Zapraszamy serdecznie do przyłączenia się do przygody!
CalendarCalendar  IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  GrupyGrupy  FAQFAQ  

Share | 
 

 Umiejętności nabyte

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Umiejętności nabyte    Wto Wrz 03, 2013 6:29 pm

NA TEN MOMENT ZABLOKOWANE SĄ UMIEJĘTNOŚCI NABYTE DLA UCZNIÓW, JEŚLI NIE LICZĄC ZAKLĘĆ NIEWERBALNYCH!
ODBLOKOWANIE NASTĄPI WKRÓTCE.



    ANIMAG



Animag (ang. animagus, od łac. animal – zwierzę i magus – mag) to czarodziej, który opanował umiejętność zmieniania się w zwierzę, choć niektórzy potrzebują różdżki do tej zamiany. Jest to bardzo trudna umiejętność, której nauka zajmuje długie lata, a do tego jest bardzo skomplikowana - nawet najbardziej doświadczeni mogą sobie z tym nie poradzić. Nic więc dziwnego, że animagów jest na świecie bardzo mało. Czarodziej nie może wybrać zwierzęcia w jakie się przemieni, jest to bowiem ściśle powiązane z jego osobowością (tak samo patronus jest ściśle związany z formą animaga). Animag powinien zarejestrować się w Ministerstwie Magii, jednak jak to zawsze bywa - niektórzy nie przestrzegają tego nakazu. Należy jednak pamiętać, że nielegalna przemiana może się równać poważnym konsekwencjom. Nie ma ograniczenia co do możliwości przebywania w zwierzęcej formie, jednak trzeba się liczyć z tym, że dłuższy pobyt w tej formie (np. pół roku) wpływa na wygląd czarodzieja, który nabiera zwierzęcych cech swojej formy. Po przemianie czarodziej traci swoje ciuchy, które pojawiają się na nim spowrotem po odmianie w człowieka.
UWAGA! Rejestracja na animaga musi wyjść fabularnie. Zarejestrować nie mogą się uczniowie.

Posiadający umiejętność:
Zarejestrowani:

  1. Minerwa McGonagall - Kot
  2. Marjorie Meadowes-Greyback - Lis

Niezarejestrowani:

  1. James Potter - Jeleń
  2. Peter Pettigrew - Szczur
  3. Rudolf Lestrange - Wilk
  4. Syriusz Black - Pies
  5. Ismael Blake - Kojot


[2 miejsca dla uczniów - jedno dla zarejestrowanego, drugie niezarejestrowanego]


    LEGILIMENCJA



Legilimencja - (łac. legere-czytać, mens-umysł) Jest to jedna ze zdolności, których należy się nauczyć, umożliwiająca wydobywanie uczuć i wspomnień drugiej osoby. Czarodziej, który bardzo dobrze opanuje legilimencję jest zdolny wykryć czy dana osoba mówi prawdę, czy też kłamie. Zdolność ta wymaga lat praktyk, ma się na nią większe, lub mniejsze zadatki - często wiąże się z intuicyjnym podchwytywaniem motywów drugiej istoty, jednak by dogłębniej spenetrować umysł ofiary konieczne jest użycie różdżki na mniejszych stadiach poznania tej sztuki.
UWAGA! Każdy początkujący w legilimencji otrzymuje 30% szans na rzucenie tego zaklęcia. Szanse te wzrastają o 5% za każdym razem, kiedy na kościach w sile zaklęcia wypadnie 5 i o 7% w wypadku wyrzucenia 6.  Informacje o tym można też znaleźć  tu.


  1. Caroline Rockers
  2. Asteria Freya Brown
  3. Giotto Nero



    OKLUMENCJA



Oklumencja (łac. occludo-zamknąć, mens-umysł, serce, wspomnienia) to cecha będąca odwrotnością swej poprzedniczki. Pozwala na magiczną obronę swego umysłu przed penetracją z zewnątrz. Tak samo jak w przypadku legilimencji - nie można się z tym urodzić.
UWAGA! Każdy początkujący w oklumencji otrzymuje 30% szans na rzucenie tego zaklęcia. Szanse te wzrastają o 5% za każdym razem, kiedy na kościach w sile zaklęcia wypadnie 5 i o 7% w wypadku wyrzucenia 6. Informacje o tym można też znaleźć tutaj.

Posiadający umiejętność:

  1. Alexandra Grace
  2. Bellatrix Black
  3. Emmelina Vance
  4. Silver Burke
  5. Prudence Grisham




    PATRONUS


Patronus to jedyny czar, który chroni przed stworzeniami czarnomagicznymi, takimi jak dementorzy czy śmierciotule. Niestety tylko niektórzy czarodzieje są w stanie go stworzyć, wymaga on bowiem wielu czynników. O ile w warunkach bezstresowych nie jest on niewykonalny, tak przy obecności wspomnianych stworzeń tylko czarodzieje z wrodzoną mocą potrafią prawidłowo go stworzyć. Każdy patronus jest indywidualny, odzwierciedla charakter maga, który go stworzy.
Więcej informacji na forumowej wikipedii.


    TELEPORTACJA[nie wymaga zapisów]




Teleportacja to zdolność pozwalająca przeniesienie się w przestrzeni w dowolne miejsce, które istnieje dokładnym obrazem w naszym umyśle. Oparta jest na sile woli teleportującego się. Wymaga ogromnego skupienia, niedokładnie użyta grozi nawet utratą życia, w najlepszym przypadku rozszczepieniem i utraceniem którejś części ciała. W Hogwarcie odbywa się co roku nauka teleportacji dla starszych roczników, do której każdy może przystąpić.
Do teleportacji służą specjalne kości (nie dotyczą osób, które wykupiły specjalizację: teleportacja).

  • Teleportacja udana - teleportacja przeszła bez przeszkód.
  • Teleportacja nieudana - czarodziej nie był w stanie się ruszyć z miejsca.
  • Drobne rany - czarodziej otrzymuje drobne rany w postaci zadrapań.
  • Poważne rany - znika w pojedynczych miejscach skóra, może nastąpić złamanie kości.
  • Rozczłonkowanie - czarodziej rozczłonkowuje się.




    ZAKLĘCIA NIEWERBALNE[można zdobyć jako nagroda fabularna/podczas lekcji/wykupić za fasolki]




Zaklęcia niewerbalne to umiejętność, dzięki której czarodziej zdolny jest bez wymawiania słów, będących kluczowym elementem magii, wytworzyć dowolny czar. Wystarczy, że zostanie on wyrażony wolą w myślach - nadal niezbędna jest oczywiście różdżka i często odpowiedni gest. Pozwala ona na wykorzystanie elementu zaskoczenia nad przeciwnikiem.
UWAGA! Czarowanie niewerbalne można wykupić za fasolki lub dostać w prezencie od Administracji w ramach wyróżnienia. Należy tą umiejętność wpisać do Karty Rozwoju Postaci.

Posiadający umiejętność:

  1. Sahir Nailah
  2. Caroline Rockers
  3. Prudence Grisham
  4. Ezechiel Yaxley
  5. James van Dijk
  6. Jonathan Avery Senior
  7. Giotto Nero
  8. Logan Hale
  9. Alice Hughes



Magia starożytna



    CZAROWANIE BEZ RÓŻDŻKI




Czarowanie bez różdżki to sztuka, którą mogą opanować tylko czarodzieje z potężną, wrodzoną mocą magiczną. Jest to możliwość rzucania czarów bez konieczności sięgania po różdżkę. Taką właśnie magią parają się dzieci-czarodzieje, nieświadome nawet tego, co robią. Zdolność ta zanika jednak wraz z wiekiem i jest przez większość całkowicie zapominana. Odpowiednio pielęgnowana i wyuczona może zostać przyswojona na nowo lub zachowana. Należy zauważyć, że są to czary o pomniejszej mocy. Za ich pomocą można przywołać do siebie przedmiot, lewitować, itp. - wszystko działa w bardzo umniejszonym stopniu.
UWAGA! Czarowania bez różdżki nie można używać w walce. Nie dotyczy postaci Voldemorta i Dumbledor
Więcej informacji na forumowej wikipedii.

Posiadający umiejętność:
* Rudolf Lestrange
* Asteria Freya Brown
[ZAPISY ZAMKNIĘTE DLA UCZNIÓW]


    SIŁA WOLI




Siła woli to umiejętność, która pozwala naginać rzeczywistość siłą naszego umysłu bez konieczności sięgania po różdżkę. Ograniczona jest kreatywnością czarodzieja. Magia ta była popularna w czasach średniowiecznych, jednak zanikła wraz z upływem wieków, w dzisiejszych czasach jedynie stare wampiry pielęgnują ten kunszt, skrywając sekret poza świadomością czarodziejskiego świata, który uznał ją za sztukę zapomnianą.
UWAGA! Siłę Woli można zdobyć jedynie poprzez fabularną rozgrywkę, tylko z warunkiem długiego stażu na forum i z udowodnieniem, że nie będzie ona nadużywana.



Żeby dostać którąś zdolność należy napisać historię, jak postać sobie radzi z tą zdolnością i umieścić ją poniżej.

Uwaga!
Dopuszczalne są 2-3 zdolności, ale wśród nich tylko jedna, z którą należy się urodzić. Administracja jednak przypomina, że jest niezwykle ciężko je zdobyć - zależy to od jakości podań i od wkładu danego użytkownika w forum, czy też jego postaci w rozwój fabularny.
Na forum możliwe jest wykupienie Genetyki bez pisania podania, za 200 fasolek. Więcej informacji tutaj.


I don't believe in anything, I'm just here for the violence


Ostatnio zmieniony przez Caroline Rockers dnia Sro Gru 27, 2017 1:16 am, w całości zmieniany 42 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Umiejętności nabyte    Nie Sty 25, 2015 6:54 pm

Jasnowidz

Jak to ostatnio bywało, Mary znów zasiedziała się w bibliotece, przez co dość późno znalazła się w swym pokoju. Na łóżku czekał już na nią jej ukochany towarzysz, kocur Jace, który to czuł się z pewnością zaniedbany, co pokazywał jej swym spojrzeniem. Starała się mu to jakoś wynagrodzić, choćby spaniem z nią w łóżku, no ale nie ukrywajmy, lepiej by było, gdyby spędziła z nim po prostu więcej czasu. Będzie musiała nad tym pomyśleć, lecz w tym momencie padała dosłownie z nóg, więc od razu skierowała się w stronę łóżka, położyła się, przykryła i od razu zasnęła. Miała nadzieję, że tym razem spokojnie sobie pośpi, może przyśnią się jej jakieś jednorożce skaczące po tęczy, nie żeby była jakąś ich fanką, czy też maniaczką koloru różowego, oj nie. Po prostu czasem wolała, by śniły się jej takie pierdoły, niż wizje po ciężkim dniu. Cóż, niestety Mary tej nocy miała pecha. Z początku nie śniło się jej nic, lecz po jakiejś godzinie pojawiła się w sali lekcyjnej, były to zajęcia z historii magii. Nauczyciel stał koło tablicy, nad nią była zawieszona stara mapa, która chyba towarzyszyła tej szkole już od czasów jej powstania. Cała klasa siedziała cicho, słuchała uważnie co nauczyciel chciał im przekazać. Chyba przez przypadek oparł się na chwilę o nieszczęsną tablicę, poruszając ją, przez co stara mapa, której sznurki się poddały runęła z impetem na jego głowie. Wszystko działo się tak szybko, że nikt nie zdążył zareagować. Mapa musiała mocno go uderzyć, bowiem ten runął na ziemię, ktoś zaczął wołać na pomoc, a jej sen zaczął się jakby od niej oddalać, a po chwili Mary obudziła się, gwałtownie siadając na łóżku i od razu chwyciła swój szkicownik, który zawsze leżał koło łóżka i zaczęła w nim rysować. Naszkicowała rysy nauczyciela, tablicę a nad nią mapę, oraz nazwę przedmiotu, i kilka słów, które zapamiętała. Zdarzało się bowiem, że zapominała o swych wizjach, w końcu to sny, a zdarzały się jej ostatnio dość często. Gdy już skończyła rysować, spojrzała na swe dzieło, a później na kota, który nawet się nią nie przejął z przyzwyczajenia. W końcu odłożyła szkicownik, wzięła głęboki wdech i wydech po czym znów poszła spać. Rano ubrała się szybciej niż zwykle, wzięła szkicownik i udała się na zajęcia. Gdy nastał czas na historię magii, weszła do sali jak najszybciej, a następnie poprosiła nauczyciela, by zdjął mapę i przyjrzał się mocowaniom. Na szczęście postanowił ją posłuchać, dzięki czemu lekcja przebiegła spokojnie i bez żadnych ran, a po lekcji tym razem udała się prosto do pokoju, by pobawić się nieco z ukochanym i trochę zaniedbanym kotem.

Akcept
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Sztuka

PisanieTemat: Re: Umiejętności nabyte    Czw Sie 20, 2015 12:24 pm

Ellie jest czarownicą krwi czystej jak łza, a zważywszy na tendencje do rodzenia się metamorfomagów w jej rodzinie - nikt nie zdziwił się, gdy dziewczynka pierwszy raz zzieleniała z zazdrości. Dosłownie zzieleniała. Z jakiego powodu? Tego nikt nie pamięta, a historia ma już tyle wersji, że zabrakłoby palców u rączek aby je zliczyć. Kontrolę swojej niesamowicie rzadkiej wśród czarodziejów zdolności wyćwiczyła dobrze przez siedem, długich lat edukacji w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, gdzie w zależności od sytuacji utrudniało lub ułatwiało jej to życie. Ślizgonka nigdy jednak nie narzekała na dar od losu - nosiła się z nim z dumą godną zielonej podszewki i niezbyt przytulnego dormitorium w lochach. Miłość do metamorfomagii zaszczepiła w niej oczywiście niesamowicie uzdolniona w tej kwestii matka, która w każdą dłuższą przerwę od pobytu w internacie szkoliła ją w tym zakresie tak dobrze jak potrafiła. Opuszczając bezpieczne jeszcze wtedy mury zamku potrafiła opanować niechciane przemiany, a nawet zmieniać swój wygląd wedle własnego uznania, chociaż nie był to efekt pewny i trwały - emocje często brały górę, a twarz czerwieniała wraz z włosami w nagłych przypływach złości, czy całkowicie szarzała w chwilach zawahania. Całkowitą władzę nad tą wrodzoną w jej ciało magią objęła dopiero po przyjęciu pracy korespondenta w Proroku Codziennym, gdzie wyrobiła sobie nerwy jak ze stali - praca dziennikarza była w tych czasach wyjątkowo niebezpieczna. Z tego powodu Ellie sprawdza się w tym zawodzie doskonale - jest wścibska i szczera do bólu, a dodatkowa możliwość zmian w swoim wizerunku okazuje się czasami zbawienna. Oczywiście kobieta nigdy nie doszła w tym do perfekcji, bo trudno jest na świecie o ludzi doskonałych, ale z pewnością nie można odmówić jej w tym talentu.

Akceptuję!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Przestępczość

PisanieTemat: Re: Umiejętności nabyte    Pon Lis 09, 2015 6:40 pm

Animag - wilk z gatunku Canis Dirus

Po raz pierwszy czułem.
Splotłem wątłe nici swojej świadomości z gęstym, miękkim futrem obcego stworzenia. Przelałem litry gorącej krwi w dziewicze żyły, penetrując niestrudzone serce nieustającym potokiem życia. Spojrzałem oczyma nieskrzywdzonymi przez niedorzeczność świata na kłębki pierwiastków - ofiara, drapieżnik, dom - i ujrzałem porządek egzystencji. Rozszczepiłem swe kruche kości spajając bezsilną masę w potężny szkielet, kunsztownie kreując klatkę żeber, w której umieściłem ostrożnie posłuszne, nietknięte chorobą, nietknięte życiem, organy. Zająłem czystą, smukłą przestrzeń czaszki, wtłaczając ducha w moją kreację, ucieleśnione dzieło mojej imaginacji. A gdy objąłem zmysłami wilcze ciało, dziewicze arcydzieło tkanki, pierwszy raz poczułem świat. W uważnych uszach zaszeptał pieszczotliwie wiatr, a pod olbrzymimi, mocnymi łapami równym rytmem biło serce Ziemi. Połacie futra i ciepły kokon powietrza otuliły moją istotę troskliwie tak, jak moja ludzka skorupa nigdy nie zdołała. Słynny wilk, matko.
Po raz pierwszy czułem się wolny.
U szczytu wzgórza ścielonego soczystą zielenią trawy stałem, a ślepia me, barwy królewskich rubinów, pożerały spragnione głębię doliny. Ostre pazury wbiłem w żyzną glebę, piętnując ją moją. Pradawne, najwyższe prawo natury nosiłem pod tętniącymi siłą mięśniami drapieżnika, prawo, które mianowało mnie władcą. Byłem jednym ze światem - jego królem i uniżonym sługą. Niewolnikiem i lennikiem bezlitosnego piękna, które wtargnęło w każdy zakątek planety - począwszy od obumarłych połaci mitycznych pustyń, poprzez pożądliwe labirynty faeriowych lasów, aż po spokojnie wzburzone, łaskawie zabójcze tonie oceanów. Zanurkowałem w zieloną głębinę, uderzeniami potężnych łap wzbijając w powietrze huragany błota i zmuszając pomniejsze ptactwo do rozpierzchnięcia się przed moim momentum; rozerwałem pazurami równinę, z której wyzułem dziesiątki drobnych robaków, by mogły paść ofiarą nieustępliwych dziobów. Odbierałem i dawałem. Miałem wszystko i nie miałem niczego - w tym tkwiła najwyższa wolność.
Po raz pierwszy czułem więź.
Przeskakiwałem przepaści ludzkiego pojmowania z każdym ominiętym korzeniem. Lawirowałem pomiędzy fantazyjnie kłaniającymi się pniami, czując pożądliwy dotyk ramion-gałęzi na skórze. Rytmiczne uderzenia moich łap o ziemię rozbrzmiewały drżącym echem w mojej czaszce, a oddech Conriego u mego boku wznosił w powietrze kłęby pary. W naturalnej synchronizacji, pierwotności instynktów i przerażającym pragnieniu, byliśmy jednym. Wycie naszych ostrych głosów rozerwało na strzępy nocną ciszę zaczarowanego lasu, a wraz z dźwiękiem ponad korony drzew umknęły nietoperze, ich piski zgubione w wilczym śmiechu. Transparentna lina, która splatała umysł mój i mego towarzysza naprężała się wraz z każdą dodatkową dzielącą nas milą, lecz nie mogła ulec zniszczeniu. Byliśmy stadem, byliśmy jednym.
Po raz pierwszy poczułem samotność.
Gdy porzuciłem wilczą skórę i stanąłem u bram ludzkiego żywota, me ciało było mi obce. Powietrze nie wypełniało płuc najczystszą z rzek, a krew nie biła uparcie w uszach. Gdy porzuciłem swe właściwe ciało, przywdziałem maskę obojętności i uzbroiłem się w chłód, moje maleńkie, ludzkie serce roztrzaskała tęsknota. Słynny wilk, matko, oto czym jestem.

Tekst zamieszczony poniżej stanowi podanie o przyznanie mej postaci umiejętności legilimencji, a raczej specyficznej jej odmiany, która polegać miałaby na odczytywaniu emocji i obraz z umysłów zwierząt i stworzeń magicznych, tak jak i ludzi. W przypadku odrzucenia tego rodzaju propozycji przez administrację proszę, by traktowany był jako wstęp do podania o tytuł animaga.

Legilimencja

Zerknąłem w czerwone ślepia, z wahaniem i nieodpartą ciekawością targającą mój umysł. Dwa oceany krwi połknęły mnie w całości, wyszarpując każdy strzępek świadomości z ram mego umysłu, rzucając każdy z nich wprost w obcą głębię. Szok i fascynacja wstrząsnęły tym, co pozostało z Rudolfa, bo oto stałem się Conrim, śnieżnobiałym wilkiem o przepastnej duszy, wyjącej o mrocznych lasach i niezbadanych łąkach, błyskawice emocji rozjaśniały jaźń ciemną i tajemniczą, a zmysły tak odmienne przytłoczyły moje. Zadziwiające, jak inna od ludzkiej jest budowa jego umysłu; kolorowe plamy wspomnień, emocji, obrazów migały mi przed oczyma w niezmiennie zmiennym huraganie, myśli tworzące całkowity, absolutny chaos. Próbowałem doszukać się weń porządku, odnaleźć głębszy sens i metodę działania. Wskoczyłem w centrum wiatrów i ujrzałem przed sobą własna twarz, na której widok Conriego - mnie - zalała fala emocji: troska, szacunek, sympatia, lojalność. Lecz nawet te słowa nie są w stanie wystarczająco dobrze opisać tego, co następowało z każdym kolejnym wspomnieniem.
W końcu znalazłem się w miejscu, którego nie znałem. Krawędź nieznanego mi lasu rozciągała się przed Conrim - mną, zdawała się docierać aż do horyzontów, a może i dalej, opasając Ziemię wokół. Księżyc lśnił wyjątkowo jasno nade mną, lecz nim spojrzałem na jego spuchniętą, okrągłą twarz, Conri zerwał się do biegu i oto zostałem wciągnięty w natłok doznań, których nie mogłem, choć tak bardzo chciałem zrozumieć. Zatraciłem się w tym biegu, pośród drzew i driad, jezior i nimf, pomiędzy niebem a ziemią, które były zupełnie innymi od tych, które znałem. Wyrwałem się, dysząc, z głowy Conriego. Jego czerwone oczy wbijały się we mnie nieco prześmiewczo, jak gdyby rzucając mi wyzwanie.
- Dziękuję, stary przyjacielu - szepnąłem, zanurzając dłoń w miękkim futrze za jego uchem, nim skierowałem się do drzwi bawialni. Szedłem do biblioteki znaleźć ten kawałek mojego jestestwa, który został w mentalnym lesie Conriego, a który znajdować mógł się tylko w księgach o animagach. Po raz pierwszy czułem, gdzie zmierzam.


Myślę, że legilmencja dotycząca zwierząt to już zupełnie inna bajka i jeśli miałoby coś takiego powstać to na innych zasadach, dlatego wszystko podpinam pod animagię.
I podanie akceptuję! Jest naprawdę świetne!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Nauka

PisanieTemat: Re: Umiejętności nabyte    Nie Lis 15, 2015 6:46 pm

Zaklęcia niewerbalne

Nerwowo spojrzała na stojący nieopodal zegar. Czasami miała ochotę się na niego poważnie obrazić mimo tego, że był zaledwie nieożywionym przedmiotem. Przecież jego wskazówki nie mogą przyspieszyć na zawołanie. Wśród wszystkich martwych rzeczy trudno byłoby oburzać się na coś żywego. Rodzice przecież nigdy nie chcieli źle. Uczono ją dla jej własnego dobra. Nie mogła pójść do Hogwartu bez znajomości sztuki niewerbalnego czarowania, ponieważ nie dałaby sobie rady z nauką praktycznie żadnego przedmiotu. Byłaby zerem już na starcie i to bez możliwości robienia jakichkolwiek postępów. Tym samym dlatego wtedy tak siadała. Przy solidnym, drewnianym stole, dawano jej różdżkę do ręki i zaczynali.
To było natychmiastowe i pierwsze spojrzenie - aż 10 800 sekund do końca tej lekcji.
- Skup się dziś Prudence. Mamy coraz mniej czasu. - Niski i wymagający głos ojca, który ciągle już na samym starcie ją upomina choć wcale nie musiał tego robić pojawiał się zawsze. To taki schemat tego spotkania. Powtarzany w kółko, w kółko i w kółko. A przecież ona wiedziała bardzo dobrze, że od owego dnia pozostaje jej równy rok do odjazdu z peronu 9 i 3/4. Rok. Jeden jedyny i spotka ludzi w swoim wieku. Młodzież, nauczycieli, będzie mogła biegać po zamku, odkrywać. Mogła kochać rodziców najbardziej na świecie (bowiem jakie dziecko tego nie czyni?), ale chciała wtedy tej wolności.
Ale jeśli się nie nauczy to nigdy nie będzie jej miała. Taka była umowa - opanuje to albo zostanie w domu i sami będą ją uczyć, a tego nie chciała. Wszyscy muszą zobaczyć świat i choć zamek miał być dla niej całym wszechświatem w przyszłości to nie dało się jej odebrać tego, iż po prostu w tamtej chwili pragnęła się do niego dostać, zobaczyć jak żyje się inaczej.
- Prudence, będziemy tu siedzieć tak długo, aż wreszcie Ci to wyjdzie. Zmarnowaliśmy już wiele czasu na powtarzanie teoretyczne. Od dwóch tygodni próbujesz i nic z tego nie wynika. Potrzebujesz postępu - Wspomniałam co leżało wtedy na stole? Nie? Cóż, już naprawiam ten błąd. Dziesięciolatka miała przed sobą świecę. Zadanie było banalnie proste - zapalić ją.
Incendio to całkiem łatwe słowo, zadanie wręcz idiotycznie łatwe, a... nic nie działało. Przez 3 długie miesiące czytano jej, ona po nocach czytała sobie znowu. Byleby zrozumieć, jak powinno to funkcjonować. I była pewna, że jest gotowa (a przynajmniej na tyle, na ile w ogóle może być dziecko). Jednak wciąż nic się nie działo.
Drugie spojrzenie na zegar - jeszcze 7 958 sekund do względnego końca.
9 950 sekund i powinni skończyć. Ostatnio odgrażał się, że wydłuży ten czas, ale nigdy tego nie robi. On też czuje tą presje i nie ma powoli sił na ćwiczenie z dziewczynką. W końcu normalni uczniowie zajmują się tym na VI roku, a ona nawet nie jest na pierwszym!
Ręka zaczęła jej drżeć. Powtarza, powtarza, powtarza i powtarza w kółko w kółko i w kółko...
Ten sam ruch dłoni. Tak samo trzymając różdżkę. Usilnie powtarzając jedno słowo w swojej głowie.
I świeca, jak się nie zapalała, tak się dalej nie pali.
Trzecie spojrzenie na zegar - tylko 450 sekund do końca.
- Prudence! - podniesiony głos w desperacji przywołał do pomieszczenia matkę. Ona również się niepokoiła. W domu wzmogły się krzyki, kłótnie, dysputy. Aura robiła się coraz gorsza, bo czas uciekał. Rok to niewiele, jeśli chce się przeskoczyć w nim 7 długich lat dojrzewania psychicznego dziecka. Nie mogli jednak zacząć wcześniej. Uczyć siedmiolatkę? To nigdy by się nie udało.
- Aveley kochanie, na dziś już koniec - Dziecko spojrzało na zegar.
Rzeczywiście, co do sekundy. Zasunęła za sobą krzesło, skinęła głową w kierunku ojca i wyszła z pomieszczenia.
- Nie nazywaj jej tak. Powinna się przyzwyczaić... - Nigdy nie zwracał się do niej tak, jak naprawdę powinien. Z troski. Ten człowiek wszystko robił dla niej. Nie miała się nigdy pojawić, ale mimo wszystkiego, co się wydarzyło on kochał ją, a ona jego. Rodzina to rodzina w końcu.
- Już jest dostosowana. Za rok już nigdy nie usłyszy swojego imienia, więc nie można jej odbierać chociaż tych chwil.

3 miesiące później...

Ojciec już siedział, a Prudence dołączyła do niego. Znowu ona, różdżka i świeca. Można zwariować z takim schematem. Cóż, czego by o nich nie mówić to jednak nie zwariowali jeszcze. Tylko jej dziecina rączka, którą tak bardzo męczono wskazywała na to ciągłe zajęcie. Była prawie o połowę chudsza niż druga po tak długim treningu, który wciąż nie przyniósł oczekiwanych efektów.
By dopełnić ten rytuał pokierowała swój wzrok w stronę tarczy zegarowej.
Merlinie! Jak wielkie było jej zaskoczenie, gdy nie mogła spokojnie przyznać przed sobą, ile pozostało sekund do końca.
Wskazówki stały. Nawet nie drgnęły. Ze zdziwienia prawie wypadły jej oczy. Nie uszło to uwadze jej nauczyciela.
- To znak - Tylko tak to skomentował i nawet nie rozwinął swojej myśli bardziej, co nieco ją zastanowiło. Nie rozumiała jakaż to wiadomość zostać miałaby przekazana przez zegar, który zwyczajnie się zatrzymał.
Teraz jednak nie wiedziała, ile czasu będzie tam siedzieć. W pomieszczeniu prócz ojca, zegara, stołu i świecy nie ma już niczego na czym mogłaby skupić wzrok. Na nim nie, bo zacznie ją pouczać, dawać wskazówki, powtarzać jakie to istotne, by wreszcie ruszyli dalej. Jeśli pokieruje spojrzenie na stół to wyjdzie na to samo. Wpatrywanie się zaś w stojący zegar wydawało się zbyt bezsensowne.
Patrzyła więc przez cały czas na knot świecy.
I machała tą swoją mizerną rączką.
I powtarzała słowo.
I nie liczyła już sekund, których nie mogła określić.
Ale to wszystko wydawało się bezsensowne.
Chciała tylko zapalić głupią świecę!
Chciała i to bardzo.
- Nie zapłonie, nie pojedziesz do Hogwartu - CO? Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! To się nie mogło wydarzyć. Nie po tak długim czasie przygotowań. I już przestała tylko "chcieć" zapalić świecę. Musiała ją zapalić i postanowiła, że tak się stanie. Do końca zostało dosłownie klika minut, ale ona nie miała tej świadomości. Już żadne głupie wskazówki nie zaprzątały jej głowy. Nie myślała o tym, że "powinna zapalić świecę", a o tym, że to zrobi.
Machnęła znowu różdżką, wpatrywała się w knot i wiedziała, że ją zapali.
Incendio - powiedziane w jej głowie raz, a dobrze wystarczyło.
Świeca zapłonęła. Ani ona, ani on nie wierzyli w to, co widzą.
Na reszcie - westchnęła w duchu.

Kolejne 10 miesięcy później...

Gdy tylko weszła do sali od Zaklęć zaczęła się uśmiechać sama do siebie. Czuła, że to będzie jedna z tych lepszych lekcji. Wystarczyło, że zobaczyła, co leży na ławkach
- Dziś moi drodzy zajmiemy się zaklęciem Incendio. Służy ono do wyczarowania ognia. Sądzę, że domyślacie się, co macie robić. Przed wami stoją świecę. Musicie je zapalić w ten sposób - W tej chwili nauczyciel wykonał tak znany dziewczynie ruch ręką rzucając zaklęcie, a świeca natychmiast zapłonęła, sprawiając że banan na twarzy Prue tylko się rozszerzył. Potem powtórzył on kilkakrotnie ruch i zwrócił uczniom uwagę na intonacje.
A potem dzieciaki zaczęły bezmyślnie machać różdżkami, jakby toczyły wojnę na patyki. Nie skupiały się zbytnio. Prudence wiedziała, że to jest jej dzień. Ten jeden w którym może się wychylić dla własnej przyjemności. Pokazać, że coś potrafi.
Zostawiła gdzieś daleko klasowy szum, czuła jakby siedziała znowu przy znanym sobie domowym stole. Spojrzała na knot i rzuciła zaklęcie z wyuczoną po wielu miesiącach koncentracją.
Świeca natychmiast zapłonęła.


Było kilka błędów, ale nie jakoś zbytnio rzucających się w oczy. Podanie zaakceptowane!


Acting on your best behaviour
Turn your back on mother nature
Everybody wants to rule the world

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Przestępczość

PisanieTemat: Re: Umiejętności nabyte    Nie Lis 15, 2015 9:21 pm

Magia bezróżdżkowa

Błysk światła, wybuch radości. Tryumfalne warknięcie, ciemność.
- Kurwa. Kurwa. Kurwa. Kurwa. Kurwa! - staccato bluźnierstw, piano, mezzo piano, forte, fortissimo... I niezrozumiały bełkot, con sordino, akompaniament szalejącego gniewu, rozwścieczona melorecytacja porażki.
Był tak blisko, tak cholernie, piekielnie, nieprawdopodobnie blisko. Jego ciało porwały wibracje pozbawione rytmu, w żyłach płynęła czysta magia, oczy płakały łzami koncentracji―
przez moment frunął. W rozciągniętym skrawku wieczności, jego wola rozdarła więzienie ciała i szybowała, wreszcie nabrawszy wiatru zwycięstwa w swe zmęczone skrzydła, eksplodując w końcu szokiem białego światła. Wraz z błyskiem sukcesu zgasła jego kontrola, gdy przejmująca radość chwyciła determinację za ogon i wciągnęła z powrotem, wprost w komnatę czaszki. Liche iskierki siły woli pozwoliły mu zaledwie na doczołganie się do samotnego szezlonga, nim zgasły, odradzając się niczym feniks w smaku porażki pełzającym, niby wściekły płomień, w górę krtani, popielącym język, liżącym wargi pożogą przekleństw.
Pulsujący szum w skroniach i rytmiczne bicie zegara, nowe legato czasu, wyrok śmierci dla czternastej godziny męczarni, wyrok śmierci dla wytrzymałości Rudolfa. Przeminęły już minuty wypełnione furią, z gorzką rezygnacją ustępując miejsca nowemu porządkowi desperacji. Niczym Jeździec Apokalipsy nieustępliwa, z impetem wtargnęła w duszę czarodzieja, zbierając żałosne żniwa jego wysiłków. Źrenicami uciekającymi uparcie pod ociężałe powieki spojrzał raz tylko, tęsknie, na różdżkę kpiącą z jego wysiłków z drugiego rogu komnaty, pozbawiony najdrobniejszych okruchów siły, które pozwoliłyby mu na jej dobrnięcie. Zadrżał, czy to z zimna czy wstydu, nim pozwolił kołysance własnego oddechu pociągnąć się w ramiona snu. Nie był świadkiem mozolnej, powietrznej podróży miękkiego koca, lecz z wdzięcznością pieszczącą granice świadomości wtulił twarz w miękki materiał. Zasnął zbyt szybko, by zauważyć gniewne iskierki sypiące się hojnie z czubka różdżki, jak gdyby chciała krzyczeć ich ognistą czerwienią, że ona wcale, ale to wcale nie chciała zostać zapomniana i przecież sama bardzo dobrze radziła sobie z Lumos.
Szczęk zamków, drżący oddech. Huk, ciche westchnienie.
- Tylko... Tylko... Troszeczkę―
Ogłuszająca kakofonia wyzionęła z rytmicznie raniącej uszy piersi ostatni akord, rozpływając się w milczenie usłane cichymi sapnięciami zmęczenia. Samotna postać klęczała bez ruchu na kamiennej posadzce, uginając kark przed szeregiem osmalonych drzwi. Płuca wkrótce nabrzmiały potężnymi haustami powietrza, w nozdrzach i gardle wściekłe drapanie dymu, zapachu palonego drewna i rozżarzonego metalu. Pełen nieokiełznanej radości śmiech wybuchł perlistą symfonią dźwięku, unosząc ze zmęczonych barków ciężar ciszy, gdy niebiańska słodycz samozadowolenia złagodziła pieszczotą napięcie w mięśniach i duszy. Umysł Rudolfa skomlał cicho, niezauważenie, nie ważąc się splugawić ważkości tej chwili. Pomiędzy mentalnym rykiem (Alohomora, Bombarda, Reparo, Alohomora, Bombarda, Reparo...) a wątłymi sapnięciami zmęczenia nie było czasu na narzekanie. Istota Lestrange'a płynęła wartkim potokiem kontrolowanej magii, roztrzaskując z impetem stalowe zamki, odbijając się i w destruktywnym momentum uderzając kolejne, kolejne, kolejne i kolejne, nie zbaczając z kursu. Drżącą dłoń wyciągnął w kierunku cisowej różdżki, rozkoszując się bezpiecznym, stałym ciepłem. Słaby, lecz dzwoniący lekkim tonem satysfakcji głos przyzwał potulnego skrzata domowego, który w niemal idealnej synchronizacji z cichym pyknięciem teleportacji postawił przed bladym obliczem Rudolfa szklankę do brzegu wypełnioną czystą, źródlaną wodą. Łapczywym łykiem wychynął cudownie chłodną ciecz, lecz nawet ta pieszczota nie mogła równać się z tak długo wyczekiwanym uczuciem zwycięstwa.
Struga krwi, nieprzerwana melodia krzyku. Świetlna podróż zieleni, śmiech.
Srebrne łańcuchy, niczym oszalałe węże opadły na posadzkę z głośnym szczękiem, wijąc się wściekle w ostatnich podrygach spajającej je magii. Blade mugolskie ciało, kształtem przypominające wszystko i nic, pochłonęło strumień płynnych szmaragdów, który wraz z Rudolfową świadomością wbił się w szczątki jestestwa człowieka, istoty, zwierzęcia, zawodzącego bestialskim wyciem przerażenia.
- Hm - pomruk zadowolenia ślizgający się wśród szkarłatnych kałuż jego autorstwa, rozbrzmiał głęboko w piersi czarodzieja.
Spokojna dłoń ścisnęła silnie, zaborczo gładką różdżkę spoczywającą w kieszeni szaty, rozkoszując się wyimaginowanym mruczeniem, które wibrowało w głębi cisowego drewna. Chłodne, sporadycznie pieszczone drzewo zdawało się z nim zgadzać - w istocie, ten odcień Avady był najpiękniejszym symbolem siły. Czarne, wreszcie całkowicie zaspokojone oczy przemknęły po tarczy zegara. 30 sekund nikłego wysiłku, 30 sekund kondensacji woli. Wreszcie, wreszcie jego trening dobiegł końca, zwieńczony jakże cudownym, znajomym i umiłowanym błyskiem czystej mocy.

Akcept.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Umiejętności nabyte    Pią Gru 30, 2016 1:19 am

Półwila

- Alistaire, kochanie, wychodzisz? – w melodyjnym głosie nie było słychać nic, oprócz rozbawionego zainteresowania.
Dokończył wiązanie butów i wyprostował się, by spojrzeć na swą piękną matkę, której smukła sylwetka pojawiła się nagle w sieni. W przygaszonym nieco świetle wyglądała jeszcze bardziej oszałamiająco, niż zwykle, co musiał przyznać z niedowierzaniem. Celeste, ze swą nieskazitelną skórą, włosami i oczyma barwy czekolady, była najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykokolwiek dane było mu zobaczyć. Czasem zastanawiał się, czy nie próbowała uwieść swojego homoseksualnego syna, lecz odrzucał tę myśl niemal natychmiastowo – gdyby takie były jej zamiary, niewątpliwie już dawno odniosłaby sukces, pal licho w orientację seksualną i braterstwo krwi.
- Owszem – odpowiedział z małym uśmiechem, podchodząc bliżej i całując gładki policzek. – Na pewno wspominałem Ci już o tym uroczym czarodzieju, którego zacząłem widywać.
Drobna dłoń odgarnęła splątany lok z jego twarzy, nim zdążył się odsunąć i narzucić na ramiona ciężką, podszytą futrem pelerynę.
- Baw się dobrze więc. Nie bądź zbyt grzeczny, wiesz, że nam nie wypada.
Potrząsnął głową, śmiejąc się cicho, odwrócił się i chwycił klamkę, szykując się do wyjścia.
- Och, pamiętaj jeszcze, by zaprosić go na herbatę. Twój ojciec wyjeżdża w przyszłym tygodniu.
Obejrzał się, by spojrzeć na twarz swojej mamy, w niepewności marszcząc brwi. Gdy ujrzał na wiecznie młodej twarzy ten znajomy, niepokojący nieco uśmiech, przewrócił oczyma. Nikt nigdy nie mówił, że aprobatę jego matki będzie łatwo uzyskać, prawda? Biedny Misiaczek, on przecież jeszcze nie wiedział, jak bardzo wile lubiły się bawić.
- Oczywiście, mamo.
___________________________________________________________

- Alistaire? – dobiegło go z wnętrza mieszkania. – Poczekaj momencik, zaraz będę!
Nie odpowiedział, zamiast tego podążając za nietypowym hałasem, który docierał jego uszu. Stąpał cicho, zerkając przez próg do kolejnych pomieszczeń, nim zauważył uchylone drzwi do pokoju, którego nigdy wcześniej nie widział.
Wiedziony zgubną, lecz tak typową dla niego ciekawością, zbliżył się. Już, już niemalże kładł dłoń na starym drewnie, nim drzwi otworzyły się całkowicie, a z wnętrza tej sekretnej komnaty wyślizgnęła się znajoma mu sylwetka.
- Prosiłem cię, żebyś zaczekał – powiedział czarodziej karcąco, patrząc na niego z góry.
- Dzień dobry i tobie, Misiaczku. Nie powinieneś kazać swym honorowym gościom czekać – odpowiedział, próbując dojrzeć coś pod ramieniem mężczyzny. – Nigdy nie widziałem tego pokoju.
- Honorowym gościom? Wybacz, czy ktoś wszedł za Tobą? I bardzo dobrze, tak ma zostać.
- Och? Czujemy się dzisiaj asertywnie? – spytał słodko, ironicznie.
Zbliżył się bardziej, czując zapach perfum, do których powinien był już przywyknąć, lecz które zawsze działały na niego tak samo. Schwycił dłonie swego towarzysza we własne, spoglądając na niego niewinnie spod rzęs.
- Nie bądź taki okrutny, Misiu. Co jest w środku? – prychnięcie, które usłyszał w odpowiedzi w ogóle go nie zadowoliło.
Mulciber nie życzył sobie, by jego wybranek miał przed nim jakiekolwiek sekrety. Zmarszczył podejrzliwie nos.
Jego palce z łatwością znalazły kształt pierścienia, który od razu skradły mężczyźnie z dłoni. Pozwolił sobie tylko na moment tryumfu, nim spojrzał znów w te jasne, lśniące oczy i uśmiechnął czule (z zaskoczeniem zauważył, że już nie musiał tej czułości udawać).
- Proszę, pokaż mi, co jest w środku – powtórzył, bardzo cicho, ustami muskając policzek starszego czarodzieja. Musiał stanąć na palcach, by tego dokonać, a zarost mężczyzny mile drapał jego własne lico.
Nie musiał już tak wiele wysiłku wkładać w wykorzystywanie swego „uroku”. Wraz z praktyką, przychodziło to coraz łatwiej. Rozmarzone i rozkojarzone spojrzenie nie dziwiło go już ani trochę, a nawet sposób, w jaki drugie ciało niemal instynktownie do niego lgnęło nie budził niepokoju. Używanie umiejętności wili wciąż wymagało nieco skupienia, zwłaszcza, gdy próbował oczarować tego konkretnego czarodzieja. Jeśli jednak spojrzał mu wystarczająco głęboko w oczy, wystarczająco subtelnie zatrzepotał rzęsami, było to całkiem wykonalne.
I w ten oto sposób znalazł się wkrótce w zupełnie nowym świecie, pełnym lśniących, magicznych przedmiotów, którego istnienia sobie nie wyobrażał.
__________________________________________________________

- Alistaire, wychodzisz już? – wymruczane z niezadowoleniem gdzieś spod kłębu pościeli.
- Mhm.
Czupryna splątanych, ciemnych włosów wyhynęła spod kołdry, a wraz z nią te śliczne, błyszczące, zirytowane teraz oczy. Miś nic nie mówił
- Dlaczego patrzysz się na mnie, jak gdybym zadźgał jakiegoś niewinnego szopa?
Jedyną odpowiedzią był oburzony pomruk.
Alistaire z cichym westchnieniem przysiadł na skraju łóżka i odgarnął ze zmarszczonego czoła kosmyk włosów.
- Moja matka zaprasza nas na herbatę w przyszłym tygodniu – jego słowa odniosły zamierzony efekt: mężczyzna wyprostował się trochę i wreszcie przemówił.
- Że co proszę?
- No proszę, to mówi. Nie każ mi się powtarzać, z twoim słuchem nie jest jeszcze aż tak źle.
- Dlaczego Twoja matka zaprasza nas na herbatę?
- Nie wiem, ale bardzo jej na tym zależy.
- Nie ma mowy.
- Zrozumiano. – odsunął się, już prawie wstając.
- Jeśli się zgodzę, zostaniesz jeszcze trochę? – bardzo ciche, zirytowane, dopiero po chwili milczenia.
Alistaire uśmiechnął się.
- Oczywiście, misiu.

Akceptuję!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Oczekujący

PisanieTemat: Re: Umiejętności nabyte    Sro Lut 01, 2017 7:30 pm

Uwaga!
Od dzisiaj zapisy na Oklumencję i Legilimencję są zamknięte DLA UCZNIÓW aż do odwołania (najprawdopodobniej do wrzucenia nowego tematu z Genetyką).

Jest to spowodowane tym, że jednak za dużo uczniów te trudne umiejętności posiada, a jednak bez lepszej rozbudowy ciężko jest mówić jak to powinno wyglądać - przecież nie chcemy by nagle wszyscy dysponowali możliwością obrony swojej głowy lub też włamywania się do czyichś myśli czy też wspomnień. Mamy nadzieję, że po rozpisaniu będzie to klarowniejsze.

Nie dotyczy to oczywiście przypadków, które fabularnie się tym zajmą - to już będzie regulowane przez Mistrza Gry.


I don't believe in anything, I'm just here for the violence
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Hufflepuff

PisanieTemat: Re: Umiejętności nabyte    Nie Sie 13, 2017 6:11 pm

Animagia: Kojot

Kiedy jest się stworzeniem innym od człowieka, można doświadczyć o wiele więcej rzeczy. Kiedy komórki przekształcają się, tworząc coś zupełnie różnego od nagiej, delikatnej skóry, wyprostowanej sylwetki i przeciwstawnego kciuka, pozwala to wkraść się na zupełnie inny stopień poznania otaczającego świata. Zaczyna grać coś innego - nie czysta, ludzka inteligencja, chociaż oczywiście - zachowuje ona swój kształt, prowadząc stworzenie przed siebie, w sprężystych krokach. Zaczyna grać coś, co przez lata ewolucji i życia w kamiennych murach, w tłumach, w zadymionych miastach wśród metalu, plastiku i bezwarunkowego bezpieczeństwa, zostało uśpione. To, co zostało zepchnięte na dalszy plan, jako odpad - niepotrzebna rzecz, która w dobie globalnego wsparcia człowieka przez bliźniego, stała się niczym zepsuta zabawka.
W sercu zaczyna grać instynkt. Czysty instynkt, który począwszy nieśmiało, a potem z coraz większym zaangażowaniem rozpycha się bardziej i bardziej, wykradając kolejne skrawki miejsca. Jest zazdrosny i nie chce pozwolić czystemu, logicznemu rozumowaniu powrócić na swoje miejsce, zwykle jednak kapituluje w końcu.
To była chyba ciekawość. Jakieś delikatne jej muśnięcie, które potem popchnęły Rudą Zmorę do podjęcia próby. Do podjęcia wyzwania, jakie rzucała swoim własnym umiejętnościom, cierpliwości i zaangażowaniu. Ta ciekawość - szybko stanąwszy się niezwykle silną, podszeptywała jej, że oto mogą otworzyć się przed nią zupełne nowe możliwości poznania tego, co kocha. Możliwości nowego eksplorowania i poddawania testom. Możliwości podjęcia obserwacji tego, co było dla niej tak ważne. Jako inny ona, mogłaby podejść tam, gdzie wcześniej nie była w stanie i to wszystko, razem i osobno, sprawiało, że pragnęła jeszcze bardziej.

Oczy szeroko otwarte. Lodowate powietrze w płucach. Ukłucia mrozu na skórze. Noc, owijająca czarnym całunem upstrzonym błyskającymi asteryzmami postać, która stała pomiędzy drzewami. Księżyc, którego tarcza świeciła mocno i wyraźnie, wystrzegając się jednak przyjęcia formy idealnego okręgu. Jeszcze parę dni zostało do pełni, która zwiastowała przepełnione bólem i łaknieniem wycie, które w tych stronach było dosyć powszechną przypadłością.
Proces był trudny. Niezwykle skomplikowany i delikatny. Wymagał od niej daleko idących kalkulacji, nie mówiąc o czasie przygotowań do w ogóle podjęcia próby. Nie była to jej pierwsza, ani druga. Ani też dziesiąta. Zawsze wracała do domu z pustymi rękoma: wiedziała jednak, że warto. Czuła to - gdzieś pod skórą wiedziała, że ten trud opłaci jej się wreszcie. Wychowana w końcu został na człowieka świadomego siebie i znającego swoje możliwości, a to na pewno leżało w ich zakresie. Musiało.

Przekonstruowanie żeber, gotyckiej katedry skrywającej serce. Zmodyfikowanie kończyn, które zmieniły kątowanie. Przesunięcie uszu w górę czaszki i rozszerzenie powierzchni małżowin usznych, które przybrały trójkątny kształt. Wydłużenie szczęki i zębów, a także przeobrażenie kręgów guzicznych w ogonowe, powielenie. Przeistoczenie paznokci w pazury i wytworzenie poduszek łap. Finalnie zmiana włosów na sierść, która pokryła całe ciało. Nie straciła na barwie - złocista, przyprószona z różnych stron nieco szronem i czernią. Na świat patrzyły oczy - te same, dobrze znane, o różnorakiej barwie, którą odcinały się wyraźnie na tle futra i błyszczały w ciemnościach niczym dwie gwiazdy, odbijając blask sióstr i księżyca.

Nie wyróżniała się niczym pod względem wzrostu czy postawy, jeśli chodzi o innych przedstawicieli tego gatunku. Złote futro porastało grzbiet i przesiane było delikatną bielą, a także szarościami i czernią. Zwierzęce oczy patrzyły na świat ciekawsko, jednak ich barwa była tym właśnie, co świadczyło o jej inności. W końcu nie każdy kojot miał jedno oko lekko zielone, a drugie błękitne. Jeszcze parę oddechów. Parę krótkich zaczerpnięć powietrza, które chłodem drażniło płuca. W końcu ruszyła przed siebie, na miękkich łapach, otulona ciemnością i wyraźnym, ostrym jak nigdy dotąd, światem natury. Światem, który był jej bliższy, niż jakikolwiek inny.


Akceptuję!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
avatar

Szpital św. Munga

PisanieTemat: Re: Umiejętności nabyte    Pon Paź 30, 2017 12:44 am

Animag: lis rudy

Nikt nie mówił jej nigdy, co powinna robić. Nawet wtedy, gdy znajdowała się jeszcze pod skrzydłami swojej najukochańszej opiekunki, Maeve dawała jej tylko luźne sugestie, proponowała wybór jednej z wielu różnych opcji, chcąc pokazać swojej podopiecznej, ile barw miał tak naprawdę świat.
To było na swój sposób piękne. Zieleń lasów, dojrzale miodowe zboża, szafir wód, błękit nieba... Nawet noc nie była tak po prostu czarna. Nie. Mae nauczyła ją dostrzegać wszelkie odcienie granatu poprzecinane złotawymi migoczącymi punkcikami - gwiazdami, które migotały tak właśnie dla niej.
Finlay w swych naukach o świecie unikała tylko jednego, będąc święcie przekonaną, iż dziecko wiedziało o tym już nazbyt wiele. Mroczna czerń nigdy zatem praktycznie nigdy nie pojawiała się w ich rozmowach, a ponure szarości gościły w nich równie rzadko. Kraina Alyssy była wręcz idealna i nawet brak kontaktu - a częstokroć także prawie ostentacyjna oziębłość - ze strony ojca nie był w stanie tego zepsuć.
Praktycznie przez sześć początkowych lat życia, Meadowes była święcie przekonana, że rzeczywistość ma wyłącznie ciepłe, przyjazne barwy. Że pięknie wybarwione róże kwitną po to, by być przez nią podziwiane, a lśniąco kasztanowa sierść koni błyszczy specjalnie dla niej.
To nie był ten narcystyczny sposób odnoszenia się do otoczenia, choć z pewnością nie da się ukryć, że tkwiła w nim obfita doza egoizmu, który panna Finlay usilnie starała się zaszczepić w wyjątkowo nieśmiałym dziecku, zdając sobie sprawę z tego, iż mogło to na swój sposób wynagrodzić małej Aly jakikolwiek brak zainteresowania ze strony jedynego członka bliskiej rodziny.
Gdy ptaki śpiewały tylko dla niej, znacznie łatwiej było pogodzić się ze świadomością, że tylko one chciały z nią rozmawiać. Gdy konie prezentowały się tak pięknie właśnie ze względu na jej obecność, brak widywania ojca nie bolał aż tak bardzo, bowiem istniał ktoś, kto się przed nią nie krył.
A gdy Maeve odeszła, przegrywając walkę z chorobą...
Świat stracił ostrość swoich barw, jednak nadal mógł być kolorowy. Wystarczyło tylko, że Alyssa zamykała oczy, a cienie nie zaburzały jej widzenia. Nie znała szarości aż tak dobrze. W jej oczach niebo płakało po stracie wspaniałego człowieka, lecz nie było tak po prostu szare. Było srebrzyste.

Cause they got the cages, they got the boxes...

Sama nie do końca pamięta, kiedy tak właściwie po raz pierwszy dostrzegła to, jak paskudny naprawdę był świat. Nie jest w stanie powiedzieć, czy rzeczywiście było to już po śmierci opiekunki, czy może jednak powolutku wkradało się to do jej umysłu jeszcze za życia kobiety.
Doręczycielem brutalnej prawdy z pewnością był jednak jeden niepozorny chłopiec. Zabiedzony, chudy, płochliwy, by nie powiedzieć, że wręcz zdziczały. To właśnie on był tym, kto otworzył oczy Alyssy. Ona sama wcale tego nie chciała, usilnie pragnąc pozostać w swoim perfekcyjnym świecie, w którym nic nie mogło jej skrzywdzić.
Nie była głupim dzieckiem. Być może tylko trochę nazbyt naiwnym i ślepo wierzącym w to, co wpoiła jej dorosła przyjaciółka. Nie chciała tego tracić, podświadomie wiedząc, że dociekanie prawdy nie miało przynieść nic dobrego, bo - w przeciwieństwie do jej rzeczywistości - jedynymi barwami w świecie jej nowego towarzysza były zmieniające się kolory siniaków i zadrapań na jego ciele.
Nie potrafiła jednak tak po prostu na to nie patrzeć. Nim się spostrzegła, zapragnęła dowiedzieć się więcej i nic nie mogło jej przed tym powstrzymać. Nawet wtedy, gdy ostrzał pytań, jakie wiecznie zadawała, spotkał się z całkowitym milczeniem, szukała sposobów, aby zweryfikować to, co dotychczas sądziła.
Chciała tego dla dobra ich obojga. Pragnęła pokazać mu swoje spojrzenie na świat, obdarzyć ciepłem, nie pozwolić odpłynąć jeszcze dalej w powoli narastający mrok. Aby to zrobić, sama musiała zaś zakosztować tej ciemności.
To... Nie było dobre, nie było przyjemne, nie było czymś, na co z początku się pisała, ale przyniosło efekty. Być może jej świat nie był już wyłącznie jaskrawy, jednak oddanie paru złudzeń nie mogło równać się z zyskaniem przyjaciela. Jak wtedy sądziła - na dobre i na złe, na resztę życia.
To było lepsze od życia w świecie snów. Wreszcie miała kogoś, kto był człowiekiem z krwi i kości, a ptaki nadal śpiewały przepięknie.

...and guns.

W swojej niezmiernej niedojrzałości nie spostrzegła, że wymieniała fantazje na coś równie nierzeczywistego. Sny na jawie zostały zastąpione przez wyjątkowo kruche marzenia. Nie dało się tak po prostu lawirować pomiędzy dwoma światami i choć ona uparcie próbowała to robić, jej towarzysz najwyraźniej nawet o tym nie myślał.
Odszedł od niej bez słowa. Tak po prostu zniknął, pewnego dnia nie pojawiając się w ich miejscu i nie robiąc tego także kolejnego poranka. Ani następnego, ani później... Ani już nigdy więcej.
Czekała na niego niczym porzucony szczeniak. Dzień w dzień wypatrywała go przez okno, potrafiąc długimi godzinami opierać się o parapet i patrzeć w przestrzeń. Liczyła na to, że być może następny dzień przyniesie im ponowne spotkanie.
Z początku była tylko zmartwiona, z czasem niepokojąc się coraz bardziej, aby wreszcie spróbować dowiedzieć się czegoś na własną rękę. Nie miała zbyt wielu możliwości, jednak to znaczyło dla niej naprawdę wiele. Prawda zaś wcale jej nie uwolniła. Posłużyła wyłącznie wyzbyciu się kolejnych złudzeń.
Porzucił ją, by uciec z domu i zadać się z równie patologicznym środowiskiem jak to, w którym tkwił od samego początku. Zamiast skorzystać z dłoni, jaką wielokrotnie ku niemu wyciągała, wolał wybrać coś, czego toksyczność znał aż nazbyt dobrze.
Ten postępek zranił ją jak nic, z czym miała przedtem do czynienia. Meadowes powzięła decyzję. Nie zamierzała już nigdy więcej odezwać się do osoby, która tak mocno ją skrzywdziła.
Ba!, zamierzała wyrzucić go z pamięci, choć dobrze wiedziała, że nie unikną kolejnego spotkania - tym razem w Hogwarcie. Planowała jednak zachowywać się tak, jakby nigdy go nie poznała...

They are the hunters, we are the foxes...

Co udawało się przez zadziwiająco długi czas. Wyglądało zresztą na to, iż on także postanowił jej nie znać. Gdy to spostrzegła, automatycznie wniosła ich nieznajomość na wyższy poziom, skutecznie unikając jakichkolwiek interakcji... Co nie było takie znowu trudne, skoro nie zadawała się ze Ślizgonami, a wręcz gardziła postępowaniem większości z nich.
Tak to już jednak w życiu bywa, że to, czego najbardziej staramy się uniknąć, lubi wracać do nas ze zwielokrotnioną siłą. I choć Alyssa specjalnie unikała spacerów w najbardziej oblężonych częściach zamku, paradoksalnie, najwyraźniej powinna działać całkowicie odwrotnie. Kto by jednak pomyślał, iż wymykanie się na nocne przechadzki może doprowadzić do czegoś takiego.
O ironio!, ona - będąc przecież jasnowidzem - nie przewidziała podobnego obrotu zdarzeń. Podziwiając okrągłą tarczę księżyca na krystalicznie czystym niebie, stała się mimowolnym świadkiem czegoś, co doprowadziło nie tylko do pozostania swego rodzaju powierniczką tajemnicy, lecz także wyzwoliło w niej łagodniejsze uczucia.
Potrzebowała czasu, by uświadomić sobie, że tak naprawdę już dawno temu przestała być cięta. Później było zaś znacznie łatwiej. No, przynajmniej dla niej... No, przynajmniej na pierwszy rzut oka, bo próby nawiązywania nowej - lepszej - relacji dało się porównać do wypasania owiec na wodorostowej platformie pośrodku wzburzonego oceanu i w pewnych momentach była w stanie powiedzieć, by dano jej te owce. Nadal bywa...
Odkrycie sekretu miało jednak szczególny wpływ na związek Alyssy z transmutacją, z którą wcześniej radziła sobie dosyć dobrze, jednak nie wyjątkowo szczególnie.
To, w jaki sposób potoczyły się losy powiązań dziewczyny ze wspomnianą dziedziną magii, ukształtowało się stosunkowo późno. Zaczęło od tajemnicy i hasła rzuconego podczas jednych z zajęć wspomnianego przedmiotu, skończyło zaś trudną i żmudną nauką, która nie od razu mogła dać jakiekolwiek wyraźne efekty.

...and we run!

Jednak stało się...
Po raz pierwszy, drugi, trzeci i każdy kolejny. Obserwując pełnie z całkowicie innej perspektywy, wpatrywała się w niebo okrągłymi złotymi oczami o brązowych obwódkach wokół zewnętrznych linii tęczówek. Raz po raz uderzała miękkimi poduszkami łap o mokrą leśną ściółkę, nieustannie poruszając przy tym nosem - o wiele wrażliwszym od ludzkiego, rejestrującym całą gamę nowych zapachów, a w nim ten jeden naprawdę charakterystyczny i zarazem tak bardzo przez nią poszukiwany.
Ciche stąpanie łap płynnie przeszło do biegu, gdy zwinnie przemykała się pomiędzy kolejnymi drzewami, korzystając przy tym z własnych rozmiarów. W lisiej formie - tak samo ja w ludzkiej - nie była zbyt duża, jednak wcale jej to nie przeszkadzało. Nie chodziło przecież o wielkość, a o zręczność.
Przystając nagle w miejscu, zastrzygła uszami. Potem zaś znowu ruszyła, wiedząc już, w którym kierunku powinna zmierzać. Kochała wolność i wilgoć nadchodzącego poranka. Były niczym narkotyk, zaś ona nie miała nic przeciwko temu uzależnieniu.

Akceptuję!


You and I walk
a fragile line
I have known it all thistime
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Umiejętności nabyte    

Powrót do góry Go down
 
Umiejętności nabyte
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Ability- umiejętności pokemonów
» Umiejętności Nabyte [w trakcie edycji]
» 002. Statystyki i umiejętności
» Frau
» Umiejętności, Kryształy i Moce

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Biblioteka :: Dział Ksiąg Zakazanych :: Mechanika Gry-
Skocz do: