Share
Go down

Magiczny Park

on Pon Wrz 02, 2013 12:40 pm
W magicznej wiosce Hogsmeade istnieje równie magiczny park. Może nie z jakąś wyjątkowo magiczną aurą i zaczarowanym źródłem energii, choć i tego nie można wykluczyć. Chodzi bardziej o to, że jest czarująco piękny. Przyroda sama w sobie potrafi zachwycić, a jeżeli jest ona pod patronatem czarodziei, to ów miejsce z pewnością staje się wyjątkowe.

Magiczny Park

on Wto Kwi 07, 2015 3:13 pm
Wszystkie alejki magicznego parku prowadziły w jedno miejsce. Na architektoniczną sztuczną wyspę w samum centrum przyrodniczego kompleksu. Miejsce iście bajeczne. Może z lekką nutką grozy, z uwagi na drapieżne drzewa. Drapieżne, to znaczy bez liści i zielonych pędów, bowiem wiosna dopiero niedawno wkroczyła na ten teren. Gałęzie drzew poruszane przez lekki wiatr mogły więc lekko straszyć swoich gości, przypominając zaklęte pradawne drzewce. Bajeczny wygląd nie był jednak nadużyciem w tym wypadku. W końcu są różne bajki. Nasza jest taka. Piękna i straszna zarazem...
Na samym środku wyspy mieściła się duża polana. Zwykle pusta, lecz nie w tej chwili. To miejsce było dzisiaj zaaranżowane i specjalnie przyszykowane dla gości, to znaczy dla uczniów Hogwartu. W samym centrum polny mieściło się ognisko, a dookoła niego ławeczki i drewniane pieńki do spoczynku. Obok ogniska znajdowały się jeszcze dwa potężne grille oraz dwa stoliki z jedzeniem. Między innymi szaszłyki, kawałki przeróżnego mięcha i warzyw oraz wiele innych smakołyków gotowych do wrzucenia na ruszt.
A któż to wszystko przygotował?...
Oczywiście szkolne skrzaty. Na prośbę dyrektora te małe istoty zrobiły więcej niż niejeden by oczekiwał. Jednak na widok przybyłej grupki, skrzaty te momentalnie teleportowały się z powrotem do szkoły, pozostawiając wszystko na uciechę biesiadników.
Blondynka nie musiała już nic mówić. Nastolatki podobnie jak w gospodzie „Pod Trzema Miotłami” rozpierzchły się w wybrane upatrzone miejsca i poczęły przygotowywać dla siebie posiłki. Sama nauczycielka przysiadła na jednej z wolnych ławeczek i z lekką niecierpliwością wypatrywała grupki Liadona. Profesor Transmutacji powinien lada moment się pojawić, przynajmniej tak się umawiali. Zamiast tego dziewczyna dostrzegła zasłużonego pracownika ministerstwa, który nieśpiesznie i chyba z wielką czujnością przechodził przez mostek między lądem, a sztuczną wyspą.



Czas troszeczkę zaszaleć...

Re: Magiczny Park

on Sro Kwi 08, 2015 8:24 pm
Nie zajęło im to długo. Nikt za bardzo nie miał ochoty sprzeciwiać się profesorowi, tak więc nim się obejrzeli wmaszerowali zwartą grupką do parku. Jeszcze raz przeliczył ich przy wejściu i gdy tylko był pewny że wszyscy są na miejscu rozejrzał się. Znał ten park i chodź miał wiele miłych wspomnień z nim związanych to czuł się dość nieswojo. Dość zatłoczony paradoksalnie przypominał mu, że chwile które tu spędził nigdy nie powrócą. Odetchnął głęboko i ruszył do Nathalie, którą dostrzegł na ławce.
-Wszystko dobrze?- Zapytał od razu mając na myśli zarówno jej uczniów jak i to jak sobie z nimi poradziła. Niemoc grożenia przemienieniem w ślimaka była potworna.
-Całkiem przyjemne miejsce wybrałaś.- Powiedział oglądając się dookoła z ciężkim westchnięciem.- Mamy jakiś konkretny plan?



Do not take me wrongly...
You are not a bad person and the world won't be better without you.
It is nothing personal, it is just a natural thing for me...
Not for Werewolf,
I just chase the ilusory pride with desperate starvation of being a human again...

Re: Magiczny Park

on Czw Kwi 09, 2015 4:42 pm
Blondynka odetchnęła z ulgą kiedy w oddali ujrzała grupkę uczniów wraz z profesorem Liadonem. Martwiła się odrobinę o drugą grupę w czasie kiedy byli w lekkiej rozsypce, choć sprytnie ten niepokój maskowała. Na szczęście znowu wszyscy byli razem i mogła ów negatywne uczucie odstawić w niepamięć.
- U nas wszystko w porządku - odparła z uśmiechem. Nie było to do końca prawdą z uwagi na malutki incydent z panną Meredith, ale skoro sytuacja została opanowania, to może nie należy o tym nikomu wspominać. Z drugiej strony nic się poważnego nie stało. Nikt nie uciekła, wszyscy są w dobrym stanie psychicznym i fizycznym. A przynajmniej tak wyglądają.
- A u ciebie?... Miałeś jakieś problemy z nastolatkami? – zapytała, odbijając tym samym pałeczkę ciekawości. Zapytała, mimo że owe pytanie skierowanie akurat w jego osobę mogło wydawać się śmieszne. Z Liadonem przecież każdy jest bezpieczny i wszyscy są spokojni oraz grzeczni... Takiego czarodzieja nie jest łatwo złamać.
Po chwili wytchnienia rozmowa przeniosła się na temat ogniska. Czyli centralnego punktu tego dzisiejszego wypadu. Nathalie szybko dodała:
- Kiedy Dumbledore wspomniał o ognisku, od razu pomyślałam o tym miejscu. Miło z jego strony, że się zgodził i wysłał tu szkolne skrzaty do pomocy. Dzięki pracy tych małych stworzeń wszystko wyszło idealnie.
I rzeczywiście było idealnie. Rozpalone ognisko strzelało leciutko wyrzucając w powietrze co jakiś czas iskierki palonego drewna. W dodatku nic nie mogło pobić wspaniałego zapachu oraz ciepła bijącego z płomieni. Coś wspaniałego. Co się tyczy planu o który zapytał Liadon, to nauczyciele pod tym względem mieli wolną rękę.
- Raczej nie mamy żadnych konkretnych planów. Po za powrotem do szkoły przed dwudziestą drugą...



Czas troszeczkę zaszaleć...

Re: Magiczny Park

on Czw Kwi 09, 2015 7:07 pm
Do malowniczego orszaku w jakże malowniczym parku dołączył Percival Flint, swoim wolnym, lecz rześkim krokiem. Miejsce było urokliwe, płowa zieleń trawy słała się wielkimi pasami i przywodziła na myśl morze. Spokojne, gładkie, nie takie jak się widuje podczas patetycznych scen wyciągniętych rodem z nieprawdopodobnych powieści. Konary drzew wspinały się wysoko, wyżej chcąc swymi dłońmi dotknąć splendoru nieba. Tak jak kochanka, która wyciąga swoje delikatne smukłe dłonie w stronę oblubieńca. Lekki wiatr popędził strzępiaste chmury na lazurowym niebie. Bez wątpienia było czuć wiosnę, słońce może nie było w pełnej krasie, lecz to pewnie dlatego, że było już dawno za zenitem i powoli zbliżało się do widnokręgu. Na niebie coś zamajaczyło, zburzyło sielską atmosferę, harmonie. Załopotało groźnie i przeciągle skrzydłami. Gdyby nie rozmiary ptaka, ktoś uznałby go za dzikiego orła, który zabłąkał się miedzy górami Szkocji. Sowa zapikowała w niebie jak akrobatka i zaskowyczała niczym zawodowy drapieżnik, wylądowała miękko na ramieniu Percivala. Nad wyraz miękko. Jej potężne szponiska wbiły się w naramiennik chwytając mocno, pewnie, a następnie uniosła nóżkę, do której był przytroczony list w starej, pożółkłej kopercie. Zapach również świadczył o tym, że papier nie był najnowszy, oznaczony pieczęcią ministerstwa. Auror, szybko odpieczętował laki i zaczął czytać, a kiedy skończył wyciągnął różdżkę, płomień strzelił z niej jasnym światłem i obrócił w popiół. Wszak to powszechnie praktykowane w ministerstwie, aby korespondencje niszczyć zaraz po odczytaniu.
-Będę musiał niedługo wracać do Londynu.-wymamrotał niechętnie, przeleciał wzrokiem po Liadonie i Nath. Na niej jakby zatrzymał się dłużej, a może to były tylko pozory. Tak czy inaczej przemówił zaraz ponownie.
-No, ale póki tu jestem, a wasza eskapada powoli dobiega końca, wódki?-wyjął z wewnętrznej kieszeni piersiówkę o dość pokaźnych gabarytach. Najpewniej litrową. Najpierw poczęstował trunkiem rzecz jasna kobietę, później mężczyznę.
-W końcu jak się bawić to bawić, nie tylko dzieciakom się coś należy od życia, ale i nam.-oświadczył jakby z dumą. Powiódł całą ekipę w stronę alejki, która jak widać była już obsadzona żonkilami, tulipanami, narcyzami. Chociaż jeszcze nie w pełni rozwinięte, kwiaty nieśmiało otwierały swoje barwne pyszczki.
-Pana spotkałem w karczmie.-zakłócił ciszę auror.
-Pana nie znam, jestem Percival Flint. Mniemam, że Pan jest również nauczycielem w Hogwarcie.-uśmiechnął się krzywo i podłubał końcem laski w wilgotnej ziemi.
-Czego Pan naucza? I jak się Panu podoba na stanowisku, jakie piastuje?-zagaił, chciał by rozmowa była bardziej swobodna, przecież nie było się czego bać. Faktycznie, niecodziennie się kogoś z ministerstwa spotyka w miasteczku pod Hogwartem, lecz nikt nigdy tego nie mógł zabronić. Był takim samym gościem jak każdy przejezdny.
-Jeszcze wódki?-zapytał i ponownie wyciągnął piersiówkę w stronę swoich nowych, milusińskich przyjaciół, których tu poznał. Rzecz jasna Pana Liadona znał z raportów, tajnych przez poufne, lecz liczył na to, że będzie w stanie go jakoś zaskoczyć. Miło, niemiło to się miało zaraz okazać.



"Jeden kielich, drugi kielich, potem trzeci pęka,
a jak komu jest niedobrze, niech rzyga, nie stęka.
Czwarty kielich to już coś jest, piąty w gardło lejesz,
spadasz chłopie z krzesła to se dupy nie przyklejesz.

Już dziesiąty kielich szumi a godzina młoda,
posiedzimy tu do rana, nikomu nie szkoda.
Świt nadchodzi, kogut pieje, a to głupi chuj,
nasz dowódca trąbi w alarm, my idziemy w bój!"

Re: Magiczny Park

on Pią Kwi 10, 2015 8:55 am
Kolejny trzask i kolejny blok drewna rozpadł się pod mocą niszczycielskich płomieni. Języki ognia leciutko mknęły ku górze i załamywały się gwałtownie pod naporem delikatnego wiatru. Dziewczyna uwielbiała wpatrywać się w niszczycielską siłę natury. W żywioł, który spalał wszystko i pozostawiał po sobie tylko czarne zwęglone skorupy. Skorupy tak kruche, że po lekkim nacisku rozpadały się w pył. Oczywiście przed oczami miała tylko ognisko. Niewielką namiastkę żywiołu, uwięzioną w kamiennym kręgu. Mimo wszystko widok ognia i tak był piękny.
Spojrzała na Percivala i na jego płonącą korespondencję. Z pewnością ważną korespondencję, bo leżący na ziemi pokruszony lak przypominał odciśniętą pieczęć Ministerstwa. Słowa mężczyzny o zbliżającym się powrocie do Londynu jeszcze bardziej utwierdził ją w swym przekonaniu. Coś ważnego musiało być w tym liście. Być może coś niepokojącego... Blondynka miała ochotę zapytać, ale w ostatnim momencie ugryzła się w język. Pewnie i tak mężczyzna by jej niczego nie powiedział, ewentualnie skłamałby. Profesja Aurora nie jest takim zawodem, by można było swobodnie o nim rozmawiać. Większość rzeczy była tajna i dostępna tylko do wtajemniczonych. No, ale każdy z nich ma swój świat i swoje kredki. Nathalie wolała więc pozostawić swoją nieodpartą ciekawość dla siebie. By jednak choć troszkę zaspokoić swoje żądze zapytała:
- Dumbledore odpisał? – był to malutki haczyk zastawiony na Aurora. Być może zaprzeczając jej pytanie, mężczyzna powie coś niecoś o treści, bądź nadawcy spalonego listu.
Później Percival wyją piersiówkę... nie, to nie mogła być piersiówka. To była jakaś litrowa fikuśna flaszka. Zbyt duża by nazwać ją przenośną buteleczką trzymaną w kieszonce przy piersi. Chyba że w Ministerstwie wszystko jest duże i na pokaz. Jeśli jednak chodzi o zawartość butelki, to na samą wzmiankę o alkoholu blondynka odparła:
- Ja sobie dzisiaj podaruję procenty... Nie chcę by uczniowie widzieli mnie we wskazującym stanie. Zresztą, ja mam troszkę słabszą tolerancję alkoholową niż wy mężczyźni i pewnie narobiłabym tu niezłego bałaganu.
Uśmiechnęła się na koniec, wstała z ławki i pomknęła do stolika z jedzeniem. Zakręciła się zwinnie przy napojach, po czym wróciła z trzema niskimi szklaneczkami do połowy wypełnionymi sokiem porzeczkowym.
- Przyniosłam wam malutkie ukojenie... - oznajmiła i wręczyła panom po jednej ze szklaneczek - załagodzi nieco gorycz alkoholu. W dodatku witamina C’e zawarta w soku porzeczkowym pomoże wam lepiej przyswoić procenty.
Ponownie zasiadła na ławce przysłuchując się rozmowie mężczyzn. Oczywiście zerkała co jakiś czas na młodzież szalejącą przy ognisku, bądź piekącą różne smakołyki na grillowym rożnie.



Czas troszeczkę zaszaleć...

Re: Magiczny Park

on Pią Kwi 10, 2015 11:09 am
Uśmiechnął się w kierunku blondynki. Problemy z nastolatkami były chyba pojęciem względnym, bo ich brak wskazywał na naprawdę ogromne komplikacje. Na szczęście nie był rodzicem żadnego z nich więc cóż mogło się takiego stać.
-Ee... Dociekliwość, którą można znieść.- Powiedział wymijająco. Niestety był bardzo otwarty więc nie trudno było z niego czytać. Dlatego musiał się tak pilnować by nie każdy wiedział czym jest. Taka emocjonalna bariera miała jednak swoje plusy. Gdy miał wlepić szlaban, nie miał z tym problemu.
-Ta... Dumbledore potrafi zawsze wszystko zorganizować...- powiedział rozglądając się po parku. Być może za mało było podziwu w jego głosie. Cóż nigdy nie traktował skrzatów jak ważną część społeczeństwa. Może to jego charakter tak na to wpływał, a być może margines w jakim długo przyszło mu żyć przez swą dolegliwość. Zresztą osobiście nigdy nie lubił takich imprez. Za dużo ludzi, zbyt mało wspólnego. Tym jednak razem byli chociaż na zewnątrz.
-yhym...- Mruknął w odpowiedzi na plan Nathalie. Nie bardzo się na nim skupił spoglądają na przybyłą osobę, która sprawiła nieco zamieszania swą sową. Trudno było jednak kogoś winić za zwykłą korespondencję. Choć może nie taką od razu zwykłą. Przez moment Liadon zmrużył przenikliwie oczy spoglądając na Flinta, który do nich już podszedł. Teraz miał niemal pewność że się nie pomylił i był to szef biura Aurorów.
-Ja również podziękuję.- Dołączył się krótko do wypowiedzi Nathalie. Jeśli był to jakiś szpic, to głupio by było się upoić. Szczególnie, że Liadon miał pewien problem z alkoholem. Nie wiedział kiedy przestać pić. Mimo to podążył a dwójką rzucając jeszcze jedno ukradkowe spojrzenie zielonych oczu. Tu chyba coś było na rzeczy, między tą dwójką. Ale co takiego? Z zamyślenia wyrwał go głos mężczyzny.
-Liadon Ichimaru- odpowiedział, krótko spoglądając na koniec laski.- Owszem, nauczam transmutacji. Co mogłoby się nie podobać, Hogwart był i jest moim domem.
Odpowiedział dość krótko i mimo starań dało się wyczuć w jego głosie chłód i pewną niechęć. Ministerstwo nie było przychylne takim jak on, nie wspominając już o krzywdach wyrządzonych mu. Co jeśli on jest tutaj by wyrzucić go z Hogwartu? Co jeśli to Łowca?! Liadon z natury był ufny, przywiązywał się szybko i łatwo. Świat jednak wpoił mu niepewność, nienawiść i strach. To były podstawy jego paranoi i wiecznej czujności. Paradoksalnie te cechy już nie raz ocaliły jego życie, wieczna podejrzliwość i nieufność.
-Dziś pozostaje nam los wielbłądów...- Skwitował mugolskim przysłowiem. Cóż korzeni się nie wybiera. Wziął do ręki jedną ze szklanek dziękując krótko i mrużąc oczy. Czy to nie było dziwne? Przed momentem chciano w niego wlać alkohol, a w momencie gdy odmówił pojawił się kolejny kuszący napój. Trzymał szklankę wpatrując się w nią przez moment intensywnie. Jakby miał nadzieję, że buchnie piekielnymi oparami.



Do not take me wrongly...
You are not a bad person and the world won't be better without you.
It is nothing personal, it is just a natural thing for me...
Not for Werewolf,
I just chase the ilusory pride with desperate starvation of being a human again...

Re: Magiczny Park

on Nie Kwi 12, 2015 6:13 pm
Płomienie tańczyły na drewnie, które czerwieniało, złociło się, czerniało i szarzało pod niszczycielską siłą ognia. Właśnie. Ogień. Jeden z żywiołów natury, dawne mity, legendy i powieści głosiły, że da się z ich samych czerpać moc, energię. Ogień wzywał Percivala, gdyby to nie było głupie, gdyby się zatracił w tym cichym szepcie płomieni oddałby się im. Faktycznie, w tym było coś magicznego, bardziej magicznego niż w innych siłach natury.
-Nie Panienko Nathalie, to nie Dumbledor.-jego głos dźwięczał, wibrował niczym u kota. Szef biura nie oderwał nawet wzroku od ognia, nie zaszczycił nikogo żadną mimiką twarzy. Wsparty na swojej lasce coś najwyraźniej kontemplował w sobie, gdzieś głęboko. Niektóre wspomnienia ożywały, jedno ruszone budziło kolejne, kolejne aż te które starał się zapomnieć. Pamiętał siłę ognia, siłę mrocznej nieokiełznanej mocy, która trawiła wszystko na swojej drodze. Ludzie skowyczeli w bólu jak dzikie zwierzęta, smród palonego mięsa, śmierci, strachu. Tego wszystkiego było nadmiar, gdyby nie to, że Percival od dawna nic nie czuł, rozpłakałby się, lecz jak może płakać głaz? Był stosunkowo stary, chyba już za stary by uganiać się za mordercami, ale trwał. Trwał, bo to był jego cel, innego nie miał, a czym jest życie bez celu...
-Płeć czy waga nie mają wiele wspólnego z przyswajaniem alkoholu. To też zależy od organizmów. Czytuje czasami mugolskie publikacje naukowe, zaiste są ciekawe. Każdemu kto ma czas polecam.-uśmiechnął się, teraz dopiero oderwał wzrok od ognia, bo zdał sobie sprawę, że pewnie wygląda jak kretyn. Jak widać nie znalazł towarzystwa do picia, postanowił sam sobie nie narzucać ograniczeń. Noc była młoda, a litr wódki nie był mu straszny. Wtedy usłyszał głos mężczyzny.
-A to ci checa, staruszka Minerwa wybrała się na emeryturę? Niebywałe. Pamiętam ją z lat szkolnych. Cholernie dumna, ambitna a w dodatku inteligentna. Niczemu się nie dziwię, że Tiara tyle zwlekała z wyborem. I tak twierdzę, że ją chybnie przydzieliła.-skrzywił się albo od alkoholu albo na myśl o decyzji czarodziejskiej czapeczki.
-Powinna trafić do Krukonów, bez ochyby. Tak, trochę się zmarnowała.-urocza młoda panienka Nath przyniosła soku, już miał powiedzieć, że prawdziwy mężczyzna nie popija wódki sokiem i że wódka nie obiad nie ma smakować, tylko sponiewierać, ale ugryzł się w porę w język. Nie chciał robić kobiecie przykrości i upił łyk.
-Jakich wielbłądów?-zamrugał oczami Percival, jakby nie bardzo wiedział o czym mówi Liadon. Rozejrzał się dyskretnie, czy nie pojawił się żaden, ale dał za wygraną, nie chcąc się ośmieszać. Pominął też milczeniem, że to może jego koń na którym tu przybył, lecz wolał poczekać na wyjaśnienia.



"Jeden kielich, drugi kielich, potem trzeci pęka,
a jak komu jest niedobrze, niech rzyga, nie stęka.
Czwarty kielich to już coś jest, piąty w gardło lejesz,
spadasz chłopie z krzesła to se dupy nie przyklejesz.

Już dziesiąty kielich szumi a godzina młoda,
posiedzimy tu do rana, nikomu nie szkoda.
Świt nadchodzi, kogut pieje, a to głupi chuj,
nasz dowódca trąbi w alarm, my idziemy w bój!"

Re: Magiczny Park

on Pon Kwi 13, 2015 8:18 am
Ściskając w dłoniach szklaneczkę, dziewczyna mimowolnie wprawiała w ruch znajdującą się tam ciecz. Zataczała naczynkiem niewielkie kręgi i patrzyła jak sok delikatnie wpada w wirowanie. Przysłuchiwała się co panowie mają do powiedzenia co jakiś czas zerkając, to na jednego, to na drugiego.
Nagle na ciemniejącym już niebie zakręciło się kilka ptaszysk. Niby nic nadzwyczajnego, ale kręgi które zataczały nad okolicą świadczyły, że są to ptaki pocztowe. Że poszukują odpowiednich adresatów. Jeden ptak wyraźnie pomknął w stronę centrum magicznego miasteczka, drugi wyraźnie obniżył lot nad parkiem, pozostałe odleciały w jeszcze innym kierunku. Ptak który właśnie obniżył lot, był własnością blondynki. A więc wiadomość musiała być z Hogwartu, bowiem to tam stacjonowało jej pocztowe zwierzątko imieniem Upiór. Sowa przeleciała wokół parkowej wyspy, po czym ospale opadła na oparcie ławeczki. Ledwo Nathalie odczepiła kopertę od nóżki zwierzęcego listonosza, gdy sowa ponownie poderwała się do lotu i w mig opuściła to miejsce.
Odstawiając chwilowo szklaneczkę na ziemie, blondynka obróciła kopertę w dłoniach. Odczytała z koperty imię i nazwisko nadawcy, i mimowolnie zwróciła się do Liadona – To od Filiusa Flitwicka... Pewnie chce byśmy mu coś w Hogsmeade kupili, bądź odebrali jakąś przesyłkę.
Dziewczyna delikatnie wyjęła list i poczęła czytać. Nagle znieruchomiała i lekko zbladła. Po chwilowym paraliżu, złożyła list na pół i wrzuciła go do ogniska. Korespondencja momentalnie zajęła się ogniem... Nathalie musiała coś powiedzieć. Milczenie w tej sytuacji mogło wydawać się bardzo niepokojące, dlatego zmusiła się i odparła najnormalniej jak potrafiła.
- Pomyliłam się. Nie chodzi o żadne zakupy... Filius przesłał nam nowe zarządzenie co do wycieczki... Nie musimy się śpieszyć z powrotem do Hogsmeade. Mamy pozwolenie od Dumbledore na nieograniczony czas wolny. Czyli możemy zostać na ognisku, tak długo jak chcemy...
Uśmiechnęła się sztucznie, maskując poniekąd prawdziwy powód tej decyzji. Wedle zarządzeń musiała zachować dyskrecję, nie tylko względem uczniów, ale i Aurora. Choć jeśli chodzi o samego Percivala, to było duże prawdopodobieństwo, że w korespondencji którą otrzymał on parę chwil temu były zawarte podobne informacje. Tak przynajmniej myślała blondynka.
Po chwili zaistniałego napięcia, Nathalie sięgnęła z ziemi swoją szklankę i odparła w kierunku pracownika Ministerstwa - Chyba się jednak z Panem napiję... ale tylko odrobinkę. Mały drink mi nie zaszkodzi.
Podstawiła swoją szklaneczkę w stronę Percivala, tak by mężczyzna mógł wlać do jej soku parę kropel ognistego trunku. Blondynka musiała się napić... musiała jakoś powstrzymać narastające w jej sercu emocje.



Czas troszeczkę zaszaleć...

Re: Magiczny Park

on Pon Kwi 13, 2015 3:10 pm
Ledwo się uspokoiła, a ciąg wydarzeń porwał ją ze sobą niczym wiatr. Jeszcze chwilę temu była w całkiem dobrym humorze i robiła udane zakupy, a tu nagle atak ślizgonki, kojące pocieszenie ze strony profesor od Mugoloznastwa, za chwilę dziwna interakcja z obcym jej mężczyzną, tylko po to by skończyć wreszcie w jakimś parku, przy ognisku i wśród obżerającej się, rozbrykanej młodzieży. Ale chwila, chwileczka... Co to był za facet w sklepie Zonka? Wyglądał na ważniaka, ale Mer nigdy nie czytała gazet i nie interesowała się sprawami świata czarodziejów. Do tego to co jej zrobił, aż ją ciarki przechodziły na sama myśl. Chyba tylko szok i niedowierzanie powstrzymały ją od kopnięcia go w jaja i ucieczki z krzykiem. Dotykał ją, oskarżał, był tak blisko pomimo iż nie wyraziła na to ani chęci, ani zgody. Gdy wreszcie dał jej spokój była tak osłupiała, że bezmyślnie ruszyła za resztą uczniów i otrząsnęła się dopiero na miejscu, czując zapach mięsa i palonego drewna. "Już nigdy nie wyjdę za mąż..." Ta myśl naszła ją tak nagle i niespodziewanie, a jednak z siłą większą niż cokolwiek do tej pory. Nie była już czysta. Nie żeby myślała tylko o chłopakach, ale brała pod uwagę założenie kiedyś rodziny, w bardzo, bardzo odległej przyszłości. Jednak po tym co ten sadystyczny pedofil zrobił jej w sklepie, nie byłaby średnią partią nawet dla kulawego psa. Miał takie nieprzyjemne, szorstkie palce... Evans usiadła tam gdzie stała, oparła głowę o kolana i pogrążyła się w depresji. "Teraz bogin będzie przybierał jego postać..." Pomyślała ze zgrozą, przeklinając swój parszywy los. Po co w ogóle zapisywała się na tę wycieczkę? Po co opuszczała szkołę? Już wolałaby koczować w dormitorium, biedniejsza o nabytą w chacie wiedzę i zakupione miksturki, niźli zostać wykorzystaną przez bydlaka w garniturze, przed czym nie obroniła jej nawet obecność nauczycielki. Swoją drogą, jej brak reakcji był uwłaczający. "Nikomu nie można ufać."


Mowa, myśli, bazyliszkowe podszepty*.

*Różdżka z jadem bazyliszka "wybiera niepewnych siebie czarodziei i powoli zaczyna otumaniać ich umysł i ciało przez co stają się bardzo podatni na manipulacje i często schodzą na złą ścieżkę." W przypadku Meredith zniekształca jej myśli i postrzeganie, najbardziej wtedy, gdy dziewczyna jej dotyka.

Teraz, gdy w ruchomych piaskach tonę
I kiedy cała przeszłość przed oczami
Rozumiem, rozumiem swój błąd,
Lecz cofnąć się nie mam szans

Kiedy ziemia niknie pod nogami
I gdy już wiem, że mogłam wszystko zmienić
Rozumiem, już rozumiem swój błąd,
Lecz za późno już...

Re: Magiczny Park

on Pon Kwi 13, 2015 9:50 pm
Co oni właściwie mogli wiedzieć o niszczycielskiej sile ognia? Liadon zakładał, że mało kto poznał tak dobrze ten żywioł jak on. Od lat mimowolnie trzymał się od niego z dala wciąż czując na swych plecach chłodny strach. Mimo to prowadzony nostalgią reszty również spojrzał w trzeszczący ogień. Ten jednak wydawał się dziwnie chłodny, ludzki, nie groźny wręcz. Jak wspomnienie odległego ryku. Tak właśnie przeciągły ryk, to on wprawił młodzieńca w przerażenie. Jedna jedyna myśl ogarnęła go wtedy. Pragnął dotrzeć do niej. Za wszelką cenę ją obronić. Chaos który powstał w ich nowym miasteczku nie mógł mu przeszkodzić. Biegł przed siebie między domami, rozpychając na boki wilczych pobratymców wzywając głośno Van. Masy Gaoru biegały chaotycznie próbując uratować co się da z strzelających w górę coraz to nowych płomieni. Raz co raz rozlegały się głośne tupnięcia i odgłosy burzonych domostw rozpadających się jak budowla z kilku kart złożona. Jednak dla Liadona świat na moment zwolnił. Odgłosy świata stłumione były przez bicie jego własnego serca a świat zbladł na chwilę. Wtedy znowu pojawiła się ona, w momencie gdy zabrakło mu wiary, gdy ogarnął go strach. Niematerialna, półprzezroczysta wizja kobiety, obcej a jednocześnie tak dobrze mu znanej. Zachęcała go skinieniem reki, a Liadon bezwiednie ruszył w jej kierunku. Świat wokoło dalej wydawał się nierzeczywisty, tylko ona była teraz ważna, tylko ona istniała naprawdę. A w głębi serca młody wierzył, że tym razem duchy pomogą mu, zaprowadzą go do tej jedynej, by mógł ją ocalić, by mógł być przy niej. Nie mógł się bardziej mylić.
Luna przeprowadziła go przez uciekający tłum, naprzeciw smokom. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że szaleństwo znowu sprowadziło go na manowce. Jego umysł znowu spłatał mu figla, że znowu go wykorzystano. Jednak nie uciekł. Wciąż brakowało w nim życia, woli przetrwania. Co ma być to będzie, nie chciał się już temu sprzeciwiać. Usłyszał głos, którego nie da się uchwycić w słowa, któż bowiem powie jak brzmi głos księżyca. Mówił do niego, uspokajał, kazał podnieść rękę nad głowę, tak jakby to miało powstrzymać dziesiątki bestii wiszących w powietrzu. Nie wspominając o tej jednej, która była tuż przed nim biorąc głęboki w dech, by już za moment zatopić polanę w płomieniach. „To dar dla Ciebie, byś mógł być tym kim być musisz.” Usłyszał, czując wzbierające się chłodne ciepło, porywisty spokój i potężną niemoc. Gdy widział już ogniste jęzory ognia zbliżające się w jego kierunku, świat zalała biel rozświetlająca wszystko ostrym światłem. Tak jasnym, że świat w przestał istnieć na moment. Była tylko biel. Uczucie surrealizmu nie trwało jednak wiecznie. Do rzeczywistości przywrócił go nie tylko ból, ale swąd spalonego ciała, jego ciała. Z wrzaskiem rzucił się na ziemię próbując zgasić tlące się na jego ubraniu i ciele smocze płomienie. Nie zdążył bo już wkrótce stracił przytomność. Nim jednak to nastało, czuł swe całe ciało. Ból skwierczącej skóry, odchodzącej od mięsa, ścinającego się białka jego ciała. Ale przede wszystkim zrozumiał, że został wykorzystany. Wykorzystany jako osłona dla jego ludu i odtąd zawsze miał cierpieć.
To właśnie było prawdziwe znaczenie ognia. Niekończące się cierpienie za innych. Obruszył się odwracając wzrok od płomieni. Wspomnienia potrafiły być bardziej dotkliwsze niż fizyczne rany. Mijał czas a ich nie można było wyleczyć. Tym razem dość radośnie przyjął pytanie Aurora. Odwracało jego uwagę od ponurych myśli.
-Tylko pomagam, mam część roczników. Ostatnio Minerwa jest bardzo zajęta więc pracuje ja.
Powiedział spoglądając na Nathalie, która właśnie dostała sowę. Fitwick? Nigdy nie miał z nim dobrych stosunków. Po prostu nadawali na nieco innych falach. Co mógł chcieć od kobiety. Cóż nie było mu dane się o tym dowiedzieć ale po minie Nathali nie było to nic dobrego. Zmrużył oczy nie będąc pewnym czy to tylko mu się wydawało czy Nathalie faktycznie strasznie kręciła. Nim jednak zdołał zapytać stało się coś niezwykłego. Płomienie eksplodowały nad głową Liadona w nienaturalny sposób rzucając rozdygotane cienie. Zawisły przez moment dopóki Wilkołak nie wyciągnął reki na którą spadł list z jednym jedynym czerwonym piórem. To jego Feniks, ale w ten sposób przesyłał tylko naprawdę naglące wiadomości. I ta taka była, gdy tylko zaczął czyta oczy rozszerzyły się a szklanka w dłoni eksplodowała pod siłą uścisku. Nawet nie zwrócił na to uwagi przeczytawszy list raz jeszcze. Coś mu się w żołądku przewróciło a jego własne myśli zadziwiły go. Nie myślał o ofiarach, nie myślał o tych 10 martwych osobach, o mordercy i o tym całym zamieszaniu. W głowie w kółko i kółko obijały mu się postacie. Amber, Susie, Rose. Dlaczego nagle poczuł się tak za nie odpowiedzialny. Dlaczego chciał by to właśnie one były bezpieczne? Czy to przez to, że ostatnia osoba, która okazała mu trochę ciepła była już martwa? Czy to dlatego, że one sprawiły że czul się potrzebny. A może przypominały mu co kiedyś kochał w życiu. Zmiął papier w ręku mrużąc intensywnie oczy jakby spodziewał się niechybnego ataku. Z jego lewej ręki nie leciała krew a z małych dziurek rozerwanych przez szkło przebijała się srebrna poświata. Nie wiedział czy to całe widowisko wzbudziło czyjeś podejrzenia czy nie. Miał to jednak w nosie, bo żadnej z tych istotek nie mógł wyłowić w tłumie, a gdy sięgał pamięcią do listy był prawie pewien, że nie wyprawiły się do Hogsmead. Dobrze chociaż, że Alice wciąż kręciła się na horyzoncie.
-To możemy zakończyć pieprzenie o głupotach.- Mruknął odwracając się do obojga przodem.- Zakładam, że wszyscy troje dostaliśmy sowy o podobnej treści.
Powiedział milknąc na moment z wciąż ściśniętym w dłoni listem.
-Czy Ministerstwo ruszyło już swoje zacne tyłki? Co robimy z tą hałastrą?- Zapytał. W myślach starał się ułożyć plan działania. Czy powinien rzucić jakieś zaklęcia ochronne? Czy powinien wrócić do Hogwartu? Czy może powinien stąd uciec? Zmierzył przeszywającym spojrzeniem Nathalie potem zaś Percivala. Co jeśli któreś z nich jest śmierciożercą? Co jeśli któreś z nich jest w zmowie? Paranoje zaczęły namnażać się w jego głowie. Odetchnął po momencie i wreszcie pozbył się listu podpalając go swoją srebrnomatową różdżką. Potem nie będąc już nawet wstanie ocenić czy wszyscy faktycznie dostali tę samą korespondencje podjął w duchu decyzję.



Do not take me wrongly...
You are not a bad person and the world won't be better without you.
It is nothing personal, it is just a natural thing for me...
Not for Werewolf,
I just chase the ilusory pride with desperate starvation of being a human again...

Re: Magiczny Park

on Wto Kwi 14, 2015 9:09 am
Panna Hughes - ta sama, która twierdziła, że zmierzyła się z własnym lękiem - wkroczyła do parku dygocząc jak osika. Zawziętość opuszczała ją gdy nie miała z kim lub czym się skonfrontować... I choć w obecnych okolicznościach chciała podtrzymać w sobie tę siłę - nie dawała rady. Waleczna w personalnych starciach dziewczynka wykładała się stając przed samą sobą. Czy więc bała się siebie? To na pewno... Nie dojrzała jednak do takiego uwarunkowania i wszystko spychała na głupotę... A raczej pogardę... Czemu nie wyszła ze wszystkimi do sklepu? Czemu w ogóle dosiadła się do stolika w kącie? I czemu wszczynała tam dyskusję, jednocześnie tak się jej bojąc?
Łaknąc spokoju usiadła na jednej z najbardziej oddalonej od nauczycieli ławce i wyklinała samą siebie. Niespełna siedem lat wcześniej to naiwne dziewczę myślało, że wszelkie problemy się skończyły... Biedactwo nie zdawało sobie sprawy z faktu, że nowe mogą być o wiele bardziej absorbujące... Zwłaszcza jeśli komuś zależy... A Pannie Szlamie jakiś czas temu zaczęło... A może - dzięki wielce uroczemu epitetowi - po prostu to zobaczyła?
Pogrążyła by się zapewne dalej w całym tym marazmie gdyby wiatr trochę odpuścił i nie szastał wytartym płaszczem. Zrobiło się zimno a Hogsmeade nie było najlepszym miejscem na tego typu rozmyślania więc przysunęła się bliżej ognia wypatrując znajomych twarzy. Wszystkie jednak stapiały się z tłem... Poza Meredith...
- Cześć, wszystko w porządku? - Zapytała widząc, że nie... I mając jednocześnie nadzieję, że koleżanka potrzebuje wytchnienia tak jak ona...



Buntować się przeciw wam? A kto wy jesteście?
Bezkształtna masa, amorficzny stwór, zatomizowany świat, tłum bez formy i konstrukcji.
Waszego świata już nie można nawet rozsadzić.
Sam się rozlazł...

Re: Magiczny Park

on Czw Kwi 16, 2015 7:49 am
Blondynka maskowała swoje emocje niczym doświadczona aktorka. Lekki uśmiech na twarzy, spokojne niewymuszone ruchy, nieco rzadszy niż zwykle kontakt wzrokowy z bliskimi tu osobami. W udawaniu była całkiem dobra, by nie powiedzieć doskonała. Niestety zdarzają się takie wyjątkowe wydarzenia, które potrafią rozbić każdą wyuczoną ekspresję. Bezwątpienia list który otrzymała z Hogwartu był silnie naładowany emocjami, a jej zachowanie z początku mogło dać postronnym troszkę do myślenia. Mimo wszystko trzymała się całkiem dobrze swojej nowej roli. Oczywiście do czasu... do czasu kiedy Liadon nie począł wariować. A stało się tak, kiedy i on otrzymał korespondencję ze złymi informacjami. Emocje szybko wzięły nad nim górę. Nauczyciel nie miał zamiaru ukrywać niczego. Wręcz przeciwnie. Słowa które wypowiedział były napełnione domysłami. Domysłami, że w szkole wydarzyło się coś złego... coś strasznego. A gdzie podziała się dyskrecja, na której tak mocno zależało Dumbledore! Słowa Liadona się rzekły, a ów dyskrecję można było wsadzić sobie gdzieś...
- Zarządzenia profesora Dumbledore były jasne - odparła szeptem, a z jej ust zniknął uśmiech - pozostajemy na wycieczce jeszcze przez kilka godzin, po czym wracamy do szkoły. Dajmy dzieciakom czas do północy, a później pomaszerujemy stąd prosto do Hogwartu... Zachowaj spokój, bo dzieci patrzą!
Uśmiech ponownie zagościł na twarzyczce dziewczyny. Oczywiście sztuczny uśmiech, mimo wszystko i tak uroczy. Milczała, a w jej głowie przetaczały się przeróżne myśli i wyimaginowane obrazy. Po chwili zbliżyła szklaneczkę do swych ust i upiła odrobinę mieszczącej się tam cieczy.
Ciekawe co Percival wyniósł z tej dziwnej sytuacji? Z tej gwałtownej reakcji Liadona i jego słów. Czy naprawdę już wiedział co się wydarzyło w Hogwarcie? Jakie informacje były zawarte w jego korespondencji?



Czas troszeczkę zaszaleć...

Re: Magiczny Park

on Czw Kwi 16, 2015 2:14 pm
Kto tym razem? Znowu ta przebiegła ślizgonka? Głos brzmiał inaczej, ale zadawał te same, obłudne pytanie. Jednak teraz Meredith była zbyt wycieńczona psychicznie by stać ją było na kolejne histerie. Uniosła tylko lekko głowę, wiedząc iż milczeniem nic nie zdziała, a do odpowiedzi jakoś jej się nie spieszyło. Widząc osobę z własnego domu poczuła ulgę, choć wcale nie poprawiło to jej humoru, ani nie rozluźniło napiętych mięśni. Powoli oblizała usta, zastanawiając się nad własną reakcją, bo choć nie czuła lęku przed innymi puchonami, to jednak wciąż nie była skora do zwierzeń. Nie miała ochoty zdzierać sobie gardła na żalenie się, przekonana iż i tak nie poprawi to jej sytuacji, a może nawet pogorszy. W tych całych nerwach zapomniała nawet cokolwiek zjeść i dopiero teraz, daleko od dręczycieli, zaś blisko ogniska i stołów z jedzeniem, poczuła jak burczy jej w brzuchu. Wstała bez słowa i powoli, patrząc bardziej pod nogi niż przed siebie, podeszła do dużej miski pełnej pianek. Nałożyła sobie garść na papierowy talerzyk, dodała do nich trochę innych słodyczy, a wszystko przykryła plasterkiem żółtego sera, po czym wróciła na swoje miejsce przy koleżance. Już sam powrót do prefekta był w jej przypadku milczącą akceptacją towarzystwa dziewczyny. Mere miała zwyczaj bez wyjaśnień siadać daleko od innych, nawet jeśli przysiadał się do niej ktoś spoza Slytherinu i próbował być miły. Teraz jednak bezpieczniej czuła się przy innych puchonach i wolała nie ryzykować dalszego odizolowania - w końcu jak dotąd przyniosło jej to głównie złe doświadczenia. Owinęła piankę serem i zaczęła ją powoli podgryzać. Wyglądała przy tym jak wiewiórka, trzymając jedzenie obiema dłońmi, z talerzem ułożonym na kolanach i nieprzytomnym, odległym spojrzeniem. Niezadane na głos pytanie zaprzątało wciąż jej myśli. "Kiedy wracamy...?"


Mowa, myśli, bazyliszkowe podszepty*.

*Różdżka z jadem bazyliszka "wybiera niepewnych siebie czarodziei i powoli zaczyna otumaniać ich umysł i ciało przez co stają się bardzo podatni na manipulacje i często schodzą na złą ścieżkę." W przypadku Meredith zniekształca jej myśli i postrzeganie, najbardziej wtedy, gdy dziewczyna jej dotyka.

Teraz, gdy w ruchomych piaskach tonę
I kiedy cała przeszłość przed oczami
Rozumiem, rozumiem swój błąd,
Lecz cofnąć się nie mam szans

Kiedy ziemia niknie pod nogami
I gdy już wiem, że mogłam wszystko zmienić
Rozumiem, już rozumiem swój błąd,
Lecz za późno już...

Re: Magiczny Park

on Pią Kwi 17, 2015 6:31 pm
Ogień, siła destrukcyjna, niszczycielska, ale i dla niektórych oczyszczająca, chrzest ognia. Bo tylko w ogniu można spalić swoje ziemskie emocje, spalić na popiół duszę i odrodzić się na nowo. Odkupić grzechy, odkupić duszę, przejść mękę i żyć dalej bez strachu. Wiatr targnął koronami drzew aż te zaświszczały. Percival nawet się nie poruszył. Dziś sowy krążyły nad wyraz zajadle, z doświadczenia wywnioskował, że coś musi być na rzeczy, lecz nie miał zamiaru pytać, swoje przemyślenia wolał zachować dla siebie. Młodziutka nauczycielka postanowiła się napić, nie protestował, podał flaszkę nie czyniąc zbędnych gestów i milczał. Jego myśli krążyły jakoś nie składnie, bez większego celu. Powietrze zafalowało, koło Liadona wylądował feniks z przesyłką dla niego, a następnie trzask szkła w dłoni. Na to już zwrócił uwagę.
-O, nie krwawisz.-rzucił zjadliwie i niepotrzebnie mężczyzna uśmiechając się szyderczo do wilkołaka.
-Ciekawe, co jeszcze potrafisz.-zdrożna zawodowa ciekawość kierowała aurorem, nigdy nie było zbyt późno na wiedzę, lepiej się zaliczać do niektórych niż wszystkich. Nie wymagał jednak wyjaśnień od nauczyciela. Widział ich grobowe miny i już wiedział, że pewnie Cara zdążyła coś przeskrobać w zamku. Prychnął i pokręcił głową z dezaprobatą. Masz czegoś chciał Panie ministrze, masz nawet i więcej.
-Ależ z wybaczeniem, pieprzenie o głupotach jest najprzyjemniejsze.-zauważył auror i umościł się wygodnie na ławce przy ognisku, ale to co powiedział później wybiło go kompletnie ze swojego głębokiego szyderstwa.
-Liadon, ja nie wiem o czym ty mówisz, napij się gorzałki, przejdzie ci, no a co do dzieciarni możemy po prostu ich ignorować, przynajmniej ja. Ot atut nie bycia nauczycielem.-nadal go nie opuszczał dobry humor. Wtedy usłyszał słodki głos nauczycielki, która chyba się bała.
-Jak na razie nie spokojni jesteście wy, słabo udajecie. No dalej pani Nath, uśmiech, uśmiech.-obdarzył ich pogardliwym uśmiechem nadal nie będąc świadomym co się wydarzyło i jakie wieści przyniosły ptaki.



"Jeden kielich, drugi kielich, potem trzeci pęka,
a jak komu jest niedobrze, niech rzyga, nie stęka.
Czwarty kielich to już coś jest, piąty w gardło lejesz,
spadasz chłopie z krzesła to se dupy nie przyklejesz.

Już dziesiąty kielich szumi a godzina młoda,
posiedzimy tu do rana, nikomu nie szkoda.
Świt nadchodzi, kogut pieje, a to głupi chuj,
nasz dowódca trąbi w alarm, my idziemy w bój!"
Sponsored content

Re: Magiczny Park

Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach