Zapraszamy serdecznie do przyłączenia się do przygody!


CalendarCalendar  IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  GrupyGrupy  FAQFAQ  

Share | 
 

 Pokój Wspólny

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 9 ... 14, 15, 16, 17, 18, 19  Next
AutorWiadomość
Mistrz Labiryntu
avatar


avatar

PisanieTemat: Pokój Wspólny   Pon Wrz 02, 2013 2:29 pm

First topic message reminder :


Pokój wspólny jest to przytulne i zachęcające miejsce. Są tam wielkie żółte kotary, przytulne fotele oraz ogromny kominek. Ma małe podziemne tunele prowadzące do dormitorium. Wszystkie mają okrągłe drzwi jak wieczko do beczki. Cały pokój wspólny jest w barwach domu (żółty i czarny).
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
Sahir Nailah
avatar


avatar
VI rok

PisanieTemat: Re: Pokój Wspólny   Pią Sty 30, 2015 3:08 am

Czyżby? Miało bardzo wiele do stracenia, bo cóż, że było ranne - wszak nie były to rany, które mogłyby go zabić - były to zaledwie wyczerpanie i parę bruzd, nadal mógł uciekać i brnąć przed siebie, tak samo jak i zresztą odrzucony wilk, który w zamian za to odrzucenie zmienił się w bestię pragnącą rozszarpać wszystko na swej drodze... ale tej rannej sarny nie ruszył. Nie tknął nawet pazurami. Nie chciał tego robić. Przecież leżała ona na pięknej polanie oświetlonej skromnie promieniami słońca, była taka spokojna, a ten spokój, po tak długiej i męczącej tułaczce, wabił jak nic innego - spokój i łagodne wejrzenie roślinożercy, któremu chciało się zaufać, nawet jeśli w myślach coś bębniło, ze może w końcu kopnąć mocnym kopytem i pogruchota szczękę - kto teraz lgnął do kogo? - to było dość ważne pytanie, które czarnowłosy już sobie zadał, ale ukrócił, jak większość rzeczy, szybkim odgonieniem od siebie myśli, bo gdyby odpowiedź okazała się kompletnie niezgodna z oczekiwaniami, to nie był pewien, czy chciałby ją poznać - dlatego z dwojga złego wolał niewiedzę, zawsze ją wolał. Nie przepadał w większości za prawdą, ponieważ prawda nie pozwalała już na własne złudzenia, prawda obdzierała ze wszystkiego i pozostawiała człowieka nagiego w białym pomieszczeniu, gdzie nie było widać wyjścia, z którego nie było więc żadnej ucieczki, nikt nawet nie pomyślał o oknie i nabraniu głębszego wdechu...
- To brzmi dobrze... - Uśmiechnąłeś się wygodnie, bo to... to brzmiało miło. To brzmiało tak, jakby pojawił się słuchacz, tak zainteresowany słuchacz, który będzie dopytywał... ale który też pozwoli na bajdurzenie, który pozwolił na półprawdy, który z zainteresowaniem będzie spijał słowa z ust... Czyli brzmiała jak bajka, której nigdy nie będziesz mieć, więc lepiej zajmij się zastanawianiem, jak najlepiej zniszczyć tego chłopaka, który nie bardzo chyba nadal wiedział, gdzie jego miejsce, nawet po minimalistycznej nauczce, którą mu dałeś tam, na drodze od wejścia głównego. Tym nie mniej na tą chwilę niech będzie, jak jest, czas pokarze, kiedy twoja zwariowana natura ruszy do przodu i kiedy ogier na planszy wgniecie miękkie drewno podłoża, by odziczale na nowo rzucić się na Arlekina, uznając go znów za wroga, ale teraz? Teraz ma szansę iść do przodu, teraz, kiedy koń zaprasza - wykorzystać okazję, żeby dostać się na drugi koniec planszy, ponieważ teraz to nie było wrogie terytorium - należy uważać, to jak chodzenie po cienkim lodzie, nawet jeśli wydawał się bardzo stabilny, to nigdy nie było wiadomo, kiedy nagle się zarwie, bez żadnego ostrzeżenia, bez wcześniejszych, minimalnych żyłek na swej szklistej powierzchni, które by sugerowały, że coś jest nie tak... Wiadomo tylko, że głęboki jest ocean, po którym się chodzi i ciężko będzie wrócić na powierzchnię...
- Nie mam pojęcia, czym są. One po prostu są. Tak jak wszyscy moi przyjaciele. - Tak, Ci, którzy siedzieli w twojej głowie i którzy czasem do Ciebie mówili - na szczęście nie na trzeźwo, bo wtedy już naprawdę byłoby to o wiele za daleko posunięte nawet jak na twoje dziwaczne normy, które były tak rozległe, że chyba mógłbyś tą tolerancję rozdać dla całej Anglii - temu hermetycznemu społeczeństwu bardzo by się to przydało, tak swoją drogą. - Czasami miewam różne zawiasy, ale takie jazdy tylko po psychoaktywnych substancjach. - Powiedziałeś w końcu wprost, bo i co, Colette pójdzie i na niego nakapuje? Możliwe, bo nie znałeś go aż na tyle, ale bez ryzyka nie otrzymasz nic w zamian. - Do kogo miałbym pójść? Nie uznaję czegoś takiego jak "przyjaciele". - Tak i żadnych nie miałeś. Zgadzam się, są te... trzy?... osoby, do których się odzywasz i z którymi czasem porozmawiasz, teraz do tego grona zdaje się, że dołączył Colette, ale nigdy nie było to nic zobowiązującego, poza tym miałbyś do kogoś lecieć z problemem? Jasne, zadzierasz kiece i w długą... Serio? Tak więc egzystowałeś sobie - Ty i reszta wszechświata, chyba od zawsze tak po prostu było... na początku stały wokół konia jeszcze inne pionki - kiedy ten koń nosił barwę śnieżnej bieli.
Niestety często wszystko idzie nie tak, jakbyśmy sobie tego życzyli.
- Liż. - Ponowił żądanie, rozkaz? Cokolwiek to było należał do tonów, które nie bardzo akceptując sprzeciw, poza tym cenna krew się marnuje, a on będzie teraz tutaj marudził... I w końcu pochylił się, jego język przejechał po skórze, a ty poczułeś automatycznie przyjemne dreszcze, rozchyliłeś wargi, nie panując nad tą reakcją, jakbyś to ty, nie Colette, zbierał te czerwone krople - było w tym coś podniecającego, coś niebezpiecznie kuszącego, coś, co mogło być przyjemne, ale również bardzo, bardzo bolesne... Zwłaszcza, kiedy inny wampir wgryzał się bez zgody w żyłę drugiego wampira. Dlatego dobrze się stało, że Warp się opanował i cofnął, ponieważ w przeciwieństwie do niego, Nailah nie posiadał większego wstydu, a już na pewno nie bardzo zwykł nie poddawać się swoim zachciankom. Cofnął rękę, przekrzywiając głowę na bok, by spojrzeć na reakcję napojonego, ach! - towarem najlepszych z najlepszych!
Wszak aktualnie płynęła w tobie krew pierwszego wampira.
- Dobre, nie? - Wyszczerzyłeś kły w uśmieszku... dość niebezpiecznym, wyrażającym zadowolenie, jakąś formę przyjemności i taką typową dla niego arogancję, zaskakująco pasującą nawet kiedy wyglądał jakby się miał przewrócić, jeśli tylko się podniesie. - Krew wampirów ma wiele ciekawych właściwości, między innymi pobudza fizycznie i błyskawicznie regeneruje organizm. - Ciekawe, co się stanie, kiedy ostatni wampir padnie..? Pewnie nic, zupełnie nic, nikt nie będzie po nich płakać... Bo niby dlaczego? Jesteście skazą tej ziemi... tylko ciekawiło Cię, dlaczego większość ludzi uważała, że wilkołaki nie są takie groźne? Poza tym o ile one miały łatwiej..! Nieomal bez słabości, tylko raz w miesiącu poddane furii, nikt nawet nie wiedział, że nadludźmi są, dopóki na własne oczy nie zobaczyło się przemiany...
- Chyba powinienem się cieszyć, że do tej pory żaden ciekawy osobnik handlujący narkotykami się mną nie zainteresował... Jeszcze? - Zaproponowałeś z uśmiechem, kiedy zobaczyłeś, że na ranach zebrała się kolejna warstwa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Colette Warp


VI rok

PisanieTemat: Re: Pokój Wspólny   Pią Sty 30, 2015 3:53 am

Substancje psychotropowe. Narkotyki. Alkohol. Mary zrodzone z ciemności. Siostra Śmierć. Arlekin, Szachownica i Koń. Śnieg. Wilk i poranione, chore zwierze. Czarny Kot i biała mysz na piecu. Smok Katedralny i Spektrum Czerni. Łamanie regulaminu. Gra na gitarze. Wiersze Byrona. Strach. Śmiech. Sowi desant. Czapka pirata. Atak, pomoc, znów atak, ucieczka, znów pomoc.
A to wszystko w przeciągu jednego burzliwego tygodnia... To było nie do pomyślenia i nie do ogarnięcia. I było niezaprzeczalnie fantastyczne.
A więc nie byli „przyjaciółmi”. Jeśli to odpowiadało Sahirowi, tak mogło zostać, to w końcu tylko nazwa, jej ujawnienie i przypięta do tej zażyłości metka, nijak nie zmieni sposobu, w jaki się traktowali i jak na siebie działali. Colette mógł być cichym przyjacielem, miodem na rany, ratunkiem z zapaści narkotykowych i ostatecznie nawet pół-pionkiem w grze; nie potrzebował jasnego zaznaczenia swojej pozycji tak długo, jak mógł liczyć na to, że co ich teraz łączy (co zrobiło się dla niego bardzo ważne) nie ustało. Nie ucięło jak nożem – sam nie planował tego zrobić. Nie porównywałby się do wcześniejszych znajomości Nailaha. Wielki Boże... gdyby on tylko wiedział, znał chociaż tę część historii wampira... zrozumiałby dlaczego nie dostaje kredytu zaufania. Zrozumiałby, że bank się wyczerpał i padł przez niewypłacalność. Nie ochłodziłoby to jego starań, ale nakreśliłoby chociaż jak wysoko zawieszona jest poprzeczka i sprawiłoby, że nie skakałby w ciemno, bez możliwości zadarcia głowy. Tak samo, jak nie sięgnąłby na dno zmętniałego, górskiego jeziora, by sięgnąć po upragniony kamień. Ale dość narzekań, już dość. I bez nich działo się właśnie coś niezwykłego.
Bez szemrania dał opłynąć niewielkiej ilości tego zbawiennego narkotyku cały układ krwionośny. Serce pouderzało ożywione, jakby wygrywało jakąś pieśń, wizja łóżka w głowie Colette zmarniała i całkowicie zastąpiła ją myśl o tym, jak smakuje drugi łyk. A trzeci...? Zupełnie jakby jedno dotknięcie skóry i rubinowej posoki odbiło w jego czaszce maleńką, lubieżną chęć pochłonięcia jej na tyle, aby w pełni wrócić do sił. I teraz, dalej trzymając wierzch dłoni przy ustach spoglądał to na Sahira, to na jego rękę, trochę tak, jak wtedy na dziedzińcu.
- Pyszne... - nie, nie mógł powstrzymać tego szczerego komentarza, jaki wcisnął mu się na zbrukane Zakazanym Owocem usta. Podobał mu się jego uśmiech i to, że nie czuł wstydu, jakby to jedno liźniecie podbudowało nie tylko gospodarkę jego organizmu, ale i w jakiś sposób jego charakter. Niezwykłe! - Nawet u ludzi? To jest... ha... Czuje się tak, jakby nic mnie nie ograniczało. Masz tak cały czas? Ona krąży w twoich żyłach przecież...
Miał wzrok taki, jakby zaraz miał się na niego rzucić, dostrzegając weń coś tak atrakcyjnego, że chce to dostać teraz, natychmiast. Ale nie był to wzrok dzikiego, wygłodniałego drapieżnika, ale łagodniejszego zwierzęcia, które zapytane po raz drugi nie odpuści okazji do tego, aby znów podrapać je po grzbiecie i wywołać tym tyle przyjemności jak jeszcze nic, nigdy. Dlatego spytany swobodnie, czy chce jeszcze – odrzucił w kąt skromność jaka nakazywała nasycić się tylko niezbędnym kawalątkiem i grzecznie podziękować za resztą. Nie tym razem.
- Nie boli cię, gdy to robię? - 'gdy cie liżę', lepiej by rzec, ale to nie przeszło mu przez gardło. A przynajmniej nie tak łatwo i z taką przyjemnością jak krew. Tym razem nie spieszył się i nie był taki nieufny, upajał się i smakiem i zapachem, jaki słodyczą wdzierał się w nozdrza i przyprawiał o przyjemne zawroty głowy i drgawki w okolicach ud, i ramion. Zachowywał tyle opanowania, że ani razu nie musnął bladej skóry zębami, nawet wtedy kiedy przez chwilę possał ją wyciągając kilka kropel więcej i wyprostował się, tym razem w ścieraniu krwi z ust, posługując się tylko językiem.
Spojrzał na Sahira, na jego oczach nabierając kolorów na skórze, soczystości barw w dwukolorowych oczach i eliminując cienie pod oczami. Puchon puścił jego rękę i automatycznie przeniósł dłonie na policzki wampira, żeby ująć jego twarz w dłonie i zdecydowanym szarpnięciem zmuszając go do pokonania połowy dzielącego go dystansu. A potem? Potem zmusił go do skosztowania tego, co dawało mu teraz tyle przyjemności. Z ust do ust; tak samo niespiesznie.
To było jak narkotyk działający na charakter, i pod tym względem coś było z nim wyjątkowo nie tak jak powinno...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sahir Nailah
avatar


avatar
VI rok

PisanieTemat: Re: Pokój Wspólny   Pią Sty 30, 2015 4:19 am

To uzależnia, czy więc pragniesz więcej tego narkotyku mieszającemu w myślach, ale nie psychotropowymi wizjami, nie słodyczą wódki, która potrafiła poprawiać humor - to było coś na zupełnie innym poziomie, coś, co nie zmieniało ani trochę charakteru - jedynie dawało tą pewność, że jest się panem świata, że można sięgać po więcej - och, no dobrze, przyznam to, ale tak cichutko - jednak troszeczkę zmienia... Dodaje tej pewności siebie, która powinna drzemać w każdej istocie, ale którą zbyt wielu zatracało - dlatego też byli naturalni przywódcy i ci, którymi się dowodziło - co, gdyby każdy tak się czuł w rzeczywistości? Ach, no dalej, bezwstydnie sobie wyobraźcie wyścigi, pościgi, przelewaną krew o to, kto będzie pierwszy u celu, bitwy o to, kto jest tutaj lepszy i kto dowodzić może - nigdzie tak nie było, ani u ludzi, ani u zwierząt, ponieważ najsilniejsi zawsze walczyli o prawo do bytu, nie może więc świat się składać z samych najsilniejszych... Więc pij tą zgubę, miły Arlekinie, który swym dotykiem, swą samą obecnością uspokoiłeś rozszalały wiatr - nie żałował, że przybrał kształt dumnego ogiera, nie żałował, że nie Arlekin nie dał się zmiażdżyć, kiedy ruszyłeś mu na spotkanie - straciłby zbyt wiele z tego, czego tracić nie powinien, traciłby przyjemność, która była przecież na wyciągnięcie ręki - nie, no przecież nikt tak naprawdę nie chce być sam, prawda? Nawet taki Czarny Kot gdzieś miał swój dom, gdzie miał swoją matkę, nawet jeśli ona go porzuciła, to nie wziął się znikąd, nie był zjawą, nie był tylko urojeniem uczniów, którzy sądzili, że należy do świata koszmaru i należy o nim zapomnieć, jeśli tylko za długo się z nim poobcuje...
- W czasach lepszej kondycji, nocą... Jestem Jej Władcą, jestem Jej Emancypacją... Ja i cały świat u stóp. Prawda, że bajeczne? - Byłoby wspaniale, gdyby można było pić własną krew i ciągle żyć na takim haju, na takim niepowstrzymanym pędzie, który nie musiałby nawet prowadzić znikąd, żyć z przekonaniem, że nie istnieją przeszkody nie do pokonania, no ale, hej - przecież nawet teraz ich nie było... Ale sama emocja bycia władcą świata... byłoby za dobrze i prowadziłoby do polowań na wampiry między sobą, a dodatkowo do autodestrukcji. Dla wampirów krew innego wampira była jedynie smaczniejsza, nie miała żadnych dodatkowych, niesamowitych właściwości - takich właśnie, jakich dawała ludziom, ponieważ... ponieważ one wszak nosiły to w sobie, jeśli tylko akceptowały swą naturę. Jeśli tylko odżywiały się tak, jak powinny.
- Niee... To mi sprawia perwersyjną wręcz przyjemność. - Bardzo zgubną przyjemność, ponieważ chciało się tej krwi oddać więcej, więcej..! Nawet kiedy się nie powinno - wszelakie opcje autoobrony zostawały wyłączane i chciało się jedynie przedłużać przyjemność, w której można było zatonąć... Tak i teraz dałeś przyciągnąć swoją rękę spowrotem do warg Coletta - och, ludzie, co wy tu robicie? Coś bardzo nienormalnego, coś, co by wstrząsnęło posadami tego zamku, uczniami nauczycielami - pewnie by cię oskarżano, że tworzysz nowe wampiry, pewnie by cię oskarżano, że robisz to w dodatku wbrew woli Warpa, żeś go oczarował, omamił przez swoją krew, ale jakoś nawet nie wpadłeś na myśl, że coś takiego może się stać... Zatopiłeś się plecami w oparciu, przyglądając się temu choremu obrazowi człowieka, który cieszył się narkotykiem - jeszcze nigdy nikomu nie podarowałeś tej krwi o tak po prostu, tak, jak teraz... ale czy więc mogłeś powiedzieć, że to uczucie było dla ciebie nowe..? To, od którego ciepłe ciarki przebiegały po całym ciele, od którego robiło się ciepło w samych trzewiach... I nagle Colette się pochylił, a Ty..? Ty zamiast uciekać cofnąłeś kły i przylgnąłeś do niego swoimi wargami, wydając z siebie połowicznie niebezpieczny, połowicznie zadowolony pomruk aprobaty - bawiłeś się jego miękkimi wargami, które smakowały twoją własną krwią - pierwotna natura niemal wrzeszczała, że ten chłopak należy do Ciebie, że zabijesz wszystkich, którzy podejdą zbyt blisko - teraz w jego żyłach krążyła twoja krew... Na pewno przez dłuższy czas Colette nie musiał się obawiać ani Bazyliszka, ani ataku ze strony jakiegokolwiek innego wampira.
Tylko że może naprawdę powinien się zacząć obawiać samego Nailaha, który jak ugłaskany Kot powrócił na oparcie, ciągnąc Puchona za sobą, przytrzymując palcami niezranionej ręki jego kark, przymknął oczy, wcale się nie śpiesząc, wcale nie gwałtem odbierając mu oddech...
Jedyną równie piękną istotą w jego mniemaniu, co Colette, była Dasza Mietanowa.
Piękno... Każdy wampir miał do niej niezdrowy pociąg, który nakazał im go skosztować.
Tylko że Dasza nie miała w sobie tego ciepłego światła, który przyciągał Czarnego Kota w stronę ogrodu Coletta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Colette Warp


VI rok

PisanieTemat: Re: Pokój Wspólny   Pią Sty 30, 2015 5:08 am

Nieszkodliwe dwa łyki takiej ambrozji cofały zniszczenia organizmu, szacowane na nieomal dwie bezsenne noce i wzmacniały, ostrzyły temperament do tego stopnia, że wszelkie pomniejsze bariery usuwało się jak okruszki ze stołu: jednym przesunięciem dłoni. A czemu zawdzięczał te bezsenne noce, krwawienie i niedożywienie...? Głupiej ucieczce z dziedzińca. Bo zabrakło mu pewności siebie lidera, nieustraszenia przed szyderstwami i naznaczeniem przez całą szkołę, i przede wszystkim gwarancji, że nie zostanie odepchnięty. Bo obawiał się sięgnąć po to, na co szarpnął się teraz. Żeby zanurzyć zęby i usta w zakazanym owocu aż po jego wielką, twarda pestkę; i z lubością zatapiał się w niej coraz głębiej.
Perwersyjna przyjemność...? To by znaczyło, że było ich dwoje i dla obojga była ona tak samo zgubna. Sahir był gotowy poświęcać swoją krew, dla ciepła rozlewającego się po ciele, przyjemnych wyścigów ciarek po plecach i łaskoczącemu gotykowi na przegubie. A Colette poświęcał tę intymną płaszczyznę uwagi, podczas której nie zważał na konsekwencje od samego siebie i od świata, jakie sprezentuje mu przyszłość. Wtedy przymykał oczy i przyciągał do siebie coś lub kogoś, kogo pożądał i strach przed brakiem pozytywnej reakcji parował od temperatury pieszczot. Pociągnięty powoli bliżej Sahira, oparł się kolanami o obicie, a ręce z twarzy całowanego przeniósł na oparcie siedziska. To dawało wrażenie pieszczotliwego i nieszkodliwego osaczenia. Wsuwał wtedy język głęboko na obce tereny, które od samego początku pocałunku nosiły już na sobie ślady słodyczy krwi i czyniły pocałunek jeszcze bardziej niemoralnym. Jeszcze bardziej grającym na strunach przyjemności i raz na jakiś czas sprawiał, że ciałem targał mocniejszy dreszcz, zwłaszcza wywołany obecnością ciepłej dłoni na karku. Wciągał się z pasją w taniec, do którego zaprosił wampira i od tyłu zatapiał końce palców w czarnych włosach, przeczesując ich kosmyki. To nie był pierwszy pocałunek Smoka, ale z pewnością pierwszy, który najmocniej zbliżył się do jego utopijnej formy, o której prawi się w utopijnych książkach. A to a dobre zabiło jego strach, że prawdziwe uczucie połączy tylko istoty odmiennej płci.
To nie było ani łatwe, ani szybkie, ale musiał przerwać. Oddech był coraz trudniejszy do nabrania pomiędzy impulsywnymi pieszczotami i w końcu brak tlenu zrobił się nie do zniesienia, zmuszając do oderwania się od przyjemności i sięgnięcia po uzupełnienie najbardziej prymitywnej potrzeby. Wtedy Col wyprostował się i odetchnął kilka razy, nie zmieniając jednak nadto swojej pozycji. Końce czarnej, rozproszonej na szczycie oparcia, czupryny nadal mógł lekko gładzić, kiedy tak wpatrywał się najpierw przed siebie, a potem wolno zjeżdżał w dół, żeby spojrzeć na Nailah'a, nad którym ostatecznie się pochylał.
- Nie oponowałeś. - chyba bardziej stwierdził niż zapytał, nawet jeśli bardzo chciał wiedzieć czemu. Równie bardzo chciał znać swoje własne motywy, ale to by zmuszało go do zajrzenia do odmętów jaźni, jakie dawno pozabijał deskami. - Nie jestem już śpiący. Ani wyczerpany, wiesz? Czuje, jakby przydarzyło mi się coś ważnego. ...to możliwe? - wpatrywał się w trzymany między palcami, grubszy kosmyk włosów czarnych jak sama noc, trwająca u stóp Sahira. - Po dwóch liźnięciach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sahir Nailah
avatar


avatar
VI rok

PisanieTemat: Re: Pokój Wspólny   Pią Sty 30, 2015 5:38 am

Osaczenie, ach, właśnie - drapieżnik zamiast osaczać chciał być osaczony, chciał być biernym (lecz nie do końca) graczem, którego ktoś zmuszał do odpowiedzi na swoje gesty, nie na odwrót, chyba nawet nie o tyle znużony faktem, że to zazwyczaj on był prowokatorem, może było w tym trochę nawyku, jeśli chodzi o zbliżenie jakiekolwiek, który przylgnął do niego od początku życia, może to fakt, że w sumie sam czuł się zmęczony i najchętniej znów położyłby się na kanapie i spał dalej... tak było jeszcze przed chwilą - teraz myśli się łagodnie rozpadały, nie było w tym niczego dzikiego, On sam nie widział w tym niczego niewłaściwego, nawet jeśli zdawał sobie sprawę, że dla reszty społeczeństwa było to niemoralne - i nie wiesz, czy to trucizna Vincenta, i nie wiesz, czy to twoje spaczenie... I nigdy się nie dowiesz. To się dzieje, to się stało, ty nie miałeś żadnych zahamowań, On nie miał żadnych zahamowań, a czysta przyjemność która pieściła umysł i ciało była zupełnie inna od tych wszystkich znanych.
Jakie to zabawne - pierwsza osoba, która odważyła się skraść pocałunek z warg Sahira Nailaha. Nie mogło mu się przecież coś NORMALNEGO, zważywszy na te czasy, zważywszy na sytuację świata magicznego - przecież on sam nie był normalny, przecież on sam wykraczał poza możliwości akceptacji go choćby na samym marginesie - oto kolejny słuszny powód, by go całkowicie wymazać, by przestał istnieć. Tylko że problem był w tym, iż wampir nie potrafił brać do siebie opinii wszystkich wokół. Gdyby zostali nakryci, ucierpiałby na tym jedynie Colette.
Może to aż zbyt samolubne..?
Czarnowłosemu nawet do głowy nie wpadło, że ktoś naprawdę mógł to zobaczyć - a mógł. Przecież byli w Pokoju Wspólnym - nawet jeśli godzina była niemoralnie młoda, to każdy mógł zejść wcześniej, żeby się pouczyć, bo źle spał... Cokolwiek! Wątpliwe, by się zakradali, toteż pewnie wampir by usłyszał i zdążył odpowiednio wcześnie zareagować... tyle że zawsze było jakieś ALE - tylko dlatego, że Los, zwłaszcza Los obok Czarnego Kota, bywał bardzo złośliwy.
Powoli, leniwie, uniosłeś powieki, by na Coletta zawieszonego nad tobą spojrzeć - dotyk nie przerażał, dotyk był przyjemny - mogłeś usnąć pod tym miarowym poruszaniem się jego palców po twoich włosach - taki prosty gest... Chyba też pierwszy raz go zaznałeś... Gest, który w jednoczesnej przyjemności niósł zbyt wiele pytań rozpoczynających się od paskudnego słowa "dlaczego..." i nawiązujących do otoczonej smolistą mgłą przeszłości...
- Czemu miałbym oponować? - Zapytał, unosząc jedną brew i uśmiechając się niemal uwodzicielsko, ale zaraz ten uśmiech się rozmył - to w pewien sposób uderzało, to powodowało, że poczułeś się jak Nightray, niemal miałeś wrażenie, że słyszysz jego zadowolony śmiech w głowie...
Sięgnąłeś ranną ręką do serca, które z niewiadomych przyczyn ścisnęło się mocno, uderzając bólem w umysł - z pewnością nie był to żaden uścisk fizyczny... to był ten znajomy ból mentalny. Krople krwi przesunęły się z ran po alabastrowej skórze i wsiąknęły w rękaw.
- Lepszego towaru od mojej krwi nie dostaniesz u żadnego wampira. - Oj to z pewnością...
Kolejna fala bólu, nieprzyjemna, wszystko w twoim umyśle krzyczy, żeby uciekać, zbliżenie było za duże, odległość za bliska - prysnął czar wampirzego uroku, który osnuwał umysł w takich chwilach, przyszła niepewność, nie tego, z KIM, a tego, że W OGÓLE do tego doszło. Z jednej strony najlepiej byłoby po prostu zrzucić z siebie Coletta, a z drugiej... chyba nie chciałeś... Mimo to obróciłeś głowę w bok, przymykając na chwilę powieki, by zaraz unieść się i sięgnąć po różdżkę, aby zaklęciem zasklepić rany na przedramieniu - zaraz spojrzałeś na swoje dłonie, jeszcze przed kilkoma dniami silne - teraz miałeś wrażenie, że nie ma w nich ani ociupinki siły... Przejechałeś językiem po własnej skórze, żeby czerwone ślady zniknęły i zaciągnąłeś rękaw.
- Odważny chłopak. - Uśmiechnąłeś się pod nosem, kierując na niego spojrzenie. - A może samobójca? - Odwaga bardzo często prowadzi do stawiania na szali swe życie, ale krew zapewne też zrobiła tutaj swoje.
Nie pierdoliłeś o tym, że to musi być sekret, ani nic w tych gustach - przecież nie musiałeś, zresztą, niech chłopak robi, co chce - nie lubiłeś życia bez ryzyka, mógł pobiec i rozpowiadać wszystkim, ty byś od siebie ni słówka nie pisnął, byłoby o tobie więcej gadania, więcej pomówień, więcej nienawiści, a ty byś się tym oplatał... Lecz może Arlekin jest naprawdę godny zaufania i chociaż teraz już podłożyłeś głowę pod gilotynę i czekałeś na ścięcie, to ten nie pociągnie za zgubną linkę..?
Wyciągnąłeś paczkę fajek z kieszeni i przysunąłeś sobie bliżej ze stolika na kawę jedno z butelek po piwie kremowym, którego ktoś nie posprzątał, żeby zapalić papierosa - tak, chwila odprężenia, spokojnie, przecież nic się nie dzieje, przecież uciekać możesz potem, masz jeszcze co ćpać - bo lepiej uciekać, niż spotkać się z własnymi myślami...
Czarnowłosy wypuścił dym z ust.
- Świat cały był stepem, - zaczął ponurym, głębokim głosem, ściszonym za potrzebą mroku, jaki tu panował i kompletnej ciszy... -
Z ludnego i pięknego – milczącym i ślepym,
Bez pór roku, bez roślin, bez ludzi, bez czucia,
Trup, chaos powolnego żywiołów zepsucia.
Stoją gładkie rzek jezior, oceanu tonie
I nic się nie poruszy w ich milczącym łonie.
Okręty bez żeglarzy pośród morza tkwiły
Maszty ich kawałami padały i gniły,
I tonęły na wieki w spokojnych wód bryle;
Burze usnęły, fale spoczęły w mogile,
Bo nie było księżyca, co by je podźwignął.
Wicher w stęchłym powietrzu uwiązł i zastygnął.
Znikły chmury – to dawne ciemności narzędzie
Stało się niepotrzebnym – ciemność była wszędzie.
- Tak się oto miało zakończenie wiersza Byrona - przy czym wielkiej, wielkiej części nie pamiętałeś - i nie sposób było, naprawdę musiałbyś się go uczyć na pamięć, a tak... po prostu zapamiętałeś, bo często go czytałeś, nie mogąc przestać się napawać talentem pisarza i doskonałością tego utworu.
- To zakończenie poematu "Ciemność" Byrona. Przy czym, jak mówiłem, całego nie pamiętam i pominąłem ogromny środek. - Strzepnąłeś popiół do butelki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Colette Warp


VI rok

PisanieTemat: Re: Pokój Wspólny   Pią Sty 30, 2015 4:50 pm

Chyba najlepszą zaletą tego wszystkiego był delikatny posmak dominacji, jaką wywalczył sobie, a raczej utorował, na drodze do chociaż delikatnego oswojenia dzikiego rumaka. Jedyne tylko, co było w tej chwili naprawdę ciekawe, to-to, jak zwierze czuło się w rekach niewprawnej osoby. Kogoś kto konia na dobrą sprawę nigdy nie gładził ani nie dosiadał, kilka razy może widział je w oddali w galopie, jak silne smukłe nogi rozchlapywały wodę i miażdżyły wysoką trawę na ich drodze. Ale nigdy nie podszedł dość blisko: a teraz praktycznie obejmował rękami umięśnioną szyję i sięgał palcami do rozwianej grzywy. A zwierze w odpowiedzi tylko pochylało nieznacznie głowę i przestępowało z nogi na nogę, nie chcąc nawet trącać za mocno podekscytowanego bliskością Smoka.
Colette kompletnie zbagatelizował niebezpieczeństwo; gdyby to była praca na zaliczenie z instynktu samozachowawczego i woli przetrwania dostałby ogromnego trolla na szynach i kazano by mu powtarzać całą naukę od pierwszego roku. Ale nic się nie stało; nawet gładzony z włosem wampir wydawał się zdziwiony pytaniem odnośnie oponowania względem narodzenia się takich sytuacji. Zresztą, to było jakieś szaleństwo, Colette nigdy nie uwierzyłby, że skradł pierwszy pocałunek Nailaha. Owszem, ten potrafił być szorstki i zimny, tak samo jak miejscami potrafił być szlachetny. Ale miał w sobie coś nęcącego, co przyciągało nawet niepewnie nastawione ćmy i motyle; czasem je spalało, ale czasem mogło i dopuścić – w końcu Colette nie odznaczał się ponadprzeciętną inteligencją, nie należał do najbardziej elokwentnego towarzystwa w zamku, jego zaradność (nawet jeśli pomysłowa!) pozostawała mimo wszystko co nieco do życzenia, po równo z siłą i umiejętnościami magicznymi. A mimo to dwa liźnięcia przyjemnie otumaniającego narkotyku wystarczyły, by pchnąć go do tak poważnego kroku. Znaczy, że potrzeba była bardzo płytko w jego podświadomości.
- No bo... - bardzo dużo było powodów, dla których miałeś oponować, Sahir. Złapałbyś Puchonowi serce, ale ku temu też było dużo powodów. Złamałeś kiedyś, komuś serce...? - Spójrz tylko na mnie.
Ostatnie dodał w zdecydowanie lepszym humorze. Palce zwalniały już i tak miarowe ruchy i w końcu zatrzymały się, kiedy Colette rozumiał, że pozycja w której się znajdowali i ograniczała rozmówcy ruchy, i wyglądała zanadto dwuznacznie. Ktoś, kto by ich teraz nakrył, pomyślałby idealnie o tym... co tu właściwie zaszło. Ale to był najgorszy koszmar Puchona. A i tak już bardzo dużo zaryzykował.
Oderwał ręce o oparcia i powoli cofnął się w tył, samemu siadając tak, by wtopić się plecami w oparcie sofy i przysłuchać chwilę w miarowe, mocne bicie własnego serca, które w śmiesznym odczuciu promieniowało aż do czaszki.
- Jesteś inny od wszystkich? - zerknął na niego nie tyle zdumiony (co sprowadzało by się do niedoceniania Sahira), co zafrasowany. - Nie to żebym znał nie wiadomo ile wampirów; jesteś w końcu pierwszym w moim krótkim życiu, ale mówisz prawdę czy to pozytywna reklama ciebie jako osobistego narkotyku?
Ahhh... jego język nabierał polotu, miał gdzieś dwuznaczności i bawił się słowami w najlepsze. Ale zwrócił uwagę na to, że wampir przykłada rękę do serca i na moment robi pauzy w ich rozmowie, żeby skupić się na czymś co go boli... to nie wyglądało jak zawał, nie zaciskał palców kurczowo na swetrze, ale jednocześnie wyglądał jakby się męczył. Powinien pytać, co jest grane...? Wydawało mu się, że byli ze sobą teraz tak nieporównywalnie blisko, że gdyby Sahir chciał się dzielić ta informacją, wyjaśniać i zgłębiać cokolwiek: po prostu by powiedział. Dlatego też Puchon obrócił grzecznie wzrok w stronę kominka, widząc, że to powoli dogasa i widać w nim jedynie żarzące się jak magma drewno.
- Odważny... samobójca. - sprostował i zakrył usta ręką, kiedy chciał mu się wymsknąć chichot. - Któremu jego chwalebna sztuka raźno nie wychodzi. I nadal żyje.
To MUSIAŁ być sekret. Colette nie był silny jak Spektrum Czerni, nie dałby rady wytrwać drwin i odsunięcia się wszystkich i spisania samego siebie na straty. Zwłaszcza kiedy nie miał gwarancji, że po tym wszystkim będzie miał chociaż Sahira po swojej stronie. Bo nie miał. Jedyną krótką obietnicą, był odcisk ust na jego własnych, ale sam ją przecież wymusił, więc była aż nadto naciągana.
A potem przyszedł wiersz. Na tle ciszy i gryzącego zapachu tytoniu. Płynął miękko i sprawił, że Smok Katedralny przymknął swoje posępne ślepia i zanurzył w nim całe, pokryte miodowymi łuskami, cielsko. Ledwie nozdrza wystawały nad powierzchnie, umysł był zupełnie pochłonięty. Az do ostatniego wersu i tłumaczeń, dlaczego wiersz nie płynie dalej.
- Co to za człowiek, co potrafi pisać poematy o ciemności... To jak oddawanie jej hołdu. Wszyscy spali, a on oddawał hołd. - mruknął przez zamyślenie i rozwarł powieki, przekręcając niego głowę, żeby spoglądać swobodnie na palącego. - Czy ugryzienie wampirów boli? Tak jak.. wszyscy myślą, że boli.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sahir Nailah
avatar


avatar
VI rok

PisanieTemat: Re: Pokój Wspólny   Pią Sty 30, 2015 8:55 pm

Dobrze, już dobrze! - było mnóstwo powodów, dla których mógłby oponować, czy to satysfakcjonujące? Jak dla mnie nie bardzo. Być może powinien był, to stało się za bardzo pod wpływem chwili, wyrosłej ambicji Coletta przez wampirzą krew i twojej fascynacji aktu, który twa natura zaliczała do zdecydowanie zbyt ekscytującego - jeśli się teraz nad tym zastanowić, to przyzwoliłbyś na coś takiego bez tego istotnego czynnika w postaci szkarłatu..? Chyba... tak. Chyba tak. Nawet jeśli bliskość była na swój sposób przerażająca, nawet jeśli osaczała Cię i sprawiła, że poczułeś utratę kontroli nad sytuacją - oj zdecydowanie ją straciłeś, Colette przejął całą inicjatywę, a ty mu się podałeś bez najmniejszych prób protestacji, to niedobrze, nie spodobało Ci się to... a jednocześnie spodobało bardzo. Ciągle szeptałeś do samego siebie, że bez ryzyka nie ma zabawy, ale jeśli chodzi o podłoże emocjonalne - tutaj było nawet tobie za ciężko zagrywać najmocniejszymi kartami - ty tu grałeś ledwo parami z dwójek, czasem trafiły się trójki, od razu stawiałeś samego siebie na przegranej pozycji, ponieważ grunt był dla ciebie zbyt grząski - kopyta rumaka, nawet tak mocne, zapadały się po kolana i niemal nie sposób było potem ruszyć dalej, kiedy już w jedną taką niewidoczną dziurę się wpadło, zakrytą mułem i błotem. Było w tym szaleństwo, było w tym podniecenie, było w tym coś nęcącego, tak jak i teraz, gdy już koń uzmysłowił sobie, na co pozwolił i przypomniał sobie o tym, kim jest, pojawiło się zdziwienie i dzikie wierzganie, jakby na szyi nagle poczuł pętle, która nie pozwala mu oddychać, nawet jeśli w rzeczywistości nikt tu nikogo nie niewolił...
Wampir odwrócił głowę, dłonie znowu zaczęły mu lekko drżeć, ale bynajmniej jego twarz nie wyglądała tak, jakby coś mu dolegało, a już na pewno z tym spokojnym, nieco wręcz flegmatycznym, wyrazem facjaty nie wyglądał na kogoś, kto się stresuje, czy denerwuje - jednie po tych dłoniach można było cokolwiek zobaczyć, chociaż tak na dobrą sprawę mógł to być odruch na wiele czynników, jak choćby zimno, bo przy średnio żarzącym się kominku w Pokoju Wspólnym robiło się naprawdę chłodno - mimo wszystko byli w podziemiach.
- Patrzę na ciebie. No i? - Chyba nie bardzo załapał żart, albo nie bardzo do żartów miał nastrój. - Mój mistrz mi mówił, że wampiry mają pociąg do piękna, któremu nie potrafią się oprzeć, dlatego dwoistość ich natury nakazuje im je hołubić, ale jednocześnie noszą w sobie chęć jego zniszczenia... - W końcu swym spojrzeniem powrócił na butelkę, by zaraz skupić je na papierosie, którego odciągnął od ust. Przecież już Ci powiedział, drogi Tomiczny - powiedział Ci, tam, nad jeziorem, żeś pięknym chłopcem, czyż nie? Wiedziałeś, że gadasz za dużo, że powinieneś dać sobie na wstrzymanie, bo to może się bardzo niefajnie skończyć i nawet z twoim oblubowaniem do życia na krawędzi, w którym musiało się coś dziać, a ostatnio panował okropny zastój (twe wakacje od wybycia z Munga trwały), posiadałeś pewne granice, których wolałeś nie przekraczać - jak na przykład rozgadywanie tego, że teoretycznie jesteś teraz, e... królem wampirów? Brzmiało to tak komicznie, że na samą myśl się uśmiechnąłeś do siebie, parskając cicho, krótko, z rozbawienia, po czym pokręciłeś głową - wyglądało to trochę tak, jakby była to reakcja na pytanie Coletta - poniekąd, bo bez niego w ogóle by ci te rozmyślania pewnie do łba nie wpadły w najbliższym czasie. - Ja nigdy nie kłamię. - Och nie, zaczynasz, Nailah? Gry słowne, omijanie odpowiedzi, ta twoja skłonność do półprawd i manipulacji rozmową, by przesuwała się na coś innego... - A Ty, Odważny Samobójco? Lubisz kłamać? - W zasadzie czemu niby samobójca, o co tutaj chodzi..? Ach tak, przecież przeważnie zachowujesz się tak, że wszystkich mógłbyś zamordować... w sumie jest to bardzo bliskie wewnętrznym problemom, tym nie mniej teraz wydawało się to abstrakcyjne, kiedy twoja krew była uśpiona, zachowując energię na samą konieczność funkcjonowania.
- Byron nie próbował oddać hołdu ciemności... - Zdecydowanie trudno interpretować utwór, kiedy zna się tylko jego marny początek i koniec. - Ciemność była nieuniknionym następstwem nienawiści i głupoty ludzkiej, którzy podczas trwania poematu walczyli ze sobą wzajemnie, przez co cały świat pokrył się w płomieniach. Traktowali to jak... karę boską, pomimo tego, że to nie Bóg ten pożar na ich świat zesłał. Walczyli ze sobą tak długo, aż nie został nikt przy życiu... Żadne zwierze, żadna roślina... Pożarci przez własną rewolucję. Przynajmniej ja tak odbieram ten wiersz. - Interpretacja każdego mogła być inna, w końcu to mimo wszystko poezja, więc każdy w jej zrozumienie wkłada własne serce. - Tym nie mniej uwielbiam początek i koniec, ponieważ naprawdę brzmi jak oddawanie czci Ciemności, w której nie ma nawet księżyca, w której głucha cisza wywołuje pisk w uszach, a jedynym poruszeniem jest poruszenie wiatru i wyschniętej ziemi pod twymi nogami... Zabrakło na świecie ludzi i nagle świat stał się doskonały. - Doskonały... zdecydowanie nikt normalny nie nazwałby tej upiornej wizji pustki doskonałym... - Taa... byłoby za pięknie gdyby wbijające ci się w żyłę kły nie bolały. - Uśmiechnąłeś się pod nosem, znowu na Puchona zerkając. Prawdopodobnie nie chciałby poznać twoich chorych myśli jeszcze sprzed chwili, kiedy cała twoja jaźń przy pocałunku odbierającym dech wrzeszczała o jego przynależności do Ciebie - kolejna dość abstrakcyjna rzecz... która właśnie ci się nie spodobała. Wręcz przeciwnie, nie chciałeś wszak nikogo od siebie uzależniać, a tym bardziej nie chciałeś, żeby ktoś był przywiązany do Ciebie.
- Tym nie mniej mój mistrz twierdził, że podczas seksu i za chęcią gryzionego sprawia to ogromną przyjemność. - No cóż, Colette, chciałeś wiedzieć, to masz. - Nie wnikam... Generalizując: im bardziej ofiara się opiera, tym bardziej boli. - Żeby była pewność, że sam jeszcze nie pokusiłeś się tego spraw...dzić. Jeszcze? Szczerze wątpiłeś, byś w najbliższym czasie miał na tyle silną psychikę, żeby przełamać tą paranoiczną blokadę, która utworzyła się w twojej jaźni. Chociaż przy twoim dualizmie cholera wie.
- Czy ty w zasadzie... nie myślałeś o tym, żeby wrócić do Polski? Nie masz tam jakiejś rodziny pozostawioną za sobą? Babcia? Dziadek?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Colette Warp


VI rok

PisanieTemat: Re: Pokój Wspólny   Sob Sty 31, 2015 12:37 am

Tak często Colette w głowie narzekał, że Sahir zachowuje się jak kobieta, że jest niezdecydowany i zwykł zmieniać zdanie z dnia na dzień; a sam co...? Teraz, już niedługo dościgną go wyrzuty sumienia i nie będzie usatysfakcjonowany ani z aktualnego przebiegu sytuacji, ani z tego, jakby stało się coś zupełnie odwrotnego i zostałby odtrącony. Prawie tak, jakby specjalnie dla niego musiały istnieć dwa osobne wszechświaty, w których mogłoby dojść do obu tych sytuacji – z bonusowym wglądem na ich owoce w przyszłości. Ale to było silniejsze od niego... Sahir wydawał się teki obojętny na wszystko, jakby naprawdę wybitnie nie przeszkadzałoby mu, gdyby Colette zrobił dokładnie to samo na śniadaniu w Wielkiej Sali w środku przemówienia dyrektora. Nie pokrywało się to ze stwierdzeniem, że 'pozwalałby włazić sobie na głowę', po prostu każdy lubił przyjemności. A to było przyjemne; pomruk wampira podczas tej pieszczoty był chyba wystarczającym sygnałem. Wystarczającym na to, żeby po całych siedemnastu latach braku potrzeby zażywania czegokolwiek, w przeciągu kilku sekund zmienił jeden narkotyk na drugi. I nawet mimo iż sam nie miałeś specjalnie lepszych kart w tej rozgrywce, to podobała mu się pałeczka prowadzącego. Nawet jeśli w tym układzie to z niego robił się zły wilk, łapiący Sahira za ubranie i ściągający z dobrej drogi. Kto wie, może tak było? Może z tej kuriozalnej dwójki, która wymęczona odpoczywała na żółtej kanapie, to Colette był prawdziwym potworem?
Przez bardzo długi czas tak uważał.
- I...? - jeden pytał drugiego. A Col'owi ciężko przechodziło to przez gardło, było trochę jak piła tarczowa. - Jestem mężczyzną.
WOW. Nie sądził, że kiedykolwiek wypali to tak prosto z mostu. Zresztą... nie sądził nawet kiedykolwiek, że tak się zbliży do drugiego mężczyzny. W końcu sparzył się za pierwszym razem, kiedy jako dziecko... cóż, dziecko, jak dziecko, miał 11 lat. Kiedy pierwszy raz zobaczył, że kompletnie nie dogaduje się z dziewczynkami... że mimo całych jego starań jego uszy kaleczy ich cieniutki głosik, że denerwuje ich słabość i niezdecydowanie, fochy, wypowiedzi z poczwórnym dnem, za jakiego niedopatrzenie dostawał pełen wyrzutu wykład i brakowało mu z nimi wspólnych tematów. Dlatego zawsze wolał udawać, że go onieśmielają... a nie mierżą. A chłopcy z jego bandy byli pomysłowi, gotowi polecieć na drugi koniec miasta i zrobić coś głupiego. Że można było w razie kłótni wdać się w bójkę, pozdzierać kolana i ponabijać siniaki, ale po wszystkim szło się razem na lody i owoce z bitą śmietaną i nagle wszystko znikało. Dla niego to nie była po prostu przyjaźń... Colette nie lubił morza i plaży. Bo to tam pierwszy i ostatni raz postanowił być z kimś naprawdę, naprawdę szczery. I w życiu nikt mu tak nie nawrzucał i w kilka minut odebrał wszystkich, otaczających go przyjaciół, pozostawiając same wspomnienia i skazał państwa Warp na żenującą rozmowę ze zniesmaczonymi rodzicami, którzy kazali im trzymać swoje nienormalne dziecko z daleka od ich syna. Rodzice nie potraktowali go jak psa, ale wizyta u lekarza za mocno wbiła mu przeświadczenie tego, ze to, co się z nim dzieje, to po prostu choroba umysłu, której nigdy do końca nie doleczył. To się nazywało „Fascynacja własną płcią”, miły pracownik poradni powiedział, że mały procent dzieci przez niego przechodzi i zwykle udaje się im go zwalczyć. Smok był za słaby na to; ale przynajmniej w udawaniu nie miał sobie równych.
Obserwował go kątem oka, każde słowo działało na jego popękaną jaźń jak przyjemny całun pewności tego, że tutaj nie zostanie wyśmiany. Ba... Sahir nie mówił, że sam miał problem z podobną chorobą, ale pokazywał, że jego obojętność, a raczej... fascynacja wchodziła na dużo szersze płaszczyzny, nawet jeśli chodziło o seksualność. Colette wydawał się być tym dziecinnie zachwycony, jakby wreszcie po latach tonięcia i walki o życie wreszcie natknął się na skrawek deski z zatopionego statku i mógł pełną piersią zaczerpnąć oddechu. Był już bardzo, bardzo zmęczony. Już prawie odpuszczał.
- Haaa.... i nie istotne, jaką ono ma postać? To dopiero brzmi jak wolność. - uśmiechał się do siebie i poderwał nagle, wstając z kanapy, ale nieprzerwanie słuchając. Zaczął się krzątać po Pokoju Wspólnym aż nie natknął się na krzesełko w rogu. Drżące ręce Sahira coraz mocniej nakłaniały go do przedsięwzięcia wreszcie czegoś w stronę zaradzenia temu. Chwycił więc za koc.
- Kłamanie, jak zresztą każda forma gry słownej, jest sztuką. A ze mnie wyjątkowo kiepski sztukmistrz. Proszę. - wytłumaczył i położył pedantycznie poskładany, bardzo przyjemny w dotyku koc obok ud wampira i wrócił na swoje miejsce na sofie. - Jeśli o to ci chodzi... podczas naszych pogawędek okłamałem cię tylko raz.
A więc jednak, gdzieś mocno wyminął się z prawdą. Ciekawe tylko jak wyglądał licznik Sahira.
- To brzmi jak bitwa o to, kto ma rację, podczas gdy wszyscy się mylą. - pomyślał głośno i po chwili uśmiechnął się lekko. - Jesteś aż tak zaawansowanym mizantropem? Nie chcę wybielać ludzkości, bo wiadomo do jakich okropności potrafią się posunąć; bez cienia skruchy, ale każdy kij ma dwa końce. W wierszu... chyba najbardziej bolesna jest pewna prawda: wraz z końcem wojny i ludzkości nastąpi koniec całej planety. Nie dlatego, że sobie bez nas nie poradzi – bzdura, ale dlatego, że bardzo nie w naszym stylu jest zniknięcie bez puszczania wszystkiego z dymem. Bo skoro „my nie będziemy, mieć, to nikt nie będzie miał”. Co do ostatniego... spróchniałego... pnia.
Zaśmiał się nieoczekiwanie głośniej i zakręcił głową, jednocześnie jedna ręką przecierając sobie oczy.
- Tak, zadałem głupie pytanie, wiem... ale sam rozumiesz: zbieram informacje. Zawsze lepiej jest wiedzieć, niż nie wiedzieć. - kiwnął lekko głową. Należeć do kogoś.......? Gdyby dobrze to rozegrać, to byłaby to piękna rzecz; Colette był motylem stworzonym do złotej klatki, ale coraz częściej przytrzaskiwano mu nią skrzydła. ...Po raz kolejny niepokojąco przewinął się w rozmowie „mistrz” Sahira. - No to musiał mieć... - przerwa na chrząknięcie i kulturalne odwrócenie wzroku w stronę neutralnego kominka. - Duże doświadczenie w tych sprawach. To ma pewnie swoją... zmysłową stronę, ale to nadal 'pożeranie' kogoś. I nagle zwrot „Schrupałbym cie” nabiera zupełnie nowego znaczenia. Heh... - znowu chrząknięcie. Nie, po incydencie sprzed chwili nie dało się spokojnie rozmawiać z Sahirem na takie tematy. - Ale pewnie im mniej ofiara się opiera tym polowanie jest mniej satysfakcjonujące.
I wtedy rozmowa zeszła na grząski temat kraju, z którego pochodzili rodzice Colette. Nie posmutniał, może na moment się zasępił, w końcu.... chyba powinien, tak lubił swoje nazwisko, tak długo czytał o historii i tak cieszył się z osiągnięć kraju. Ale szybko zreflektował.
- Nie. - mlasnął starając się znaleźć odpowiednie słowa. - Mojego kraju nie da się tak po prostu... odwiedzić. Czasy są tam bardzo ciężkie, społeczeństwo jest biedne, a rząd jeszcze bardziej je uciska, przekroczenie granic jest cięższe niż mogłoby się to wydawać. Gdybym już raz tam zawitał, najprawdopodobniej latami walczyłbym z rządem, by mógł puścić mnie z powrotem, a gdybym tylko próbował stamtąd uciec – rozstrzelaliby mnie na granicy albo wsadzili do więzienia. Polacy są wspaniali... ale nie są narodem, który powinien rządzić. To świetni wojownicy, wiedziałeś...? Mogę? - zagaił, w międzyczasie sięgając po gitarę i zerkając kontrolnie na właściciela instrumentu. Ale nie dojrzał w oczach Sahira zdenerwowania, więc oparł ją o swoje udo i pogładził palcami krawędź bębna.
- Ale jednego nie można im zapomnieć: mieli niesamowitą jazdę... Husarię. Była najlepszą kawalerią w dziejach świata: jej rycerze sunęli na swoich rumakach z kopią tak długą i tak ostrą, że w pełnym pędzie przeszywała zbroje i nabijała na siebie nawet dwóch ludzi! I mieli skrzydła! Doczepiony do grubego pancerza stelaż, lekko uginający się u góry, pokryty orlimi piórami – zwierzęcia, które kraj ma w godle. I kiedy brnęli wrogom na spotkanie skrzydła łopotały tak głośno, z hukiem niosącym się po okolicy, z taką potęgą... jakby było ich tysiące i tysiące... cała wielka armia... Nazywano ich „Zabójczą jazdą”; przelewali się przez wrogów jak Dziki Gon, miażdżąc niedobitków kopytami swoich koni. Nie przegrali żadnej bitwy pod rząd przez 125 lat. - jego ton zaczynał robić się coraz bardziej natchniony i wciągający. - Ich największym sukcesem była bitwa pod Orszą, kiedy w liczbie 30 tysięcznej jazdy starli się z wojskami moskiewskimi. Wiesz ile ich było? 80 tysięcy. Prawie trzy razy więcej... I rozgromili ich. Zabójcza jazda poświęcając niecałe 2 tysiące dzielnych żołnierzy pożarła prawie 10 tysięcy stawiających się im! I różnie liczną gromadę wzięła w niewolę. Reszta zbiegła z pola walki albo pomarła uciekając.
Odetchnął ciężko, jakby urzeczony i prawie przytulił do siebie ten biedny, Bogu ducha winny instrument.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sahir Nailah
avatar


avatar
VI rok

PisanieTemat: Re: Pokój Wspólny   Sob Sty 31, 2015 1:36 am

Zdecydowanie Sahir nadawałby się na księżniczkę - tylko go pięknie ubrać, zamknąć w wysokiej wieży - pilnujący jej smok już był obok, dąsający się na princessę, że ta ciągle na niego warczy i rzuca w niego pięknymi, porcelanowymi figurkami, których jakimś sposobem nie ubywało, a zaraz potrafiła przyjść, pogłaskać po głowie i porozmawiać, by już w następnej minucie uderzyć mocno smoka pantofelkiem i odejść w swoją stronę - nie ma co, wspaniała wizja... Niestety zatrważająca oddająca w ironicznym stylu rzeczywistość, ot co - wiecznie zadzierał głowę, wiecznie chodził, gdzie mu się podobało, nie mając poszanowania dla reguł i nikogo wokół siebie - przecież w jej wieży to ona stanowiła wszelakie prawo, a było tylko jedno - nie kłamać. Półprawdy, wszelakie manipulacje - proszę bardzo, wyzwanie za każdym razem zostanie podjęte, ale bez kłamstw - było to coś, czego czarnowłosy nie potrafił tolerować... przynajmniej u samego siebie. Wszyscy wokół niech robią, co im się żywnie podoba, co Cię to obchodziło? Nie masz tutaj więzienia i nikogo więzić nie będziesz w pokojach gościnnych - och, żeby takie jeszcze istniały! W pewnym względzie ze smoka był potwór, nie da się ukryć - w końcu to on teoretycznie bronił tego niewielkiego azylu, w którym istotę tą zamknięto, ale równocześnie nie robił tego siłą - naburmuszona księżniczka gotowa była wyjść pod wpływem swego kaprysu w każdym momencie i nawet nie powiedzieć "do widzenia", nawet nie obrócić się, żeby pomachać, by powiedzieć, kiedy będzie, czy w ogóle wróci, czy chociaż docenia to, że przez tak długi czas wyrośnięta jaszczurka pilnowała jej domu... I chyba zawsze pilnować będzie, co za tragedia... Mylnie wszak mówi się w miłości, że nienawiść jest jej przeciwnością - przeciwieństwem miłości jest obojętność, którą właśnie ta księżniczka okazywała. Pobawić się? Zgoda. Pokłócić? Porozmawiać? Tak, tak, ale wiesz, nic poza tym, biedny smoku... Doprawdy, czy ktoś w ogóle zastanawiał się nad tym, co może czuć taka bestia, kiedy jakiś książę wyrywa jej z łap kogoś, kogo miała przy boku od tylu lat i pozostawia z niczym, z zupełną pustką, którą nagle przychodzi czymś wypełnić..? Co tragiczniejszego istnieje na tym świecie w krainie skrajnych emocji..?
Czarnowłosy zaśmiał się, kiedy usłyszał następne, w dodatku zdaje się, że nieśmiałe, zdanie - nie potrafił tego powstrzymać, to było trochę silniejsze od niego - no bo, naprawdę? W sumie rozumiałeś, w końcu... Temat homoseksualistów był tematem tabu, którego się nie naruszało - dobrze, panowały rozruchy, próbowano o tym głośno mówić, ale zazwyczaj kończyło się to bardzo źle - bardzo, bardzo źle... Uważano takich za opętanych, wsadzano do psychiatryków, albo nawet zabijano, jeśli w pobliżu znalazła się grupka homofobów - w zasadzie więc to wcale nie było śmieszne - odchrząknąłeś unosząc lekko brwi, by przymknąć na moment powieki i przetrzeć oczy, jakby to miało w jakiś magiczny sposób ułatwić oczyszczenie myśli, a wraz z nimi wręczyło ci przebłysk geniuszu, gdy tak trudno Ci się w tym momencie myślało - myślałeś niekiedy takimi dziwacznymi schematami, że kiedy przypominałeś sobie, jakie realia cię otaczają, nagle lądował ci na głowie kubeł zimnej głowy - dość nieprzyjemne uczucie otrząśnięcia się z... z czego właściwie? Z bujania w obłokach? Nie pojmowałeś tej nienawiści między rasowej, tej nietolerancji - tak jakby kogoś obchodziło, co wyznajesz, jaki masz kolor skóry i o czym myślisz, czy z kim się pieprzysz po kątach - kogoś, kto całkowicie cię nie zna, ale uważa Cię za śmiecia tylko dlatego, że jesteś homo, jesteś mugolem, jesteś wampirem, czy też jesteś czarny, lub nie chodzisz do kościoła. Naprawdę, skąd ta mania kontroli nad wszystkim w tym schorowanym społeczeństwie.
- No tak. - Pokiwałeś głową po chwili na potwierdzenie, ale zaraz znowu parsknąłeś śmiechem - pięknie, więc Colette pomyślał, że nie może się oprzeć potrzebie pocałowania cię, a potem się dziwił, że nie oponujesz. To było... zabawne. To naprawdę było zabawne. Co za pocieszne stworzonko z tego Arlekina! - Tak, nie istotne. - Potwierdziłeś, nie próbując nawet powstrzymywać uśmieszku pod nosem, jednak nie powiedziałeś o tym, o czym myślałeś - trzeba uważać na słowa, mimo wszystko ściany mają uszy, a Ty jak nikt inny przyciągałeś nieszczęścia... Więc lepiej się powstrzymać. - Zakończmy temat, zanim ściany wykształtują uszy. - Miałeś wrażenie, że wszyscy wokół Ciebie, każdy nauczyciel, każdy uczeń, każdy rodzic, tylko czekają na sposobność wywalenia Cię ze szkoły - bo w końcu jak to tak, jak ich drogie dzieci mają chodzić do szkoły z czymś takim, jak Ty? Pewnie gdyby rumor o tym, co tu miało miejsce, rozszedł się po szkole, wywaliliby Cię od razu, obojętnie, co Drops by powiedział. Swoją drogą nadal zastanawiałeś się, do jakiego stopnia ten stary czarodziej pokładał w tobie swoją wiarę i nadzieję, dlaczego jeszcze nie dał ci wilczego biletu..?
- Kiedy? - Zapytałeś z ciekawości - jeśli nie chciał, to nie musiał mówić, przecież nie będziesz go zmuszał, nie jesteś tutaj katem, który na siłę będzie wyciągał informacje - ot, pogawędka się toczy, a ty byłeś ciekaw wielu rzeczy, które dotyczyły tego Smoka Katedralnego - upływały minuty, a tobie udawało się coraz bardziej uspakajać - pewnie papieros też robił swoje... papieros, którego właśnie zmiażdżyłeś w palcach, ale to nic, ponieważ i tak się już kończył - i którego wrzuciłeś do butelki, zaciskając zęby, żeby potrzeć parę razy dłońmi o siebie i wziąć głębszy oddech.
- Tak. - Zaawansowana mizantropia? To słowo wydawało się przy twoich uczuciach bardzo wybrakowane, puste, nie mające żadnego większego sensu - ot, słowo jak słowo, które zostaje wypowiedziane, ale po co? Po to tylko, żeby było, żeby opisało jakkolwiek to wszystko, nad czym nie chcemy się rozwodzić. - I chyba też nie... - Czy jest jakikolwiek sens w próbie wytłumaczenia czegoś, czego sam nie rozumiałeś? Przeniosłeś wzrok na swoje poruszające się miarowo dłonie, które w końcu zatrzymałeś, zastanawiając się... albo może i nie zastanawiając? Pustka w twojej głowie wcale nie przeszkadzała temu, żeby mówić. - To zależy, kiedy mnie o to zapytasz. Dziś mogę ci powiedzieć, że ludzie są mi obojętni, dopóki nie pojawiają się wokół mnie. - Kim więc był Colette? Jak każdy, który przekroczył połowę linii szachownicy i przetrwał natarcie Czarnego Konia, tak i on przestał być uważany za człowieka - był Colettem, nie mniej, ni więcej, tylko Colettem, kimś spoza szarego tłumu, którego określił mianem "ludzkości" - nie wiem nawet, czy da się to zrozumieć, nie wiem, czy próbować, nie wiem, czy takie myśli to nie wynik jakiś uszkodzeń jego psychiki... I on sam też by nie potrafił tego wytłumaczyć, zapytany. Po prostu tak jest i koniec - tak samo jak nikt nie odpowie na pytanie, dlaczego zrobiło się właśnie tak, że wszystko się obraca wokół słońca, a nie słońce wokół wszystkiego.
- Koniec tematu. - Warknąłeś nagle, ucinając chłopakowi zdanie w połowie, kiedy mówił o satysfakcji z polowania - naprawdę nie chciałeś o tym rozmawiać, nie chciałeś O NIM rozmawiać... Zresztą ogólnie rozmowa o przeszłości, o osobach z przeszłości... starałeś się tego unikać. Niewiele było w tej przeszłości osób, których duchy chciałbyś przywoływać - zaczynały one wtedy dołączać do tych wszystkich mar i były kartami w postaci asów chowanymi przez twą siostrę w rękawach.
Sięgnął po koc i narzucił go sobie na ramiona, chociaż w sumie nie było mu za bardzo zimno - podniósł wzrok, żeby spojrzeć na zegar zawieszony nad kominkiem - nie jest jeszcze tak źle, ale zaraz trzeba będzie się zbierać, zanim za dużo uczniów zacznie schodzić, poza tym potrzebowałeś tego snu i bardzo chętnie się prześpisz po tym tygodniu niemal bycia na chodzie - w międzyczasie oczywiście spałeś po 2-3 godziny, ale jakoś cały czas, mimo zmęczenia, coś cię utrzymywało przy chodzie, żeby iść dalej, iść przed siebie, podziwiać te same, niezmienne od x lat korytarze i wsłuchiwać się w echa ich przeszłości...
- Jasne... - Mruknąłeś, ledwo co spoglądając w kierunku gitary - chłopak zaczął się wiercić jakby miał owsiki, w sumie trudno się dziwić, ale nie przeszkadzało Ci to ani trochę, wręcz przeciwnie - przyjemnie było mieć obok siebie kogoś... żywego.
Tomiczny był stworzonym motylem do złotej klatki, a Nailah był Kotem, którego nawet nie powinno się oswajać, bo wtedy obdzierano go ze wszystkiego, co utrzymywało go przy odpowiednio silnym stanie psychicznym, co dopiero mówić o klatkach, obróżkach i smyczach...
To był Dziki Ogier, którego należało podziwiać z daleka, ale nigdy się zbliżać.
Tymczasem linia została przełamana.
- Kraj wojowników, co..? - Znowu się uśmiechnąłeś, ale to pytanie było zdecydowanie retoryczne, urywek myśli z tego całego przekazu, który wysłuchałeś, a który teraz krążył po twojej głowie. - Podobno... tam dom nasz, gdzie nasze serce. - Błysnął płomień na zapałce, którymi zacząłeś się bawić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Colette Warp


VI rok

PisanieTemat: Re: Pokój Wspólny   Sob Sty 31, 2015 2:17 am

Zastanawiał się przez dłuższy czas, czy faktycznie okłamał Sahira w pełni mocy tego słowa. I faktycznie, zrobił to – niezależnie czy dla jego, czy dla własnego bezpieczeństwa. Zrobił i koniec.
- Wtedy, na klatce schodowej, kiedy spytałeś się czy się boję. - wytłumaczył powoli. - To było silniejsze ode mnie; kiedy bawiłem się z innymi dzieciakami na dworze albo spaliśmy jedno u drugiego w domu, to czasem zdarzały się sytuacje, że atakowały je urojone potwory i zwidy. Piszczały wtedy i płakały i nakręcały siebie nawzajem – mnie zresztą też. A że byłem najstarszy, to musiałem zachować powagę i do ostatniej chwili utrzymywać, że się nie boje. Nie chce, żeby z tego wyszło, że traktuje cie jak dziecko, czy cokolwiek w tym stylu, ale czułem, że gdybym zaczął panikować nawet bardziej niż ty, to pospadalibyśmy ze schodów.
I oto dzielna opowieść o rycerzu, który kłamać nie umiał. Pilnować też się nie umiał, dlatego sięgnął wampirzych ust, dlatego na plaży zasłużył na wyśmianie i dlatego pewnie w końcu gdzieś zginie. Ale teraz jeszcze żył; żył i siedział w Pokoju Wspólnym z potworem, którego wszyscy nienawidzili. ...układając sobie do rak jego gitarę. Swoją drogą, dziwnie się czuł mówiąc o polowaniu, ale nie mógł przestać. To przez krew...? Może. Po prostu jak wyobraził sobie, że Sahir mógł czuć dokładnie to samo pijąc krew ludzi, to aż ciarki przechodziły mu po plecach. Ale nie ciarki wywołane przez strach, czy obrzydzenie, wręcz przeciwnie: jakby otworzyło mu to nieco wglądu na horyzont tej sprawy. To było naprawdę przyjemne. Świadomość niemoralności i niezgodności tego faktu z podstawowymi normami zachowania. Rajcowało go to i przerażało zarazem, bo wyobraził sobie siebie jako jednego, podobnego Sahirowi; i to wcale nie była miła wizja. Miałby wtedy gdzieś wewnętrzny ból i samotność, i przede wszystkim: nie mógłby powstrzymać się od picia krwi. Po prostu by nie mógł, zmieniłby się w bestię, jaka wyściubiła nos z cienia, od pierwszej sekundy, w której jego język musnął połyskującą rubinem, blada skórę. I to było pyszne.
Konwersacja jest skończona.
- Przepraszam. Nie denerwuj się. - odparł łagodnie, przejeżdżając palcami po strunach, by cicho brzdęknąć. - Dobrze, ale jedno, ostatnie pytanie: Gdybyś dzierżył potężną różdżkę... laskę... albo jakieś berło, nie ważne, które posiadałoby taką moc, że jednym tąpnięciem wybiłoby ludzkość... użyłbyś jej...? Impulsywnie. Bo w tym przypadku dzień chyba już nie miał znaczenia.
Kolejny brzdęk.
- Tak wojowników. Ale na pewno nie Panów. - odsapnął, jakby naprawdę był zmęczony obserwowaniem własnego społeczeństwa, które potrafiło się zbić i walczyć o swoje, a kiedy to dostawało... to robiło sobie do własnej miski. To było w idiotyczny sposób bolesne. - Mogę teraz ja ci coś zagrać? Tylko się nie śmiej, znam tylko trzy... no dobra, może cztery akordy, ale do jednej piosenki wystarczy.
Wolał się ubezpieczyć, coby wampir zdenerwowany jego kretyńskim pianiem, nie wyrwał mu instrumentu z rak i nie rozbił go na głowie. Chrząknął i ustawił gitarę tak, jak powinna leżeć, po czym zrobił jeszcze kilka prób i zaczął śpiewać to, co napisał kiedyś dla jedynej osoby, która naprawdę zasługiwała na pieśń.
- There will be no
soft sounds this time
no arms,
not mine at least

should've expect this, I guess,
no "shh" can sooth your beast
and it was my problem once,
that violence inside your eyes

bright red and high with death and pie,
and rage that never dies

and I used to blame myself,
then I blamed everybody else,
but never you

cause you were just a messed up kid,
who'd step in it, get scared and sit,
and pray for goats and gods
who would know what to forbid

And when you would reach out,
well I'd run my big mean mouth
and make it worse

and maybe I deserve that hurt,
destruction of my universe,
so if you've gotta beat somebody up
don't make it her.

I'm sorry, I messed up,
I'm not a leader anymore.
I'm sorry, I messed up,
I'm not a leader.
Not a leader.
Not a leader,
friend.

No more attempts to make you see,
I tried, he succeeded, oh well
but what I can say to a girl
who'd play with a noose of excuses until

her big wicked grin disappears in the smoke,
and crack goes the rope pulled true
I know enough about doubt, and hating myself,
to tell that you now know it too

and I used to blame myself,
then I blamed everybody else,
including you

but you were perfect as you were
all angled out, a blinding blur
so bright and beautiful, and clever,
yeah for sure

But when you would reach out,
well I'd run my big mean mouth
and make a mess

And now it's my turn to confess
I wasn't there, I didn't guess
that you were slipping, 'till you tripped right off the edge

I'm sorry, I messed up,
I'm not a leader anymore
I'm sorry, I messed up,
I'm not a leader,
not a leader,
not a leader...

Said a thousands words
but they never helped
I hid my scars from you out of shame
Took up the cause,
yeah I took the helm
But I'm not the only one who's changed
I knew you first,
I knew you best
I wish I'd stopped it way back then
when things were bad,
but they still made sense
when we were kids,
when we were friends.

Friendleaders...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sahir Nailah
avatar


avatar
VI rok

PisanieTemat: Re: Pokój Wspólny   Sob Sty 31, 2015 2:59 am

Ach, to kłamstewko, takie maleńkie, takie nic nie znaczące, bo przecież on i tak wiedział, że się boi - nie wiem, od czego to zależy, ale drapieżniki po prostu to wyczuwają, zupełnie jakby strach powodował zmianę zapachu - chyba najlepiej tak to przyrównać - zmieniał się rytm serca, więc wraz z nim także puls - trudno było przed wyostrzonymi zmysłami uciec z takimi symptomami, nie wspominając już o zwierciadłach duszy, które w panice drżały, były rozbiegane, niespokojne - niektórzy potrafią nad nimi zapanować, są na tyle dobrymi oszustami i aktorami zarazem (kim jest aktor jeśli nie kłamcą bawiącym publiczność?), aczkolwiek jeśli emocje im uciekały to mogli być pewni, że czająca się w mroku bestia wykorzysta każdą sposobność, by rzucić się do gardła - wystarczy jeden zły ruch, wystarczy wystarczający pokaz słabości - wiecie, cienie i te oczy, które migały nam w mroku, te sylwetki, które przemieszczały się tam, gdzie ich doścignąć nie mogliśmy, mają bardzo dużo czasu i wcale go nie żałują, kiedy już uda im się wypatrzeć kogoś, kto wyjątkowo przyciągnie ich uwagę - tak i Sahira przyciągnął piękny motyl, dla którego nie szukał klatki, nawet jeśli ten czułby się w niej swobodnie - skoro sam bał się ich jak niczego innego, to i nie mógł grozić tym innych, jednak samo niszczenie skrzydeł, obdzieranie ich z pyłku..?
- Bez spiny. - Tak, bojące się dzieciaki, przecież to znasz - ileż to razy ty musiałeś uspakajać wszystkie dzieci i przeganiać potwory spod ich łóżka, kiedy tobie wydawały się one bzdurnymi wytworami umysłu? Nigdy nie sądziłeś, że wylądujesz z takimi paranojami w takim wieku - to trochę dziwne, bo powinno być na odwrót, wraz z wiekiem powinny maleć. - Akurat twój strach rozbudził mój instynkt drapieżnika i szczerze powiedziawszy przestałem się całkowicie bać. - Inaczej nie wpadłbyś na pomysł uwalenia się przed drzwiami dormitorium, tylko próbował się do niego wedrzeć wszystkimi siłami, nawet jeśli miałoby się skończyć na wyciągnięciu różdżki i rozjebaniu wielkiej dziury w ścianie - wszystko, byle uciec przed demonami dyszącymi na karku. Wrzuciłeś zgaszoną, wypaloną zapałkę do butelki, by dołączyła do papierosa, by wyciągnąć następną - jak takie właśnie motyle, jak takie ćmy, które zafascynował płomień i nie istotne, że w nim ginęły - przynajmniej ginęły szczęśliwe, więc czy cokolwiek straciły..? Czy bały się, że żyły niedostatecznie długo..? Przecież nikt tym odważnym samobójcom nie powie, że obawiają się śmierci - to by było śmieszne brednie - ciekawe swoją drogą, czy są osoby, które próbują ich odwieść od ich odruchów, które karzą ciągnąć do zagrożenia, do tego, co tak mocno pociągało ich serca... Co z Colettem? Czy będzie jakiś przyjaciel, który przyjdzie do niego i powie: jebnij się w głowę, z kim ty się zadajesz? Wiesz, że ten gość, ten Nailah, jest niebezpieczny? Może od razu go odepchną i powiedzą, żeby szedł do diabła, że już ich kumplem nie jest i sypną solą przez ramię?
- Nie. - Przecież to by nie miało sensu, tak na dobrą sprawę - nie istniały utopie - świat bez ludzi, w którym byłbyś jedyny... - ... Tak. - Poprawiłeś się zaraz zaledwie po paru sekundach. - Tak, jeśli zabijałaby również mnie. - Śmierć wszak była wyzwoleniem, błogosławieństwem, może i ludzie się jej bali, ale w tej czerni nie było niczego przerażającego - w końcu nawet nie wiedziało się, że się kiedykolwiek istniało... Nic. Kompletne zero... To byłby... Piękny koniec dla ludzkości. Świat byłby na nowo spokojny, natura uporządkowałaby wszystko po swojemu... Ciekawe, jaka rasa by znalazła swoje miejsce na tym padole..? Ciekawe, czy stworzono by odmienny rodzaj piekła tylko dla Ciebie..? Tylko czy na pewno byś takiego przedmiotu użył? - Nie chciałbym jednak stanąć przed realnym wyborem i dostać w ręce coś takiego. - A było wiele zaklęć na wyciągnięcie twej dłoni w przyszłości, którymi można było dokonać ogromnych zniszczeń.
- Nie krępuj się. - Zaprosiłeś go, ponownie opierając się o kanapę, żeby mieć wgląd na grającego - było jeszcze sporo instrumentów, na których chciałeś grać, pewnie będziesz mieć sporo czasu, żeby się nauczyć z nich korzystać - jak na razie gitara cię bardzo satysfakcjonowała... I jak tutaj mówić o perfekcji? Do wielkich gitarzystów było ci jeszcze daleko... Na temat, który uciąłeś dość nieprzyjemnie, już nic nie dodałeś, tak samo jak nie skomentowałeś tych przeprosin.
Wsłuchiwałeś się w przyjemnie lekkie, ciepłe tony wydawane przez gitarę, by zaraz popłynął głos twego towarzysza, delikatny i stonowany, bez wielkich porywów emocji - w zasadzie brzmiał, jakby szeptał - wszak ten szept bardzo dobrze pasował do słów, które zaczynały cię oplatać i wkradać się do umysłu, powodując odrywanie od rzeczywistości - tak, to ten moment, kiedy moc słów była przerażająca, kiedy wgryzała się głęboko, głęboko w świadomość i nagle postrzeganie rzeczywistości przestawało być kompletnie istotne - liczyła się opowieść, która snuła się sama, w której tkwiła tęsknota, w której tkwiło coś, co nigdy już nie powróci, a może to tylko twoja wyobraźnia? Może to wszystko przez to, że czułeś się, jakby ta piosenka wyrywała twe jestestwo na zewnątrz i opisywała je aż zbyt dobrze? Tak, jakbyś Ty mógł to napisać, a jednocześnie tak, jakby dla Ciebie było to pisane...
Brzdęk, brzdęk, brzdęk - nie brzdęk tłuczonego szkła, nadal coś delikatnego...
Nadal te same muśnięcia motylich skrzydeł, które nagle przyśpieszyły - podobno ledwo jeden ich podmuch, według teorii chaosu, potrafił wywołać huragan...
I nie, nie wiedziałeś, co powiedzieć, nie zastanawiałeś się nawet nad tym, co powiedzieć, zapadłeś się w chandrze, zapadłeś się głęboko w sobie, cofając w kąt swego jestestwa, żeby nie rozumieć, ale i tak słuchałeś - rodzaj masochizmu? - piosenka, choć taka lekka, wcale lekkiego przesłania nie miała... Zadziwiające, że coś takiego potrafiło przytłoczyć bardziej od przesiąkniętych mrokiem wierszy Byrona - jak to możliwe..?
- Łał... - Kąciki warg ci drgnęły, ale nie podniosły w końcowym wyniku - lekko drgnąłeś, jakby wybudzony z transu. - Piosenka jakiegoś zespołu, czy napisana przez ciebie..? - Pewnie nie było co tu mówić "łał", pewnie ta piosenka na to nie zasługiwała, nie dlatego, że była beznadziejna, a dlatego, że ten krótki... dźwięk... bo nawet nie słowo... zupełnie nie pasował do wewnętrznych odczuć, jakie rodziła w sercu. Sprawdzała się w swej roli doskonale - pobudzała wyobraźnię. Poruszała za struny emocji - czyli właśnie to, co sztuka czynić miała. - Aż tyle poczucia winy w tobie drzemie i goryczy przeszłości, drogi Smoku?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Colette Warp


VI rok

PisanieTemat: Re: Pokój Wspólny   Sob Sty 31, 2015 8:18 pm

A więc jego strach podziałał w jakiś sposób kojąco...? Tego nie oczekiwał. Albo może nagle zamienił ich role i Sahir poczuł potrzebę ogarnięcia się, żeby wspomóc kolegę, który o mało nie wyniósł się z klatki schodowej na zewnątrz przez okno. Tak czy inaczej przynajmniej sprawa się uspokoiła i teraz jakby nigdy nic wampir nie ukazywał najmniejszych oznak cierpienia po tym felernym wieczorze. Zwłaszcza, że nie odczuli zbytecznych konsekwencji, bo temu małemu idiocie jakoś udało się przetransportować ich jako niezauważonych z prawie samego szczytu aż po piwnice zamku. Bez szwanku, czyli nie licząc otarć i siniaków Sahira. Zresztą, robiąc rachunek zysków i strat, jeśli by podliczyć wzajemnie wyrządzone krzywdy, to byłby to wynik: Sahir 0:2 Colette. I kto tu źle na kogo działał...? Ostatecznie, to anonimowi dobroczyńcy zaczął szarpać wampira za ramiona i mówić: „Co cie przy tym kretynie trzyma?! Najpierw śnieg, potem walenie tobę o ściany i sufity... ten mały chcę twojej zguby! Następnym razem niechcący znajdzie na swoim placu zabaw osinowy kołek, potknie się i nabije cie na niego. Trzydzieści razy! ...a na końcu zliże z niego krew, bo zanadto mu posmakowała”. Natura i pierwsze wrażenie lubią płatać figla.
- Całe szczęście. - mruknął z ulgą. - Gdybyś mi powiedział, że chciałbyś zostać na takim świecie sam, to zacząłbym się o ciebie martwić.
To było szczere, nawet jak na Tomicznego. Niemniej uspokoiła go ta informacja; wykluczyła nadmiernie despotyczne zapędy i tka silną potrzebę zmiany niekorzystnej rzeczywistości, że ten jest gotów całą ją zaprzepaścić. A mimo wszystko jednak szkoda by było... zabrakłoby wielu rzeczy. Np muzyki.
Tutaj, o tej porze wrzeszczenie było niewskazane, zresztą przy samej piosence było niewskazane. Miała być lekka, nieco bolesna, przepraszająca, powoli i nieubłaganie zbliżająca się do crescendo, które miało uciąć jej wygasający, jak ogień w świecy, koniec. To była opowieść, faktycznie, miała swoją tajemniczą rolę i specjalną marę, dla której była napisana. Colette brnąć palcami po strunach nawet nie zdawał sobie sprawy, że wymiatał pazurami wnętrzności swojego słuchacza i przyglądał im się koronkowo, nie pomijając żadnego szczegółu, żadnego wspomnienia. W końcu pieśń miała zupełnie inne przesłanie; miała obłaskawiać i satysfakcjonować, usypiać rozbudzone bestie, jak kołysanka. Dawno temu ratowała jego umysł przed popadnięciem w obłęd; gdyby nie powstała, najpewniej na co dzień zachowywałby się tak, jak Sahir wtedy, na schodach. Ale on miałby tylko jednego potwora.
Skończył i odetchnął, zerkając na czarnowłosego, a po jego krótkim ale przyjemnym komentarzu zaśmiał się krótko, z odsapnięciem.
- Już się bałem, że zdzielisz mnie własna gitarą przez łeb. - pogładził instrument ostatni raz i ostrożnie odłożył go na ziemię pomiędzy nimi tak, by bęben i gryf oparły się o siedzisko. - Jest... moja. To chyba jedyna, artystyczna rzecz, jaką skończyłem. Bo nigdy na dobrą sprawę nie uczyłem się grać... przyjaciółka mojej mamy czasem przychodziła z gitara na spotkanie ich kółka czytającego wiersze i wtedy uczyła mnie co nieco. I za każdym razem jak się poddawałem i gnuśniałem, bo moje króciutkie pioseneczki były wyjątkowo cienkie, to mówiła, że „to w porządku jeśli nie są 'fajne'. Granie, to sztuka, a sztuka nie powinna brzmieć 'fajnie', tylko wywoływać w tobie uczucia”. Aaaa... potem wyjechałem do Hogwartu i czas na to jakoś się pogubił i zostało mi tylko to.
Zabębnił palcami w obicie i po kolejnym pytaniu, które bardzo chciał uniknąć, poruszył delikatnie wargami i uśmiechnął się bardziej grymasem niż z uczuciem.
- Chyba powinieneś już iść. I położyć się w wygodnym łóżku, ja też muszę się sobą zająć, a jedzenie przy tobie będzie... dziwne. - bo będziesz się bezrefleksyjnie na mnie gapił, dopowiedziałby.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sahir Nailah
avatar


avatar
VI rok

PisanieTemat: Re: Pokój Wspólny   Sob Sty 31, 2015 9:01 pm

Nie zależało to od dnia..? Bardzo wiele zależało od dnia, w którym coś takiego dostał, bo właśnie konkretne dni, konkretny nastrój decydował o tych odruchach... a może nie? Może właśnie nagła świadomość władzy w dłoniach jakoś by wampirzą krew ostudziła..? Nie bardzo rozumiałeś, co chłopak miał na myśli, mówiąc, że zacząłby się martwić - o co, o kogo? Martwiłby się o Ciebie, że pragnąłbyś zostać sam? Byłoby najlepiej gdyby ktoś wrzucił Cię do ciemnej piwnicy i nie pozwolił nigdy więcej zbliżać do ludzi - no proszę, takie marne urazy fizyczne, jakie mu się dotychczas przytrafiły przy Arlekinie to niemal jak pieszczoty... Już o nich nie pamiętał, co tu więc mówić o jakimś wypominaniu, czy martwieniu się nimi? I teraz on naprawdę mówił, że zacząłby się martwić? Jak powinieneś zareagować, co to w ogóle znaczy "martwić się", czemu akurat na Ciebie? To była istna burza, lawina, którą wywołało pośród spokojnych, ośnieżonych szczytów, jedno zaledwie motylich skrzydeł, udowadniając tym samym potęgę teorii chaosu i jej całkowitą słuszność. Jeszcze ta ulga, jeszcze to jego spojrzenie - nie wywoływało to żadnego poczucia bezpieczeństwa w twym jestestwie, nie wywoływało radości, że ktoś się o ciebie troszczy - wywoływało atak własnego mózgu, który obracał się przeciwko tobie i którego nie mogłeś poskromić w takim stanie, wywoływało pewnego rodzaju niezadowolenie, brak możliwości przyjęcia czegoś takiego, przyjęcia jakichkolwiek emocji. Piosenka więc poniekąd była zbawieniem, a jednocześnie nie mogłeś jej odebrać obiektywnie, patrząc nie ze swego siedziska, z punktu widzenia tego, który teraz gitarę dzierżył, a której dźwięki skutecznie oderwały Cię nawet od zabawy zapałkami, które wcześniej porwałeś ze stolika, bo ktoś je tam zostawił - zasada znalezione - nie kradzione - od zawsze się sprawdzała i miała bardzo dobrze - gorzej, kiedy znalazło się coś należącego do niebezpiecznych ludzi i postanowiło tym zaopiekować - Nailah jednak jakoś wątpił, żeby ktoś tak przywiązał się do tego pudełeczka i kilku patyczków z siarką, aby zechciał szukać tego, kto zużył ich parę tylko po to, żeby... żeby zostały zużyte (to ma wiele sensu wbrew pozorom) - świadomość tekstu i tego, by rozpatrzeć go pod innymi kątami nadeszła z czasem, kiedy odrobina emocji opadła i żadna łapa, żadne pazury, wnętrzności już nie szargały - pozostawiły bebechy rozwalone, nie mając więcej interesu w bawieniu się nimi - czym się tu bawić? Wszystkie, co do jednego, już zniszczyła. Jednak jako kołysanki, jako utworu kojącego, nie potrafiłby tego usłyszeć. Nawet nie wpadł na to, że właśnie temu pierwotnie mogło służyć, ale powoli dopasowywałeś znowu swoje puzzle, powróciłeś do nich, do tego, że Colette Cię pocałował, że w takim razie jego orientacja seksualna musiała być dwoista, lub... nawet homo. Więc czyżby to było o przyjacielu, którego nieopatrznie stracił, właśnie o tym, co gniótł w swym wnętrzu..? Nie wydawało Ci się, żeby ta znajomość była na tym poziomie, na którym byś o to ot tak rozpatrywał, tym nie mniej Arlekin nabrał paru innych barw, do wielkiej układanki dołożył niesamowite kawałki - pewnie powinieneś mu współczuć, ale jakoś nie przyszło ci nawet powierzchownie na myśl, żeby takim uczuciem się zainteresować - to było bardziej fascynujące, to prowokowało Cię do tego, żeby poznawać dalej, nie odrywać dłoni od układanki, którą zamknąłeś w ramce - ten chłopak odczuwał więcej, niż powierzchownie pokazywał - czy to jego zamknięta przeszłość, spalony most, czy może to nadal gniecie się w jego wnętrzu? Tyle pytań, tyle pytań... A zdecydowanie wolałeś się skupiać na kimś innym, poświęcać mu uwagę, niż skupiać się na samym sobie. Wtedy traciłeś swój rezon, wtedy z czerni stawałeś się tylko mdłą szarością, zdawałeś sobie z tego sprawę - wszystko, co próbowałeś budować, rozpryskiwało się i pokazywałeś się jako ten karaluch, którego powinno się rozmiażdżyć butem, którego sam byś rozmiażdżył, cały ten wstyd własnego syfu noszonego we wnętrzu... To było obrzydliwe. Ty byłeś obrzydliwy. Więc kochałeś i hołubiłeś piękno - nie tylko to zewnętrze - to wewnętrzne było o wiele bardziej cenione, te, które pokazywało barwy, realność, które ukazywały istoty żyjące na ziemi... istoty ŻYJĄCE, pośród których byłeś tylko martwym ciałem, które w swej bezużyteczności zabiło nawet swego twórce. Stanowczo za długo wpatrywałeś się w Coletta, nawet nie mrugając, z enigmatycznym uśmieszkiem, zastanawiając się, jak wiele o nim wiesz, a jak wiele nie - chłopak był beznadziejnym kłamcą, już raz ci to udowodnił, ale to wcale nie znaczyło, że nie nosi również własnego wstydu, z którym stara się walczyć w ramach własnych możliwości... Pewnie powinieneś się odezwać, kiedy cię niemal wyprosił, pewnie powinieneś wstać, albo chociaż jakoś zareagować, tymczasem nadal się wpatrujesz - porywałeś jego duszy do otchłani, do krainy śmierci, gdzie na waszej zniszczonej szachownicy przestały się toczyć walki, przestało się dziać cokolwiek - jesteś Ty na swoim tronie i jest On - nie ma nawet zbroi, stoi, niby taki ufny, jego spojrzenie jest twarde, zdecydowane... Nie boi się. Nie boi się skubaniec. Obojętnie, jak wiele nienawiści byś w niego wymierzył...
- To jakiś żart... - Odezwałeś się w końcu łagodnym głosem, podnosząc się, pozwalając, by koc zsunął się z twoich ramion i opadł na sofę. Rzuciwszy paczkę zapałek na stolik sięgnąłeś po swój płaszcz, który na siebie ubrałeś i złapałeś za gitarę - a uśmiech..? On ciągle trwał niezmienny. I ta dłoń, która wyciągnęła się w kierunku czupryny chłopaka, kiedy Nailah już miał go mijać, a jednak się zatrzymał; ta dłoń, która palcami wsunęła się w jego włosy i zmierzwiła je nieznacznie. - Nie przejmuj się opinią innych, młody. Nie ma przyszłości w Brytyjskim śnie. - Posłał mu jedno, ulotne spojrzenie - spojrzenie przepastne w jego obłędnym przyrównaniu oczu do bezgranicznego kosmosu, w których wszystko czekało na odkrycie i zapraszało do zagubienia się w tym świecie, całe obleczone ciężką pewnością i szeptami wprost do uszu, że mimo chęci nigdy nic tam nie zostanie odnalezione. - Co to za przyjaciel, który odrzuca tylko przez jedną namiętność serca, hmm..? - Jego ręka cofnęła się, płaszcz uniósł się nieznacznie, kiedy do wnętrza wpadło powietrze zza obrazu, który się przed nim rozsunął, by zaraz zamknąć... I Nailah zniknął.
[z/t]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Colette Warp


VI rok

PisanieTemat: Re: Pokój Wspólny   Sob Sty 31, 2015 9:46 pm

Nie chciał być niegrzeczny i nawet mimo tego, że wolał się z nim teraz nie rozstawać, to w swojej zapobiegliwej decyzji miał jednak sporo racji. W końcu Puchoniaki niedługo wstaną, sam musiał wziąć prysznic i coś zjeść, i co najważniejsze: nie chciał odpowiadać na pytania. Dlatego skinął delikatnie głową, kiedy wampir wstał i śledził go wzrokiem. Wampir jakby wyglądał inaczej, trochę lepiej, trochę... jaśniej, jakby coś się odrobinkę zmieniło w przeciągu tych kilku dni. Uśmiechnął się tylko doń, zgarniając koc, żeby poskładać go niedbale choć odrobinę do pozycji wyjściowej i lekki dreszcz przebiegł mu po karku, kiedy smukłe, chłodne palce Sahira zatopiły się w kasztanowej czuprynie. Lubił takie delikatne pieszczoty, zwłaszcza, kiedy były tak nieoczekiwane. Zamruczał więc cicho i na ostatku zerknął na czarnowłosego z dołu, z początku zupełnie nie rozumiejąc jego kwestii dotyczącej przyjaciela. Ale nie potrafił jakoś wspomnień nic na ten temat, a nawet bąknąć żadnego 'do zobaczenia' na odchodne. Po zamknięciu drzwi tylko odsapnął i sam przeczesał włosy, by zburzyć regularną, zaczesaną przez wiatr fryzurę.
I rozwiązanie przyszło szybciej niż miało.
- Problem polega na tym, że to nie On odrzucił mnie... - mruknął, wlepiając wzrok w koc i w końcu podniósł się ciężko, zostawiając go w nieładzie. Za dużo się ostatnio stało, żeby zaprzątać sobie głowę nieistotnymi sprawami. A teraz pod nieistotne sprawy podszedł nawet sen; dlatego do dormitorium wybrał się tylko z potrzeby zmiany mundurka i ożywiony przez krew w którce sam opuścił pokój wspólny, udając się w stronę kuchni.

Z/t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alice Hughes
avatar


avatar
Dojrzały

PisanieTemat: Re: Pokój Wspólny   Nie Mar 01, 2015 4:34 pm

Pchnęła Puchona na kanapę i opadła obok dysząc lekko. Za żadne skarby tego świata nie potrafiła by powiedzieć jakim cudem udało im się nie obudzić całego zamku. Vladimir całą drogę nucił coś bądź śpiewał pełną piersią a ona nie mogła powstrzymać śmiechu. Dwa razy prawie się wywalili, raz chyba nawet chłopak chciał nauczyć tańczyć jedną ze zbroi, skapitulował jednak twierdząc, że jest zbyt sztywna.
Zamknęła oczy wyrównując oddech. Potrafiła przeleźć kawał zamku tylko po to, żeby nie zostać przyłapana w dziwnej sytuacji. A kiedy jakiś sadystyczny świr nachylał się nad jej tętnicą nie mogła powstrzymać się od tego żeby kopnąć mocniej.
Przeanalizuj system wartości bo nie dożyjesz do egzaminów.
Zerknęła na Smirnoffa i wyciągnęła mu butelkę z dłoni.
Paskudne. Gorzkie. Szczypie. Zasłużyłaś sobie.
Wzięła kilka mocnych łyków i opadła na poduszkę krztusząc się i krzywiąc.
- Jak ty możesz to tak pić? - Pokręciła lekko głową która robiła się coraz cięższa.
Ściągnęła buty i szatę pozostając w ciemnych, poprzecieranych już spodniach i szarym sweterku. Zerknęła na swoje odbicie i poprawiła szalik. Może Kim będzie miała jakąś apaszkę...
Rozłożyła się wygodnie na kanapie obserwując bacznie towarzysza. Byli sami w Pokoju Wspólnym toteż mogła pozwolić sobie na nieco więcej swobody niż zazwyczaj. Chciała wyobrazić sobie samą siebie w którymś z kolorowych fatałaszków o których wspomniał po drodze i absolutnie jej to nie wychodziło.
- Tylko nie zasypiaj. Jak widać bardzo potrzebuję korepetycji. - Zabrała mu butelkę po raz kolejny i tym razem zakrztusiła się już przy pierwszym łyku.
Co ty odstawiasz...?
Nie wiem ale zaczyna mi się podobać.

Oddała butelkę nauczycielowi.

_________________

Buntować się przeciw wam? A kto wy jesteście?
Bezkształtna masa, amorficzny stwór, zatomizowany świat, tłum bez formy i konstrukcji.
Waszego świata już nie można nawet rozsadzić.
Sam się rozlazł...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Pokój Wspólny   

Powrót do góry Go down
 
Pokój Wspólny
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 15 z 19Idź do strony : Previous  1 ... 9 ... 14, 15, 16, 17, 18, 19  Next
 Similar topics
-
» Pokój Wspólny
» Pokój Wspólny Slytherinu
» Pokój Wspólny
» Pokój Wspólny Hufflepuffu
» Pokój Wspólny

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hogwart [schowany na czas wakacji] :: Tereny zamkowe :: Lochy i podziemia :: Pokój Wspólny Hufflepuffu
-