojego czary-mary. Nie byłoby to więc dla Jewgienija interesujące, gdyby nie fakt, iż dotarła do niego informacja o możliwości użycia tej zdolności przez starszych, rozwiniętych magicznie w świadomy sposób czarodziejów. W tym właśnie momencie Bułhakow zapłonął nadzieją i zainteresowaniem, które doprowadziło go do kilku ksiąg, które studiował z pełnym zaangażowaniem. Nie zdarzało się to często, jednak chęć obrony przed porażką była w nim bardzo silna i gotów był do wszelkiego rodzaju poświęceń.
Samo studiowanie teorii zajęło mu sporo czasu. Dowiedział się, że sztuka ta nie jest wcale łatwa, ani powszechna. Że być może spędzi na nauce wiele lat, zanim będzie w stanie chociażby przesunąć piórko o dwa centymetry. Wyczytał też, że być może nigdy nie uda mu się opanować tej sztuki, gdyż wymagała wrodzonych zdolności. Mimo to, postanowił spróbować. Wmawiał sobie, że jako czarodziej czystej krwi ma większe szanse niż ktokolwiek i od razu zaczął pracować.
Uczył się sam, gdy nikt na niego nie patrzył. Siadał w swoim pokoju, spoglądał na pióro i starał się je przesunąć chociażby o milimetr. Każdego dnia spędzał nad tym przynajmniej dwie godziny i niejednokrotnie miał ochotę zrezygnować. Wymagało to od niego wiele siły woli i determinacji. Za każdym razem jednak, gdy chciał zdezerterować przypominał sobie swoją porażkę i to wszystko, co wtedy czuł. Kierowany właśnie tym uczuciem pracował systematycznie, ani razu sobie nie odpuszczając. Swoje nauki pozostawiał jednak w tajemnicy, nawet przed ojcem, który w tym samym czasie wpajał w niego masę innych rzeczy.
Pierwsze efekty zauważył dopiero po dwóch latach ciągłych treningów. Z początku sądził, że po prostu mu się przywidziało, że to zwyczajne zmęczenie. Wkrótce jednak przekonał się, że pióro naprawdę się poruszyło a on osiągnął swój cel. Zadowolony z postępu podekscytował się jeszcze bardziej i to dodało mu sił do dalszych treningów. Każdego roku uczył się czegoś nowego, przekraczał kolejną granicę swoich umiejętności.
Teraz, kiedy wchodził do pomieszczenia i jednym ruchem ręki potrafił zapalić ogień w kominku był naprawdę dumny z siebie. Prawie trzydzieści lat treningu popłacało, przynajmniej według jego osobistej oceny. Wiedział, że to jeszcze nie koniec i musiał to ćwiczyć cały czas. Mógł jednak przyjąć, że coś udało mu się osiągnąć. Pewien poziom został wbity i nic nie mogło temu zaprzeczyć.

Dość przyjemnie się czytało - akceptuję podanie i na legilimencję i na czarowanie bez różdżki!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Natalie Dark
avatar


avatar
VII rok

PisanieTemat: Re: Umiejętności Nabyte [w trakcie edycji]   Pią Lis 27, 2015 3:13 pm

Panna Dark od najmłodszych lat wychowywała się w izolacji od społeczeństwa. Na pierwszy rzut oka, należała do zwyczajnej, mugolskiej rodziny. Pięknie urządzony, duży dom na obrzeżach Londynu; łagodna, kochająca matka i zaradny, ambitny mężczyzna jako głowa rodziny. Trudno wyobrazić sobie lepsze środowisko dla młodej panienki.
Mimo wszystko ci, którzy dokładniej przyglądali się rodzinie Darków dostrzegali, że jest z nimi coś nie tak. Ojciec wydawał się być dość "ekscentryczną" osobą, żeby nie powiedzieć "dziwną". Cechowało go specyficzne, niezrozumiałe dla innych poczucie humoru. Trudno go było zrozumieć a fakt, że miał w zwyczaju zamykać się w czterech ścianach swojego domu wcale tego nie ułatwiał. Również jego żona wydawała się coś ukrywać. Zawsze wycofana i milcząca. Wpatrywała się w swojego męża, jak w obraz, a być może nawet bóstwo. Tak samo ich córka. Nie lubiła opowiadać o sobie i swoim domu. Nie odnajdywała się wśród rówieśników i zawsze wydawała się strasznie zamyślona; pogrążona w swoim własnym świecie.
Rodzina ta skrywała doprawdy wielką tajemnicę. W żyłach mężczyzny, znanego pod nazwiskiem Dark, płynęła krew jednego ze znanych magicznych rodów. Czarodziej ten, mimo swego wielkiego potencjału magicznego, z niewiadomych przyczyn postanowił zerwać kontakt z rodziną i ukryć się wśród mugoli biorąc sobie za żonę jedną z ich przedstawicielek. Zrodzone z tego związku dziecko odziedziczyło talent po ojcu, co bardzo szybko wyszło na jaw ku uciesze rodziców.

Czarowanie bez różdżki
Mała Natalie po raz kolejny obudziła się z płaczem w środku nocy. Co się stało? Koszmar. Chyba już czwarty raz w tym tygodniu Salomon Dark musiał udać się do pokoju córki by ją uspokoić.
- Kochanie, już spokojnie. Wszystko jest w porządku - pocieszał przytulając do siebie pociechę.
- Nic się nie stało. Jesteś bezpieczna. To był tylko sen.
- Przecież wiem. - Siedmiolatka znów wybuchnęła płaczem. Wzięcie się w garść zajęło jej dobrych kilka minut. W końcu zamilkła i podniosła swoje wielkie z przerażenia oczy na ojca, który widząc to, uśmiechnął się do niej.
- Wiesz, co? Następnym razem zrób tak: jeśli coś strasznego będzie Cię gonić, skup całą swoją wolę na powstrzymaniu tego. Pamiętaj, że we śnie możesz wszystko. Te stworzenia nie mają z tobą żadnych szans, jeśli się postarasz - oświadczył wesołym tonem, szturchając dziecinę w ramię, wywołując tym nieśmiały uśmiech na jej twarzyczce.
- Wierzę w Ciebie, Natalie - szepnął, całując ją na dobranoc.
*******
Przez kolejne lata dziewczynka starała się stosować do rady rodziciela, a miała ku temu mnóstwo okazji. Mary senne nawiedzały ją praktycznie co noc. Każdy zachód słońca był dla niej oznaką zbliżającej się walki. To wszystko wydawało się nie mieć końca.
Z czasem, panna Dark coraz lepiej radziła sobie z poskramianiem własnych demonów. Walka z potworami nauczyła ją kilku ciekawych sztuczek w świecie snów. Opanowała lewitację, odwracanie od siebie uwagi, przenikanie ścian, telekinezę... Przerażający dotąd świat stał się teraz miejscem wspaniałych zabaw i nowych możliwości. Jakaż była więc jej radość, gdy jej magiczny talent zaczął objawiać się również w świecie realnym. Niestety, nie do końca w taki sposób, jaki ona by sobie tego życzyła. Zwykle były to jedynie przypadkowe wybuchy mocy skutkujące niekontrolowanym zapłonem, przewracaniem się lub eksplodowaniem losowych przedmiotów.
*******
Dziewczynka skrzyżowała ręce na piersi i zwiesiła głowę.
- Tato, to nie wychodzi. Dlaczego nie mogę robić tego, co ty? - burknęła z rozżaleniem. Mężczyzna roześmiał się i kucając przed nią. Objął dziecinę ramieniem.
- Kochanie, jeszcze daleka droga przed tobą. Masz dopiero dziesięć lat. Nie możesz być od razu potężną czarownicą. - Uśmiechnął się do niej szeroko, starając się ją jakoś pocieszyć.
- To co mam robić? Jak to działa? - zapytała zrezygnowana już panienka. Ojciec od zawsze był dla niej wzorem do naśladowania. Chciała być taka jak on; umieć to, co ON; być taka mądra jak ON. Niestety, ciągłe próby używania magii (wzorując się na tym, co robił mężczyzna) nie przynosiły pożądanego efektu. Ba, nie przynosiły żadnego efektu.
Salomon westchnął i rozejrzał się po pomieszczeniu.
- Natalie, przede wszystkim potrzeba czasu. Musisz ćwiczyć. Bardzo dużo. Proszę. - Położył jej na dłoni gęsie pióro.
- Na początek spróbuj unieść je za pomocą woli. Tak, jak we śnie. - Puścił do niej oko.
- Zdradzę Ci sekret, tutaj to działa tak samo. Musisz się tylko bardziej wysilić - szepnął jej na ucho wstając i wychodząc z pomieszczenia.
Dziewczynka wydęła wargi.
- Bardziej wysilić? Przecież nawet tam to jest okropnie trudne. - Skrzywiła się z rezygnacją i podniosła pióro na wysokość oczu.
- Taa. Dłuuuuugaaa droga...
*******
Ćwiczenia na początku nie dawały wielkich rezultatów. Natalie mimo dobrych osiągnięć w Hogwarcie, nie była w stanie tak szybko opanować czarowania bez różdżki. Raniło to trochę jej wybujałe ego, ale młoda się nie poddawała. Zaczynała od drobnych rzeczy. Poruszanie piórem, próby zgaszenia światła w domu, podczas wakacji (zwykle kończyło się to niechcianym przepaleniem żarówki). W końcu, po wielu latach treningu, panna Dark mogła powiedzieć, że jest w stanie posługiwać się magią bez użycia różdżki. Skrycie marzyła o nadejściu dnia, w którym ten drewniany przedmiot nie będzie jej już wcale potrzebny. Niestety, ten dzień szybko (o ile w ogóle) nie nadejdzie.

Zaklęcia niewerbalne
Dziewczyna siedziała nad książką w swoim dormitorium. Była już na czwartym roku. Radziła sobie naprawdę dobrze. Nie miała problemów na lekcjach, materiał wchodził do głowy a nowe zaklęcia udawało jej się opanować jeśli nie na zajęciach, to po kilku dniach ćwiczeń we własnym zakresie. W czasie, kiedy jej koledzy zawierali nowe znajomości i szaleli po Hogwarcie, ona siedziała nad książkami i uczyła się interesujących ją zagadnień. Próbowała czasem nauczyć się zaklęć z wyższych roczników, ale większość z nich nie była na tyle intrygująca, by panna Dark poświęciła więcej czasu na opanowanie ich, nie mając wsparcia kogoś starszego. Wszystko zmieniła jedna książka. Jedna oprawiona w skórę księga...
*******
Był to kolejny z wielu tomiszczy, które Natalie zgarnęła z półek w bibliotece w poszukiwaniu przyjemnej lektury. Z początku nawet nie zwróciła uwagi na tytuł. Dopiero jej treść przywołała do niej dawno już wyparte wspomnienia o zmarłym ojcu.
Zaklęcia niewerbalne. Tata zawsze ich używał. Uważał, że machanie różdżką i krzyczenie tych formułek jest niepoważne.
Uśmiechnęła się pod nosem. W głębi duszy nadal podzielała jego poglądy. Cały świat czarodziei wydawał jej się dziwny i irracjonalny, choć przebywała już w nim od dłuższego czasu.
Kiedyś zarzekałam się, że nigdy nie zniżę się do poziomu zwykłych czarodziei, którzy używają zaklęć werbalnych.
W głowie pojawiały się jej kolejne obrazy z dzieciństwa. Dziś bawiło ją to, co wtedy traktowała najzupełniej poważnie.
Mała, pełna ambicji istotka, święcie przekonana, że za kilka lat znajdzie się w czołówce światowej. Dziecięca wyobraźnia nie zna granic.
Zaśmiała się w duchu, ale uśmiech rozbawienia po chwili zniknął z jej twarzy.
A gdyby tak...
Zamyśliła się na moment, wpatrując się w książkę. Westchnęła.
To nie będzie łatwe. Sama sobie nie poradzę... Z drugiej jednak strony, idą wakacje, a ja wyjeżdżam do chrzestnego. Chyba powinien się zgodzić...
Walka z myślami trwała aż do zakończenia roku. Panna Dark od zawsze miała trudności z proszeniem o pomoc. Pewnie dlatego wymagało to od niej tak długich rozważań. W końcu się jednak zdecydowała. Musiała chociaż spróbować.
*******
Wypuściła powietrze z widoczną irytacją.
- Nie. Nic z tego nie będzie. Nie mam pojęcia, jak mam to zrobić! - Odwróciła się do mężczyzny krążącego po pracowni i przyglądającego się jej zmaganiom.
- Natalie, nie poddawaj się i próbuj dalej. Podstawy już znasz, zaklęcie, którego chcesz użyć również. Skup się na tym, co chcesz zrobić i do dzieła. - Starszy czarodziej nawet nie chciał jej słuchać. Ciągle powtarzał, że da radę, musi tylko skupić się na tym, co chce zrobić i ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. To nie jest takie trudne. Z pewnością zdoła to opanować.
Panna Dark westchnęła i pokręciła głową. Zakasała jednak rękawy i odwróciła się z powrotem do leżącego przed nią pióra. Tego samego, które przed laty dał jej ojciec do ćwiczenia magii bez różdżki. Było już mocno zniszczone, ale nadal nadawało się jako cel zaklęcia Wingardium Leviosa.
Dziewczyna machnęła ręką powtarzając w myślach dobrze znaną już formułę.
Wingardium Leviosa...
Wingardium Leviosa..
WINGARDIUM LEVIOSA!
- Nosz do jasnej cholery! - wykrzyknęła wreszcie prawie rzucając trzymaną różdżką.
- Natalie, jak ty się wyrażasz. - Usłyszała za sobą karcący ton swojego nauczyciela.
- Przepraszam - mruknęła, niezbyt przejęta tą wpadką.
Wpatrywała się przez dłuższy czas w gęsie pióro, które uparcie nie chciało nawet drgnąć.
Co mam zrobić? Przecież wszystko jest tak, jak powinno... chyba.
Spuściła wzrok na podłogę.
Powinnam już to umieć. Mój ojciec potrafił już rzucać takie zaklęcia mając piętnaście lat, dlaczego mi nie wychodzi?!
Prychnęła wbijając oczy w obiekt do ćwiczeń.
Głupie pióro. Głupie, głupie, głupie! A żeby Cię... Incendio!
Pełna wściekłości machnęła różdżką i o dziwo.. pióro zapłonęło. Dziewczyna przez chwilę nie wiedziała co się dzieje i patrzyła na nie zaszokowana zanim rzuciła się by je zgasić. Podobną reakcję wywołała u swojego opiekuna, który nie spodziewał się, że chrześnica postanowi spróbować z innym zaklęciem. Mężczyzna zaśmiał się, gdy panienka ugasiła ten mały pożar.
- No no. Jesteś chyba pierwszą moją uczennicą, która zamiast coś podnieść, podpaliła to. Destrukcja jest nieodłączną częścią twojego talentu, co? - Zaśmiał się mierzwiąc jej włosy z dumą. Nawet Natalie się zaśmiała. Pierwszy raz od bardzo dawna.
- Dobrze. Teraz spróbuj jeszcze raz. Tylko tym razem proszę, Wingardium Leviosa nie Incendio.

Akceptuję czarowanie bez różdżki.
Niewerbalne odrzucone.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Felice Felicis
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Umiejętności Nabyte [w trakcie edycji]   Wto Lut 09, 2016 1:52 pm

WĘŻOMOWA
OKLUMENCJA

Wielki wąż sunął między porozrzucanymi niedbale po obozowisku pakunkami w kierunku swojej przyszłej ofiary. Mała, nieświadoma zagrożenia dziewczynka, oparta plecami o podróżną torbę spokojnie czytała opasłe tomisko i pilnowała skwierczącego nad ogniskiem zwierzęcia nieokreślonego gatunku. Byli w obozie sami, więc sytuacja była dla dusiciela wprost idealna.

- Sssssssmaczny kąsssssssssek... - zasyczał cicho wąż, zbliżając się coraz bardziej i bardziej do dziecka, które niespodziewanie, nie wyściubiając nosa z książki, powiedziało:

- Jeszcze się nie upiekł. Idź, zawołam jak będzie gotowe.

Gad znieruchomiał, zupełnie zbity z tropu. Niedoszły obiad właśnie się do niego odezwał. Miał zostać pożarty, a tak po prostu zaczął mówić i mało tego! WYGANIAŁ go! Dusiciel nie był przygotowany na takie zachowanie ze strony posiłku.

- Naprawdę, jeszcze przynajmniej kwadrans, może dwa... Oh. - Wzrok dziewczynki padł na niespodziewanego gościa. - Ty nie jesteś moim tatą.

Przez dłuższą chwilę wpatrywali się w siebie wzajemnie, nie bardzo wiedząc, co zrobić.

- Łał... - wypaliła w końcu dziewczynka, i zaaz potem na jej twarzy wykwitł uśmiech od ucha do ucha. - Jesteś mówiącym wężem! Pierwszy raz widzę węża, wiesz?! Myślałam, że węże tylko syczą i jedzą myszy! Ale super!

- Sssssssssyczą? Nonssssssssssensssssssssss... Ludzie hałassssssują.... Ssssssss... Ludzie nie mówią... Ssssssss...

- No przecież ja mówię i ty mówisz... Pewnie jesteś zaczarowany, to dlatego. - Dla dziecka wszystko było oczywiste. - Co tu robisz? Przyszedłeś na obiad? Ładnie pachnie, prawda?

- Zjeść.... Sssssss... Tak...

- To musisz jeszcze zaczekać, jest surowe. Chyba, że lubisz? - dziewczynka zaczęła grzebać w torbie, szukając czegoś. - Kawałek ci mogę dać, ale reszta musi się upiec! Ja i rodzice wolimy upieczone.

- Sssssurowe... Lubię sssssurowe mięsssssso...

Dziewczynka się podniosła, ściskając w rękach dziwny, nieznany wężowi przedmiot. Czy to podstęp? Czemu dziecko się nie boi? Czemu nie ucieka? Czemu ciągle mówi?

- To zaraz ci dam, ale najpierw zrobię ci zdjęcie, dobrze? Mam własny aparat!

- Cssso? Cssso to zdjęcie...? Sssss... - Wąż był głodny, a to dziecko zaczęło już go irytować.

- Uśmiech! - Nagle coś błysnęło. Zaskoczony gad instynktownie uznał, że to zagrożenie i zaatakował dziewczynkę, ale... Chwilę później był już smętną kupką popiołu.

- FELICE! Jesteś cała?!

Z gąszczu wyskoczyło dwoje dorosłych ludzi - mężczyzna, ściskający jeszcze dopiero co użytą różdżkę i kobieta, która rzuciła się na kolana i zaczęła tulić dziewczynkę.

- O Merlinie, nic ci nie zrobił, na pewno? Czułam, czułam., że o czymś zapomnieliśmy...

- Zaklęcia ochronne wygasły, nie sprawdziliśmy. Felice miała dużo szczęścia, ten gatunek to wyjątkowo skuteczni zabójcy...

- Ćśśśś, nie mów tak przy niej! Już dobrze, Felice, jesteś bezpieczna, jesteśmy z tobą...

Dorośli mówili jeden przez drugiego. Dziewczynka, która nadal nie pojmowała, że właśnie uniknęła śmierci, usiłowała coś powiedzieć, ale rodzice skutecznie ją zagłuszali.

- Ale ten wąż był miły, rozmawialiśmy o obiedzie i... - zaczęła, kiedy emocje w końcu przycichły, ale matka jej przerwała.

- Felice, jak to ROZMAWIALIŚCIE? - W  głosie kobiety było coś, czego jej córka nigdy wcześniej nie słyszała i co wywołało jej na plecach nerwowe ciarki.

- No... On przyszedł, mówił, że ludzie hałasują, chciałam zrobić mu zdjęcie i wtedy...

- Felice - odezwał się ojciec. Minę miał śmiertelnie poważną. - Nie wolno ci rozmawiać z wężami. Obiecaj nam to. Nikomu nie wolno ci mówić, co się stało dziś i nigdy nie ma się ta sytuacja powtórzyć.

- Ale tato, on...

- Nigdy, rozumiesz? Nigdy.

X X X

- Przepraszam cię, ale myślę, że oni się zorientowali. Musisz uciec, jak myślę o tobie to nawet nie wiem, kiedy zmieniam język... Ten dar... On ich przeraża, nie wiem dlaczego, nie mogę znaleźć żadnej książki... Idą, chowaj się!

- Felice, co to były za odgłosy?

- Uczę się eliksirów, powtarzałam na głos i...

- Ukrywasz coś. Powiedz prawdę Felice.

- Ale naprawdę, zobacz, jest otwarta, wywar na czyra...

- Głupie dziecko! LEGILIMENS! Ty... Jak mogłaś... Tyle ci z ojcem tłumaczyliśmy, chronimy cię, a ty... Dość tego, raz na zawsze!

- Nieeeee mamo! Zostaw go, proszę! On nic nie zrobił! Proszeeeee NIEEE!!!

- Puść mnie. Puść, mówię i nie płacz. Będziesz siedzieć w pokoju aż do kolacji, ucząc się eliksirów. I zapamiętaj to sobie - jeśli jeszcze raz odezwiesz się do jakiegokolwiek węża, skończy tak jak ten albo jeszcze gorzej.


X X X

- Felice, jestem zaskoczony tą prośbą.... Obawiam się, że musze odmówić.

- Proffeseur... Ja muszę się tego nauczyć... Oni myślą, że mogą wchodzić mi do głowy kiedy im się podoba, nie znają umiaru, tak się boją tego daru... Proszę!

- Je ne sais pas... Powinnaś z nimi porozmawiać, to nie jest dobre rozwiązanie. Nie powinienem...

- Z nimi nie da się rozmawiać, mają swoje przekonania, uważają mnie za głupie dziecko... Je vous prie...! Tak się nie da żyć!

- Nie wolno mi wchodzić do umysłów uczennic, gdyby directeur wiedziała...

- Nikt się nie dowie, przysięgam. Potrafię dochować tajemnicy. Nie mam się do kogo zwrócić, monsieur... jest pan jedynym przyjacielem jakiego mam...

- Eh bien... Spróbujemy, ale nie obiecuję, że będziemy kontynuować. Zapraszam po lekcjach... Madamme urwie mi głowę jak się dowie...


X X X

- Ostrzegam, to nieprzyjemne uczucie. Zaczniemy delikatnie... Legilimens... Za słabo? Felice, uczyłaś się wcześniej oklumencji?

- Czytam o niej odkąd znalazłam książkę w szkolnej bibliotece... Starałam się nauczyć ile się da, ale nie byłam w stanie przetestować swoich umiejętności.

- Musze powiedzieć, że to pozytywne zaskoczenie. Spróbuje nieco mocniej... Legilimens. Eh bien, jeszcze mocniej. Legilimens!

- Professeur...

- Przepraszam, Felice... Tout va bien? Już rozumiem, co miałaś na myśli... Zrobię wszystko, żeby ci pomóc.


X X X
- Boję się Sesil. - westchnęła Felice znad książki. - Nadal nie jestem świadoma kiedy przechodzę z języka ludzi na język węży.

- Jeszcze nikt się nie sssorientował, twoje środki ossstrożności przynoszą dobre ssskutki. - zasyczała gadzia przyjaciółka, wygrzewając się na kamieniu.

- Kto by pomyślał, że oklumencja pomaga na tylu płaszczyznach życia... - dziewczyna przerzuciła stronę w książce od eliksirów, ale patrzyła w przestrzeń ponad nią. - Gdyby nie profesor... Tyle mu zawdzięczam. Wiem, że przestawiam się na mowę węży kiedy o nich myślęi kiedy z nimi mówię, ale Sesil, ja tego nie słyszę. Wiem, ale nie czuję tego, nic a nic...

- Dobrze sssobie radzisz. Ssstaraj się dalej, będzie corasss lepiej.
- Ale Sesil... To działa, jak jestem spokojna. Co, jeśli ktoś mnie zdenerwuje?

- Ciebie nicsss nie wyprowadza ssss równowagi. Umiesz panować nad sssssobą. To element oklumencssssssji.

- A jeśli ktoś zacznie rozmowę o wężach? I nie będę mogła od niej uciec?

- Ssssssskup ssssię na rossssmówcsssssy. To jesssst w twoim sssasięgu.

- Mama idzie, chowaj się - syknęła Felice i wbiła spojrzenie w książkę. - Jak dobrze, że ona jest takim słabym legilimentą...

- Jak się masz kochanie? - zawołała nadchodząca kobieta. - Nauka dobrze idzie?

- Tak mamo, kolejny rozdział przerobiony. Ale jakoś mi to nie leży... Wolałabym starożytne runy. - Felice stłumiła irytację, kiedy poczuła jak matka usiłuje dyskretnie wniknąć w jej umysł. Dziewczyna z łatwością schowała Sesil w głębi umysłu i podsuwała intruzce spokojne obrazy nauki eliksirów.

- Powinnaś uczyć się tego co sprawia ci trudność a nie to co już umiesz, kochanie. Musimy razem z tatą lecieć. Poradzisz sobie, prawda?

- Oczywiście mamo.

- A jak tam twój... wiesz... Sprawia problem? - Matka niezdarnie usiłowała wybadać problem węży.

- Mamo, staram się zapomnieć a ciągle mi przypominasz - westchnęła dziewczyna. - Zdajesz sobie sprawę, że to przynosi odwrotny skutek?

Kobieta zmieniła temat i chwilę rozmawiały o wszystkim i o niczym. Kiedy serdecznie się pożegnały i mama poszła, Sesil wynurzyła się z zarośli.

- Ona mimo wszyssstko cię kocha. Ssstara się pomócsss na sssswój sssposssób.

- Wiem, ale ma takie podejście, że... Eh. Przykro mi, że muszę ją oszukiwać. Ale sama się o to prosi... - Felice skrzywiła się w duchu. - Przysięgam, że nigdy w życiu nie będę grzebać w cudzym umyśle. Nigdy.



Akceptuję, przy czym skomunikowanie się z wężami nie zawsze będzie możliwe i będą mogły się pojawić pewne utrudnienia - z powodowane jest to tym, że krew jest dość mocno wymieszała przez te wszystkie pokolenia. Oklumencję zaś zaczynasz z 30%, czyli na progu niewielkim, ale możliwe jest byś w razie czego się obroniła - wszystko jednak zależy od kości i od tego, kto będzie Twoim przeciwnikiem.


Ostatnio zmieniony przez Felice Felicis dnia Pią Maj 27, 2016 11:39 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Umiejętności Nabyte [w trakcie edycji]   

Powrót do góry Go down
 
Umiejętności Nabyte [w trakcie edycji]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
 Similar topics
-
» Ability- umiejętności pokemonów
» 002. Statystyki i umiejętności
» Zasady i opisy genetyk
» Frau
» Genetyka [w trakcie edycji]

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Biblioteka :: Księga Praw Magicznych :: Mechanika Gry -