Zapraszamy serdecznie do przyłączenia się do przygody!


CalendarCalendar  IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  GrupyGrupy  FAQFAQ  

Share | 
 

 Polana jednorożców

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Mistrz Labiryntu
avatar


avatar

PisanieTemat: Polana jednorożców   Pon Wrz 02, 2013 2:40 pm

Te rzadko spotykane stworzenia mają swoją siedzibę również w Zakazanym Lesie. Zabicie jednorożców jest okropną zbrodnią - pamiętajmy o tym.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rudolf Lestrange
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Polana jednorożców   Pią Lis 13, 2015 9:37 pm

//początek

Skłębione korony drzew złowrogo czyhały nad opustoszałą polaną Zakazanego Lasu. Skąpane bladym światłem samotnego księżyca, niezgłębione zakamarki puszczy mieniły się najpiękniejszymi z odcieni błękitu i czerni, świat wyprany z koloru kurczył się do kilkunastu metrów przed człowieczymi oczyma. Rudolf jednakże, wizja śnieżnobiałego futra i kłów, nie był człowiekiem. Jego dzikie, szkarłatne oczy rozbijały ciemność na strzępy, docierając najgłębiej skrywanych przez nią sekretów. Spoglądał z dziwną tęsknotą skubiącą zmysły na lśniące widma pajęczyn i nieokiełznane wstęgi korzeni, które oplatały Ziemię w silnym uścisku. Wilgotna gleba pod jego łapami była przyjemnie chłodna, resztki pożółkłych, martwych liści zostały wdeptane w błoto przez gwałtowne nadejście mokrej, smutnej wiosny. Powietrze, które rozcinało jego krtań i zatapiało płuca w najczystszej z powodzi miało smak i zapach przemian.
Wilcze, silne mięśnie, rozgrzane jeszcze pędem biegu, drżały delikatnie pod grubą warstwą futra, jedyny dowód napięcia, które trzymało galopujący zwykle umysł Rudolfa na wodzy. Nim przybrał swą naturalną postać wiedział, że jego plan był niezwykle ryzykowny, a ewentualne straty byłyby równie duże, jak zyski, jeśli nie większe. Stojąc na dalekim, rzuconym w niepamięć końcu srebrzysto błękitnych błoni, pozwolił sobie wywąchać ostrożnie magiczne mury, które niczym kopuła izolowały Hogwart od intruzów. Był niemalże pewien, że konstruujący je czarodzieje nie zabezpieczali ich przed wtargnięciem animagów – pojawienie się jego obecności na terenie szkoły nie powinno zbudzić żadnej ze starożytnych barier. Pozwolił, by ich delikatnie migoczącą powierzchnię rozbił najpierw wilczy nos, potem spiczaste uszy, a następnie cała reszta ogromnego cielska, uczucie mijania potężnych zabezpieczeń niczym zimny prysznic na wrażliwej skórze. Będzie musiał podziękować swojemu braciszkowi, lecz nie była to pora na tego typu błahe rozważania. Bez namysłu rozerwał nocny spokój, z dziką gracją biegnąc prosto w głębiny Zakazanego Lasu.
Cel jego wyprawy nawet teraz pozostawał niejasny, a wyostrzone zmysły nie wspierały jego analitycznych umiejętności. Wiedział, że świadomość wady hogwarckich obron była już sukcesem samym w sobie – pomimo wzmocnień, które niewątpliwie zostały wplecione w misternie skonstruowane bariery, wciąż istniała dość łatwa droga do zamku, którą każdy animag mógł swobodnie podążyć. Sam Lestrange wiedział, że ta konkretna sztuka nie jest specjalnie powszechną, magia zbyt zaawansowana, wymagająca i ryzykowna, by kusić dorosłych czarodziejów, którzy niewątpliwie woleliby rozwiązać wszystkie swe problemy kilkoma bezpiecznymi Cruciatusami. Dla jego idei jednakże, wystarczyłby jeden, silny i wystarczający sprytny animag, by nawiązać kontakt z mrocznymi bestiami czyhającymi pośród groźnych drzew. Rudolf nie różnił się od owych istot za bardzo – jego samego Czarny Pan skusił swymi poglądami na czarną magię i wolnością, jaką obiecywał. Był boleśnie świadom, że w obecnej sytuacji, pod obecnymi rządami, z obecnymi normami, praktykowanie tej najbardziej niepojętej z mocy nigdy nie uzyskałoby aprobaty rządu. Tak, jak i te niebezpieczne stworzenia miał dosyć nieustających polowań jasnych czarodziejów na siły, których nie rozumieli.
Właśnie dlatego spoczywał teraz uważnie za jednym z potężniejszych pni, które kreowały ten niebezpieczny labirynt puszczy. Żałował niezmiernie, że nie nosił już na szyi Ślizgońskiego krawatu, gdyż zgłębienie Zakazanego Lasu było niezaprzeczalnie ogromnym osiągnięciem. Jako prekursor idei czystokrwistej, swego rodzaju książę Slytherinu, zyskałby olbrzymie wpływy i nawet większą władzę nad słabszymi od siebie dziećmi. Tym właśnie była większość z nich, dziećmi bawiącymi się w dwór. Lestrange jednakże nawet w tej zabawie, specyficznej iluzji, widział swoją przyszłość. Został zrodzony, by kierować. Jakże niewygodne było pełzanie u stóp Czarnego Pana, lecz nawet w swej arogancji potrafił rozpoznać potęgę większą od swojej. Tymczasowo. Z tą optymistyczną myślą wibrującą przyjemnie w jego zwierzęcym, nieujarzmionym przez poczucie prawości umyśle, skupił się na oczekiwaniu jakiegokolwiek znaku życia, który zwiastowałby przybycie innych, równie groźnych jak on, istot.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kelly McCarthy
avatar


avatar
V rok

PisanieTemat: Re: Polana jednorożców   Sob Lis 14, 2015 10:29 am

Czyżby rudowłose dziewczę było na tyle głupie, aby po raz kolejny wkraczać na tereny Zakazanego Lasu? Czyżby po raz kolejny ryzykowała własnym życiem z bardzo prymitywnych pobudek? Ciekawość, o tak. W głowie lawirowała jej jedynie jedna myśl, której nie wypowiedziałaby na głos. Ze strachu przed samą sobą? Być może...
Stopy odziane w czarne, lakierowane buciki pokryły się błotem i przy każdym kolejnym kroku, czuła jak zapada się w błotną breję co raz głębiej. Długi płaszcz zahaczał się o każdą z gałązek, które były niczym dłonie starców pragnących uchwycić w swoje łapska jeszcze trochę życia. Każdy najmniejszy szelest, czy trzask łamanych pod stopami gałązek przyprawiał ją o dreszcze, które prześlizgiwały się po jej plecach. Bała się wszystkiego, nawet własnego cienia, który niczym anioł stróż podążał za nią, prześlizgując się pomiędzy runem leśnym. Starała się zakopać gdzieś głęboko w sobie strach i postawić na piedestale odwagę, której miała całkiem sporo. Czasami zastanawiała się i wyszukiwała mnóstwo podobieństw z Gryfonami, może Tiara pomyliła się co do niej? Może powinna wylądować w domu lwa?
W końcu nie na codzień spotyka się osobę, która niemalże tracąc życie po ostatniej wędrówce do Zakazanego Lasu, wybiera się do niego ponownie. Szukała śladów, czegokolwiek, co pomogłoby jej poskładać nielogiczne fakty w całość.
Pamiętała jedynie przekroczenie progu Lasu, który zachęcał ją cichym szelestem młodych listków, który otwierał przed nią ramiona, a kiedy tylko postawiła krok w jego stronę... Ramiona lasu zamknęły się za nią.
Nie było ucieczki.
Nikt nie przyszedł na ratunek.
Ciemność, ból, odwaga...

McCarthy odrzuciła od siebie wszystkie zbędne myśli, które zaprzątały jej głowę. Musiała zachować czystość umysłu, szczególnie w tak mrocznym miejscu jak to. W grube pukle rudych włosów wplątało się kilka listków, które z każdym ruchem spadały na ziemię, niekiedy tuż przed jej dużymi zielonymi oczami, przyprawiając ją tym samym o szybsze bicie serca. Właściwie im dalej zapuszczała się w głąb drzew, tym mniej słyszała. Każdy szelest zagłuszany był przez szumiącą w głowie krew, mocne i głośne uderzenia jej serca.
Drzewa nagle rozsunęły się przed nią, ukazując widok kawałka pustej przestrzeni. Polana? Przetarła twarz zimnymi, bladymi dłońmi, które do tej pory mocnym uściskiem otulały różdżkę. Wiedziała, że magia na nic się tu nie zda, jeżeli miałaby walczyć z kimś większym, jednak dodawała jej nieco więcej otuchy. Zatrzymała się w półkroku, starając się robić jak najmniej hałasu, jednak jej starania były na nic. Gałązka pod butem strzeliła, odbijając się echem. W takiej ciszy było to niczym wystrzał fajerwerka całkiem pokaźnej mocy. Przeklęła w duchu siebie, gałęzie, las i wszystko na co mogła się w tym momencie powołać.
Głowa całkiem pokaźnych rozmiarów futrzaka(hehe) powoli zwróciła się w jej kierunku. Spojrzenia skrzyżowały się, jej wielkich, przerażonych zielonych oczu i jego, spokojnych, nieco drapieżnych o kolorze czystego szkarłatu. Cofnęła się krok, jakby miało jej to pomóc w ewentualnej ucieczce, jednak jej myśli krzyczały do niej, aby się nie ruszała.
Nie miałaby zwyczajnie szans, zwierze i tak by ją dogoniło.
Och głupiutka McCarthy, kolejny raz?
Może to i głupie myślenie, głupiej Krukonki... Ależ, och! Ileż ona by dała, żeby tylko go dotknąć. Tej pięknej śnieżnobiałej sierści, ujarzmić bestie. Zupełnie jak w bajkach, które swego czasu czytywała jej matka do snu. Stała tam więc w bezruchu dłuższą chwilę, która ciągnęła się w nieskończoność. Z głośnym haustem zaciągnęła zimne powietrze do płuc.
RAZ SIĘ ŻYJE!
Postawiła ostrożnie dwa małe kroczki w kierunku wilka, a palce zacisnęła w okół chłodnej rękojeści różdżki, która spokojnie spoczywała wsunięta za pasek jej spodni.
Wystarczająco blisko? Dwa, może trzy metry? Wystarczająco blisko, aby umrzeć z rozszarpanym gardłem, tu i teraz.
Brawo McCarthy.

Ukucnęła, jak na zwolnionym filmie i wysunęła dłoń w kierunku wilka, jakby chcąc mu pokazać, że nie zrobi mu krzywdy. Bała się, strach wprawił jej ciało w lekkie drżenie, ale po raz kolejny głupota wygrała walkę w jej głowie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rudolf Lestrange
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Polana jednorożców   Sob Lis 14, 2015 11:23 am

Myriady cichych dźwięków otulały zaborczo uszy Rudolfa, pozorna cisza zbudowana z nietoperzych pisków, ptasiego trzepotu skrzydeł i oddechu drzew. W Zakazanym Lesie nic nie było takie, jakim się wydawało – pozorny spokój był wytłoczony nerwowym szelestem zwierzęcych łapek na gałęziach, a na to jakże czyste powietrze składały się setki maleńkich oddechów, urywanych i świszczących, wciąż pachnących świeżym pokarmem, i krwią, i mięsem, i stęchłą korą drzew. Ludzkie zmysły sunęły po powierzchni rzeczywistości, nigdy nie zanurzając się głębiej w tętniące życiem błahostki. Wilczy umysł Lestrange’a zatrzymał się jednak gwałtownie, gdy z odległości dziesiątek drzew dobiegł go trzask gałęzi i szelest liści, ostry dźwięk wyszarpując go z kokonu spokoju, jakim się otulił. Osłabione, zmęczone echo kroków zbyt niezdarnych, by mogły należeć do jakiejkolwiek z bestii, rozbrzmiewało w jego uszach jak wystrzały mugolskich broni, testament ludzkich słabości. Nie odrywał jednak wzroku od pustej polany, wpatrując się w popękane pędy, nie widząc ich wcale. Dźwięki stawały się coraz głośniejsze, coraz bardziej natarczywe, gdy ktoś – tego Rudolf był pewien – zbliżał się mozolnie do jego polany. Kroki niepewne, urywały się w połowie, zastępione szelestem zaciekle odgarnianych gałęzi, lecz z odważną rezolwą wkrótce kontynuowały swój koncert. Z ich akompaniamentem jego obleczone futrem ciało spoczywało na zimnej ziemi w pozornym spokoju, każdy mięsień gotowy do skoku, napięcie widoczne w bezruchu wilka, który niczym sfinks stał na straży polany.
W końcu, ostatecznie, na szczęście, wszystkie odgłosy zamarły, tylko szaleńcze bicie serca w drobnym ciele wypełniało jego uszy nierównym rytmem. Sekunda, dwie, trzy, odwrócił swą wielką głowę w kierunku intruza i niemal parsknął, jego mentalny głos unoszący się dzikim śmiechem. Przed jego oczyma stała dziewczyna, drobna sylwetka odbijająca blask księżyca, a może własnym światłem emanująca... Ognisty wodospad rudych włosów spływał teraz złamanym błękitem na plecach dziewczyny, gdy stała tak w absolutnym milczeniu na skraju polany. Omiótł oczyma, zamarzniętymi kałużami krwi ofiary, tę przestraszoną twarzyczkę, kształty ciała skryte pod grubym, długim płaszczem i jakże absurdalne obuwie, nurzające się w błocie. Wydał z siebie dźwięk, który dla niej mógł być tylko warknięciem, lecz w jego świadomości dzwonił rozbawieniem, gdy pochłaniał zwierzęcym spojrzeniem sylwetkę dziecka. Ujrzał skurcz mięśni, nim wykonała jakikolwiek ruch, powietrze pachniało wonią strachu, niezdecydowania, a w końcu szokiem ekscytacji, gdy zbliżyła się do niego. Chwiejne drobne kroki skróciły odległość między nimi, a temu gestowi idiotycznej odwagi przeczyło desperackie zaciśnięcie dłoni na różdżce. Palce pobielałe tak samo, jak twarz, którą zdobiły tylko sporadyczne plamy czerwieni – dla każdego, kto nie czuł wibracji jej tętna i nie słyszał szumu krwi w jej żyłach, były to zaledwie uszczypnięcia zimna. Rudolf wiedział, że były czymś zgoła innym.
Z bólem przyznał jej swoje zainteresowanie. Wraz z jego fascynacją (kim jest to głupie dziecko?) uniosło się jego potężne ciało, iskierki białego ognia grały na jego futrze, gdy powoli stanął w całej swej okazałości. Jakąś dziwną satysfakcję sprawiał jej zachwyt, jaki chował się w tych szeroko rozwartych oczętach i ostrożność, którą zamknęła w każdym ze swych gestów, gdy ukucnęła w kłamliwym spokoju przed jego imponującym obliczem. W ludzkiej części umysłu Rudolfa zaszeptało echo podobnej sytuacji, sprzed kilkunastu lat, gdy on sam pławił się przed śnieżnobiałym szczenięciem, już wówczas groźnym i onieśmielającym. Z tym hipnotyzującym poczuciem podobieństwa, które łączyło ich dwa, jakże skrajnie odmienne, jestestwa, zbliżył się do dziewczyny. Obwąchał dłoń pachnącą mydłem i nowym pergaminem, nim gwałtownie siadając zaledwie kilka centymetrów od jej kruchego ciałka, pozwolił jej zanurzyć się w futrze na jego karku. Niczym kot nakłonił ją do pieszczoty, przechylając masywny pysk w stronę źródła przyjemności.
Tylko na kilka sekund jednakże miała ten zaszczyt, gdyż jedwabista sierść zmieniła się w ułamku chwili w czarne loki, a oczy świecące szkarłatem zgasły, zastygając w barwie węgla i najciemniejszych z nocy. Białe futro stało się bladą skórą mężczyzny, który kucał teraz naprzeciwko niej, z drapieżnym uśmiechem grającym na ustach, zupełnie nieludzkim. Rudolf przez moment rozkoszował się szokiem na jej twarzy, gdy dobrnęło jej uderzenie rzeczywistości.
- Witaj – szepnął, jak gdyby nigdy nic, jego własny, gorący oddech omiatał teraz jej zlęknione oblicze. Był ciekaw, czy jej odwaga zniknie równie nieoczekiwanie, jak się pojawiła, czy w istocie była tylko dzieckiem łamiącym zakazy opiekunów. Nie oczekiwał nic ponad wybuch strachu i niezdarne zerwanie się do ucieczki, lecz nie bez powodu był jednym z wyżej postawionych śmierciożerców i nie bez powodu jego animagiczną formą był wilk. Rudolf Lestrange był nieokiełznaną bestią, która rzuciłaby się za uciekającą ofiarą bez wahania, zaciskając kły swego magicznego kunsztu w miękkim ciele ludzkich niewinnostek. A czymże była ona, jeśli nie najbardziej błahą z niewinnostek?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kelly McCarthy
avatar


avatar
V rok

PisanieTemat: Re: Polana jednorożców   Sob Lis 14, 2015 11:56 am

Kiedy tylko wilk postanowił do niej podejśc zatrzymała całe powietrze w płucach, jakby na moment zapomniała jak się oddycha. Spięła wszystkie mięśnie i zamknęła na moment oczy, jakby to miało ją uchronić przed ewentualną śmiercią. Jakby zamknięcie powiek miało powodować brak bólu rozrywanej na strzępy skóry. Poluźniła uchwyt różdżki, czekając na najbardziej nieoczekiwane...
I co teraz głupia?
Nie ma odwortu.

Kiedy tylko na swojej bladej dłoni poczuła zimny i mokry nos zwierzęcia, otworzyła oczy tak szeroko, jak nigdy dotąd. Zatopiła palce w jego miękkiej sierści, drapiąc go tuż za uchem, nieco nieśmiale. Odwaga mieszała się ze strachem tworząc w jej ciele jakąś nową emocję. Dodajmy jeszcze do tego szczyptę ekscytacji, adrenaliny i euforycznego szczęścia. Zapewne gdyby tylko chciała komuś opowiedzieć o tym przeżyciu, nikt by jej nie uwierzył. Uznali by ją za wariatkę, która plecie głupoty. Może trafiłaby na jakiś oddział zamknięty z kratami w oknach, codzień tęsknie patrząc przez nie i wzdychając za dawnym życiem. Jakież zabawne były jej przemyślenia, w tak mało zabawnej sytuacji. Na jej blade lico wstąpił szeroki uśmiech, który nieco niepewnie wpełzł na jej twarz.
- Jesteś piękny. - wyszeptała, jednak na tyle cicho, że jej wargi ledwie się poruszyły. Wiedziała, że zwierzęta potrafią rozumieć, że wiedzą o czym się do nich mówi, jednak nie zamierzają odpowiadać, bo są lepsze od ludzi. Zdecydowanie. Gdyby miała wybierać pomiędzy ratowaniem człowieka a jakiegoś futrzaka, nie zawahałaby się. Ludzie to... Chyba nie trzeba kończyć?
Druga dłoń już z nieco większą pewnością, bez najmniejszego zawahania powędrowała na drugie ucho wilka. Była tak blisko, że ziajanie zwierzęcia czuła na swojej twarzy...
Raz, dwa, trzy...
Miarowe oddechy jakby złączyły się ze sobą, w błogiej ciszy i spokoju. Tylko ona, wielkie zwierzę, cisza przerywana jedynie zaciąganiem powietrza i cichym życiem lasu o zmroku.
Jakież było jej zdziwienie, kiedy nagle sierść zmieniła się w... W ludzkie włosy?!
O cholera!
Zamrugała kilkakrotnie, jakby chciała się obudzić ze snu. Tak pięknego, tak nierealnego... Nagle uśmiech zamienił się w... No właśnie w co? Otworzyła szeroko usta, chcąc wykrztusić z siebie chociaż kilka słów. Tylko co miała powiedzieć? Że przeprasza? Że właściwie to już sobie idzie? Że nie wiedziała? W jej głowie wirowało teraz milion myśli, wszystkie tak bardzo nie spójne ze sobą. Właśnie prowadziła wewnętrzną walkę czy pozostać na miejscu, czy uciekać gdzie pieprz rośnie. Przecież nie wie nawet co ma zrobić! To takie głupie...
Porównywalnie idiotyczne co wychodzenie do Zakazanego Lasu w środku nocy.
- Ty... - wydukała tylko, jednak zamknęła usta tak szybko, jak je bezmyślnie otworzyła. Trwała w bezruchu wciąż mając palce zatopione we włosach mężczyzny, z tego wszystkiego zupełnie o tym zapomniała. Gwałtownie zabrała dłonie, które jednak wciąż pozostawały w gotowości, wisząc gdzieś pomiędzy nimi, zaciśnięte w małe piąstki. Nie miała zamiaru go atakować, bo jej próba zeszłaby na manowce, ale co miała właściwie zrobić z rękami?
- Ale... - znów zaczęła tak szybko jak skończyła. Czy brak manier w takiej sytuacji mógłby być niezauważony? Zebrała się w sobie i odchrząknęła cicho, nie spuszczając oczu z jego twarzy.
- Cześć? - uniosła obie brwi wysoko, ciągle będąc w szoku.
W coś ty się najlepszego wpakowała?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rudolf Lestrange
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Polana jednorożców   Sob Lis 14, 2015 12:24 pm

Było coś niewątpliwie atrakcyjnego w tej niewinnej brawurze, którą emanowała rudowłosa dziewczyna. Gdyby nie jasny błysk inteligencji w dużych oczach, oskarżyłby ją o przynależność do Gryffindoru, lecz jakikolwiek Gryfon niewątpliwie w takiej sytuacji rozpocząłby nieudolne miotanie zaklęć. Żadnemu z nich nie przyszłoby do głowy, że to futra nie tylko jest zabójczo piękne – stanowi również wyjątkowo wygodną osłonę przed większością zaklęć. Zresztą, nie sądził, by ktokolwiek mógł dojść do takiego wniosku – wilka straszliwego] uważało się za gatunek doszczętnie zmieciony z powierzchni Ziemi, a ostatnie jego ślady, według mugolskich archeologów, miały pochodzić sprzed 10 tysięcy lat. Rudolf sam nie wiedział dokładnie, jak daleko sięgają jego zdolności, lecz był pewien, że co najmniej w Europie, jedynymi przedstawicielami gatunku był on sam i Conri, jego wierny towarzysz, członek miniaturowego stada.
Wyszczerzył kły, a różowy język wysunął się z pyska wilka, gdy w wyrazie istnie psim okazał swoje zadowolenie. Oczywiście, że wiedział, że jest piękny. To nie była już kwestia narcyzmu, lecz zwykłe stwierdzenie faktu – nawet w jego ubłoconych, zabójczych jak i jego kły, było coś pięknego. Westchnął cicho, z przyjemnością pozwalając dziewczynie na kontynuowanie pieszczoty, tylko przez chwilkę, na momencik, gdy oprócz rozbawienia i złośliwego poczucia humoru zbudziło się w nim jakieś dziwne pragnienie, jakaś dziwna tęsknota... Gdy tylko uświadomił sobie jej naturę, wyrwał się ze zwierzęcego ciała, by znów uzyskać kontrolę nad swoim umysłem, który stawał się zdecydowanie zbyt dziki w tej wilczej powłoce.
Ze spokojem i cierpliwością wysłuchał dukań uczennicy, przekrzywiając nieco głowę, przez co jej dłonie jeszcze bardziej zaplątały się w jego krnąbrnych lokach. Odrzucił od siebie wszelkie podejrzenia, gdy patrzył na tę ładną, zaskoczoną i jakże niezdarną w swej samokontroli twarzyczkę. W końcu, gdy wydawało mu się, że doszła już do siebie – drżące piąstki zbudowały barykadę, a usta wydały z siebie stosunkowo elokwentne powitanie. Roześmiał się cicho, a dźwięk zdziwił go, tak bardzo przyzwyczajony był do ostrego brzmienia warknięć wilka. Był jednak pewien, że dla niej usłyszenie jego głosu było jeszcze większym szokiem.
- Cześć. – powtórzył, z szelmowskim błyskiem w oku. Było coś niebywale komicznego w tej sytuacji, która ich obu powinna napełnić lękiem. – Dziękuję za komplement, miła Pani. Jak Cię zowią, Ognistowłosa Wojowniczko, Leśny Elfie Płomieni?
Słowa i ich ton były subtelną groźbą obleczoną w żartobliwe nuty, elokwencja maską dla drapieżnej ciekawości. Nie uciekła, przecząc instynktom ofiary, więc stanowiła potencjalne zagrożenie. Na jej nieszczęście jednakże, pazury i kły Rudolfa zastąpiła różdżka i wartki umysł, ot – Śmierciożerca w wilczej skórze.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kelly McCarthy
avatar


avatar
V rok

PisanieTemat: Re: Polana jednorożców   Sob Lis 14, 2015 12:46 pm

Szok, jakże był wielki. Przyszło jej na myśl kilka powiedzeń o wilkach, których mugole to tak lubią używać. Wilk w owczej skórze, nie wywołuj wilka z lasu, o wilku mowa...
Wilk, wilk, wilk...
- Jesteś najokropniejszą istotą jaką w życiu spotkałam! - powiedziała może trochę nazbyt głośno. Zignorowała zwyczajnie jego pytania, które chyba wleciały przez jedno ucho, a przez drugie wyleciały. Jak tak mógł! Jedna z jej pięści powędrowała ku jego ramieniu, jednak uderzenie zapewne nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia. Cóż ona mogła? Wątła dziewuszka, która stroniła od agresji? Od rozwiązań siłowych? Poczuła się conajmniej urażona i nagle zrobiło jej się okropnie głupio, powiedziała przecież że jest piękny, a teraz?
Oczywiście nie mogła powiedzieć, że nie jest przystojny, ale do cholery jasnej! Właśnie zrujnował jej marzenie o posiadaniu swojego leśnego, oswojonego przyjaciela, który czekałby na nią każdej nocy. Wilk, bo właśnie o tej postaci mówimy. Nie chciała, aby to ten mężczyzna na nią czekał.
Chociaż...
Och McCarthy, ty idiotko!

- McCarthy. - wydukała w końcu uspokoiwszy się trochę, szybko jednak poprawiła się. - Kelly. - nie wiedziała czy ma wyciągnąć ku niemu dłoń, aby się przedstawić, czy spróbować własnych sił i sprać go na kwaśne jabłko, a potem uciec w bezpieczne mury Hogwartu. Powoli wyciągnęła obie nogi, które zaczynały powoli jej drętwieć i zwyczajnie usiadła na wilgotnej ziemi nie przejmując się zabrudzeniami. Mężczyzna więc teraz kucał między jej rozprostowanymi nogami, co na oko trzeciej osoby mogło wyglądać conajmniej dziwnie. Schowała twarz w dłoniach, która niemal płonęła jej ze wstydu i złości. Sama nie wiedziała skąd nagły przypływ tak negatywnych emocji. Kobiety mają to w sobie, że zwykle wyobrażają sobie zbyt dużo, tak jak ona w tej sytuacji.
Nie miała zamiaru na niego patrzeć. Mógł zrobić co chciał, może to właśnie teraz ją zabije? Chcąc tylko trochę przed jej końcem sobie pożartować?
- I co? Teraz wyciągniesz różdżkę i dostanę Avadą? - uniosła powoli twarz w jego kierunku rozkładając bezradnie ręce. Stawiała na to, że to jeden z popleczników Voldemorta. Nikt o zdrowych zmysłach nie pałętał by się po lesie w poszukiwaniu przygód. Nikt po za Śmierciożercami no i... nią samą. Miała ochotę wytargać go za te włosiska, które jeszcze chwilę temu były piękną sierścią, pięknego wilka. Chciała zachować chociaż przed śmiercią odrobinę honoru, ale nie zrobiła nic, wciąż bezradnie siedząc z rozłożonymi nogami i rękami, na brudnej ziemi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rudolf Lestrange
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Polana jednorożców   Sob Lis 14, 2015 1:24 pm

Nie pozwolił być sobie urażony, ani tymi jakże ostrymi słowami, ani jakże potężnym uderzeniem, które niemal zbiło go z nóg. Rumiana złość nieładnie gryzła się z barwą jej włosów, choć ze zmarszczonym nosem wyglądała za bardzo, jak rozwścieczony kociak. W jej dziecinnej irytacji i rozczarowaniu było coś niezwykle zabawnego, lecz Rudolf racjonalnie powstrzymał się i od śmiechu i od protekcjonalnego poklepywania tego dziwnego stworzonka po głowie. Czuł się niczym romańska wilczyca, której przyszło wychowywanie rozpłakanych dzieciaków. Jak wiadomo, przynajmniej jeden z gówniarzy coś w życiu osiągnął, więc i on odszukał spokojnie wszystkie pokłady cierpliwości i kontroli. Nastoletnie dziewczęta nie lubiły, gdy bagatelizowało się ich problemy, a Rudolf był bardzo blisko przekroczenia tej niewidzialnej granicy. Z odrobiną wysiłku przywołał więc na twarz wyraz spokoju i zrozumienia, zastanawiając się, czy tak właśnie czuł się Dumbledore zmagając się z Gryfonami. Zapewne. Niepokojące, że właśnie Albus był jedyną postacią, która przychodziła mu do głowy, gdy myślał o troskliwych opiekunach i strażnikach niewinności. Wzdrygnął się na samą myśl o ponownym ujrzeniu tej pomarszczonej, fałszywej twarzy, chociaż nie mógł stłumić gorzkiej zazdrości, która wybuchała kwaśnym smakiem na języku, gdy wspominał jego brodę. Cóż, on przynajmniej miał futro.
- Bardzo miło mi Panią poznać – odrzekł, kłaniając się delikatnie, chociaż nazwisko nic mu nie mówiło. To też nie do końca było prawdą – mówiło mu wystarczająco dużo o jej pochodzeniu i krwi. Gdyby była z nim Bella... Kolejna nieprzyjemna myśl. Za dużo nieprzyzwoitych skojarzeń miał tego wieczoru, choć nie zauważył wcale niezręcznej pozycji, w jakiej tkwili. W jego głowie najwidoczniej czyhali sami starcy i szalone kobiety. – Teraz, skoro ta piękna buzia wreszcie ma imię, czuję się zobowiązany zapytać: co cię tutaj sprowadza?
Spoglądał z zainteresowaniem na skrytą skrzętnie pod drobnymi dłońmi twarz, nie do końca rozumiejąc jej zawstydzenie. Nie była w stanie go schować jej ramiona przygarbiły się pod ciężarem upokorzenia, a włosy osłoniły dodatkową barierą rumieńce. Jak bardzo żałował, że legilimencja pozostawała wciąż poza jego zasięgiem. Podróż w zakamarki jej umysłu, który zapewne przypominałby niezmierzoną równinę oczywistości, pozwoliłaby mu na odpowiednie wykorzystanie sytuacji. Bez tej konkretnej broni pozostawało mu liczyć na przychylne oko Fortuny i własną intuicję, która przez lata stała się jego najbardziej wyczulonym zmysłem. Manewrowanie wśród nieobliczalnych kretynów i psychopatów wymagało pewnej dozy daru jasnowidzenia.
- Cóż, skoro już mi o tym przypomniałaś...
Uniósł szybko, dramatycznym gestem cisową różdżkę, którą skierował bezpośrednio na pierś rudowłosej dziewczyny. Nim ta zdążyła cokolwiek z siebie wydusić, wyszeptał zaklęcie, które objęło ją jasnym wybuchem światła. Impervius stawał się jego ulubionym zaklęciem, wszystko dzięki tej okrutnej Pannie Wiośnie, która uparła się, by zniszczyć wszystkie jego ubrania, w ramach zemsty za wszystkie lata przekleństw, które rzucał pod jej adresem. Teraz przynajmniej wiedział, że mokre szaty nie przegonią dziewczyny z polany zbyt szybko.
Oskarżenie nie wzbudziło w nim zbytnej reakcji – w jej głosie pobrzmiewał lęk, lecz raczej nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo prawdopodobnym był taki obrót akcji. Rudolfowe oczy bardzo dobrze znały odcień zieleni, który rozbijał istnienia u jego stóp. To dziewczę jednakże, nie mogło mieć pojęcia o głębi i naturze jego zainteresowań, jakkolwiek fascynujące by one nie były. W przeciwieństwie do niektórych Śmierciożerców, Lestrange nie miał nawyku obnoszenia się ze swoim Znakiem i zapleczem czarnomagicznych klątw. Mijające go ludzkie robaczki widziały tylko jedną jego twarz – potężnego magicznie, politycznie i materialnie dziedzica, którego impulsywność stanowiła zagrożenie dla całości czarodziejskiego społeczeństwa. A jemu to bardzo pasowało. Azkabańskie kajdany nie były rodzajem biżuterii, który preferował.
- Jeżeli prosisz mnie jednak o eutanazję, muszę odmówić – powiedział, marszcząc brwi w pozorowanym niezrozumieniu. – Gdybym chciał cię zabić, rozgryzłbym ci gardło i sprezentował Aragogowi.
Ostatnie rzucił od niechcenia, nieco obojętnie, przypominając uczennicy, z kim miała styczność. Słowa nie niosły za sobą ciężaru i impetu groźby, tylko suche streszczenie sytuacji, którego nawet ona musiała być świadoma. W końcu, oprócz współczucia i delikatnego niesmaku, jej osoba budziła w nim też coś na kształt zainteresowania. Ten rodzaj fascynacji budziła w nim tylko inteligencja i spryt, a jedną z tych cech dziewczyna posiadać musiała – błękit owinięty wokół szyi świadczył dumnie o jej przynależności i ukrytych talentach. Rudolf nagle zatęsknił za swoim własnym szalem, barwy jadowitej zieleni, która bardzo ładnie współgrała z jego cerą. A przynajmniej tak mówiły wszystkie Ślizgonki, gdy zaszczycał je swoim towarzystwem.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kelly McCarthy
avatar


avatar
V rok

PisanieTemat: Re: Polana jednorożców   Sob Lis 14, 2015 1:54 pm

Wilgotna gleba dawała już o sobie znać, czuła jak skrawek po skrawku, jej spodnie stawały się mokre. Nie przejmowała się tym na tyle, aby zwrócić na to swoją uwagę, ponieważ cała była skupiona na nieznajomym, który nawet się nie przedstawił. Mętlik w głowie, krzyczące do niej myśli, które z każdej sekundy stawały się głośniejsze i używały co raz to bardziej wyrafinowanych epitetów, skutecznie zagłuszały jego słowa. Patrzyła na niego swoimi wielkimi, wciąż nieco zdziwionymi oczyma.
Kim był?
Co tu robił?
Czego od ciebie chciał?

I nagle z jego ust wypłynęły najmniej oczekiwane przez nią słowa. Miło poznać? Co to wszystko do cholery znaczyło? Westchnęła głośno, uspakajając się na tyle, na ile pozwoliła jej sytuacja i głupota. Postanowiła jak narazie powstrzymać się od pytań, których miała setki. Nie... Było ich miliony!
- Wiele rzeczy... - mruknęła szybko, przecież nie będzie go zanudzać historią pobytu w Skrzydle Szpitalnym i tym, że nie pamięta dlaczego się tam znalazła i po prostu szukała odpowiedzi. Nie wie jak mógłby wykorzystać wszystkie informacje o niej. Wciąż się go bała...
A gdyby tylko zobrazować jej myśli, byłoby to mniej więcej tak: na środku ciemnej sali stałby wielki ring, a w nim ciekawość i strach toczyłyby walkę, która skończy się zapewne triumfem ciekawości. Na ile zdało jej się opanowanie emocji, gdyż w chwilę potem zobaczyła różdżkę, która oczami jej wyobraźni przebijała ją na wylot. Znów wciągnęła głośno powietrze do płuc i podniosła na niego parę zielonych oczu, które w tym momencie wyrażały jedynie odwagę i dumę. Jakby zupełnie się nie bała, chociaż była to g... Ekhem, nieprawda.
Nic się nie stało? Zmarszczyła delikatnie brwi patrząc na niego nic nierozumiejącym spojrzeniem. Poczuła jedynie przyjemne ciepło, nie chłód śmierci, na który była już poniekąd gotowa.
- Wolę cię w wilczej wersji, zdecydowanie. - uśmiechnęła się delikatnie i przechyliła głowę, a burza rudych włosów kaskadą przelała jej się przez ramię. Czy możliwe, że ujdzie z tego spotkania bez szwanku? Chciała zadać mu jeszcze kilka pytań, ale nim to zrobiła zacisnęła usta w cienką kreskę, a rumieńce z jej twarzy odpłynęły pozostawiając po sobie jej naturalny kolor, niemal biały niczym kartka papieru.
Zdecydowanie bardziej wolałaby być teraz w Dormitorium z kubkiem ciepłej herbaty, niż tutaj. Z nieznajomym, w nieznajomym miejscu.
To wszystko było nowe.
Emocje, miejsce, owy ktoś.

- Jesteś wtedy... Ja wiem... - zastanowiła się chwile, szukała odpowiednich słów, jednak w głowie miała tylko pustkę, która powoli wypełniała się jego osobą. Ciemnymi, nieco potarganymi włosami. Oczami, które zdawałyby się wiedzieć wszystko i prześwietlać jej najciemniejszy zakamarek duszy. Twarzą, na tle księżyca. Tyle myśli, żadnej konkretnej. Pokręciła głową wzdychajac ciężko, z ogromną ulgą.
- Jakiś taki bardziej puchaty i milszy. - wzruszyła ramionami i podkuliła nogi, aby wstać. Zrobiło to o dziwo bardzo sprawnie i wyminęła go spokojnie, chociaż kosztowało ją to wiele. Odwrócić się plecami do kogoś takiego...
Och głupiutka, naiwności.
Odeszła parę metrów, ale nie w stronę, z której przyszła, lecz na kamień leżący nieopodal. Zdecydowanie wygodniejsze miejsce niż ziemia. Nie odwróciła się, aby na niego spojrzeć, wiedziała że przyjdzie. I to nie przez odrobinę psią naturę, ale miała wrażenie, że chciał wiedzieć o niej wiele więcej.
Ale nie tyle, ile ty chciała byś wyciągnąć od niego, na pewno nie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rudolf Lestrange
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Polana jednorożców   Sob Lis 14, 2015 6:28 pm

Zaciekła wewnętrzna walka zebrała swój plon na twarzy dziewczyny, Kelly. Tornado emocji, skrajnych a jednocześnie boleśnie podobnych w swej naturze, spustoszyło rysy jej twarzy, przywiewając na miejsce starych uczuć nowe, zataczając koło po raz kolejny, po raz kolejny i znów, wszystko w ułamkach sekund. Jakże interesujący stanowiła eksponat, mentalnie naga i bezbronna, szarpiąca się z ostatnimi skrawkami ochrony. Otoczony czystokrwistymi, martwymi ścierwami, Rudolf zdążył zapomnieć, jak wiele wyrazów może przybrać ludzka twarz, a wszystkie one gościły teraz na twarzy panny McCarthy. Przepychały się wzajemnie, z każdą kolejną myślą łomoczącą w młodej główce, a z nanosekundy na nanosekundę przybywało ich coraz więcej. Przez dłuższą chwilę mroczny labirynt Zakazanego Lasu rozmył się, rozpłynął, blade tło dla jednoosobowego spektaklu przed jego oczyma, gdy utkwił zafascynowane spojrzenie w dziewczęcej buzi. W końcu jednak kurtyna opadła z cichym szelestem, zdziwienie i zaciekawienie stojące dumnie na piedestale, wygrawszy mozolną bitwę. Urocze lśnienie błogiego zainteresowania złagodziło ostre krawędzie jej oblicza, przyćmiewając nawet tę milczącą determinację, która dumnie spoczywała na wyprostowanych ramionach. Krukoni...
Pozwolił swej towarzyszce zakończyć temat, na chwilę obecną. Kelly nie powinna mieć złudzeń co do siły jego ciekawości i determinacji, czy nawet tego, jak interesującą postacią stała się w ciągu kilku minut. Niczym wila, którą nie miała prawa być – jej piękno łamało powszechne kanony, wyślizgując się z przeciętnych, nużących klatek – pochwyciła jego spojrzenie, które pieczołowicie śledziło każdy jej ruch. Była trochę, jak najczarniejsza z magii, jak sama potęga – zaznawszy okrucha jej istoty, chciało się więcej. Coś w tej niepohamowanej naturalności i bezpośredniości jej rudowłosego jestestwa śpiewało do niego tak samo, jak zapomniane już starożytne legendy. Jej czelność – a raczej jej brak, przywlokła na jego usta szczery uśmiech, delikatny i niemal niezauważalny, pełen rozbawienia i jakiegoś dziwnego, niespotykanego, niezrozumiałego, żałosnego, żenującego... ciepła. Ono również, tak samo jak jej brawura, było wybrykiem natury. Niewiele czarownic było w posiadaniu tego irracjonalnego rodzaju odwagi, który przekonywał ich, że tak, obrażanie nieznajomego animaga czyhającego w lesie pełnym mrocznych bestii jest dobrym pomysłem. Rudolf pomyślał, że było w tym coś z geniuszu. Pokręconego, zdeformowanego, obrzydliwie zmutowanego, ale wciąż – geniuszu.
- A cóż mogę zrobić, by przekonać cię, że w gruncie rzeczy, to jestem bardzo miłym, niegroźnym człowiekiem?– spytał, w mgnieniu oka przywołując na twarz uśmiech zabójczo czarujący, który czasem zmiękczał nawet serce głowy domu Gryffindoru. Nikt, ale to nikt, nie był przed nim bezpieczny.
- Wiem! Zagramy w grę – pozwolił, by w jego głosie rozbrzmiało olśnienie, duma z idei, której jeszcze nie znała. – Za jedną szczerą odpowiedź na twoje jedno, niegłupie pytanie, nagrodą będzie jedna szczera odpowiedź na moje, na pewno genialne, pytanie.
Podniósł nieco głos, gdy oddaliła się od niego bezpardonowo, czerwona tarcza na jej plecach kołysząca się w rytm jej kroków. Jedno Obliviate i mógłby podążyć ścieżką prowadzącą do bezpiecznego, ciemnego zacisza swojej posiadłości, unikając mniejszego ryzyka. Gdyby był w wyjątkowo podłym nastroju, mógłby też obdarzyć ją tą Avadą, o którą tak ładnie wcześniej prosiła. Zadał sobie szybkie pytanie – głupia czy głupia? Pokręcił głową z niedowierzaniem i widoczną w zmarszczeniu brwi dezaprobatą, nim zbliżył się do niej znów, opierając się o wilgotny pień drzewa, który wybijał się dumnie z ziemi nieopodal upatrzonego przez nią głazu. W słowniku pana Lestrange’a poddanie się nie figurowało – zwłaszcza, gdy jego onieśmielającym bytem władała ciekawość, doprowadzając go do czynów niewybaczalnych, w każdej innej sytuacji. Oczywiście, ich kodeksy moralne niewątpliwie znacznie się od siebie różniły gdyż on nie nurzałby się w błocie rozkraczony przed nieznajomym mężczyzną – niezależnie od tego, jak przystojnym. Z cichym westchnieniem jego duma umknęła gdzieś szybko, znikając pośród poplątanych gałęzi i lśniących perłami minionego deszczu liści. Splótł ramiona na piersi, by przywołać choćby echo swej zwyczajowej nonszalancji, nim wznowił obserwowanie tej najnowszej zagadki. Była niczym nowa zabawka dla psiej cząstki Rudolfa, który nie mógł się doczekać, by odpowiednio ją przeżuć i oślinić, jakkolwiek obrazowo to wyrażenie nie brzmiało – polizane, więc moje.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kelly McCarthy
avatar


avatar
V rok

PisanieTemat: Re: Polana jednorożców   Nie Lis 15, 2015 10:02 am

Wlepiła nieco nieobecne spojrzenie gdzieś w daleki puknkt przed sobą. Mężczyzna zajął całkowicie jej myśli, zapomniała po co właściwie wybrała się do Zakazanego Lasu, zapomniała o wszystkich dręczących ją dotychczas myślach, zapomniała o czasie. Tak, czas... To on płynął wciąż nieubłaganie, zataczał kręgi na tarczy, wskazówka poruszała się dlań co raz szybciej i szybciej, zwiastując koniec szkoły. Kim będzie? Czy przeżyje ataki Śmierciożerców na szlamy, którą sama była?
Czy powinna zaszyć się w kryjówce, błagając przekorny los o życie? Czy walczyć w imię lepszego jutra i skosztować trupio zimych warg śmierci? A może powinna znaleźć Czarnego Pana i oferując pomoc, mieć nadzieję, że ją ułaskawi?
Nie, zdecydowanie nie.
Gardziła Śmierciożercami i wszystkim co robili. Zabijali Bogu ducha winne dzieci, kobiety, starców. Tylko ze swoich żałosnych pobudek. Tłumacząc się walką o swoją ideę. Byli dla niej nikim. Po prostu zwykłymi śmieciami, które miała ochotę kopnąć w stronę wysypiska śmieci, inaczej zwanego cmentarzem. Popchnąć odważnie w ramiona Kostuchy i odejść z dumnie uniesioną głową.
Ale czym wtedy różniłabyś się od nich?
Zdeformowałabyś tylko ich plany, przekształcając je na swój sposób.
To wciąż nie byłoby dobro, o które chciałabyś walczyć.

Z krótkiego letargu wyrwał ją głos mężczyzny. Pytanie za pytanie? Nie głupi pomysł, bo na usta cisnęło jej się ich milion. Starała się nie pokazywać po sobie jak bardzo ten pomysł jej się podoba.
- Rozumiem, że mogę pytać o wszystko.(?) - ją samą zdziwił ton jej wypowiedzi. Ni twierdziła, ni pytała. Było to coś na kształt lekkiego zdziwienia, które zrodziło się w jej głosie samo. Westchnąłwszy cicho, powoli zwróciła znów w jego kierunku wzrok. Oczami wyobraźni widziała go jako wilka, takiego z bajek, który mówi. Znacznie bardziej podobała jej się jego poprzednia postać. Jak wcześniej wspomnialam, zwierzęta emanują większą empatią. Nie oceniają, nie odpowiadają zgryźliwie nawet na najdurniejsze słowa, jakie miały okazję usłyszeć. Po prostu są...
- Czy jesteś Śmierciożercą? - te słowa wypowiedziała cicho, niemal zbyt cicho. Zupełnie jakby chciała, aby nikt oprócz niego nie usłyszał tego pytania.
Och głupia, a kim miałby być?
Dobrą leśną wróżką?

Dziewczyna starała się zachowywać zdrowy rozsądek i wewnętrzny spokój, ale sądziła, że gdy odpowiedź jej się nie spodoba, to zapewne jak wulkan znów wybuchnie w swojej śmiesznej dziewczęcej furii. W chwilę po pytaniu zmarszczyła brwi. Jaką ma pewność, że jej nie okłamie?

/krótszy ze względów klawiaturowych. Wybacz, polecę kupić dzisiaj nową. :C
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rudolf Lestrange
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Polana jednorożców   Nie Lis 15, 2015 2:07 pm

Rudolf przez chwilę podziwiał młodą twarz, którą bezcześciło zmartwienie. Zwrócił uwagę na płytkę zmarszczkę między jej brwiami, gdy jasnymi oczyma drążyła tunele myśli, penetrując tę gęstą od niebezpieczeństw rzeczywistość. Nie mogła być czystokrwistą czarownicą, w jej żyłach mógł płynąć co najwyżej szlam lub piętno bękarciej hańby, a jej nazwisko było zwięzłym wyrokiem śmierci. Nie miało znaczenia to, że jej krew płynęła tym samym szkarłatem, co ta czysta - dobrze o tym wiedział, gdyż barwa odebranego życia uparcie plamiła skórę jego dłoni, nawet gdy obmywał je ze śmierci w marmurowych łazienkach. Był jednym z Jeźdźców subiektywnej Sprawiedliwości, a choć jego natura była niczym mętne, pełne odrażających i groźnych niespodzianek jezioro, w jego głębi nikogo nie oczekiwało współczucie. Był ucieleśnieniem egoizmu, na drodze do swojej wolności i komfortu stąpał po truchłach, nigdy temu nie przeczył. Nie przesiąkł wystarczająco Śmierciożerczą naturą, by śmierdzieć hipokryzją, zakłamaniem i tchórzostwem.
- Oczywiście - rzucił, niedbałym gestem dłoni zachęcając ją do kontynuowania, gdy półpytaniem wyrwała go z głębin rozmyślań.
Nie był pewien, o co może spytać go ta bezbronna istota, co sączyło w jej zmysły otumaniającą ciekawość. Był dobrym przyjacielem tej obsesyjnej fascynacji, jej podstępny jad odbierał mu racjonalność, popychając w kierunku sytuacji takich, jak ta. Nie wiedział, dlaczego jeszcze nie pozbył się problemu, jaki stanowiła samą swoją obecnością. Odbieranie życia czy deptanie umysłów nigdy nie sprawiało mu większego kłopotu, wraz z każdym dniem jego już i tak wątłe wahania traciły swą moc stwórczą.
Gdy niepokojąco spokojne pytanie w końcu rozdzieliły dziewczęce wargi, nie mógł powstrzymać zaskoczenia i uszczypnięcia złośliwej irytacji. Oczywiście, że dla niej miało to znaczenie. Żyła przecież w świecie, który wyszarpywał godność i poczucie bezpieczeństwa z jej słabej duszy wraz z każdym krokiem, jaki stawiała. Upokarzająco logicznym było więc, że jego odpowiedź była dla niej dosłownie kwestią życia i śmierci, jego przyjaciele - i on sam - wystarczająco o to zadbali. Rozczarowanie nie wytrąciło go jednak z równowagi.
- Tak - opadło na jej kruche nadzieje, niczym metaforyczne kowadło, zgniatając kiełki zaufania, jakie być może zaczynała do niego żywić. Cóż jednak obchodziła go jej opinia? Była, powinna być, dla niego przynajmniej, dla Śmierciożercy, dla Lestrange'a, tylko zabawką. - Jakie jest dwoje zdanie na temat mojego bycia Śmierciożercą?
Nie był pewien, dlaczego powietrze drżało wokół od napięcia, skomlenia młodych ptasząt ucichły, a jego oczy tak zaborczo objęły jej własne. Nie był pewien, dlaczego oczekiwał jakiejkolwiek odpowiedzi, dlaczego chciał czegokolwiek, dlaczego liczył na jej słowa, jak gdyby miały zaoferować mu zbawienie. Wiedział, że nie potrzebuje niczyjego zbawienia, musiało więc chodzić o coś zupełnie innego, lecz nawet jego wartki um­­ysł nie był w stanie uchwycić rozwiązania dla tej tajemnicy. Wiedziony jakimś zapomnianym obcym instynktem, siłą nieuświadomioną i nie do odparcia, odbił się z gracją od pomarszczonego pnia drzewa i zrobił kilka kroków w jej kierunku. Coś w tej głębokiej toni jego osoby chciało, by na niego spojrzała, by go zobaczyła, nim orzeknie... Cokolwiek miałaby orzec. Zmusił jej spojrzenie do odnalezienia jego twarzy, choć nie było to trudnym zadaniem - te jasne, czyste płomyki pochłaniały jestestwo Rudolfa, szukając czegoś. Czegoś, czego nie mógł jej zaoferować, nawet gdyby chciał. Tego akurat był pewien.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kelly McCarthy
avatar


avatar
V rok

PisanieTemat: Re: Polana jednorożców   Nie Lis 15, 2015 10:28 pm

Rozchyliła usta, jakby chciała jeszcze coś powiedzieć, zanim jej odpowie. Jakby chciała zmienić swoje pytanie. Zdała sobie sprawę, że nie chciała znać na nie odpowiedzi. Może nie teraz, nie dzisiaj...
Tak.
Więc w jego oczach jesteś tylko szlamą.
Nic niewartym śmieciem.

Jedno tak banalne słowo odbiło się echem w jej głowie, dudniąc, rozbijając się o jej czaszkę. A więc domysły nie były tylko jej imaginacją, od początku miała rację. Gdyby tylko zaufała samej sobie, gdyby tylko nie toczyła w środku zaciekłych walk pomiędzy swoimi uczuciami i myślami. A gdyby...
Poczuła gdzieś w okolicy serca lekkie ukłucie. Jakby cierń wbił się w jej duszę, niszcząc całe pokłady wiary w... No właśnie. W co wierzyła? W to, że jednak nie jest tym, którego dłonie pokryte są krwią takich jak ona? Że pogłaszcze ją po głowie? Zmrużyła oczy wlepiając w niego rozgniewane spojrzenie. Poprzysięgła sobie, że nigdy nie będzie miała litości dla takich jak on. A jednak nie wyjęła różdżki, nie poruszyła się. Patrzyła, po prostu patrzyła...
Doszukiwała się w jego oczach jakiegokolwiek uczucia, może próby wyjaśnienia. Czegokolwiek, od czego poczułaby się lepiej. Nie znalazła nic.
Jak bardzo jesteś rozczarowana?
Przysunęła się do niego. Blisko, niemal czubki ich nosów stykały się ze sobą. Jak ogień i lód. Płonęła w środku, chciała tak wiele zrobić, tak mało mogła... A on? Zachowywał stoicki spokój wiedząc, że ma nad nią ogromną przewagę. Atak z jej strony byłby jak porywanie się z motyką na słońce.
- Jesteś trupem, zgnijesz w piekle. Zwykłym skurwysynem. Pomiotem w rękach Voldemorta. Pionkiem. Kurzem, który zniknie od jednego podmuchu. Nigdy nikogo nie pokochasz, chyba że swoją idealną czystokrwistą żonkę, o idealnych manierach. Pustą lalkę, która da sobą pomiatać tak samo jak ty. Jesteś nikim. Zabijasz, a sam jesteś martwy. - wycedziła przez rząd zaciśniętych zębów, wlepiając w niego spojrzenie godne Bazyliszka. Nie wyczerpała tematu, nie odpowiedziała zapewne też tak, jakby tego oczekiwał.
- Zabij mnie, dla idei głupca, przed którym padasz na kolana. Upadłeś już dawno, zgadzając się mu służyć. W końcu jestem okropną szlamą, której życie jest tyle warte, co kawałek pergaminu. - chwyciła jego rękę z całej siły. Jej trupioblade palce zacisnęły się mocno w okół jego nadgarstka, szarpiąc go. Może to nie to, czego oczekiwał. Nie na taki spektakl kupił bilety. A niestety przyszło mu siedzieć w pierwszym żędzie tej komedii dramatycznej.
Przyłożyła jego rękę do swojej klatki piersiowej, by mógł wyczuć tuż pod odzieniem jej szybko bijące serce. Nie odsunęła się od niego, a odwrotnie. Oparła czoło o jego nos.
- Teraz zrób co potrafisz najbardziej. Poczuj jak ucieka ze mnie życie. Poczuj jakim panem losu jesteś. Ale pamiętaj, że jesteś skurwysynem, kurwą Voldemorta. I zdechniesz szybciej niż zdążysz kogoś pokochać. - znów uniosła na niego oczy i zamarła. Jak posąg.
- Moja kolej na pytanie. Zrobisz to? - jej twarz nie wyrażała emocji, a jedynie wargi rozchyliły się delikatnie w bezgłośnym błaganiu.
Tylko o co głupia błagałaś?
O Śmierć czy Wybaczenie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rudolf Lestrange
avatar


avatar
Strona cienia

PisanieTemat: Re: Polana jednorożców   Nie Lis 15, 2015 11:43 pm

Zrozumienie zmroziło jasne oczęta, jeziora pełne nadziei, powlekając ich spokojną taflę grubą skorupą błyszczącego trwogą lodu, nim sztorm rozpędzonych emocji rozbił chłód i zimną wściekłość. Odłamki kry wbijały się w jego umysł rozwścieczonymi słowami wypowiedzianymi w języku furii, a on sam przeistoczył się w poplątany kłąb empatii. Przez tak krótki, ulotny moment, obce rozczarowanie piekło w gardle, ścigane przez obezwładniający gniew, który wylewał się z obcych ust, nadążające za pogonią obrzydzenie pozostawiało za sobą pożogę – w jego ciele. Ile z tych skomplikowanych konfiguracji wulgarnych wyrazów należało do niego, do jego dumy i godności, lecz dziewczyna zastygła w uniesieniu przed jego osobą nie mogła zdawać sobie z tego sprawy. Słuchał ich wszystkich w milczeniu, wsłuchując się w nagle donośny głos własnej duszy, który – o ironio! – brzmiał niczym warknięcia nastoletniego dziewczęcia. Złość, jaką tylko Rudolf był w stanie w sobie zbudzić, wyrwała go z huraganu obcych-znajomych-cudzych-jego emocji.
- Piekło jest zaledwie człowieczym wymysłem, pustą pogróżką – poczuł potrzebę sprecyzowania. – Tajemnicze potwory spod łóżka też napawają Cię lękiem?
Zmrużył czarne oczy pełne urażonej dumy: płytkie wyzwiska nie robiły na nim najmniejszego wrażenia, wręcz przeciwnie, często były źródłem jego jedynej rozrywki. Sytuacja wyglądała jednak zgoła inaczej, gdy obelgi trafiały tak blisko serca prawdy, gdy stanowiły dokładne odzwierciedlenie jego lęków, jego obsesji, jego błahości.
Pozwolił młodej, zimnej dłoni zacisnąć się wokół własnego nadgarstka, zamarł w oczekiwaniu na następny jej ruch. Napięcie ogołociło przestrzeń między nimi z kłębów oddechu, jego wzrok błądzący po twarzy tej głupiej, lecz jakże odważnej dziewczyny. Nie wiedział, czego oczekiwał, tak zatracony był w dziecinnej satysfakcji. Był jednak pewien, że w jakiś dziwny sposób, ruda panna McCarthy przerosła jego oczekiwania. I to, jak bardzo mylił się w swoich obliczeniach tylko wznieciło nowy płomień frustracji, jakże słyszalny w ostrym tonie jego głosu.
- Jesteś szlamą – powtórzył, stwierdzając fakt. – Owocem chorego romansu dwóch światów, bez prawa do życia. Skazą na jakże nieskalanym pejzażu czarodziejskiego świata, abominacją. Personifikacją obrzydzenia, jakie budzisz w tych, och, godnych szacunku arystokratach. Jak udaje im się powstrzymywać mdłości na twój widok, hm? Ci wszyscy przyjaciele, męczennicy nowej ery... Znosić ten smród hańby, który ciągnie się za tobą, jak cień, jakże to z ich strony szlachetne.
Cudze słowa wypowiedziane jego własnym głosem tonęły w obelżywym sarkazmie, zamykając się wokół ich złączonych tymczasowo twarzy. Jakiś dziwny uśmiech, pokręcona kombinacja okrucieństwa i współczucia grał na ustach Rudolfa, gdy wyszarpywał z umysłu dziewczyny słowa, które kiedyś musiała usłyszeć. Czekały skłębione w skrzyni bolesnych wspomnień, skrępowane wstydem i złością. Nie znał tych uczuć, ich dotyk jak pocałunek dementora, konsumujący resztki godności.
- Nie. – odpowiedział na pytanie po dłuższej chwili pełnej bezradnej wściekłości. Jego czy Kelly, ich wspólne... nieważne.
Czuł szybkie, silne i uparte bicie ludzkiego serca pod swoją dłonią, gdy gwałtownym ruchem podwinął rękaw ciepłej szaty. Chłód wgryzł się w bladą skórę oszpeconą znakiem, którym nie przestawał gardzić. Niczym bydlę oznakowane symbolem ubojni. Poniekąd, tym właśnie był, prawda zawarta w oskarżeniach szlamy nie do ukrycia. Rozgoryczenie upchał gdzieś pod fałszywą bezczelnością, wyzywającym uniesieniem brwi, gdy powoli, cierpliwie, przesunął kruche palce na podrażniony fragment skóry. Czerń Mrocznego Znaku pochłaniała strzępy księżycowego światła, które miało odwagę dotrzeć ich ciał.
- A mógłbym – powiedział, bez zbędnego namysłu. – Byłabyś zaledwie kolejnym imieniem na tej nieskończonej liście. Twoja śmierć... – poszukiwał odpowiednich słów, dziwiąc się, jak wiele perspektyw mógł znaleźć dla tak oczywistego zdania. W gruncie rzeczy nie było ono tak oczywiste. Potrząsnął głową, odsuwając się od niej na milimetr, poszukując oddechu, który nie byłby przesiąknięty jej osobą. Nawet, gdy płuca wypełniało świeże, bezwonne powietrze, wciąż czuł ją w swojej głowie. Gdzieś głęboko, w nieprzejednanej ciemności czaszki fruwał ten piekielny ognik, rzucając wątły blask na brzydotę, która powinna była zostać w ukryciu.
- Czy ten wyjątkowo szkaradny rysunek jest w istocie moim portretem? – spytał cicho, spokojnie; Kelly lub samego siebie. Tym razem to on trzymał jej dłoń w żelaznym uścisku, owiniętą wokół lewego przedramienia Śmierciożercy, potwora, jakim tak strasznie gardziła. Nie dawał jej już możliwości ucieczki. Ta zniknęła, wraz z jego godnością, gdy podpisał z nią tę śmieszną umowę. Wygnał ją swoją propozycją, ona popędziła wyjątkowo trafnym pytaniem.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kelly McCarthy
avatar


avatar
V rok

PisanieTemat: Re: Polana jednorożców   Pon Lis 16, 2015 12:21 am

Byli tak blisko, a zarazem tak daleko siebie. Dzieliła ich ogromna przepaść, a gdyby rzucić w nią kamieniem, na próżno by dosłuchiwać się dźwięku uderzania o podłoże. Byli tacy sami, zarazem tak odmienni. Wulkan i szczyt góry lodowej. Jedno i drugie tak nieprzewidywalne i tak bardzo niedostępne dla nowych odkrywców żądnych przygód. Był kimś, ona nikim.
I tylko tyle?
Zmarszczyła brwi. Miał jeszcze czelność precyzować jej wypowiedź? Mało usłyszał z jej pozornie niewinnych, nieskalanych tak wyszukanymi epitetami ust? Chciał więcej?
- Potwory spod łóżek są niczym w porównaniu do was. - mruknęła od niechcenia, starając się powściągnąć swoją wściekłość i cały żal jaki chciałaby wylać na jego osobę. Byloby to jak przechylenie kotła z wrzątkiem wprost na jego głowę. Sprawiło by jej to niemałą satysfakcję. Patrząc jak krzyczy. Tak, z bólu. Jak każda z jego ofiar potraktowana nie raz, nie dwa Cruciatusem. Jak klęka przed nią i błaga o śmierć nie mogąc znieść palącego bólu. Napiętnowałaby go jak rzecz. Złożyłaby podpis.
Czyżbyś znalazła jakąś nową część siebie?
Miło, niezmiernie miło.

O dziwo roześmiała się. Niczym wariatka. Obłąkana, zagubiona we własnej nieporadności. Powiedział jej wszystko, co już wiedziała. Zdawała sobie sprawę, układała scenariusze rozmów ze Śmierciożercami. Każda wlaśnie tak by się toczyła. W jej wyobraźni słyszała nawet gorsze rzeczy. Skończywszy swój koncert perlistego śmiechu, westchnęła głośno, wolną dłonią teatralnie ocierając łzę z oka. Szybko znów zmieniła nastawienie z rozbawienia na atak.
- Trafne uwagi. Nie jesteś wcale w niczym lepszy ode mnie. Ty cuchniesz śmiercią. Gnijesz o tutaj. - dźgnęła go mocno w pierś.
Zabójcy nie potrafią kochać.
Czyż nie?

Dała się prowadzić. Jak w tańcu. Tango emocji, wyzwisk, a zarazem uczu...
Nie.
Nie współczuła mu, nie szanowała, nie lubila, nie, nie, nie. Był tylko pionkiem w grze, zupełnie jak ona. Jednak w jej rękach nigdy nie spocznie zaszczyt rzucenia zaklęcia niewybaczalnego. Nigdy nie zabilaby w imię czystości bądź nieczystości krwi. Zabiłaby za morderstwa. Oko za oko, ząb za ząb.
- Wymigujesz się od obowiązków. Masz świetną okazję, aby to zrobić, a mimo to wciąż oddycham. - zacisnęła palce na jego przedramieniu, spoglądając tylko raz za razem na wyrok, bo inaczej nie mogła nazwać znaku, który nosił. To już przesądzone. To kim był i kim będzie. Przesunęła delikatnie palcami po skórze mężczyzny. Nawet nie chciała odrywać ręki, nie potrafiłaby...
- W moich oczach jesteś nikim. Reasumując... Tak, to cały ty. - wyrzuciła z siebie bezmyślnie. Czas na kolejne z jej pytań? Zamilkła na chwilę w głębokiej zadumie. Dlaczego?  Po co? Jak? Czy? Tyle pytań kłębiło jej się w głowie, ale jedno zdecydowanie wychodziło przed szereg innych. Krzyczało głośniej, natarczywie prosząc o uwagę. Zsunęła się z głazu niczym z malej ślizgawki widywanej na mugolskich placach zabaw, aby być bliżej, znacznie bliżej. Wolną dłonią objęła go za szyję i przylgnęła do jego ciepłego ciała na moment nie odzywając się i trwając w tej pozycji.
Czas na pytanie!
Myśli nie dawały jej spokoju.
- Czujesz coś? Cokolwiek? - wyszeptała z nadzieją. Jak głodne dziecko, które prosi o kilka sykli na bułkę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Polana jednorożców   

Powrót do góry Go down
 
Polana jednorożców
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 4Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next
 Similar topics
-
» Polana jednorożców
» Polana w środku lasu
» Polana
» Polana
» Polana

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hogwart [schowany na czas wakacji] :: Tereny zamkowe :: Zakazany Las
-