Zapraszamy serdecznie do przyłączenia się do przygody!


CalendarCalendar  IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  GrupyGrupy  FAQFAQ  

Share | 
 

 Trybuny

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
AutorWiadomość
Mistrz Labiryntu
avatar


avatar

PisanieTemat: Trybuny    Pon Wrz 02, 2013 2:48 pm

First topic message reminder :

Wysokie, oddzielone według domów plus miejsce dla nauczycieli, pełne ławek, a przede wszystkim uczniów - oczywiście podczas meczów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
Evan Rosier
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Trybuny    Czw Paź 13, 2016 10:21 pm

Nie chciał tego mieć przed oczyma, a jednak wspominał wakacje, gdy poznał Marlene, jak myślał, Macmillian. Nikt nie interesował się z kim dziecko znika na całe dnie. Gdzie się podziewa? Co porabia? A nie robił absolutnie nic, czego dziecko by nie robiło. Zabawy trwały całymi dniami, a z kim się bawiło nie miało dużego znaczenia. Dopóki ojciec nie wdrążył surowej edukacji na temat pochodzenia czarodziei. Wciąż i wciąż powtarzał słowa starszego czarodzieja.
- Nie cierpię mugoli! Wiesz, że w XV wieku palili na stosach czarownice? To przez nich żyjemy jak przestępcy, chowamy się pod czarami i posiadamy swoje własne getta. Ich móżdżki nie są w stanie pojąć magii. Nie zasługują na trzymanie różdżki w swoich łapskach! To oni są słabeuszami w starciu z magią, a słabych należy się pozbyć! Robactwo się tępi i z nimi należy zrobić to samo!
Wówczas zaczął dobierać sobie znajomych, aby przypodobać się rodzicielowi. Dziewczyna, która przejawiała zdolność do czarów - tak charakterystyczną wśród dzieci czarodziejów - wydała się stosownym towarzystwem, choć wówczas nie użyłby takiego określenia. Była przyjaciółką, z którą wspólnie wprawiali w ruch liście, chociaż nie wiało. Była cierpliwa dla chłopaka, który żalił się na rodziców, a czasami nieświadomie powielał uczynki okrutnego pana Rosiera. Nie wiedział, że robi coś niestosownego, gdy na polecenie rodziny zapytał ją o nazwisko.

Powiedz.
To żaden sekret!
Co?
Nie, głupia, nie przestanę cię lubić z powodu nazwiska!
Cóż... W sumie to ojciec kazał mi się zapytać...


Macmillian - podał, gdy ponownie pan Rosier wypytywał go o koleżankę. Nie zdenerwował się, ale też nie przytaknął głową. Ostatecznie nie zabronił bawienia się z tą młodą czarownicą. Jednak Evan nie był już wówczas tak zachwycony ojcem, bo przecież przyjaciółka była ważniejsza od zdania rodzica! Gdyby znał prawdę już wtedy... Może nie podążałby dalej ścieżką, którą wskazała mu rodzina. Do ciemnego lasu pełnego przemocy, krwi i nienawiści.

- Znowu te mugolaki kręcą się przy naszym domu! - zgrzytnął zębami przy Marlene, gdy jakaś grupa nieznanych mu dzieciaków puszczała latawce na łące wokół posiadłości Rosierów. - Przepędźmy ich! - zachęcił ją gestem ręki i zaczął biec w stronę, skąd unosiły się kolorowe latawce na linkach. - Lena? - Dziewczynka chwyciła go za rękę i pociągnęła w przeciwną stronę.

- Marlene McKinnon! - Evan Rosier rozejrzał się w koło, bo długo nikt nie wychodził na wezwanie profesor McGonagall. Trzymał się z dziewczynką za ręce. Bała się ceremonii przydziału. Bała się, że padnie jej nazwisko. W końcu wyswobodziła się z uścisku i wdrapała się na taboret. Tiara mruczała chwilę coś pod nosem, a potem wykrzyczała: Ravenclaw! Evan stał jak słup soli wpatrując się w swoją przyjaciółkę. Okłamała go. Okłamała, a on zawsze był szczery. Ktoś szturchnął go w ramię.
- Ej, czy nie mówiłeś, że nazywa się Macmillian? Nie ma wśród czarodziejów McKinnonów, wiesz o tym?


Przełknął głośno ślinę, a wielka gula w gardle prysła.
- Sympatia? Raczej pretekst - rzucił w jej stronę i wstał z ławki. Odwrócił się do nie plecami i skrzyżował dłonie na piersi. Deszcz siąpił coraz intensywniej, lecz jemu nie przeszkadzały krople wpadające do oczu.
- Przydałoby ci się więcej analizować. W końcu jesteś Krukonką, a twojego domu raczej nie cechuje lekkomyślność. Wyszłabyś na tym na dobre - mówił dalej odwrócony, zrobił kilka kroków przed siebie. Z głowy wyleciały już wspomnienia. Ponownie była jakąś tam szlamą, z która za dużo gadała. Jednak się nie dało.
- Ufność... - gwałtownie się odwrócił i zaczął stawiać duże kroki w stronę dziewczyny - To ja cię obdarzyłem zaufaniem, a ty je zdradziłaś. Wykorzystałaś moją naiwność, aby mnie ośmieszyć. - Zatrzymał się przed nią. Nie pochylił się, aby zrównać z nią twarz, nie zgarbił pleców. Stał dumnie wyprostowany i spoglądał na nią z wyższością. - Powinienem cię od razu skrzywdzić, ale jeszcze mogę to nadrobić, Marlene MCKINNON - schylił się, a jego ciemne oczy przeszywały dziewczynę na wylot. - Nie żałuję swoich decyzji. Ty swoje powinnaś - wyprostował się i odwrócił, zaczął ponownie iść w przeciwną do niej stronę. - Mi odrzucenie dało siłę, aby wybrać właściwą stronę. Widać tobie nie.
Chwytał dłońmi pojedyncze krople i przypatrywał się, jak spływają powoli po jego skórze. Dawało mu to spokój i cierpliwość do znoszenia jej towarzystwa. Chociaż wcale nie był pewien, czy nie chce z nią rozmawiać, czy to uraz do niej wbił się jak kolec, a on nie może go wyjąć. Może za bardzo dał się zmanipulować, lecz było już za późno na naprawienie szkód. Za późno na wyznania i spowiedzi. Teraz każdy kroczył własną ścieżką. Ze ścieżki Rosiera nie było powrotu, bowiem podpisał już cyrograf z diabłem.
- Za dużo gadasz.

_________________
"Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow,
Creeps in this petty pace from day to day...
"
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marlene McKinnon
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Trybuny    Pią Paź 14, 2016 1:01 am

Kiedy wstał i odwrócił się do niej tyłem Marlene z trudem zwalczyła ochotę żeby również wstać i tak po prostu, po ludzku się do niego przytulić. W jej świecie w ten sposób załatwiano sprawy. Wystarczyło odrobinę czułości, dobrych chęci i ludzie przestawali się na siebie gniewać. W pokręconym i mrocznym świecie ślizgona ta zasada jednak nie działała, a on nie życzył sobie żeby dziewczyna go dotykała. Więc siedziała. Siedziała, słuchała i mimowolnie wspominała moment gdy zapytał ją o nazwisko.
Nie powiedziała mu jak się nazywa. Nie chciała go okłamywać, ale Charlie powiedziała jej, że jeśli zdradzi chłopakowi swoje nazwisko to ten przestanie się do niej odzywać. A tego bała się najbardziej w świecie. Nie bała się samotności. Od zawsze była lubianym i popularnym dzieckiem więc samotność nigdy jej nie groziła. Miała swoje koleżanki, miała kilka bliskich przyjaciółek, nigdy również nie narzekała na brak zainteresowania ze strony chłopców, ale Evan...Nie chciała go stracić. Wtedy jeszcze nie wiedziała, dlaczego nie potrafi wyobrazić sobie świata bez tego chłopca. Dotarło  to do niej dopiero po kilku latach. Ale wtedy było już za późno.
- Nie, mojego domu nie cechuje lekkomyślność - przytaknęła cicho i spokojnie. - Ale, jak sam pamiętasz, tiara miała problem z tym gdzie mnie umieścić. Jej zdaniem pasowałam do wszystkich trzech domów... - urwała, a na jej twarzy pojawiła się zaduma pomieszana ze smutkiem. - Jedynie do twojego domu nigdy nie pasowałam - dokończyła po krótkiej chwili. Jeszcze ciszej niż wcześniej. I ponownie pogrążyła się w zadumie.
Ocknęła się gdy chłopak znów do niej podszedł. Nie przejęła się jego pozycją, dla niej takie drobne gesty nigdy nie miały znaczenia. Owszem, prowadzenie rozmowy z głową zadartą ku górze nie było do końca wygodne, ale teraz przecież z nim nie rozmawiała. Słuchała, ale nic nie mówiła. Zatkało ją. Jeszcze raz przeanalizowała jego słowa. Zobaczyła jak się nad nią nachyla. Zobaczyła jak odchodzi. Znów coś mówił jednak te słowa do niej nie docierały. Zatrzymała się na momencie w którym wypowiedział jej nazwisko. Gwałtownie wstała i mimowolnie zacisnęła pięści. Przez dłuższą chwilę milczała, czekała aż przestanie się trząść, nie chciała żeby zdradziły ją emocje. A jednak, kiedy otworzyła usta, słowa, które z nich wypływały były przepełnione złością i...Smutkiem? Początkowo mówiła cicho, niemal szeptem, jednak z każdą kolejną sekundą szept zamieniał się w krzyk. - CO zrobiłam? - Nie wierzyła, przecież nie mógł być tak głupi. - Sądzisz, że Cię wykorzystałam? - Zaśmiała się głucho. - Sądzisz, że zrobiłam to z premedytacją?  Specjalnie, tylko po to żeby cała szkoła mogła zobaczyć jak czystokrwisty Rosier trzyma za rękę szlamę!? Sądzisz, że chciałam Cię upokorzyć!? - Musiała zobaczyć jego twarz. Ignorując drżenie nóg ponownie do niego podeszła i zagrodziła mu drogę. Mimo swojego niskiego wzrostu udało jej się spojrzeć mu w oczy. Różdżka, którą od początku trzymała w dłoniach została na ławce więc dziewczyna była teraz całkowicie bezbronna. Odległość, która ich dzieliła wynosiła kilka centymetrów. Znów milczała. Serce walczyło z rozumem, a jej duma, niestety, dopingowała temu drugiemu. Ich rozmowa trwała zaledwie kilkanaście minut. Nie powinna była pozwolić mu mieszać sobie w głowie, a jednak, zamiast ugryźć się w język, Marlene wzięła kilka głębokich wdechów i ponownie się odezwała. - Okłamałam Cię Evan bo nie chciałam żebyś mnie zostawił - jej głos na powrót stał się cichy jednak wciąż pobrzmiewała z nim złość. Całe mnóstwo złości. - Okłamałam Cię dlatego, że moja kuzynka opowiedziała mi o tym jaka jest twoja rodzina. Okłamałam Cię dlatego, że nie chciałam żeby twój ojciec zabronił Ci się ze mną spotykać. Ale nigdy nie zamierzałam Cię upokorzyć - zrezygnowana pokręciła głową. To nie miało sensu. - Przyznaj, nie odwróciłeś się ode mnie dlatego, że Cię okłamałam. Zostawiłeś mnie dlatego, że moi rodzice są mugolami, fakt, że Cię okłamałam był tylko wymówką. Dzięki niemu mogłeś wymigać się od obietnicy. Nie, głupia, nie przestanę cię lubić z powodu nazwiska! - Zacytowała słowa, które przed ponad siedmioma latami padły z ust chłopaka. - Pamiętasz? Bo ja pamiętałam o nich bardzo długo. Powtarzałam je sobie codziennie przed zaśnięciem. - Nienawidziła tych momentów w których okazywała się słaba, ale...No ej, była tylko kobietą, dziewczyną jeszcze. A ta rozmowa była dla niej cholernie trudna. Bo kiedy ją planowała wyobrażała sobie siebie jako niemiłą, arogancką, władczą i stanowczą, zamiast tego okazała się być...Co tu dużo mówić, rozemocjonowaną i sentymentalną. Przyznawała mu się do swoich słabości i dawała mu nad sobą przewagę, właśnie jemu! Osobie z którą nie powinna mieć nigdy nic wspólnego. - Zostawiłeś mnie dlatego, że bałeś się postawić swojemu ojcu i kolegą, Rosier - wysyczała, dźgając go palcem. Znów była spokojna. Przynajmniej na zewnątrz.
Odsunęła się od niego. Przez chwilę mierzyła go wzrokiem w którym nie było niczego poza złością i rozgoryczeniem. - Skoro powinieneś był to zrobić, to proszę bardzo. Jak widzisz nie mam różdżki. Jeśli poczujesz się z tym lepiej...No, dalej, pokaż jakim jesteś potworem. Do tej pory nie miałeś oporów przed krzywdzeniem szlam, Mary do dzisiaj ma przez Ciebie blizny. Jestem pewna, że dla mnie znajdziesz równie czarującą klątwę. - Prowokowała go.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Evan Rosier
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Trybuny    Sob Paź 15, 2016 12:53 pm

- Za to ja pasuję tylko do Slytherinu - podsumował jej wypowiedź. Przed laty, gdy wspólnie dostali list z Hogwartu, rozważali do jakiego domu trafią. Dla młodego Evana nie było wątpliwości, że będzie to dom węża. Nawet do głowy mu nie przyszło, iż może trafić gdzie indziej. Ślizgonami był jego ojciec, matka, dziadek i babka, pewnie pradziadkowie również, lecz nigdy nie przywiązywał uwagi do słuchania wywodów rodziców na temat historii rodu. Nigdy też nie poświęcał dużo czasu na uczenie się o rodach czystokrwistych, ale to się zmieniło. Jeszcze przed ceremonią przydziału pragnął, aby Marlene wraz z nim była w Slyterinie, nawet jeśli jej charakter w ogóle nie pasował do węży. Pasowała wszędzie, tylko nie tam, gdzie on ją widział. Los był naprawdę przewrotny.
Życie zmienia człowieka, a chłopca o chłonnym umyśle jeszcze bardziej. Jednak nikt nigdy nie powiedział, że Evan nigdy nie był okrutnikiem. Dawał się wodzić za nos pewnej jedenastolatce. Pozwalał na to, bo zależało mu bardziej na niej niż na własnym ego. Potem został już sam. Na własne życzenie. O dziwo takie życie mu się podobało, gdy nikt go nie powstrzymuje przed prawdziwym ja. Nigdy nie był dżentelmenem, nigdy nie był miły, nigdy nie był prawdziwym przyjacielem. Wszystko to co pamiętali, to najlepsze wspomnienia. Dla Marlene wyideailizowany wizerunek Evana, za to dla ślizgona wielka pomyłka. Wtedy był słaby, ale zerwał już z tą wizją dzieciaka.
- Wykreowałaś fałszywą osobę, której złożyłem obietnicę. Twoje słowa mogły być kłamstwem, a moje nie mogły się stracić ważności? Skoro znałaś moją rodzinę, powinnaś wiedzieć, że Rosierowie nie obiecują. Nigdy - szturchnął ją palcem w klatkę piersiową. - Następnym razem posłuchaj kuzynki. Przed następną rozmową ze mną na pewno cię odciągnie.
Przeszedł się kilka roków po drewnianych trybunach, aby się uspokoić. Wolał się od niej trzymać z daleko, bo w nerwach mógł wiele zrobić. Kontrola nad własnym ciałem bywała w jego przypadku niemożliwa. Jakby jego umysł i ciało to osobne byty. Jednak nigdy nie żałował tego, co już się stało.
- Okłamałaś mnie, bo byłaś głupia i tak ci już zostało. O wszystkim ci mówiłem, nawet jeśli nie powinienem - zamilkł na chwilę. Kręcił głową nerwowo, co chwilę próbował coś powiedzieć, ale zaraz zamilkł, gdy otwierał usta. - Miałaś czelność mnie okłamać. Rosierowie nie ufają. A ja złamałem tą zasadę i zapłaciłem za nią. Więcej się to nie powtórzy.
Na chwilę jakby w oczach zamajaczyło rozgoryczenie, zawód... Ale zaraz prysł i oczy znowu nie wyrażały niczego. Jedynie wiecznie ściągnięte brwi, które, o ile to możliwe, były jeszcze bliżej siebie, zdradzały jakim jest kłębkiem nerwów.
- Zostawiłem cię dlatego, że przyjaciół się nie okłamuje - gdybyś była szczera, to nie rozmawialibyśmy teraz w taki sposób.
Ta rozmowa sprawiała, że niegdyś odcięta nić porozumienia między nimi, że wszystkie wspólne wspomnienia zepchnięte w najgłębszy kąt świadomości, wszystko wróciło. Nić próbowała zawiązać się w węzeł, aby ponownie dwa kawałki były jednością. Wspomnienia stawały przed oczami, bo chciały być ważne. Dla Rosiera już nie mogły być na pierwszym miejscu. Za bardzo się zmienił i nawet wielka miłość nie mogła go ściągnąć z powrotem z mroku. W końcu, żeby stamtąd wrócić, trzeba chcieć. On nie chciał. Nie dla ojca, czy kolegów. Dla siebie chciał iść dalej, gdy już przekroczył próg.
- Nic nie rozumiesz, MCKINNON. Dlatego przestań szukać dla siebie wymówek. Dlatego straciłaś już brata wraz z rodzicami - wypluł te słowa z odrazą skierowaną wprost do niej, gdy się już odsunęła. Niespiesznie, ale jednak sprawnie, sięgnął po jej różdżkę, którą porzuciła na ławce. To był bardzo lekkomyślny ruch.
- Klątwa nie sprawi mi takiej przyjemności, jak zabicie cię własnym rękoma - powiedział powoli oglądając dwunastocalową różdżkę wykonaną z sekwoi. Bawił się nią palcami, a czasami zerkał na dziewczynę z tajemniczym uśmieszkiem. Zlapał za dwa końce drewnianego kijka, mocno naparł dłońmi, a tworzyło trzasnęło. Różdżka złamała się w pół.
- Ups - mruknął i podniósł wzrok na dziewczynę, a usta wykrzywiły się w paskudny uśmiech.

_________________
"Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow,
Creeps in this petty pace from day to day...
"
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marlene McKinnon
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Trybuny    Sob Paź 15, 2016 2:19 pm

Nie mogła go słuchać. Jego słowa sprawiały jej ból, a ból był czymś czego McKinnon starała się do siebie nie dopuszczać. Od momentu gdy Matt zabił jej rodziców dziewczyna obiecała sobie, że nigdy i nic nie będzie w stanie jej skrzywdzić. Obietnicy dochowała przez ponad dwa lata. Aż do teraz. Nie chciała wierzyć w to co mówił, ale dziwny głosik w głowie podpowiadał jej, że ślizgon jest z nią szczery. A to pogarszało sprawę. O wiele łatwiej było sądzić, że zostawił ją z powodu czystości jej krwi, a nie dlatego, że go okłamała. Bo na swoją krew nie miała wpływu, właściwie, była z niej dumna, ale słowa...Te były od niej całkowicie zależne. A myśl, że przez jedno z nich straciła sympatię i zaufanie chłopaka...Nie., bzdura! I tak by je straciła. Gdyby powiedziała mu prawdę stałoby się to po prostu chwilę wcześniej. - Nie okłamałam Cię! - O ile wcześniej dziewczyna po prostu krzyczała to teraz z jej ust wydobywał się wrzask. - Powiedziałam, że nazywam się inaczej dlatego, że mi na tobie zależało! A ty po prostu szukałeś wymówki żeby mnie zostawić! Bo nie chciałam razem z tobą znęcać się nad mugolami! Bo ośmieliłam się powiedzieć, że twój ojciec jest nienormalny! Bo nie pasowałam do twojego świata i byłam dla Ciebie problemem! Bo za bardzo zaczynało Ci zależeć! Nazwisko było tylko wymówką, przyznaj się EVAN. - Celowo podkreśliła jego imię ponieważ wiedziała, że chłopak nie lubił gdy ludzie zwracali się do niego w ten sposób. Przestała wrzeszczeć. Do bolącego nadgarstka teraz dołączyło również gardło. Dumnie wyprostowana stała naprzeciwko chłopaka, jej oczy były pełne furii. Nie zamierzała przyznawać się do swojego błędu. Przecież był Rosierem, a dla Rosierów liczyła się tylko krew. Nie dopuszczała do siebie, że chłopiec, którego wtedy znała był inny i że dla tamtego chłopca Marlene mogła być ważniejsza od nazwiska. Młody czy nie i tak przecież był synem swojego ojca. Draniem.
- Ja...Nie...- Nie zdążyła zaprotestować w żaden inny sposób. Gest chłopaka ją zaniepokoił. Uważnie obserwowała każdy jego ruch jednak nie była w stanie się ruszyć. Być może nie chciała? Być może stwierdziła, że stanie w miejscu jest bardziej racjonalnym posunięciem? Fakt, że Rosier trzymał w dłoniach jej różdżkę wydał jej się o wiele gorszym niż to, że prawdopodobnie planował ją zabić. - Proszę Cię, zostaw ją. - Próbowała odebrać swoją własność jednak chłopak stanowczo ją powstrzymał. - Proszę Cię - wysyczała przez zaciśnięte zęby. Czuła się upokorzona faktem, że musiała go o coś poprosić. Mógł ją popychać, obrażać, mógł jej grozić, ale różdżka...Różdżka była elementem, który stanowił o jej przynależności do tego świata. Gdyby coś jej się stało....Gdyby coś jej się stało przez niego. Poczuła jak pod powiekami zaczynają jej się zbierać łzy. Nie z żalu czy smutku, ale ze złości. Jeszcze raz podjęła próbę odebrania swojej własności. A później usłyszała trzaska i zobaczyła jego uśmiech. Nie wierzyła. Ten, który kiedyś wprowadził ją do tego świata, dzisiaj tak po prostu ją z niego wyrzucił. Jednym ruchem przekreślił to nad czym ona pracowała przez siedem lat.
Nie myślała o tym co robi. Dłonie, całkowicie bez jej kontroli, zacisnęły się w pięści, a jedna z nich powędrowała w okolice jego nosa. Być może uderzyła za słabo, nie słyszała trzasku łamanych kości. Ale później, kiedy analizowała wszystko w sypialni, doszła do wniosku, że trafiła go w oko. To by wyjaśniło dlaczego później było ono czerwone.
Coś obrzydliwie lepkiego zaczęło spływać po jej policzkach. Zaczęła płakać. Nie szlochać, po prostu płakać.
Wiedziała, że powinna odejść, ale on dalej trzymał jej różdżkę.
- Oddaj - zażądała wyciągając przed siebie dłoń.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Evan Rosier
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Trybuny    Nie Paź 16, 2016 10:32 pm

Wrzask dziewczyny przedzierał się do jego głowy i świdrował. Wysoki wrzask, którego sens do niego nie docierał, jak poprzednio krzyk. Słowa przebijały się przez coraz intensywniejszy deszcz. Mieli już przemoknięte włosy i ubrania, jednak dalej stali na trybunach, zamiast schować się pod zadaszeniem. Mimo to woda nie była w stanie obmyć ich dusz z żalu i zła w sercach. Nic nie było w stanie przywrócić serca Rosiera do poprzedniego stanu. Kiedyś zabiłoby mocniej na widok Krukonki. Z żalem zerkałby na nią czarnymi oczami. Gula w gardle sprawiałaby ból, gdy próbowała z nim porozmawiać, a on nic nie odpowiadał. Tylko mu się wydawało, że mu na niej zależy, bo pozbył się jej w ciągu chwili, jak człowiek pozbywa się starej pary butów. Uważał, że przejrzał na oczy prawdę o świecie, a jednak znał tylko jedną stronę medalu. Zapomniał zobaczyć również rewers. Wystarczyłoby otworzyć się na swoją dawną przyjaciółkę i zapomnieć o jej pochodzeniu, lecz ten fakt tkwił jak cierń w jego świadomości. Znienawidził ją jeszcze bardziej, gdy zdał sobie sprawę, jak za nią tęskni. I tą tęsknotę zamknął na klucz w swojej świadomości. Tylko po to, aby dostosować się do towarzystwa. Tylko po to, aby podążyć zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Nic, co mogło się kiedyś wydarzyć, nie zmieniłoby losu Evana Rosiera. W alternatywnej rzeczywistości również nosiłby pierścień z zielonym oczkiem. Tak, był innym chłopcem. Bowiem myślał tylko o zabawie i nie miał tak dużych uprzedzeń, jak teraz. Sekret Marlene opóźnił nieuchronne rozstanie i zadał dotkliwszą ranę dla tak ważnej reputacji chłopaka. Właśnie to dla niego było najważniejsze. Ośmieszyła go. Zdradziła zaufanie. Zraniła jego dumę, ego. Dokonała tego ponownie, gdy wypowiedziała jego imię. Wówczas nie miał wątpliwości, co powinien uczynić.
Dla niego Marlene nie była prawdziwą czarownicą i nie należała jej się jej różdżka, taki ważny atrybut każdego czarodzieja. Zasłużyła sobie na więcej, lecz nie mógł tego uczynić. Był pewien, że jej brat, choć okrutny, to za krzywdę siostry potrafiłyby dotkliwie odpłacić. Sam nie wiedział, czy chce jej zadać ból fizyczny. O wiele lepiej było rozkoszować się bólem psychicznym. I jej płaczem.
Jej prośby tylko podsyciły jego chęć zemsty. Wywołały ten paskudny uśmiech na twarzy, gdy trzasnęło drewienko i posypały się drzazgi na boki. Jedna wbiła się w palec chłopaka, lecz on jeszcze o tym nie wiedział. Nie czuł bólu, ponieważ był bardzo podekscytowany. Wyprostował się pysznie, gdy po twarzy dziewczyny płynęły łzy. Nie wprawiły go w zakłopotanie. Wiedział, że osiągnął swój cel.
Kiedyś uczył ją o świecie czarodziejów i zachęcał do magii. Teraz chciał się jej pozbyć ze swojego otoczenia.
- Pamiętaj, nie powinno cię tu być - powiedział wolno. Wyciągnął rękę z połamaną różdżką, lecz gdy dziewczyna chciała ją odebrać, ten wypuścił dwa odłamki, które z łoskotem upadły na mokrą podłogę drewnianych trybun. Wyminął ją szybkim krokiem. Już się nie uśmiechał. Był wkurzony, że dał się jej wydzierać na niego. Nie chciał dać się jej sprowokować, więc milczał. Czuł, że nie zakończył ich sprawy. On nie lubił niedokończonych spraw.
Obejrzał się jeszcze na nią, gdy schodził po schodach z trybun na boisku. Kotłowały się w nim niezrozumiały uczucia, lecz je jak wszystkie niepotrzebne emocje, zamknął na klucz głęboko w swojej świadomości. Znowu był zimnym draniem, obojętnym i pustym na problemy innych. W tym na płacz Marlene McKinnon.

z/t

_________________
"Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow,
Creeps in this petty pace from day to day...
"
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Marlene McKinnon
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Trybuny    Nie Paź 16, 2016 11:24 pm

Nie schyliła się po pozostałości swojej różdżki. Nie widziała gdzie się potoczyły, a nie zamierzała czołgać się przy nim po podłodze. Czekała aż odejdzie. W ustach czuła metaliczny posmak krwi, prawdopodobnie zbyt mocno przygryzała wargę. Była zmarznięta i obolała, ale nie zwracała na to uwagi. Kiedy w końcu odszedł ani razu się za nim nie obejrzała. Nie wiedziała ile czasu spędziła na trybunach. Kiedy wracała do zamku na zewnątrz było już całkowicie ciemno, a na szkolnych korytarzach nie było nikogo z wyjątkiem kotki Filcha.

z/t

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Remus J. Lupin
avatar


avatar
VII rok

PisanieTemat: Re: Trybuny    Pon Sty 16, 2017 12:32 am

Koniec szkoły. Koniec czerwca zbliżał się wielkimi krokami, a Remus siedział na trybunach intensywnie o tym myśląc. Powoli zmierzchało, ale nadal było bardzo ciepło. Co teraz? Co dalej? Dokonał już wyboru, chciał pójść na staż Aurorski, ale wszystko zależało od wyników Owutemów, które miały nadejść we wakacje. Wszyscy jego przyjaciele gdzieś zniknęli, stracił jakąkolwiek nadzieję, że zobaczy się z nimi przed zakończeniem roku, a tu jeszcze niedługo miał odbyć się także bal wieńczący szkołę. Zastanawiał się czy w ogóle na niego pójść. Nie miał z kim. Nie miał kogo zapytać, a poza tym nie wiedział jak. Nie był zbyt wylewny jeśli chodziło o tego typu kontakty. Taką miał naturę. Myślał, że im będzie starszy tym łatwiej mu to przyjdzie. Okazało się, że nic się nie zmieniło, choć powinno. Był dorosły, bardziej poważny. Powinien do takich spraw podchodzić zwyczajnie, a on nadal wstydził się jak dziesięciolatek.
Nie wiedział czemu wybrał akurat to miejsce. Po prostu tutaj przyniosły go nogi, a może dlatego, że sezon gry w Quiddicha dobiegł końca i nikogo się tu nie spodziewał. Potrzebował samotności jak za szczenięcych lat. Zresztą gdyby podsumować ostatnie pół roku to i tak był zawsze sam. Ostatnią pełnię także przeżył samotnie, chociaż przyzwyczaił się do towarzystwa psa, jelenia i szczura... Przez jeden wieczór poczuł się znowu sam jak palec, ale nie miał im tego za złe. Był wyrozumiały i tłumaczył sobie, że pewnie coś ich zatrzymało.
Wyjął różdżkę i rzucił Wingardium leviosa na leżący patyk na ławce przed nim. Uniósł się nieco i lewitował sobie. Lupin zaczął się nim bawić poruszał nim w prawo i lewo, obracał dokoła, unosił wyżej i niżej i zastanawiał się skąd ten kawałek drewna w ogóle się tu wziął, kto go tu zostawił i w jakim celu.

_________________
Remus Lupin
The future starts today, not tomorrow.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
James Potter
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Trybuny    Pon Sty 16, 2017 12:44 am

Opuścił mury zamku z lekkim uczuciem ulgi. Ostatnimi czasy czuł się tam zamknięty, uwięziony jak mysz w klatce, rybka w akwarium albo uczniowie na wróżbiarstwie. Kiedy poczuł lekki powiew letniego wiatru poczuł, że ciężar, który leżał mu na sercu spał i był lekki. Może to przez sam fakt kierowania się w stronę boiska do Quidditcha.
Trzymał w rękach swoją miotłę, która... ostatnimi czasy częściej zajmowała róg dormitorium niż była używana podczas gry. Wiedział, że lot w przestworzach dawał mu poczucie lekkości i wielką radość. Erin też to uwielbiała, może dlatego nie chciał rozdrapywać rany albo... podświadomie w ten sposób karał się za to, co się stało. Tracąc siostrę, stracił część swojej duszy.
Wszedł na trybuny z myślą, aby chwilę popatrzyć na pętle i zieloną trawę, która w magiczny sposób zawsze była idealna. Chciał powspominać momenty, która były dla niego radością, pierwszy złapany znicz. Mecze z przyjaciółmi... czas z nimi spędzony...
I wtedy nagle GO zauważył.
Remus Lupin, najgenialniejszy z Huncwotów, namądrzejszy z mądrych,jeden z najlepszych przyjaciół, jakich można kiedykolwiek mieć. Westchnął ciężko, bo zdał sobie sprawę, że przecież nie tylko on poniósł tak wielką stratę ale i cała społeczność...
Oni wszyscy kochali ją tak bardzo jak on.
Podszedł do niego powoli, usiadł obok i poklepał go pokrzepiająco po ramieniu. Jedynie tak mógł zakomunikować to, co chciał. Było mu niesamowicie przykro, że unikał towarzystwa przyjaciół, zaniedbał ich przyjaźń i tak naprawdę nie wspierał Lupina w tych cieżkich chwilach.
-Jak się trzymasz Luniaczku?- zapytał dość niepewnie. Naajgorszy początek rozmowy po tygodniach milczenia. Nie wiedział, gdzie podziała się jego pewność siebie. Po prostu chyba miał świadomość, że spieprzył sprawę i zaniedbał relacje, które były i nadal są dla niego priorytetem. Po prostu wszyscy wiedzą, że to co było... nie powinno się stać.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Remus J. Lupin
avatar


avatar
VII rok

PisanieTemat: Re: Trybuny    Pon Sty 16, 2017 12:56 am

Tyle wspomnień tu zostawia, zarówno dobrych jak i tragicznych. Tyle myśli błąkało mu się w głowie i tak wiele niewypowiedzianych słów. Patyk lewitował, a on nagle poczuł klepnięcie w ramię. Stracił koncentrację i kijek opadł na ławkę.Lunatyk spojrzał w lewo i zobaczył Jamesa. TEGO Jamesa. Pottera. Człowieka, który był dla niego jak brat, który zawsze potrafił go rozśmieszyć, ale i mocno zdenerwować. Zawsze taki pozytywny, wieczny chłopiec szukający śmiechu i zabawy, a teraz nagle zachowuje się jak nie on. Tak boleśnie dojrzale i poważnie.
Co miał mu teraz powiedzieć? Jak w ogóle ma się do niego odezwać? Na szczęście nie musiał, bo to on pierwszy zaczął rozmowę. Prawdę mówiąc to Remus go też unikał. Celowo go omijał, wymyślał rozmaite zadania i sprawy, bo bał się, że go o wszystko obwini tak jak sam siebie obwiniał.
- Nie lepiej niż ty, Rogaczu - odpowiedział smutno zwieszając głowę. Dotarło do niego, że przecież to jest ktoś kto kochał Erin równie mocno jak on, jeśli nie bardziej. W końcu był jej bratem. Czuł się okropnie, że zamiast być z nim, wspierać go, wolał siedzieć sam i użalać się nad sobą. Czuł wstyd, że wcześniej go nie szukał, nie chciał rozmawiać.

_________________
Remus Lupin
The future starts today, not tomorrow.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
James Potter
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Trybuny    Czw Sty 19, 2017 8:41 pm

Remus był cieniem samego siebie. Cieniem chłopaka, którego Potter miał w głowie. Co sie z nimi stało przez ten krótki czas...
-Chyba czas porozmawiać. Ona nie chciałaby, żeby to tak teraz wyglądało.- powiedział z pewnością, jakby to właśnie w tym momencie do niego dotarło. Ba, Erin chciałaby, żeby byli szczęśliwi, żyli dalej swoim życiem. Cieszyli się życiem, korzystali z niego jak najlepiej by mogli, a niestety ostatnie tygodnie pokazywały, że było całkowicie inaczej.
-Czas zakończyć już żałobę, przyjacielu.- stwierdził i uśmiechnął się lekko pod nosem. Wiedział bowiem, że był to już koniec. Koniec pewnego etapu w ich życiu. Jak to się mówi, coś się musi skończyć, żeby coś innego mogło się zacząć. Teraz tylko podjąć kilka istonych dla życia decyzji i jedziemy dalej.
Kobieta jego życia... no właśnie. Zaczął się zastanawiać, czy w ogóle ona jest jeszcze kobietą jego życia. Pragnął, aby tak było...ale trochę oboje odpuścili sprawę i wyszło, jak wyszło.
-Gadałeś może coś z Evans?- zapytał kumpla, był pewny, że jeżeli Ruda miała się komukolwiek żalić, dzielić przemyśleniami czy problemami to prócz przyjaciółek i innych takich. Potter był pewny, że w gronie tym napewno był Luniek.
Oni to czasem lubili sobie pogawędzić, pomarudzić na zło całego świata, poza tym należeli do inteligencji hogwarckiej, a to zobowiązywało.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Remus J. Lupin
avatar


avatar
VII rok

PisanieTemat: Re: Trybuny    Pią Sty 20, 2017 7:11 am

Nigdy już nie będzie taki jak dawniej, gdyż jakaś cząstka jego własnej duszy, umarła wraz z nią. Erin była jego światłem w tunelu, teraz błądził w nim po omacku, na oślep trzymając ścian.
- Tego nie wiemy. Nie wiemy co by chciała, a czego nie - powiedział Remus nieco ostrzej niż zamierzał. Po chwili dopiero spojrzał na przyjaciela z miną zbitego psa. - Przepraszam. Masz rację. Nie chciałaby tego...
- Dla mnie chyba nigdy się to zakończy. James już wcześniej chciałem ci to powiedzieć, ale bałem się, że mnie znienawidzisz. Przepraszam, że zamiast jej pomóc, siedziałem wtedy w Trzech Miotłach pilnując dzieciaków, które nie były same tylko otoczone dorosłymi. Powinienem wyjść i walczyć. Gdybym wiedział... Żyłaby. To moja wina - dodał na koniec, a oczy nieco mu się zaczerwieniły od tego wspomnienia. Nie chciał po raz drugi okazywać słabości. Wiedział też, że Rogacz ma rację iż trzeba zakończyć żałobę i żyć dalej. Jemu to tak łatwo przychodziło. Luniak tak nie potrafił i nie był pewien czy kiedykolwiek się tego nauczy.
- Owszem. Trochę gadałem. Podobnie jak ja martwi się tym, że coraz rzadziej się spotykamy. Każdy ma swoje sprawy, chodzi własnymi drogami, nie dzielimy się już sekretami i nie rozwiązujemy kłopotów wspólnie. Można by rzec, że siebie unikamy. Lily ma nadzieję, że to chwilowe, jednak... - urwał i spojrzał niepewnym wzrokiem na przyjaciela. - Ostatnio jej powiernikiem sekretów znowu jest nasz Smark - zauważył i poprawił skraj szatę, gdyż zorientował się, że ma ją przydepniętą podeszwą od buta. Jamesowi na pewno nie spodoba się ta ich relacja, zważywszy na to jak ten Ślizgon potraktował kiedyś miłość jego życia.

_________________
Remus Lupin
The future starts today, not tomorrow.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mistrz Gry
avatar


avatar

PisanieTemat: Re: Trybuny    Wto Kwi 04, 2017 10:17 pm

Zakończenie sesji pomiędzy Remusem a Jamesem z powodu zbyt długiego zwlekania z odpisami.
[z/t x2]

_________________
Sowa Specjalna & Prośby do MG & Kącik przy kominku

“I enjoy talking to you. Your mind appeals to me. It resembles my own mind except that you happen to be insane.”
— George Orwell, 1984

Chcesz napisać prośbę do konkretnego Mistrza Gry na Prywatną Wiadomość? Użyj odpowiedniego określenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Trybuny    

Powrót do góry Go down
 
Trybuny
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
 Similar topics
-
» Trybuny
» Trybuny

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hogwart :: Boisko-